wtorek, 24 września 2013

Zostałam

sama na 45 metrach kwadratowych. Wywaliłam połowę rupieci. Zlikwidowałam meble z łapanki, kupiłam meble na wymiar. Po Eksie nie zostało nawet wspomnienie, oprócz paru drogiazgów i kilku papierów. Po chłopcach została jedna półka awaryjnych ciuchów, trochę szpargałów, gier, po Pierworodnym masa czasapism (ale upchnięte w komórce, bo w mieszkaniu nijak się nie mieszczą). W sumie będzie kolejna akcja ogarniania tej kuwety, ale już na spokojnie, bez nerwów i sensacji, że mam dość życia na kartonach. Kwiatów też będzie mniej, bo na tle roletek nie będą grały, niestety, coś za coś, ale... może łatwiej będzie mi wyjechać... Nic nie szwęda się po kątach, no prawie nic, ale...
Ciasno jest. Wiem. Popierdoliło mnie, że tak mówię.
Ale...
Dzieciństwo to były 4 osoby w jednym pokoju z kuchnią, tak na oko razem ze 30 m kw., bo drugi pokój, "tapczan", tak na niego mówiliśmy, stał praktycznie nieużywany, bo z przydziałowego węgla nie dało się go ogrzać, kuchnię też mieliśmy na węgiel.
Studia to akademiki i wynajęte pokoje, koszmar wiecznych przeprowadzek, nie było walizek na kółkach, nikt nie miał samochodu i wszystko trzeba było dźwigać.
A ja zawsze słabą niewiastą byłam. Do dziś mam czasami koszmary, że się znów przeprowadzam z tą tekturową walizką...
W małżeństwo wystartowaliśmy na 16 m kw. Od zera, nie mieliśmy żadnego mebla. Mój ojciec dał nam meble z tego "tapczanu" na start, bo i tak stały  w nigdy już po śmierci Mamy nieogrzewanym pokoju, nieużywane. Była na tym też kuchnia i łazienka, a właściwie kuchniołazienka w jednym, potem korytarzyk, na którym było WC. W kamienicy teściowej, a jakże, kamienicznikiem była. Sama mieszkała na 150 m kw., ale... w suterenie. A dwa piętra po 150 m kw. zajmowali lokatorzy z kwaterunku, którzy nie chcieli się za Chiny Ludowe wyprowadzić, bo im się należało, mieli przydział i w sumie za darmo mieszkali, bo trudno to było nazwać czynszem, skoro teściowa dokładała nawet do wywozu śmieci. A w spółdzielni dostaliby to, co my i musieliby płacić czynsz, że hohoho.
Ale to były nasze metry i byliśmy tam szczęśliwi, choć po rozłożeniu łóżek i tapczanów nie można było chodzić.
Po wielu staraniach, uruchamiając znajomości, załatwiając zaświadczenia, a fakt, że grzyba jak złoto mieliśmy na ścianie i był to strych, więc latem jak na patelni, dostaliśmy mieszkanie, w którym jestem. Rotacyjne. Ojciec mój załatwił stolarza z rodziny, chciałam położyć podłogi (w pustym mieszkaniu to proste), nie żadne panele ani cuda wianki, bo ich nie było, deski były już wysezonowane, a mój uroczy szwagier, który wtrącał się do wszystkiego, rzekł do Eksa w te słowa: zwariowałeś, babie na fantazje dasz 200 marek, przecież to mieszkanie rotacyjne. I Eks brata posłuchał i skończyliśmy na lenteksie. 200 marek w owym czasie to były 2 miesiące spokojnego życia. Za panele obecnie zapłaciłam więcej, niż dwie pensje. Życie.
A - jak życie pozwoli - na rotacyjnym mieszkaniu będę do końca.
Tylko dlaczego ono się tak skurczyło??
Fakt, że jestem duuuuuużo grubsza od tej 45-kilowej chudziny, co się tu wprowadziła, no ale...
Wciąż widzę, jak Inżynier wlatuje do domu, a ja wrzeszczę: uważaj, głowę sobie rozwalisz... Przelatywał pod parapetem, nie muskając go wcale, taki mały był, ale wszędzie go było pełno.
A dziś chłop jak malowanie. Nikt nie wierzył, że z takiego rojbra wyrośnie Inżynier. Ja nigdy w Niego nie zwątpiłam, paskudny jest do dziś. I niech tak zostanie :)
A za ten zarwany urlop, co poświęcił go na przywracanie mnie do życia, oprócz piwka chili, które z przyjemnością wypił, dostanie gratisa :)

