Niemniej wszystkim tęskniącym, wspominającym i jęczącym pięknie dziękuję za wszystko.
Ale ludzie, nie możecie się zachowywać jak ludzie z mojej pracy. Oni mówią, że będę musiała pracować do końca istnienia wydawnictwa i jeszcze jeden dzień dłużej. Wyobrażacie sobie mnie, wypełzającą już w stanie rozkładu (aby tego uniknąć, spalą mnie, więc co najwyżej siwym, popielastym pyłem wypełznąć mogę) i korekcącą dalej? Nie, aż tak nie nagrzeszylam, Kochany Pamiętniczku, nie aż tak!
Nawet Szyszkę diabli wzięli i mimo że bobry łkają rozdzierająco, drzewa umierają stojąc,
i nawet Biedronka proroczo włączyła się w akcję śmierci niesławnej pamięci ministra
żubry pewno zapijały się żubrami z radości.
Nie mówiąc już o tym, że prezes (najmniejszą literą p jaka jest) wysnuł wniosek o kolejnym zamachu.
Ojapierdolę.
Jak żyć bez bloga, jak żyć?
No w którymś momencie będziecie musieli, mili Czytacze, albowiem na pewne rzeczy w życiu nie ma rady.
No dobra. Pierworodni zmobilizowali się i z wielkim hukiem zaprosili mnie na niedzielny obiad.
Koniec świata, pani Popiołkowa.
A wyglądało to tak:
Hej Mamo zapraszamy w niedzielę do nas
Ok, dzięki
O której?
O której?
Kiedy mamie pasuje
Wlecę po południu, po obiedzie jakoś, OK?
No ok, myśleliśmy że mama będzie na obiedzie
To się mówi wprost: zapraszamy na obiad 

I podaje godzinę
Ok
A nie że się na krzywy ryj wpraszam
Mieszkanie wylizane, Synowa sumitowała się, że trochę kurzu jest na panelach, bo nie ma odkurzacza, a w słońcu kurz widać. Ta, bo ja specjalnie przyjechałam po to, żeby się przeczołgać po kątach w białych rękawiczkach i białych skarpetkach i każdy pyłek kurzu opisać na blogu i na fejsiku, a jak, niech ma, kurwa, za swoje.
Mieszkanie mają przepiękne, jeszcze niezagracone i olaboga - balkon przez całą długość mieszkania, czyli tak, jakbym ja miała loggię nie na te moje parę metrów, ale i w kuchni, i w małym pokoju. I widać stamtąd Krzesiny, i Krzesiny nocą. Już zapowiedziałam, że wlecę kiedyś wieczorem i nie ma zmiłuj, będę cykać fotki :)
A chora była i zamiast mnie zawiadomić, że jest chora, to milczała jak zaklęta i z radością sprzedała mi całe choróbsko.
Tak że tenteges do dziś się ze mnie leje i jestem podwójnie pociągająca, ale mniejsza z większym, amatorów na ten pociąg i tak nie ma. Co jest co najmniej tragiczne.
A potem zaczęła się szopka pod tytułem: gotujemy obiad na cześć naszego ukochanego gościa. Oczywiście, do kuchni został wywalony Pierworodny, który jako leworęczny bez odpowiednich narzędzi (narzędzia są dalej w UK) nie radzi sobie z obieraniem niczego. Rozdzierające: K., idź obierz marchewkę niosło się echem hen daleko, więc zaproponowałam, że obiorę tę pieprzoną marchewkę, bo uwielbiam obieranie. Dostałam pozwolenie. A w kuchni najprzyjemniej i najprzytulniej w całym domu (u mnie też tak było przed remontem i emigracją, siłą trzeba było wszystkich z kuchni wyrzucać, pchali się tam na chama). I tak się tam poczułam, jak za młodych lat, skrobiąc rzeczoną marchewkę. A pierworodny na patelni smażył mielone, wyciśnięte z plastikowej osłonki, made by Auchan. Włosy stawały mi dęba na łysej główce, oczami duszy widziałam spaghetti bolognese, ale nie... Marchewki i por, a jakże, dorodny jak w Allo, allo wylądowały w garnku z wodą i... dusiły się tam trzy godziny. Posiekane na plasterki, jakich i wojowie Mirmiła by się nie powstydzili. Po trzech godzinach duszenia owych warzyw rozległy się jęki dzieciarni, że głodna jest. Do kuchni majestatycznie wpłynęła pani domu i kazała Pierworodnemu przesmażone mięso do wywaru wrzucić, a sama rozrobiwszy trzy trójkąciki topionego serka (marki nie zdążyłam zauważyć) w wywarze, z namaszczeniem wrzuciła go do garnka i po pięciu minutach obiad był gotowy.
