kroków, Kochany Pamiętniczku.
Wróciłam do domu prawie czołgając się, tym bardziej że mimo zabezpieczenia newralgicznych miejsc w sandałach w miejsca niezabezpieczone wsypała się tona piaseczku i...
Ale nie ma co narzekać, chociaż nie przepadam za ZOO.
Co za przyjemność oglądać majestatyczne zwierzęta uwięzione w klatkach, na wybiegach?
Wielki orzeł amerykański, zamknięty w wolierze o powierzchni mojego mieszkania, co z tego, że wyższej? I tak nie poleci, nie rozwinie skrzydeł, nie zachłyśnie się wiatrem...
I do tego jeżdżąca w kółko, upierdliwa kolejka, chyba z 15 razy musieliśmy jej złazić z drogi, do tego pilnowanie dzieci, żeby nie wpadły (Kalafiorkówna, okruszek maleńki, na widok kolejki dostawała małpiego rozumu i utrzymanie takiej łapinki, żeby się pod koła nie rzuciła, to dopiero był sport ekstremalny). A przy wolierze, przy której Mała Wiedźma nabiła sobie legendarnego guza, zakończonego wizytą w szpitalu, Kalafiorkówna, absolutnie niezainteresowana ptasiorem, ruszyła po stromym chodniku i uwierzcie, wiele mnie kosztowało dogonienie, przystopowanie i ocalenie przed kolejnym legendarnym guzem...
Dobrze, że wybrali poranne godziny, nie staliśmy w kolejce, a i miejsce na parkingu mieli. Ja z Pierworodnym dojechałam luksusowo MPK szybciej niż oni samochodem.Z trzema przesiadkami :0 I jeszcze na nich czekaliśmy. Okazało się, że w ZOO też trzeba nosić maseczki, choć po jaką cholerę, nie wiem. Owszem, zakładaliśmy w minizoo, gdzie był tłum z dzieciarnią, ale w samym zoo mijaliśmy się z innymi w przyzwoitej odległości. Nie zabrałam przyłbicy i byłam zła, ale potem wyluzowałam. W przyłbicy usmażyłabym się jak jajecznica na twardo.
Alienek rzucił się w me objęcia od razu, batia, batia, serce pękło mi na miliard kawałków i już chyba nigdy się nie zrośnie.
Kalafiorkówna zaś, i owszem, piątkę przybiła, ale mowy nie było o miłości. Dystans społeczny, nie bo nie.
Trudno :)
Przy wejściu Alienek dostał mapę, musiał z nią odwiedzić po kolei wszystkie zaznaczone zwierzęta, zdobyć pieczątki i otrzymać medal zdobywcy. Był zachwycony, zafascynowany, szedł z wzrokiem wbitym w mapę, a jadąc na pleckach ojca zasłaniał mu oczy mapą, żeby tata wiedział, gdzie ma iść... I nie znudziło mu się, a jemu wszystko szybko się nudzi :)
Żar lał się z nieba, dzieci nie można było na sekundę z oka spuścić, bo jak nie ta pieprzona ciuchcia, to jakiś wóz gospodarczy czy inny melex popylał, no a nasze Łobuzy jak petardy... Czworo dorosłych ledwo dawało radę z dwójką :D Więc to obrazuje skalę łobuzerki.
Jednak jakże kochanej, co nie?
Na koniec Alienek i Kalafiorkówna dostali certyfikat Odkrywcy. A Alienek dodatkowo medal. No dobra, medal kupiła babcia. Za całe 18 peelenów, z czego się wszyscy nabijają, a ja uważam, że zasłużył na ten medal jak mało kto. O.
W połowie drogi w Kalafiorkównie, która w międzyczasie ucięła sobie drzemkę króciutką coś pękło i na nieśmiałą prośbę: proszę, daj babci łapkę, Skubana spojrzała do góry, westchnęła głęboko i dała :) A potem poszła na apka i... łaskawie pozwoliła się nieść wtedy, gdy babcia po przejściu 10 tys. kroków szła już pijackim tangiem mimo tego, że od rana oprócz kawy i wody nic nie piła.
Przechera, Łobuz i...
Bawiła się ze mną.
Lody zostały przełamane. Chyba już jest moja, i git majonez.
Mieliśmy jechać do Inżynierostwa, ale Pierworodny już na wyjściu powiedział, że musi do domu, bo żona nagle wraca.
A, coś jej nie pasowało, że się dobrze bawi z nami. Chyba. I pojechał do pustej chaty, w której jedzenia nie było, bo wczoraj do nocy pracował. I jeszcze takie tam kłamstwo po drodze, myślał, że ja nie skonfrontuję zeznań?
Ale w dupie mam.
Tylko MW mi żal... Ale co ja poradzę na ludzką głupotę?
Pojechałam na te pizzę sama.
Ledwo na to 4. piętro wlazłam, każda kosteczka krzyczała głośno i rozdzierająco: umieram...
Otwierają się drzwi i... rzuca się na mnie mały huraganek Kalafiorkówna, rechocąc i włażąc na ręce...
