miałam moment załamania i zwątpiłam w siebie.
A mianowicie, Kochany Pamiętniczku, śmierdzę leniem i robię wszystko, żeby nic nie robić, więc do P&P po to masło wybrałam się dopiero o 11. Przedtem pograłam, kąpiel wzięłam, śniadanko zjadłam, ogarnęłam odcinek Call The Midwife. Jeżeli ktoś szuka dobrego serialu, to polecam. Anglia, lata 50. XX stulecia i one: położne. Zachód widziałam zawsze bardziej z perspektywy amerykańskich filmów, gdzie lata 50. to kolorowe stroje, piękne samochody. A tu Londyn okazuje się jeszcze większym zaściankiem momentami, jak PRL w tamtych czasach. I jak widać, niewiele się tam zmieniło do dziś, porównując jakość budownictwa tam i u nas. Ale opieka nad kobietami w ciąży tam i u nas - niebo i piekło, nie do porównania. Sama rodziłam w latach 80., ale nie miałam nawet w połowie takiej opieki. Po porodzie do Pierworodnego położna nigdy nie dotarła, a do Inżyniera przyszła taka, żeśmy ją po prostu wyprosili. Ale nieważne. Serial jest super, i do tego muzyka z epoki. Wciąga jak chodzenie po bagnach.
Dla mnie tym ciekawsze, że znam angielskie realia też ze względu na Synową. Polecam. Sama jestem zachwycona.
Tak więc po zakupy wybrałam się w południe, wciąż się rozgrzeszając, że pogoda nie na mycie okien. Wsiadam do autobusu - ulewa. Myślę więc - wrócę i klapnę.
Wracam.
Jak to ja, ze słuchawkami, z torbą. Kierowca był tak uprzejmy, ze poczekał, jak biegłam, więc OK. Klapię na siedzenie, odbijam kartę, a z siedzenia po drugiej stronie dziadyga jakaś mówi do mnie: słyszy pani, co do pani mówię? Guzik słyszałam, ale widziałam co mówi. Sądzę, że gdybym słyszała normalnie, nie odpowiedziałabym, bo i motor i inne hałasy, no ale mam tę moc. Mówię więc: słyszę. A on: co pani mówi? TO po kija mnie zaczepia, jak nie słyszy co ja mówię :) A on: jak pani będzie słuchała tak na słuchawki, to pani słuch straci. Nie chciało mi się z dziadem dyskutować, więc spojrzałam na niego bazyliszkowato i wgapiłam się w okno. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Sam nie słyszy w autobusie, a głuchą opierdala :)
W domu szparę unijną bebeszę i o, są kartki :) Od Słonka, hahahaha. Sama zrobiła i przysłała mi z zaleceniem pokolorowania i odesłania zdjęcia gotowca. Nie wie, że ze wszystkich robót najbardziej nienawidzę robótek plastycznych i technicznych. Nie wiem, czy jej to napisać, czy nie? Tak samo nienawidzę planszówek :D
Kolorowanie czegoś takiego, brrr... :)
No i druga kartka, która spowodowała, że zwątpiłam w swoje władze umysłowe. Stempel: Katowice. Znam parę osób ze Śląska, ale Katowice? Otwieram kopertę. Standardowy druczek i podpis; Janina. Ojapierdolę. Nie znam żadnej Janiny ze Śląska. Znam dwie Teresy, Asię, Imbirellę, Żabę znam, ale Janina? Ki czort. Pisma też nie znam. Zaczynam szukać namiarów na lekarza geriatrę, gdy wtem: TADAM :) Napisała do mnie Pszepani. W ciągu tych dwóch wspólnie spędzonych tygodni nie mówiłyśmy sobie po imieniu, ona parę razy się pomyliła i pojechała mi imieniem, ale ni choinki nie chciała przejść na ty, więc ja zostałam przy pani. I to nie tak, jak w pracy, że mówię: pani Marysiu, ale pani i koniec, kropka. Dała mi swój adres i mówiła, że będzie kartki słała. Ojapierdolę. Dobrze, że mam kartkę i znaczki, jutro wyślę. Ale co mi taka znajomość, że mam wysyłać kartki drukowane, podpisane imieniem? No nic. Rozumiem, że jest staroświecka, SMS nie obsłuży i takie tam, że ona dzwoni, a ja nie dzwonię, ale to nie ma znaczenia, jak jest chemia. A chemii nie było, więc? No nic. Kartkę wyślę.