Z należytą czcią i szacunkiem zupka nalana została na talerze i wyniesiona do pokoju (chuj wi po co, skoro w kuchni lepiej smakuje). Zła nie była, nie powiem, ale...
Jedząc ją, wciąż widziałam tę scenę z H., kiedy wpędzałam moją wówczas in spe Synową do grobu, bo musiała skrobać marchewkę...
Kurwa. Trzy godziny na gotowanie zupy na serkach? Bez żadnych przypraw? Zjadłam, pochwaliłam, nie prosiłam o dolewkę, w domu miałam obiad od wczoraj. Obiad, nie badziew, jakiego nie gotowałam nawet pracując w Auschwitz. W życiu nie przyszłoby mi do głowy gotowanie zupy na topionym serku. Papryczek odmówił stanowczo jedzenia obiadu i pozostał przy bananie. Mała Wiedźma zjadła talerz zupki i oznajmiła, wzdychając, że jednak babcia Yoda lepsze obiady gotuje.
I tu muszę pochwalić Inżynierową, bo ona naprawdę się stara.
Internet jest pełen przepisów, jak zrobić coś z niczego.
W 15 minut, niewielkim wysiłkiem.
Pyry, jajko sadzone, jakaś surówka.
Kasza, pieczarki, mielone.
Przyprawy.
Dałam im masę przypraw.
No nic :)
Nieprędko dam się znów zaprosić na obiad, a i nieprędko ja zaproszę, bo nie bawi mnie zmywanie garów.
Nevermind :P
I tak miło minął tydzień po zamknięciu, praca nadal pcha się drzwiami i oknami, no litości, kupiłam od dziewczyny za 100 zł
a ona parę dni później pyta mnie, czy nie jestem chętna do pracy? A słowniki nówka nieśmigana, zawsze było mi szkoda kasy, bo to prawie stówa za jeden...
No i sezon na
a wyszedł tak smaczny, jak rzadko kiedy i jak zacznę wszystko jeść, to się znów w nic nie zmieszczę.
I burza się trafiła, z podwójną tęczą, to chyba dobrze w tym całym zakichanym świecie?
I ciemność, kochana ciemność, zapadająca coraz wcześniej...
Tylko te sny, pełne brudnej, przelewającej się wody i małych dzieci, którymi nie daję rady się zaopiekować, wody, w której tonę, leżenia, z którego nie mogę wstać.
Nie muszę czytać senników, moja teściowa przez lata nawbijała mi do głowy czarnych interpretacji, od których coraz trudniej jest mi się uwolnić i coraz trudniej wytłumaczyć sobie, że kto wierzy w gusła temu dupa uschła.
I jutro wybory. Z nadzieją, że jak prorokuje Giertych, nawet jak PiS wygra, to rozłoży się trymiga. Że wszystko się zawali.
No nic...
I Nobel dla Tokarczuk.
Serio? Tak jak zawsze naśmiewam się ze wszystkiego, co pisowskie, tym razem nie do końca. Nie naśmiewam się z ministra kultury, który przyznał się, że nie dokończył czytania żadnej książki naszej noblistki. Bez wstydu przyznaję, że ja też nie. Pani ma dziwną manierę pisania wyrazów pospolitych w środku zdania, bez ładu i składu i głębszej myśli - dużą literą. Niestawianie przecinków i kropek. Zaczynania zdania dużą literą, gdy poprzednie nie jest zakończone kropką. Niestety, moja dusza korektorki tego nie może przetrawić. Przyjmuję do wiadomości, że autorka ma taką wizję, ale nie ogarniam. Korekcąc taką książkę wylądowałabym na oddziale zamkniętym. Mam jedną jej książkę, męczę od roku, postaram się dokończyć, ale nic nie obiecuję. Nawet czytanie jej na kiblu, kiedy nie mam co robić nie pomaga przez przebrnięcie. Bo nie mam czerwonego długopisu do korekcenia pod ręką :D
Za to w jeden dzień i noc wchłonęłam Koronki z płatków śniegu, do których przymierzałam się od dawna. I to jest dla mnie cud miód, a nie noblistka. Bywa :)
I spotkanie miałam z autorką mojej pierwszej skorekconej beletrystyki. Wieczór był zajefajny, jak małolaty (mam nadzieję nadal) mówią, aczkolwiek podanie torebki herbaty w mikroskopijnej filiżaneczce, z plastrem cytryny, który się w niej nie mieścił, to pojebany pomysł. I zaśpiewanie za nią 12 zł! Zapraszała autorka, nie miałam sumienia prosić o następną filiżankę, choć nalegała. Gdzie te herbaciarnie sprzed lat? Z rosyjską herbatą? Nierujnującą nawet studenckiej kieszeni?