 Chociaż boję się, że Go w alkoholizm wpędzę. Ale... Żaden z moich majstrów i pomocników nie pracował tak rzetelnie za nic. Za frico. Wiem, że to mój syn i że to jego psi obowiązek, ale mam dwóch synów... Ponoć...
A dzień był dziś


jak z bajki.
Gość, co był wczoraj w sprawie ościeżnic, to kawał ciula. Jak się umawiał z Inżynierem, nawalał. Wczoraj powiedział mi, że przyśle kogoś, bo nie wie, jak obmierzyć... i nic, cisza w eterze. Olać. Rozmawiałam dziś z Sikorką i jak wrócą z wojaży Sikor podeśle mi swojego kolegę, bo w branży drzwiowej kiedyś robił. A jak nie, to Sikora zadzwoni do mojego stolarza od półek, może on też coś takiego robi. Nierzetelnym rzemieślnikom mówimy stanowcze NIE :)
Czegoś mnie jednak ten remont nauczył: płacę, wymagam.


PS Na oko wyprałam połowę klocków Lego, suszą się ładnie w misce. Zabrakło mi wsadu do prania, a same klocki to niebezpieczna zabawa, jak sądzę :) Nigdy nie prałam klocków... Na co mi na starość przyszło ;)

9 komentarzy:

  1. Do dobrego się szybko przyzwyczajamy :)

    Syn nie syn,ale napracował się, doradził,najeździł z Tobą,podziękowanie od Ciebie z pewnością było dla niego miłe.

    Nie prałam nigdy klocków.Co z nimi zrobisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włożyłam do takiej siatki do prania delikatnych rzeczy, zamknęłam ja na zamek i wsadziłam na 60 st. z rzeczami do pralki :) Ktoś na FB radził mi zaszyć w poduszce, ale za leniwa jestem na zaszywanie, więc piorę na raty w tej siatce. Bardzo dobry pomysł, choć do głowy mi nie przyszło prać klocków, jak dzieci się nimi bawiły. Teraz od lat leżały w kubełku, do tego remont i więcej tam było kotów z kurzu, jak ustawa przewiduje. A takimi wypranymi się jeszcze Mała Wiedźma pobawi. Mam nadzieję :D Nie odpisał nic na ten alkohol, więc nie wiem, czy miłe, ale dam mu spokój, dziś pierwszy dzień po "urlopie" był w pracy :D

      Usuń
    2. To ja, to ja Ci powiedziałam o tym ;)))
      A samych nie pierz, zawsze wkładam do takich Różnych miękkie ręczniki i pioro się, że talala ;)

      Usuń
    3. Tak, Żabo Ty jesteś genialna :) Oczywiście, że samych nie piorę :) Bo jak wiadomo, kota się pierze, ale nie wyżyma ;) A Ty prałaś klocki???

      Usuń
  2. ale 60 * ?? w 30 * cza było prać :-) ja mam poszewki do poduszek na zamek ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Były brudne, że ojaciepierdolę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też mam taką poszewkę. ale klocków mam tyle, że zapchałyby pralkę i rozsadziłyby poszewkę... ;)

      Usuń
  4. aaa ,jeśli, tak to rozumiem :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Skoro mozna prac klocki ,to ja futrzaki wypiore i...odwiruje,z wanny mi niekiedy uciekaja.Wymiziam w 30%
    A buteleczka cudna
    ktosia

    OdpowiedzUsuń