piątek, 3 stycznia 2014

Za szybko

wszystko leci.
Miał być tylko odczyt liczników, a w drzwiach zderzył się ksiądz z monterem, bo... na moim osiedlu powstała nowa parafia, i.... coś mnie dziś tknęło, poleciałam do kościoła i zdążyłam się przygotować do kolędy. O odczycie wiedziałam od lądowania, bo przy wejściu na tablicy wisiało ogłoszenie, a mam zwyczaj wszystko czytać.
Nie chodzę do kościoła od dawna. Przyjmuję kolędę, jak się trafi. Dla spokoju moich potomków i Barana, pożądającego urenki ;)
Na poprzedniej mnie ksiądz wkurzył, bo widząc aparaty potraktował mnie jak niedosłyszącego mohera.
Miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Monter ustąpił, mówiąc, że wleci za niedługo.
Ksiądz poświęcił lary i piernaty (wiem, wiem, penaty, ale... nevermind)... I grzecznie zapytałam czego się napije, co podać. Na słowa: sok pomidorowy zajarzyły mu się ślepka, podałam, prosto z lodówki, zimny., taki ze ojapierdolę. Leżał tam od czasu, gdy Inżynier musiał uzupełniać potas... Ksiądz wręczył mi ulotkę i wrzeszczy do mnie, więc tylko skromnie spuszczając oczęta rzekłam, że... tylko tak kretyńsko wyglądam, ale nie trzeba do mnie krzyczeć.
Zmitygował się i zaczął mówić o Błogosławionej Poznańskiej Piątce. której miano nosi moja nowa parafia, że komputer widzi i dziecko pewno pomoże mi znaleźć linka. Ojapierdole. Nie rzekłam nic, uśmiechająć się wdzięcznie, Na moje nieszczęście podałam mu właśnie kopertę, więc szybko zwinął dupę w troki i adios amigos, tyle go widzieli. Nowy kościół też na mnie nie zyska, bo... też mam takiego jednego i właśnie chciałam o listach od Niego powiedzieć, o tych listach z Wigilii, ale ksiądz właśnie grzecznie podziękował za sok pomidorowy, bo jak mu się wyrwało, wczoraj przeholował nieco i sok mu życie uratował.
Zatem powinnam znaleźć się w gronie błogosławionych, bo uratowałam księdzu życie???
Hahahahaha, zaśmiałam się szyderczo...
Za niedługo zadzwonił po raz kolejny monter i... chyba nie widział aparatów, bo pogawędziliśmy miło w czasie pomiarów i... śmiał się ze mnie, że omijam go z nożem, a ja tylko tym wielkim nożem umiem otwierać dostęp do liczników  w łazience.
Cieszę się, że wróciłam.
Pogoda cudna.
Martwię się o tych, co na Wyspach.
Żyję.
Oddycham.
I...
Gdzie są księża z moich młodych lat.
Widzący człowieka.
Nie aparaty.
Nie kopertę.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

czwartek, 2 stycznia 2014

Koniec

bai, czyli bajki, jak mówiły me dziatki, nieletnimi będąc. Każda baja ma swój koniec, ma więc i ta. Opuszczam Sroczy Zaułek na zawsze. Pozostanie miłym miejscem w mojej pamięci, z którym związane są piękne wspomnienia. Trzy Wigilie tu spędzone, z Inżynierem i Baranem. I innymi, ale wyszłaby lista płac ;)
Mam nadzieję na doczekanie innych miejsc. Milszych, bo z osobami, które nie upierdzielają życia niewinnym ludziom.
Relacja z upojnej sylwestrowej nocy i plotek ciąg dalszy już z ojczystej ziemi, bo i fotki chcę pozgrywać, a to cała kabelkowa operacja logistyczna.
Przede mną parę nerwowych godzin, ale...
Będę tęskniła do zdechnięcia za lokatorami Sroczego Zaułka, bo rozstajemy się na długo, ale może los będzie łaskaw.
Bo życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