Resztka serca mi pękła i teraz czekamy na nowe, do przeszczepu.
Grupa krwi A1B Rh minus.
Jakby ktoś miał namiary...
I Alienek mnie dobił, z trudem oswobodziłam się od tałatajstwa, do kibla podążając, albowiem sikałam przed 9, a była już prawie 16 :|
No i potem, a to z króliczkiem targowałam się o marchewkę, ukrytej Kalafiorkówny, której nigdzie nie było szukałam, Alienka zgodnie z obietnicą drapałam namiętnie po pleckach (mam zadarte skórki od paznokci i przed wizytą u nich obcinam paznokcie na maksa, są drapiące i jestem najlepsza w drapaniu po pleckach, nikt nie drapie tak jak ja), jeden sierściuch jebany mało się nie wściekł, domagając się pieszczotek, a potem wlazł za mnie, wąchał mi włosy (Inżynier pokładał się ze śmiechu, a sierściuchowi jebanemu widocznie moje perfumy albo szampon odpowiada), wąsami doprowadzał mnie do zgonu (nienawidzę łaskotania)...
I tak nam czas minął, pizzą przerwany, ale przeprosiłam, podziękowałam i zwinęłam się do domu, bo wszyscy mieli dość.
A ja marzyłam o wyciągnięciu kopyt do góry i umarnięciu.
Pożegnanie było długie i tragiczne, balkonowe, okraszone obietnicami, że już niedługo, że będę z nimi i again...
Nie ma Kalafiorkówny i drapanie Alienka...
Wiem, wiem, słodkie to.
Jestem szczęściarą, ale ci.... :)
Umarnąć się nie dało. Odetchnęłam, fotki zgrałam i piszę ku pamięci.
Jak 12 lipca pójdzie coś nie tak, trzeba będzie znów wiać.
Kalafiorkówna ma już trzy kitki...
... i na moment ją wujek złapał... Ale jak sam ma swoje,do niej zabierał się jak zając do jeża :) Aż się pośmialiśmy :)
Biedny wilk leżał i animrumrał,obojętny na wszystko. W naturze wiałby, gdzie pieprz rośnie albo atakował.
Biedny.
Gorąc był taki, że misiek się moczył. A ja, nienawidząca zbiorników wodnych poza własną wanną, z rozkoszą ległabym koło niego.
Ale co mu z tych kilkudziesięciu metrów i bajorka?
Małpa miała na wszystko wyjebane, ale szczęśliwa też nie była.
A flamingi - co im z tego, jak siatka nad głową?
Widzi ktoś tu zebrę? :)
A badylki wolne...
... niczym nieskrępowane. Zakwitną, przekwitną, za rok znów ich czas... :)
Niedziela była cudna.
Przepiękna.
Mimo tego, że moje wnuki to pierwszy sort Łobuzów :D
Cudna relacja Jedzo, zyjesz na maksa! Az ci pozazdroscilam tej mordegi , juz mi brakuje takiego wyjscia, coby wracac ryjac nosem droge do domu 😀Kochana - ja jestem ni mniej ni wiecej A1B Rh plus! - czyli do przeszczepu dla Ciebie sie nie nadaje , za to jestem zrodlem zycia dla wszystkich komarow. Do mojej krwi doleci nawet jeden z kilometra i dziabnie, nawet jak bede w grupie stu. Jedno co dobre to ni cholery nie lubia mnie kleszcze - moge lazic po lesie bez problemu. Jako dziecko uwielbialam Zoo , ale jak doroslam, to mnie te zamkniete biedaki mocno doluja i z serca mam ochote pootwierac te klatki i zrobic im zajebiste Jumanji👍🙈😂
OdpowiedzUsuńJumanji mam na liście :) Synowa napluła mi do garnuszka, że do botanika nie pójdzie, bo tam ludzi nie ma, a jechał za nią żul bez nogi... No ja myślę, że prędzej zwiałabym żulowi bez nogi nawet z dwójką dzieci, niż tygrysowi.Ale co ja tam wiem :P Nie lubię ZOO, nigdy nie lubiłam, chodziłam najpierw dla dzieci, ale teraz chyba zacznę mówić NIE. Nawet w najcudowniejszym ZOO zwierzęta są niewolnikami. Alienek przeżyłby bez tego, a jedynym marzeniem Kalafiorkówny było zwiać, gdziekolwiek. Ma w domu sierściucha jebanego do głaskania i gruuuuuu za oknem. Nie narzekam, bo miałam te Łobuzy, ale sama, mając wybór, inaczej zorganizowałabym im dzień.
UsuńAle miałaś cudny dzień! Zmęczenie rozumiem,ale moje już przeszło, bo dwie panienki odjechały w zeszłą niedzielę, a ja już tęsknię!
OdpowiedzUsuń:) Super, że nacieszyłaś się panienkami, Basiu :) Oby tak częściej. Ale tę ulgę po rozumiem :)
UsuńEch, no właśnie te zoo, bywałam, ale uważam, że nie powinny istnieć.Zieleninę mogę oglądać spokojnie.