Nie oceniam jej dzieła, bo nie moje klimaty, sama nie zdecydowałabym się na taką wiwisekcję, aczkolwiek popełniam ją na blogu. Nie wydaję na nią jednak grubych prywatnych tysięcy i jak nikt nie przeczyta, nie skomentuje (bo komentarz to jak kupienie książki) - przeżyję. Daję tu tylko mój czas. Cenny. Ale daję, bo chcę. A któregoś dnia po prostu zniknę i nic się nie stanie :)
Ziemia będzie dalej krążyła wokół Słońca.
Płaska Ziemia, co nie, Przyjacielu :) Płaska ja stół, jak podłoga, jak to wszystko pojebane wokół, równa, jak drut sprężynowy.
A w międzyczasie TEN karp. Wyfiletowany, prawie bez osteczki. Świeżutki i zupełnie niejadący rybą.
To może być PIĘKNA wigilia :)
I wizyta w Warcie. Godzina pieprzenia z ajentką. Nie pamiętam jej, zawsze siedzą tam inne osoby.
I patrzę na pieczątkę - szok.
Pytam Inżyniera - potwierdza, tak mama koleżanki jego z podstawówki.
Upewniam się w pisowni obcego nazwiska.
Tak. I tekst - mama jej córki i jej koleżanki nienawidziła. WTF? Ja to inaczej pamiętam. Nie znałam dziewczyny personalnie i rybką mi to latało. Ale pamiętam jak przez mgłę, że na kuchennych drzwiach wisiał rysunek najlepszych w klasie i była tam właśnie ona i Inżynier. Inżynier personalnie wydłubał jej oczy. Nienawidził tego teamu całym swym dziecięcym serduszkiem.
Ale nie miałam wtedy Kochanego Pamiętniczka, a i cyfrowych zdjęć nie było, więc nie udowodnię, że nie mam alzheimera.
Może i Inżynier nie ma, ale każdy wyrzuca z pamięci niechciane rzeczy.
Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Jakie to proste, co nie?
I na giełdzie kwiatowej dziś byłam. Pojebało ich ze szczętem. Byle wkład do wazonu 50 zł, standardowa cena od 125 zł do ponad 200.
WTF?
Tak długo łaziłam po giełdzie, aż znalazłam te zwykłe bukiety po 25 zł sztuka.
Trudno.
Grób to nie choinka noworoczna.
Za mycie płacę100, bo siły nie mam już.
A czeka mnie jeszcze grób Eksa, tam nikt nie myje, a na Pierworodnego nie liczę. Może nie byłam wspaniałą żoną, ale jestem porządną wdową. Plus badyle dla Eksa u reszty. Plus świece. Plus bilety.
Na widok ludzi wynoszących worami te "wymysły cmentarne" oblał mnie pot. Sorry, Winnetou, nie stać mnie na Wszystkich Świętych. A już na pewno nie będzie mnie stać na niepracującej emeryturze.
Albo ludzie zarabiają miliony i tylko ja taka dupa jestem, albo wszystkich pojebało.
Ze szczętem :P







ostatnia opcja , pojebało ze szczętem
OdpowiedzUsuńnie podnosiłam larum bo wiedziałam że wrócisz
no i jak zwykle miałam rację :D
jednak napiszę
DOBRZE ŻE JESTEŚ
Thx :* Miło, że Ciebie to cieszy. Tak, pojebało i jak tak dalej pójdzie, wsadzę zwykłe gałęzie do wazonu i będę miała na resztę wyjebane. Nie z biedy, ale z niezgadzania się na wariactwo.
Usuńdobrze ze jestes
OdpowiedzUsuńDziękuje, nicko :*
UsuńNo i proszę - wyjęczałyśmy odroczenie.
OdpowiedzUsuńOby tak dalej - znaczy - Jędza pisze, a my czytamy. Komentujemy. Pocieszamy, gdy trzeba. ( Ciekawe, czy kiedykolwiek trzeba? )
Zupa z serka topionego? Jeszcze nie jadłam, może warto by przetestować?
