jadąc do pracy, bo na podwórzu nie było ani jednego samochodu. Ktoś jednak był, bo drzwi działały, a mamy na zamek na kartę... Żywej duszy... Potem okazało się, że jak zwykle jestem głupia cipa, bo targi się zaczęły... I dzięki temu już o 11.30 było po ptakach i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, znaczy się do Starego Browaru do pralni... Do odebrania garnitur Inżyniera, koszula (bo wciąż nie wiadomo, gdzie jest żelazko) i mój płaszcz... Tak obładowana goniłam autobus i... dogoniłam, znaczy się kondycja na piątkę. Zazwyczaj nie gonię autobusu, bo mi ucieka. A oprócz tego miałam kurtkę, która zdjęłam, bo było mi za gorąco :D Cyrk... Miałam pracować w tym miesiącu 84 godziny, wyrobiłam 104... Więc nie wiem, kiedy wrócę do pracy :D
W domu zastałam wiercącego w pocie czoła Inżyniera. Niestety, czas mu się kończy, wiertło (przemysłowe, a jakże, zapłaciłam za nie jak za zboże padło, i znowu ten kurz), więc sorry, Winnetou, więcej nie będzie. Mam tylko dwie ścianki działowe, może później coś dowieszę, ale teraz nawet Baran poszedł w odstawkę i nie doczekał się fotki, ma miejsce w moim sercu i musi mu to wystarczyć. Inżynier, napierając wątłym ciałkiem na wiertarkę, ostatnim rzutem na taśmę orzekł, że rozumie już, dlaczego jaskiniowcy malowali na ścianach, zamiast wieszać na nich obrazy :)
No dobra, do rzeczy
Tu nic więcej nie będzie, bo nie i już...
Ale i tak piknie....
W tym worze siedzą uwięzione Miśki i modlą się, żeby Inżynier już pojechał, bo wtedy będzie dla nich miejsce... Ale Miśki mi nic nie pomoga, a Inżynier pomaga, więc niech siedzą na dupie i animrumrają.
Pierworodny zadzwonił do Inżyniera i po gwarze zorientował się, że brat w pubie siedzi. Rozmowa: ty w PL. Tak. O, a ja do mamy się wybieram z Małą Wiedźmą. Ino szybko, bo jeszcze dużo do roboty... Kurde!!! Od czerwca nie zapytał, co u mnie. Brak mi słów... Ale to moje dziecko, nieprawdaż? Jeszcze klatkę dla MW zamówię, co by nic nie rozwaliła... Wiem, kochająca jestem...
A cała reszta idzie do małego pokoju, bo tam są dwie ścianki działowe i wiercenie to małe miki.
Więc
Z rodzinnej galerii ostało się to, co najważniejsze.
Naparstkowa kolekcja już wypakowana
A i Zmorkowa półka jest, choć zmieniła odrobinę przeznaczenie...
Ale tu będą jeszcze duże zmiany...
Zabrakło kołków, wiertło padło, Inżynier poszedł w siną dal.
Śmietnik znów się zatkał.
I był dziś pan od roletek i kadził Inżynierowi, że takich klientów, jak ja to rzadko można spotkać. Bo nie grzebałam w katalogu, ale wiedziałam, co chcę. I tak będzie Paryż (da się wieżę Eiffla wrzucić na drzwi), maki w drugim pokoju i limonki w kuchni.
Wiem, zwariowałam, ale dlaczego dopiero teraz?? :)






ale masz eleganckie te półeczki na naparstki ! no tacy klienci serio rzadko się zdarzają bo zawsze jest a może dwa tony jasniej lub ciemniej a może ma pani w kwiatki wiosenne bo te jakby jesienne ech teraz mamy klienta tego od koloru "ecri" zadowolony za każdym razem w sensie że jego klienci ....a ta wieża będzie fajnie współgrała z tą półką z książkami tak mi się wydaje ;-)
OdpowiedzUsuńTe półeczki leżały po kątach od poprzedniego remontu. To się nazywa chomikowanie albo przydasię... Sama ocenisz, jak wyszło, u mnie wszystko bez planu jest... Nie musi grać, ważne, że budzi we mnie TE wspomnienia i wciąż jest tęsknotą... Mówi się: zobaczyć Rzym i umrzeć... Chciałabym jeszcze raz zobaczyc Paryż i nie umierać... ;)
Usuń