OdpowiedzUsuńByłaś bardzo dzielna , bo upał a ru tyle chodzenia, szacun.
Dzięki, Doro, za uznanie. Żeby nie ławeczki i schody, pewno bym padła. Może w chłodniejszych okolicznościach przyrody byłoby lżej, ale... Dziś ze mnie złazi skóra na rękach, wyglądam jak trędowata,oczywiście, nie posmarowałam się, nic nie czułam łażąc :|
UsuńCiesze sie twoim szczesciem kochana, i juz wyobrazam sobie mnie w podobnej sceneri. Moja corka urodzila w srode synka i tez kocham go nad zycie. Nie moge sie doczekac pierwszego spaceru. To ze bylas z dwoma synami,wnukami i jedna synowa na spacerze razem to jest obecnie wielki sukces i powod do szczescia dla ciebie jako matki i babci. Uwierz mi kochana, teraz to rzadkosc takie dobre kontakty rodzinne.i nie z naszej staruszek winy niestety. Wiec powod do szczescia jest,nie ma co narzekac bo bardzo duzo innych ma gorzej. Wiem co mowie. Kocham cie wiedzmo, tak trzymaj nas na duchu. Przytulaski
OdpowiedzUsuńMoniko, gratulacje z powodu zostania babcią. Ale wybacz, absolutnie nie czuję się staruszką, a na kontakty, hmmm... ciężko zapracowałam, zamykając mordę na kłódkę i dając im popełniać własne błędy. Ich błędy bolą mnie najbardziej, chociaż często ja za nie płaciłam, ale wtedy przypominam sobie moje, na własny rachunek. I jestem szczęśliwa, że mogę ich jakoś opłacić. Po prostu nie oceniam, bo to nic nie da. Każdy ma swoje piekło. Jestem niezależna, nic od dzieci nie wymagam, nawet szacunku, może to jest recepta na szczęście?
UsuńCudny wpis! Szczesciara z Ciebie! Masz taka fajna rodzinke blisko, a na dodatek jak potrzebujesz transfuzji to ja mam dokladnie taka sama grupe krwi jak Ty... wlacznie z tym negatywem na koncu. ZOO nie lubie z takich samych powodow. Od dzieciecych lat wolalam misia i lewka w ksiazeczce niz w ZOO! Dzieki za mila lekture i pozdrawiam zza wielkiej wody.
OdpowiedzUsuńNo dobra, jak coś, masz ode mnie też transfuzję, choć ponoć po 65.roku życia nic z tego. Jak byłam młodsza, zawsze mnie wywalali, bo miałam za mało żelaza,teraz mnie wywalą ze względu na wiek :) Też wolę książeczki, fotografie, filmiki, jak biedne sierściuchy i inne takie tam w ZOO. Zawsze stawiam się w ich sytuacji: zamknięta bez kompika i wi-fi. Bo dla orła kompikiem i wi-fi jest bezkres, niebo i inne takie tam. Odpozdrawiam z Koziołkowa, skąd piszą rózne dziwne typki, w tym i ja. Miło, JoEl :)
UsuńJak jest cudnie, to jest cudnie. Nawet jak kosteczki bolą.
OdpowiedzUsuńBól kosteczek świadczy o tym, że się żyje. Jak nic nie boli, to halo, halo? To już? Nie jestem gotowa...
Usuńja mam nadzieję że mimo tylu wyznań cały czas mam pierwsze miejsce ? poza tym jak pisałam , byłam w tym wielkim zoo na początku , nałazilim się ino bo zwierzaków wtedy niewiele a te co były to też poukrywane , teraz już bym raczej na pieszo nie przeszła także szacun dla Ciebie
OdpowiedzUsuńZmoreczko zawsze jesteś pierwsza. Nie ma innej opcji. Teraz jest ich jeszcze mniej niż wtedy, bo co nie zdechło, to pochowali i na serio? Żeby nie Alienek i Kalafiorkówna, w życiu bym tam się nie powlokła. Na spacer lepszy Stary Rynek, botanik, byle park. Nawet z MW i Papryczkiem już tam nie pójdę. O nie. Na palcach dwóch rąk mogę policzyć zwierzęta, które tam widziałam (aczkolwiek widok sierściuchów i ptasiorów za kratkami nigdy mnie nie kręcił)... Dzięki za szacun :*
OdpowiedzUsuńAle chwila, maseczki w ZOO, a dlaczego, przeciez tylko w sklepach i zamknietych innych miejscach trzeba nakładać, o rety.
OdpowiedzUsuńAno nie wiem, na jakiego chuja, ale przed wejściem do ZOO stała obsługa w przyłbicach i mamrotała; maseczki obowiązkowe. Owszem, naciagaliśmy maseczki na te mordy zdradzieckie w miejscach, gdzie roiło się od luda, kupując lody, gofery z cukierem czy inną kawę, ale w zoo śmigaliśmy bez kagańca na mordzie... Bo tak. Co ma być, będzie. Nie sądzę, że flamingi wysyłały nam koronawirusa gratis :) Czy inne kaczuszki :P
Usuń