wtorek, 31 grudnia 2013

Nie mam nawet czasu

na pisanie, czas leci jak Zatopek. Przyschło, ćmi jak niedoleczony ząb, ale cóż. Nie takie świat dramaty zna.
W niedzielę odwiedziła mnie Mała Wiedźma i myślę, że z tej mąki będzie niezły chleb, ale... Będę musiała zacisnąć zęby i pracować.  Wrócił też z kraju Postman i jako jedyny w pełni docenia moje sałatkowe wariacje i dzieli się ze mną szparagami z własnychz apasów, od ust sobie odejmując. Zatem atmosfera rodzinnego grobowca ociepla się z dnia na dzień.
Ale.. Wczoraj błahym świtem pitraszę Ci ja risotto starojędzowe i kolejną sałatkę, bo arbuza ci u nas dostatek, gdy wtem rączka jakaś wdzięcznie łupnęła w moją robotę, tak że omal wszystko na glebę nie poleciało i... na scenę wkroczyła piękna Helga von Graffen, dziewczyna Smerfa Marudy. Ojapierdole, pierze w kuchni leciało, jak zaczęła wszystkim miotać... I po nastroju rodzinnego grobowca. Chłopcy pojechali pozałatwiać, a tornado o nazwie Helga nieco osłabło, starając się wydobyć ze mnie sroczozaułkowe plotki, ale szpakami karmiona rozpływałam się nad moim remontem, omijając kłopoty i plany mieszkańców Sroczego Zaułka. Gdy wrócili chłopcy, raźno wskoczyliśmy do Kijanki (ja w charakterze balastu, bo Kijanka delikatna, chłopcy jak szparagi, a piździło i lało jak za cara) i pojechaliśmy do apartamentów Postmana do Northampton. Nie miałam czasu na fotki, co nieco pstryknęłam ajfonikiem, trudno. Northampton ładne jest, może kiedyś... Jeden budynek zrobił wrażenie ;)





Z Northampton skoczyliśmy do Rushden, gdzie... Maybe... Za niedługo... Ale cichosza, bo się wyda..Wracaliśmy do domu już o zmierzchu, ciepło było i P. swoim zwyczajem zwinął się w klębek i spał, a dla mnie nastąpiła najmilsza część każdej wycieczki. Tym razem tym milsza, że poleciały piosenki z początków naszej znajomości, a i Baran od czasu do czasu dał się skusić na śpiewanie, co mnie też zawsze bawi... Lubię, jak śpiewa prowadząc :) Pojechaliśmy opłotkami i... Fajnie minął ten dzień, tym fajniej, że Inżynier napisał, że Smerf i Helga idą gdzieś bez nas :) 
Wieczorkiem sączymy sobie piwko i winko, sami, bo Smerf z Helgą zabarykadowali się w swojej jaskini (Smerf tylko dzień dobry mruknął i słowa nie rzekł więcej, ona jak cień mykała z kolacją), understand, nie piją, bo ona mu nie pozwala, ale z herbatką mogli dołączyć i opowiedzieć, co w kraju słychać... I wtem zalatuje z góry Gadułka i...




Zostałam szczęśliwą posiadaczką zakrwawionego tasaka, zamówiła go zaraz po tym, jak wrzuciłam toto na FB :) Ale dopiero wczoraj doszło.
Rosołek pyrgoli, bo to nie wiadomo, jak będzie jutro ze zdrowiem. Kończył ię kolejny rok, myślałam, że ciulaty do bólu, ale nie. Prócz tej męki z remontem dał mi wiele pięknych chwil, spotkań z ludźmi bliskimi sercu, przyniósł wiele pięknych wspomnień. 
I oby nadchodzący był równie przyjazny, jak mijający, bo czeka mnie wiele zmian.
Zmiany są dobre.
Bez nich życie byłoby jałowe.
Wciąż się tego uczę.
Zatem spełnienia marzeń.
Szczęśliwego Nowego Roku :* 

