No nic. Jedna szafa za mną. Kopnęłam się wreszcie w tę leniwą kubańską dupę i jedną stertę papierzysk mam z głowy. Oczywiście, nie znalazłam tego, czego szukam, czyli dalej nie wiem, kiedy zmarł mój ojciec. Ale pierwsze koty za płoty, ważne, że wzięłam się za szukanie, mam jeszcze cały tydzień wolny.
I łezki mi się w oczach zakręciły, bo
Kiedyś dzieci same sobie robiły zabawki i miały z tego frajdę.... Poślę to Pierworodnemu, chociaż wątpię, żeby go to wzruszyło... A szkoda. Mała Wiedźma mogłaby też fajne rzeczy robić... Cała książeczka z tego jest. Zetlałe, poprute, ale jest. I przypomina piękne dni...
A to.... Co ja będę tłumaczyć. Od drugiego też mam, ale jeszcze nie doszłam do kartonu ;)
A to już szkoła podstawowa i pierwsze sympatie i antypatie :)
Jak ładnie pisali do zająca...
Pierworodnemu ciężko szło pisanie listów do domu, większość korespondencji jest taka, a nie było wtedy komórek. Jakoś nie histeryzowałam, przeżyli wszystkie obozy :)
Inżynier znał miejsce w szeregu, ale w ten sposób wychowywał sobie matkę. Do dziś na hasło: matka do nogi reaguję jak należy ;)
... ale też czuł się zaniedbywany... ;) Dziś pewnie opieka społeczna by interweniowała ;) Inna para kaloszy, że miał wtedy jakieś 18-20 lat może :)
Mąż też znał proporcje, mocium panie... Mandat to była taka dziura w naszym budżecie, że ojapierdolę. A on miał zwyczaj wjeżdżać wszędzie samochodem, do kiosku po gazety w sąsiednim bloku też by samochodem jechał :) Zawsze się wypierał, więc... Trzeba było gromadzić dowody, proszę wysokiego sądu :D
Niby to śmieszne, ale... Musiałam zostawiać chore dzieci (tu Inżyniera), bo tak, bo pracować ktoś musiał na te mandaty... I tak liścikami zdalnie się sterowaliśmy, bo wracałam z pracy po 23, często później, a oni wychodzili do szkoły, jak ja spałam jeszcze... Ale... Mam superdzieci, wiedzieli, ile co kosztuje, na ile możemy sobie pozwolić. I nigdy słowa skargi nie słyszałam. Uczyli się, bo wiedzieli, że to klucz do tego, co chcą.
Tak mnie naszło na wspomnienia przez te papierki...
Takie nic, a ma wagę złota.
I tak jakoś dziwnie rzeczywistość niepisana mi się rozmija. Mam na FB koleżankę, jeszcze ze szkoły średniej, na NK też. I jedna pisze, że ma mnie we wdzięcznej pamięci przez te wypracowania, a druga podbija mi bębenek i mówi, że mam książkę pisać, że jest fanką moich wypocin... :) Że zawsze była moją wierną czytelniczką. I że Marią Konopnicką zostać mogę :)
Tamtą rzeczywistość pamiętam inaczej. Wydawało mi się, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi i nikt mnie nie szanuje. Może to mój słuch, a może zakompleksienie. Nie wiem. One pamiętają inną dziewczynę, ja inną. Ale prawda jak dupa, każdy ma swoją. Książki pisać nie zamierzam, ale.... Tak mi błysnęło.... Dać adres bloga.
Boję się jednak otworzyć.
Bo mamy za sobą wspólne lata i to realne, nie netowe.
Nie wstydzę się niczego i nie mam nic do ukrycia.
Jednak mam jakieś opory.
Hmmm....
Z innej beczki. Wychodzę dziś na Manhattan, a na korytarzu dorywa mnie sąsiad. I rzecze w te słowa: Spod trzynastki policję wzywała... Zapytałam, czy było włamanie, czy coś. Mieszka tam młoda dziewczyna, sympatyczna. Jak się wprowadziła przyszła się przedstawić, kibicowała mojemu remontowi, odbierałam jej paczkę, ale nic poza tym. Sąsiad na to: nie, nie, samochód jej ukradli, wyszła rano, a auta nie ma. I taką jakąś radość w oczach miał, że coś się stało komuś... (to ten od hasła do mojego neta). Nawet nie wiedziałam, że ona miała samochód... Dziwna jestem, bo nic o świecie nie wiem. Pewno sama umrę, zacznę cuchnąć, bo nawet kotów nie mam, co by mnie zeżarły :D












Takie pamiatki to fajna sprawa.Ja nie stety nie moge sie niczym powspierac wspomnieniowo bo posluchalam mojej matuli,ktora to mnie niezle ,z cala odpowiedzialnoscia mowie,wyslizgala z pamiatek.