I kamol z serca, że nie jestem jeszcze alzheimerowcem.
Belgię przeżywam. Nie mogę tego ot tak, z głowy wyrzucić, chodziło za mną i dręczyło, więc żeby się zrelaksować, jednak umyłam te cholerne okna i dzięki temu mam kolejną rzecz z głowy. Ray Charles pomógł.
Jeżeli nie mam na coś wpływu, to zamartwianie się jest bezcelowe, tylko się nakręcam.
I zagwozdka ze świętami. Bardzo lubię Kierownika Budowy i jestem mu wdzięczna za zaproszenie, ale też mnie to wszystko przeraziło. On ma warunki, jakie ma, jeden pokój i małe dziecko, do tego zaprasza teściów. Ja z kolei umówiłam się już z Inżynierem, tradycyjnie, na Skype, na świąteczne śniadanko. I biedna Żona Kierownika, miotająca się między kuchnią a dzieckiem. Pomogłabym, ale kuchnię mają dokładnie jak moja, że jedna osoba w niej to tłum. I stół maleńki. Na szczęście zwyciężyła koncepcja, że zjedzą śniadanie u siebie z teściami, potem wleci po mnie. Ufff... Wino mam, dokupię coś dla Małej i spoko. Organizując zaś śniadanie u mnie to ja bym się utyrała, jak koń podczas westernu i nie pogadała z Inżynierem. No i te tony jedzenia, tradycyjnego, a ja mam zero tradycyjnych potraw, nie licząc jajeczek :D
Wiem, wiem, z jednej strony tak źle, jak człowiek sam, z drugiej też niedobrze :)
Gadrełko mnie boli, ale tak to jest, jak się okna w zimnie myje :P Ale nic to, Kochany Pamiętniczku, herbatka z imbirem i cytryną oraz miodem umarlaka na nogi postawi.
Będzie dobrze, musi być...
pewnie, że będzie dobrze :)
OdpowiedzUsuńja kartek, tradycyjnie już, nie wysyłam w tym roku...
akcja w autobusie prześwietna - widziałam ją oczyma wyobraźni i śmiechłam :) masz dystans :)
i zdrówka życzę, żeby się gardło nie rozhulało
imbirella
Z gadrełkiem już OK, imbir, cytryna i miód nie zawodzą :D Dziękuję :) Mam dystans, ale nauczyłam się go mieć dopiero po czterdziestce. Przedtem skrywałam moje kalectwo, jakby to była jakaś zbrodnia. Teraz na odzywki: głucha pani czy co, odpowiadam swobodnie: tak, zgadła pani :) Uwierz mi, bardziej "wali" to w tego, co się tak odezwał, jak we mnie :)
Usuńwierzę :)
Usuńimbirella
Kuruj gardełko! Fajnie,że spędzisz miłe chwile z Kierownictwem:)
OdpowiedzUsuńKartka od Pszepani mnie zadziwiła,co za dziwna osoba z niej.
W tym roku kartek nie produkowałam i nie wysyłam.W ogóle olewam swieta,gdyby jeszcze nie trzeba było zasiadac do wspólnego sniadania to już byłoby całkiem fajnie,ale przypuszczam,że nic z tego, trzeba będzie odpekac wilekanocne sniadanie.
Tez bym olewała, ale mnie siłą wciągnęli. Dlatego nie zapraszam do siebie, bo nie mam ochoty szaleć, a wiadomo, są goście to zastaw się, a postaw się. Za każdym razem po gościach zostaję z niedojadami. A sama dla siebie robię w sam raz i git majonez :)
UsuńPrzeżycia świąt życzę :D
Wiesz, teraz to już mi całkiem nie święta w głowie.Ani wyszło białko w moczu,chuj wie co się dzieje, jutro do lekarza, oby to tylko jakaś infekcja dróg moczowych:(
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za Anię! Będzie dobrze. Musi być.
OdpowiedzUsuńPszepani pewnie tęskni za Tobą ;) Kartki świąteczne kupiłam, nawet wypisałam, a teraz noszę w torebce, bo ciągle zapominam wejść na pocztę:)
OdpowiedzUsuńMamaKlary
Wypisałaś. My Hero :) Dlatego nie wysyłam, że mam wtórną dysgrafię i pisać nie umiem :D
Usuń