sobota, 28 grudnia 2013

Po raz kolejny

okazało się, że należy mnie uśpić i zutylizować. Gramy sobie w planszówkę, co z mojej strony poświęceniem jest, bo nie cierpię, gdy nagle okazuje się, że jestem podłą do granic możliwości, bo... Lubię Sikorę i tego nie ukrywam i odważyłam się powiedzieć Jej Rodzicom, że mają wspaniałą córkę. Moi chłopcy są jacy są, mają swoje życie i jak dotychczas jasno i wyraźnie, wprost i bez owijania w bawełnę usłyszałam, że mam miejsce u Barana i Sikory. Sikora szpitalkę buduje i będziemy się tam zespołowo tłuc z Jej Rodzicami, Teściową i kto tam jeszcze się zabłąka. Potrzebuję takich słów, starzeję się powoli i nieuchronnie.
Przeprosiłem, co złego, to nie ja. Ale nie będę przepraszała za moją historię, za rzeczy, które przeżyłam i za to, że są ludzie bliscy memu sercu. Akceptuję związki moich chłopców, nie oceniam wyborów, ale też mam swoich ludzi, swoje miłości i swoje związki i nie będę za nie przepraszała. Nie było moim wyborem, że wyjechali i żyją po swojemu. Układam sobie życie tak, jak mogę i niech się wszyscy ode mnie odpierdolą. Chcę do domu, do moich Miśków i komputerka...
Nie chcęq być... Mam dość...

piątek, 27 grudnia 2013

Wczoraj

pogoda była idealna, pojechaliśmy z Inżynierem po zakupy, potem on wrócił do domu i pojechał na lotnisko po Gadułkę, a ja z Baranem poszliśmy na spacerek, pooglądać trochę świat. W Galerii dostałam ubranka dla Skubanego, ale czekam jeszcze na płaszczyk dla niego, Pierworodny ma kupić, bo kupił za mały :)
Jako że mieliśmy mieć gości - Sikorzy rodzice się zapowiedzieli, po raz pierwszy w życiu zrobiłam misę sałatki owocowej i wyszła mlask, że ojapierdolę. Właśnie wcinam na śniadanie resztki i stwierdzam, że to bardzo dobre śniadanie i takie będę sobie w PL robić. Nie dodałam nic, prócz owoców, choć kupiliśmy kremówkę i jest niebo w gębusi :)
Rankiem budzę się, chcę sprawdzić godzinę i co ja paczę. Messenger Barani: Co robisz? Odpisałem nader inteligentnie: Śpię :) inwigilator jeden ;)
A za oknem kolejny Karol, jeszcze nie wiem, jak dziada ochrzcili, zastanawiamy się tylko, czy płot wytrzyma kolejny atak. W sumie sama nie wiem, co lepsze - śnieg czy wicher, ale chyba wolę wiatr od tej brei. Przynajmniej w PL, gdzie domy są solidne. No i jak skończą budowę w moim sąsiedztwie, bo stoi tam olbrzymi dźwig.
Miłego dnia :)

A zupkę do pracy będę miała:


czwartek, 26 grudnia 2013

Zapasy

Inżyniera, mocno już uszczuplone. Nie uwzględniamy zapasów Barana i innych, stojących w najmniej spodziewanych miejscach chaupki ;)




środa, 25 grudnia 2013

Co potrafi Skubaniec


Ostatnia wigilia

w Sroczym Zaułku była nad podziw udana. Choć nie było wśród nas wszystkich, którzy powinni być, nie było też takich, których nie chcemy spotykać. Menu było skromne i z łapy do papy, niewiele na dziś zostało, ale to dobrze, nie zmarnuje się. Inżynier odwiózł gości do domu i wrócił akurat na kolędowanie. Starym, rodzinnym obyczajem po dodaniu sobie kurażu, za nic mając biednego Karola, śpiewaliśmy sobie wesoło, aż nam się repertuar wyczerpał. Nawet Inżynier, który jak wiadomo dorabia sobie na etacie domowego małego satanisty, a także SJ, która ma głos do baletu, a nogi do opery :) Baran zaś nabrał ochoty na tany i razem ze SJ wycinali takie hołubce, że ojapierdolę;) Mało chaty nie roznieśliśmy, Baran zachwycał się moimi talentami w tej dziedzinie tak, że aż się zarumieniłam. Bo nikt mnie nie zna z młodych lat, kiedy każdy sobotni nieprzetańczony wieczór spisany był na straty. Cieszę się, że On się cieszy, że w Jego nowym domu potańczymy z przytupem... Albowiem ostatnia to Wigilia w Sroczym Zaułku, ponieważ drogi chłopców rozchodzą się. Nie w sensie, że się nie znają, ale Inżynier kupuje mieszkanie, zaś Baran zmienia pracę i też kupuje - dom. A biedna SJ rozerwana będzie... No dobra, nie robimy scen, rozrywana będzie i wożona jak królowa Kijanką, Pudełeczkiem i Fokusikiem po całej Anglii... I wszędzie będzie na nią czekało miejsce przy stole.
Trochę żal tych lat, gdy byli razem i wszystko takie proste było, gdy wpadałam w jednym momencie w kościstej i tłuste ramionka. To były piękne dni, ale z optymizmem patrzę w przyszłość, bo to też będą piękne dni, tym bardziej, że żaden Smerf Maruda z Paskudną Smerfetką zatruwali powietrza nie będą.
Teodoryk poszedł sobie, choć dla nas zostanie na zawsze Karolem. Słonko ładnie świeci, chłopcy regenerują siły, a ja klawiaturkę Skubanego męczę :) Jutro Gadułka wraca, a i Rodzice Sikory na kawę wlecą. Mam tremę, bo Sikory Mama słynie jako mistrzyni kuchni, a u nas tylko ten złapany na ścieżce Murzynek, cośmy go upiekli jest. Ale za to nasza chata winem płynie i słynie :)
Baran wstał, teraz pomilczymy razem z godzinkę, zanim się wypierzy i zaczynamy dzień święty święcić :)