Jęki były tak tragiczne, że w kominie było je słychać, mimo że aparatów nie miałam.
UsuńSerek topiony to samo zło (nie mówię, karmiłam nim, zwłaszcza Krówką Śmieszką biedne dzieci, ale wtedy po prostu lepszych rzeczy nie było). Nie polecam :)
Było kiedyś sporo przepisów z dodatkiem serka na,zupy kremy, z brokuła, pieczarek, cukini, miały zagęścić zupę.
OdpowiedzUsuńNo takie cuda, ale to było z 15 lat temu? Serka topionego nie jadlam juz od nie pamiętam kiedy, ale byly czasy, ze jadałam.
Mnie nie ma kto na obiad zapraszać, moze i dobrze:)
Miłej,spokojnej niedzieli, pogoda złotojesienna, co cieszy.
Juz dawno przestalam sie jarać Noblami, no ale pani pogratulować, fanką rownież nie jestem.
Zgadzam się z każdym Twoim słowem, Doro :) Na każdy temat :) I dziękuję, była piękna, mam nadzieję, że do Ciebie też taka dotarła :)
UsuńWiększość pojebało,nie jesteś dupa:-)Cieszę się ogromnie,że jesteś i że wracasz do nas,jak do swojego wentylu bezpieczeństwa.:-*.Zupka jest chyba na topie wśród gospodyń młodego pokolenia,bo czasem słyszę w pracy,że któraś robi i ze taka dobra;-)Moc dobrych fluidów przesyłam,by lżej było sobie radzić z tym co wokół:-* :-)
OdpowiedzUsuńDziękuję lubuszanko, za dobre słowa :) :* I Tobie wszystkiego dobrego :)
UsuńCieszę się
OdpowiedzUsuńJa też :) Cieszę się, że się cieszysz :)
UsuńKsiążki,Olgi Tokarczuk odkryłam,dość dawno temu.Wsiąkłam:-).Wypożyczyłam wszystko,co było w bibliotece,potem trochę kupiłam.Dziś już tak nie wracam,ale "Pokot", nakręcony na podstawie jej książki,obejrzałam z ciekawością.Jakoś ją lubię.Tylko,że ja nie widzę tych błędów,które Ty kochana,widzisz.Sama robię więcej:-)
OdpowiedzUsuńTo jesteś szczęśliwa, że ich nie widzisz. Jak już mówiłam - za darmo w necie nie szukam błędów, książki to coś innego :P Pokotu nie oglądałam, jednak nie lubię polskich filmów, dla mnie skończyły się na Trylogii. Mam na Netflixie z napisami, próbowałam zmóc Kamerdynera i poległam. Trudno :)
UsuńNareszcie!Wiesz, że po tym Noblu pomyślałam o Tobie? Mniej więcej tak:Ale S.J.by miała z nią roboty!!!Co do tych pośmiertnych prochów- moja koleżanka "rozsypała się" na Polu Pamięci na Junikowie.Wiatr zawiał w naszą stronę i zabraliśmy Jej prochy we włosach, na twarzach i kurtkach do domów:)
OdpowiedzUsuńPrzypomniałaś mi herbatę po rosyjsku litrami wypijaną w Drużbie na Ratajczaka! To były czasy...A te mielone to były w zupie podane? no, to tak nowocześnie Cię ugościli! Obyśmy mogły wieczorem pić na wesoło!
No ja się Nobla nie doczekam, ale miło, że o mnie wtedy pomyślałaś :D O, zapomniałam nazwy knajpki, Drużba. Studiowałam naprzeciwko, w Bibliotece Uniwersyteckiej, więc byłam częstym gościem Drużby. I to była herbata :) Aż łezka się kręci na wspomnienie tego, zwłaszcza z konfiturą i to nie z róży, bo z róży nie cierpię :P
UsuńNie kotlety mielone! Wywalił z flaka (Z flaka, co to za mielone) na patelnię, podsmażył i takie jałowe wrzucił do zupy. Smakowało jak trociny, ale co będę wybrzydzała? Zjadłam, żyję. No i nie pijemy, jeszcze nie czas na szampana :(
tam była jeszcze księgarnia obcojęzyczna... najwięcej było po rosyjsku, ale nabyłam tam gramatykę rosyjsko-angielską w obrazkach głównie :) na tamte czasy była znakomita.