OdpowiedzUsuńAle niech tam,ja sobie nazbieram nowych a jej niech sie wiedzie,......wszak nikomu zle nie zycze.
Mago, przykro mi. Ja mam z rodzinnego domu parę pamiątek, nie takich, bo u mnie się nie pisało kartek, mama była nauczycielką i mieszkaliśmy w szkole. Sama mam naturę sroki i... :) Masz rację, nie chowając uraz i życzę Ci jak najwięcej miłych wspomnień nanizanych jak paciorki na sznurki lat :) :*
UsuńCudne te liściki! Żałuję, że moja mama nie zachowała takich kwiatków. U nas było podobnie, jak wracałam ze szkoły mamy już nie było, czekała kartka w kuchni na stole. Jak mama wracała ja już spałam, czasami udało mi się "doczekać", wtedy była radość! Mama pracowała na zmiany, jak miała na rano, to jeszcze spałam jak wychodziła i w kuchni znowu karteczka i śniadanie do szkoły - podpisane! Pisała na papierze śniadaniowym moje imię i siostry, żebyśmy nie pomyliły kanapek - dla mnie nie mogły być z wędliną! Ech, obudziłas wspomnienia! Dziękuję:)
OdpowiedzUsuńmamaKlary
Dziękuję, mamoKlary i cieszę się, że udało mi się wzbudzić na Twojej twarzy uśmiech :)... Ty swoje wspomnienia nanizujesz na blogu, wtedy blogów nie było i wiele rzeczy uleciało mi z pamięci. Chwile wracają, jak biorę do ręki zdjęcia (a wtedy ich też nie było tylu, bo nie było cyfrówek), takie papierki, rysunki. Spłowiałe, nieporadne, ale moje. I widzę, jakie miałam piękne, ciekawe życie :)
UsuńPoczucie humoru chłopaki mieli ,swietne te lisciki :)
OdpowiedzUsuńSzkoda,ze nie było blogów w czasach kiedy moje życie było barwne i kolorowe, kilka wspomnein ,kartek mam ,pamietniki wyrzuciłam,ale to dobrze,bo były zbyt osobiste i nie hciałabym wracać do tych wspomnien.
OdpowiedzUsuńNo i czasy kiedy córki były małe,wtedy niczego nie zapisywałam,a szkoda,bo pamiec jest wybiórcza.mam za to kilka taśm video,zdjęcia,ale to nieto samo co zapiski.
Też się na takim czymś złapałam. Pamiętnik mam do dziś, ale na okładce napis: ściśle tajne, przed czytaniem spalić. Nie sądzę, że ktokolwiek kiedykolwiek będzie tym zainteresowany. Pismo mam aptekarskie, pisałam bez interlinii. A jeżeli kiedyś znajdzie się taki desperat? To się uśmieje, a mi będzie już wszystko jedno. W internecie więcej śmiecia jak w moim pamiętniku... :)
UsuńDyluś ??? czadowe są te karteczki ;-) mam kilka listów do Mikołaja ale szkoda że nie zostawiłam sobie tych codziennych właśnie....i jedną ? jedną kostkę czekolady ???
OdpowiedzUsuńTo był etap Badylka. bo dylu dylu na badylu - Pierworodny klapał paszczą z prędkością karabinu maszynowego. Zwany był też w zamierzchlych czasach niemowlęctwa Brzdąkwą. Po drodze zaliczył kilka innych ksyw. Jedną, bo to było coś z biegunką i był na diecie, a że nie chciałam być okrutna i już było lepiej dostał kostkę czekolady. Mam zwyczaj każdy zapisany i zadrukowany świstek kłaść koło komputera lub pomiędzy sowy. Jak się nagromadzi, wkładam do kartonu i w ten sposób obrastam w makulaturę. Co jakiś czas selekcja, a takie cuda wianki przechodzą do archiwum - do kolejnego kartonu... Aż zlecę do sąsiada, choć teraz już nie mam co gromadzić...
Usuńo a ja myślałam że Ty "Dyluś " napisałaś do mężowskiego ! tak czy siak ksywa świetna :-)
OdpowiedzUsuńNie. Mąż był Kudłaty. Do dziś ma czuprynę, jak kudłaty, tyle że siwiuteńką. I wciąż widzę Pierworodnego, latającego po kościele i wrzeszczącego: Kudłatek, chodź do mnie. Moją Ciocię zamurowało, a teściowa była wrogiem słowa "Kudłaty", że zupełny brak szacunku dla ojca. A w tym Kudłatym było tyle miłości. Później zaczęli mówić do niego "tato" i to już był powoli koniec bajki... :)
OdpowiedzUsuń