wtorek, 24 grudnia 2013

Magia

istnieje.
Dostałam dziś niesamowity prezent. Koleżanka przysłała mi tłumaczenie listów wujka Mietka z obozu koncentracyjnego. I zeskanuje mi później oryginały.
Wraca moja przeszłość, nieprzeszłość. Dotykam rzeczy bolesnych, które bolesnymi zostaną, ale jednocześnie dadzą spokój i ukojenie. I świadomość, że jest się częścią czegoś.
Miłości.
Oparcia.
Smutku i radości.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje...

Wigilijny poranek

rozpoczęłan od starego śląskiego obyczaju, czyli wypicia kielonka wódki na czczo, co zapewnia zdrowie na cały nadchodzący rok. Biednam w tym roku, bo pić musiałam sama, Baran od 6 w pracy, a Inżynier za chwilę pojedzie, więc zostało mi lusterko. I nie piję więcej, bo ktoś musi ogarnąć tę kuwetę, a poza tym będę sama w domu, jak ten Kevin ;)  Z Baranem i pół literka na pół nam gładko wchodziło do wieczorka i zawsze lekko przechodziła wtedy wizyta Pierworodnego, bez napinki.
Wczorajsze zakupy, już ostatnie przedświąteczne były dla Barana pokutą, bo nie lubi tłoku, a ludzi było więcej, jak mrówek w mrowisku, buraczków zabrakło i biedny Inżynier będzie miał oszukany barszczyk ze słoikowych buraczków. Anglicy sprzedają gotowe, gotowane, ale nie lubię ich. Buraczków, nie Anglików  ;)
A Karol (za ścianą mieszka Polska rodzina z trojgiem dzieci, patologia że ojapierdolę, latają wiązanki, gość do dzieci zwraca się wdzięcznie przez słowo na k, a do żony jeszcze wdzięczniej, więc mamy nowe słówko-wytrych - Karol) płot nam rozwalił, tak wiało, prawie jak Ksawery, więc pogoda nie nastrajała do włóczęg, Kijanka skoczyła tylko do centrum ogrodniczego, bo Inżynier  zażyczył sobie...  jemiołę. On, który mnie zawsze wyśmiewał za przesądy i zielsko. Niestety, jemiołę już wyprzedano co do gałązki i zdobyłam tylko jedną maciupeńką sztuczną. Ostatnią ;)
A potem wino, kobiety śpiew, ale rozsądnie, bo dopiero dziś będą mogli się odprężyć i odchamić, a i to nie wiadomo o której, bo Inżynier ma pracy po kokardę i nie  wie, kiedy skończy, a  potem jeszcze musi odwieźć brata z rodziną do domu, bo a jakże, oni zawsze na gotowe. No i wcześniej przyjadą, żebym się nimi mogła nacieszyć. Ojapierdolę :)
Rodzinnego, spokojnego dnia, bez padania przy kuchni.
Dzielę się z Wami opłatkiem i życzę  łaski spokoju, zdrowia i miłości. Wszystko inne samo przyjdzie :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Sobota