UsuńDobrze, że jesteś. Glkz
OdpowiedzUsuńMiło mi, Glukozo :) :*
UsuńU mnie obiadowo ostatnio królowały grzyby😁
OdpowiedzUsuńI tak:polędwiczki wieprzowe obsmazone w grubych plastrach,kasza pęczak,buraczki i sosik grzybowy-PYCHA!!!
I coś czego nie robiłam jeszcze nigdy krupnik że świeżymi grzybami-nieprzyzwoicie dobry🤩
Mam nadzieję,że by Ci smakowało.
Ja jak kogoś zapraszam na obiad to staram się mieć tak wszystko naszykowane żeby to nie trwało wiekami,ale co... jak lubię z gośćmi siedzieć w kuchni,tak nie lubię jak gotuję taki właśnie proszony obiad i ktoś mi się wtedy pałęta.
Cieszę się,że już jestes😚😚😚
Poprosiłabym o dokładkę, bez wahania :) No wiesz, jak ktoś nie lubi gotować, nie zaprasza na obiad, proste? Nie wpraszałam się, nie chodziło mi o obiad, chciałam oglądnąć mieszkanie. Wleciałabym na kawę, na herbatę. Jak nie mam fazy na gotowanie, nie zapraszam ludzi na obiad, proste :)
UsuńNigdy serków topionych nie lubiłam. Kojarzą mi się z tablicą mendelejewa.
OdpowiedzUsuńWspółczesnych autorów jakoś nie potrafię przeczytać.
I tu się z Tobą we wszystkim zgodzę :) Ale kiedyś takie serki to była baza. Nie, zup na nich nie gotowałam, ale już do kanapek dawałam.
UsuńDo mnie dociera tylko Musierowiczowa :)
ooo tak, zwłaszcza że to koziołkowe klimaty :)
Usuńmoje dziecko lubiło serki topione w przedszkolu, ponieważ w domu tego nie miał :)
A ja Tokarczuk lubię, przeczytałam wszystko i to z przyjemnością. Zaczęłam w liceum od "Domu dziennego, domu nocnego".
OdpowiedzUsuńSerki topione kiedyś dodawałam do sosu do spaghetti, ale jak wiadomo, ja zupełnie nie umiem gotować. Za to mój małżonek jakiś czas temu kupił termomix i gotuje jak szalony, więc czuję się zwolniona z tego przykrego obowiązku;)
Cieszę się, że wróciłaś!
Dobrze sobie męża wybrałaś :) No ale Ty musisz mieć styczność ze współczesną literaturą z powodu zawodu. Nie oceniam jej, może i fajnie pisze, ale mi nie pasuje. Lubię jej wypowiedzi, zgadzam się z nią, ale książki - trudno :P
UsuńDziękuję :*
Jak wspaniale, znowu Cię Jędzuniu czytać!!! Witaj kochana :)
OdpowiedzUsuńSerki topione? Ranny Julek, toż to strasznie tuczące. A wybory - idę pod prysznic i lecę do urny, bo aż mną trzęsie, jak widzę, co się z naszą ojczyzną dzieje!
Miło, Pasiasta Pigmejko :) Dziękuję. No wszystkich myślących trzęsie, ale jest jak jest. Zobaczymy, co będzie dalej. Pińcet plus zbiera swe tragiczne żniwo. Niestety.
UsuńJedzo, ciesze sie, ze wrocilas. Gest ze strony mlodych bardzo mily, ale wykonanie jakos wydaje mi sie dziwne. Jak sie kogos zaprasza na obiad - to nie kaze sie gosciowi obierac marchewke i czekac 3 godziny, az mnie wzdrygnelo. Brak kindersztuby u mlodych niestety. I organizacja pracy do kitu.
OdpowiedzUsuńZ Noblem zgadzam sie z Toba calkowicie, ta pani nie do czytania , jak dla mnie.
Jedzo, dla dusz naszych zmarlych najwazniejsza jest nasza pamiec.
Nie daj sie wkrecie w wyscig "grobowy". Sztucznizna i blichtr na grobach, kolorowe nadmuchane znicze o wymiarach chinskiej wazy z dynastiii Ming przyprawiaja mnie o mdlosci. Ale coz niektorym sie to podoba - chyba zastrzege w testamencie, ze za stawianie takich maszkarek na moim grobie - wydziedziczam.
Zycze ci spokojnej przytulnej slonecznej jesieni - dobrych mysli i dobrych dobrych snow.