Zakupowa była. Pojechaliśmy
Tym cudakiem . Dostałam polecenie wypełnienia wózka, a na moje protesty, że Gadułka jest gospodynią, usłyszałam: po to Starą Jędzę sprowadziłem, żeby dobrze jeść. Przy kasie zaś zauważyli, że tak zdrowego koszyka dawno nie mieli ;) A kupiłam tylko rzeczy normalne. Gadułka dziś poleciała do PL. 
Potem szukaliśmy ubranka dla Skubanego, ale na ten model jeszcze nie uszyli, więc biedak z gola dupką lata... A widoki

Trawa pięknie nawet na dachu się zieleni ;) w tym sklepiku wybór polskich towarów lepszy jak w kraju ;) 
A i  wiosna piękna jest, moja ulubiona pora roku ;)

Potem zrobiliśmy z Baranem wigilię w wersji mini, jako że wczoraj Postman odlatywał też do PL, wiemy, wiemy, puste miejsce przy stole, ale chodziło nam o bycie razem, bo to pierwsza Wigilia Gadułki i inżyniera, a już oddzielna, life..


Uraczyliśmy się później martini
Pojechaliśmy  na Luton z Postmanem, Kijanka  to fajna dziewczynka jest, choć uparłam się, że do tyłu wlezę i były jaja jak brylanty. Lało i o mało w poślizg nie wpadliśmy. Ale Baran to superkierowca, a Kijanka jak wyżej. Polubiłyśmy się  ;)

A dziś odesłana, wypoczęta, urzęduję z Inżynierem, Baran wróci na obiad, bo pracuje nieborak. Ale za to całe święta będzie miał wolne i pojedziemy do centrum ogrodniczego, gdzie urodzili się  Patryczek i Leonek. Starym, rodzinnym obyczajem :)
Po południu wlatujemy do rodziców Sikory, sianko im podrzucić, a później do Małej Wiedźmy, bo synowa cyrk zrobiła, że powiedziała jej, że babcia przyjechała i MW płacze. Cyrk, bo wątpię, że po ponad pół roku niewidzenia mała mnie kojarzy (drugą babcię widuje kilka razy w tygodniu). Poza tym nie napisała do mnie z zaproszeniem, ale z informacją o płaczącej MW na fejsie do Inżyniera. Gadułka skomentowała: porypane to. Też tak sądzę, tym bardziej, że Pierworodny animrumra. A na święta zapraszali mnie wszyscy oprócz. Nich. No nic, porypane to :)
Słońce pięknie dziś świeci i choć piździ prawie jak Ksawery, fajnie jest :)
Idą święta coraz szybszym krokiem...

sobota, 21 grudnia 2013

Powrót na memłon

Po raz kolejny oswajam klawiaturę. Pisanie z polskimi znakami to tutaj wyższa szkoła jazdy i Inżynier ma rację, mówiąc, że nie będzie mi się chciało tego robić, ale im więcej piszę, tym bardziej mi się to podoba. Jeszcze tylko muszę naumieć skubańca mojego języka, bo jest automatycznie włączona podpowiedź, co Stara Jędza ma na myśli, a tego w sumie nie wie nawet ona sama.
Skubaniec ma też na dupce wytatuowane "I belong to Stara Jędza", gdzie oczywiście w miejscu SJ jest jej imię i nazwisko. Inżynier kochany jest i nie byłby sobą, jakby nie wybrał najnowszego skubańca. Ale ma darowane.
Jechałam n
Jak na ścięcie, bo moje wnętrzności zastrajkowały i to mogła być okropna katastrofa. Musiało to być psychosomatyczne! bo... Minęło bez piguł, których zabrałam aptekę całą.
Lot był bajkowy, oświetlona Ziemia wygląda jak wielka choinka i tylko sań Gwiazdora brakowało za okienkami.
Odebrana, wrzucona w ramiona Barana, kościste, bo kościste, ale za to jakie kochane, wymagana przez Dziewczynę Inżyniera, zwaną w dalszej części opowieści Gadułką, bo nawet mnie zagłusza rozpoczęliśmy ostatni etap przygody w Sroczym Zaułku. Ostatni, bo Sroczy Zaułek przechodzi do historii...
 Zdjęcia się powstawiały jak pijane, usunę, jak dorwę kompa, bo Skubaniec, jak widać ma humorki i robi co chce ;)
Będzie mi go bardzo brakowało, ale... mam nowe miejsca na ziemi w perspektywie i wiem, że będę tam zawsze miłe widziana. Nie, że będę gościem, bo ten jak wiadomo psuje się od głowy. I długa rozmowa z Baranem, przy wspomnieniowym pierwszorandkowym Black Tower, i... Dziękuję, że jesteś, masz miejsce w mym sercu na zawsze i na amen. I Postman też, choć mięsko z bigosu wyrzuca ;) Wegeterianin jeden :)