Kitty, sama zadeklarowałam, że obiorę, mi to rybka. Kocham obieranie, jak mam obrać ziemniaki na obiad trzeba mi je wydzielić, albowiem jestem w stanie z rozpędu obrać wszystko, co jest w domu. Nie o to chodziło, ale właśnie o wykonanie: czy był to czyn zamierzony, by podkreślić trudność w wiązaniu końca z końcem, czy też wyraźny komunikat: u nas się nie najesz, więc na to nie licz :) Mój syn też gdzieś kindersztubę posiał, ale on zawsze był z lekka cofnięty w rozwoju :P
UsuńWiem o tym, kocham moich Umarlaków bardzo i dlatego mają na grobach skromnie i zawsze wkurwiają mnie ci, którzy nadostawiają tam badziewia, a do sprzątania zawsze jestem tylko ja. Odkąd powiedziałam kuzynce, że nie dam jej grobu (bo do brania chetna była, a do zajęcia się już nie) strzeliła focha i... mam z tym spokój. Gorzej u Eksa, ale to też do rozwiązania :)
Kitty, o ile mnie pamięć nie myli, pisałaś, że jesteś w UK (jeżeli źle pamietam - wybacz), więc i Tobie - słońca :)
ja obierania może nie kocham, ale ziemniaki tak :) i też jak się rozpędzę to obiorę wszystkie...
UsuńO tak, jestem w UK, wiec slonce jak najbardziej potrzebne. Tu deszcze lataja codziennie.
UsuńOsobiscie nie wyobrazam sobie zaprosic gosci na obiad – i dopiero zaczac skrobac marchewke
jak wchodza w moje progi ! Nie mowiac o tym, ze sama zupa na proszony obiad to za malo, taki obiad to mozna podac
jak ktos wpadnie niezapowiedziany, ale zapraszac Mame i ugoscic ja w ten sposob?
Ech, po prostu wzdryga mnie jak o tym czytam – byle jaki ten obiad , tak jak byle jaka synowa i juz!
Z tego co czytalam wynosze, ze ona jest po prostu SKAPA.
Sobie ona jednak nie zaluje niczego , zaluje i wydziela tylko wszystkim naokolo.
Paskudna cecha.
A po co ma wydawac pieniadze na przyslowiowego kotleta dla tesciowej,
jak sobie za to moze kupic nastepny lakier do sztucznych paznokci albo drinka w barze, no nie?
Za to ksiazki ci sie udaly!
Obierania nienawidze organicznie - mam uszkodzony nadgarstek i praktycznie ta jedna czynnosc to dla mnie tortura. Nie obieram nawet we wlasnym domu :))
Ja także cieszę się, że jesteś. UWIELBIAM czytać Twoje pisanie!
OdpowiedzUsuń:) Serio? Hmmm... :) Miło mieć wielbicielkę :)
UsuńJa też lubię tu przyjść i poczytać,bo teraz wiem,że jak to fajnie sobie tak pobluźnić z humorem.Pozdrawiam M
OdpowiedzUsuńOdpozdrawiam i naprawdę, czasem soczysta kurwa potrafi uratować dzień :D
UsuńDobrze, ze już wróciłaś, co do lektur, to jestem specyficzna, bo zaczęłam kiedyś dawno temu czytać Tokaczuk, ale mnie nie wciągnęła. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńWiększość z nas jest specyficzna, ale to nic złego :) A czytanie powinno nam sprawiać przyjemność, a nie być przymusem :P Pozdrawiam :)
UsuńPowtorze za innymi: ciesze sie, ze wrocilas :)
OdpowiedzUsuńTokarczuk nie dalam rady, wiec jestem niedouczona, a serki topione kiedys mi w gosciach podanao, jako sos do miesa. Niestety dla mnie bylo to niezjadliwe!
Co tam masz w tym garze, bo nie moge rozpoznac! :)))
Dziękuję.
UsuńSmalec.
Wyszedł przepyszny, jak rzadko kiedy :)
I ja bardzo się cieszę, ze jesteś :)))
OdpowiedzUsuńA ja cieszę się, że komentujesz :)Szach-mat :P
Usuń:))) dobrze, ze JEST co komentować :)))
UsuńJak ja sie cieszę, że wróciłaś. Nawet nie wiesz jak bardzo mi pomogłaś wziąć się w garść.
OdpowiedzUsuńLuśko, nic mi o tym nie wiadomo, ale skoro oprócz nauki bluzgania udało mi się coś dobrego zrobić, to się cieszę :) Pozdrawiam :P
UsuńOjapierdolę! Jesteś! Fajnie!
OdpowiedzUsuń