A potem  przepysznych Baranich plędzach Gadułka zgodnie z obietnicą naumiała mnie robićsushi i nawet herbatę chciała zrobić, czym mnie ujęła :)
I robienie sushi na cztery ręce
 

 Zabawa trwała, wino się lało strumieniami, czekaliśmy na Pracowitego Postmana, niech mu wybieranie mięsa darowane będzie... :) A potem, jak mówiła moja mama "rączki, buzia, siusiu, rączki, paciorek i spać". Chwile są piękne, darowane...








wtorek, 17 grudnia 2013

Time to say goodbye

Tym optymistycznym akcentem żegnam Państwa na jakiś czas, bo jak twierdzą niektórzy, wszystko się kończy, a jak twierdzę ja, nic nie może wiecznie trwać.
Będę tam, gdzie nie ma Internetu, znaczy się, nie ma zasięgu i nic nie pomoże.
Niech Wam święta w spokoju mijają, a Nowy Rok spełni Wasze marzenia.
Życie toczy się dalej...


niedziela, 15 grudnia 2013

Wpisy

mnożą się dziś jak króliki, ale działo się, działo.
Odprawiona (na powrót też się odprawiłam, sama, HA) poleciałam do wujka Mietka, ostatni raz w tym roku zapalic Im świeczuszkę, a potem na Stary Rynek, bo pogoda taka, że rzeźby niedługo wytrzymają. Opisywać nie będę, koń jaki jest, kazdy widzi, fotki wrzucę. Więcej nie ma, bo... skończyła mi się karta, a ja gupia cipa nie wiem, jak usuwać, żeby wszystkiego nie schrzanić, może to i lepiej :P


Pomerdały się zdjęcia, to z okolicy domowej, nie zgłosiłam włamywacza, bo SMS nie można ;)



 Śnieg nie padał, ale skoro mi już tak opaprali fotkę, niech zostanie :)










 Pod tą choinką co niektórzy mnie wypatrywali, ale nawet w jej pobliże dziś nie dotarłam.
 Biedne te dzieci, wciąż muszą z rodzicami grać na rynku. Nie sądzę, żeby to było ich życiowe marzenie... Na chodniku leży jakaś grzechotka... Chociaż może się mylę??
 I jakiś cesarz rzymski stał, ale jako że za fotki płaci się takim staczom, a nie miałam drobnych, zatem fotka jest, jaka jest :D





 I żelazko przydaje się do rzeźbienia...


 Lampki, ale jeszcze nieświecące, więc w zamian moje :) Świecące, bo... dobrze się bawię :D




A juterko ostatni dzień w tym roku do pracy.
Wymieniałam też kasę i pan chytrze wciskał mi banknoty 50-funtowe. Zdziwiony był, że nie chcę, bo w żadnym sklepie tego nie przyjmują, trzeba z tym latać do banku i jeszcze się opowiadać, skąd się ma... Przerabiałam. Zaskoczony był bardzo, no ale ja tylko wyglądam na idiotkę ;) Hahahahaha, dobrze się maskuję i ludzie się nabierają.
A z daleka szedł jakiś bogoojczyźniany pochód, z białą ogromniastą flagą i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Fotki nie ma, bo zaczynało nieźle padać, a i do domu chciałam szybko, bo połączenie było. W necie jeszcze nic nie ma, później się dowiem, co maszerowało... Bóg, honor, ojczyzna, groźnie było...
Ojapierdolę...