czwartek, 24 października 2019

No i po listopadzie

Kochany Pamiętniczku.
Tak, po listopadzie, wkroczę w listopadzie w grudzień, taki life :P
Wyjątkowo bezboleśnie minęło tym razem, bo Boss gdzieś tam znów leciał, więc komentarz poszedł migusiem, a reszta w przyzwoitych granicach czasowych.
Godzinowo nie napracowałam się w tym miesiącu, gros nadgodzin zlazł mi do uzupełnienia godzin, ale też homoniewiadomo dlaczego w październiku wg Kodeksu pracy powinnam ryć 94 godziny :)
No, z leksza 50 przekroczyłam, ale mam z czego dokładać, więc jak dla mnie nie problem.
Zakładam, że wrócę 12 listopada, no ale zobaczymy :)

Napaliłam się jak szczerbaty na suchary na pucowanie chaty i takie tam, jako że jutro idę na randkę, a potem mam do oblecenia K. i M.
Ale...
Niechciej ze mną wlazł do chaupki.
Zdjęłam okulary, omiotłam chaupkę spojrzeniem i rzekłam do siebie i do Niechcieja, of course: pojebało mnie?
Nie było mnie w chacie praktycznie cały tydzień.
Te parę pyłków na podłodze zmiecie odkurzacz robiący za szczotkę.
Nawet wanny myć nie muszę, bo sama się w niej kąpię, li i jedynie :P Zlew i umywalkę oraz kibel czyszczę na bieżąco :P
Bez zakupów nawet tydzień przeżyję. Jak się uprę, to i dwa. A na herbacie i kawie z pół roku, jak nie więcej.
No, po piguły za miesiąc powinnam iść.

Pranie zrobione na bieżąco, mogę miesiąc albo i dwa nie prać. Gaci czystych nie zabraknie.
Badyle podlane.
Więc, kurwa, z czego ja robię problemy.
Ano.
Ten model tak ma.
Więc postanowiłam wrzucić na luz i jutro lecę na spotkanie z Angolami. Co ma być, będzie.
Sobota - K. albo M., będzie, co życie da.
W sumie wyjazd do K. to fanaberia, bo mogę napisać, żeby mi tak ktoś świeczkę zapalił, no ale... potrzebuję.
M. - nie muszę, ale chcę.
Bo i życie, i ja byliśmy wobec niego nie fair.
Tak wyszło.
Ach, tych nie fair mam na pęczki, ale nieważne :)

I rozmawiam wciąż z Synową, bo...
Choroba jej ojca jakoś wszystko pokręciła.
Napisała mi dziś, że mam o siebie dbać, bo jak nie będę, to ona mi na złość zejdzie na zawał :)
Serio?
Faktycznie, to byłoby traumatyczne.
Dla mnie.
Nie mówiąc już o jej rodzinie.
Więc nie, nie zejdę, postaram się.

Jesień znów u nas piękna, taka bardziej letnia niż jesienna, ale ponoć ma się to zmienić. Ja pamiętam 1 listopada w kopnych śniegach i marznięcie na cmentarzu.
Wciąż widzę, jak po powrocie z grobu dziadków w K. ojciec wsadza mi nogi do miski z lodowatą wodą, żeby je ogrzać.

Jak dziwne rzeczy się pamięta, nieprawdaż?
I jak nie pojechaliśmy na pogrzeb męża siostry mojej Mamy, który zmarł w Wigilię, bo ojcu coś nie pasowało.
A potem chciał się z nią żenić.
I to, jak nosił  cudze wieńce na pogrzebie swojej Matki, bo był tak spłukany, że nawet jej kwiatka nie kupił.
Ja miałam bukiet. Bez szarfy, bez niczego, ot, na tyle pozwalał studencki budżet.
I co dziwne, nie pamiętam na tym pogrzebie mojego brata.
Na pewno był, ale - moja pamięć go nie lokalizuje.

Więc takie coś, jak Ty, Kochany Pamiętniczku, zwłaszcza dla potencjalnych alzheimerowców to cudna rzecz.

A wracając do rzeczywistości - zaczyna mnie wkurwiać współpraca z teatrem. Bo nikt mnie nie informuje o zmianach, chodzą kiksy, że ojapierdolę. Na razie nikt się do mnie nie przyczepił, ale jak tak można? Lubię pracować rzetelnie, ale muszę do tego mieć podstawy jakieś. Cały czas zaznaczali niedziele niehandlowe, a teraz... Raz tak, raz nie i okazuje się, że nie będą zaznaczać. No to, kurwa, należy korektorce informację wysłać.
Nie mam pojęcia jak tam poszło, bo nikt tego nie ogarnia.
Ogarnęłabym, wystarczyło zawiadomić o zmianach.
Nie mówiąc już o tym, ze w tytułach chodzą błędy, mimo że zaznaczam, że jest byk. I w nazwiskach.

Życie korektorki jednak jest ciężkie i usłane błędami.

Ale wrzucam na luz i postanawiam się martwić tylko tym, że wg grafiku muszę w listopadzie dwa razy korytarz sprzątnąć.

A plakat na drzwiach działa :) Genialne :P

I tak się znów rozpisałam, jak Gawędziarz Erotoman  :P
Jak nazywam jednego profesora z miasta W.

A nóżki, po męczeniu ich ponad 8 godzin na wkładce na platfusa odzyskują młodzieńczy wigor i...

Zatańczyłabym z Tobą bez wahania do "Znajdę Cię, niezmienioną, tę samą, tylko dla mnie", no i do tego Krawczyka też.
Do tego Pół wieku, człowieku :)
I zatańczę, sama, a dlaczegóż by nie? :)

C'est la vie :)

Jest piękne.
Beautiful.
Amazing.
Po prostu jest i chuj :P


UPDATE


 W nocy zmarła moja Szwagierka.
 Jedna z niewielu osób życzliwych na swój sposób.
Byłam z nią związana, przez jej syna.
Ale to skomplikowane.
Straszny ten rok jest.

Coraz bardziej czuję, jak kocham życie.
Mimo wszystko.
Chcę się nim jeszcze trochę nacieszyć.




środa, 23 października 2019

Kochany

Pamiętniczku, w pierwszych słowach mojego listu zapytuję, dlaczego czas tak pędzi, coraz prędzej i prędzej, bez opamiętania? Ja, na stare lata i na koślawych nóżkach, no może nie krzywych jak u kaczuszki, ledwo nadążam za nim.
Pani M., widząc mnie w kuchni o 9.45 zapytała, co ja tu robię, że miałam się wyspać.
Nosz, a maglowała mnie poprzedniego dnia, żebym do 10 była w pracy.
Nie, nie mam sklerozy.
No mniejsza z większym.
Wkładki w sklepie wreszcie były, i dobrze, że miałam ostatnie 30 zł, bo karta nie przechodziła :) W pracy włożyłam je w buty od razu i gały mi na wierzch wychodziły, jak przed laty z bólu, ale wiem, że to dobry ból, bo dusi tam, gdzie ma dusić i to nie taki ból, że się zdechnie, nie, minie i będzie OK :)
Popracowałam w pocie czoła jak ten siwy mrówek (na pół łysy), bo to i gazetka ukochana, i warzywka, i teatrzyk, oj działo się :D
Ale to jest to, co tygryski lubią najbardziej - ciach i można spadać. O ludzkiej godzinie, bo o to w tym wszystkim lotto :)
I tak, dosłownie jak w piosence, w żółtych płomieniach liści, gdzieniegdzie czerwonych, po kobiercu ze śniegu utkanym (wróć, jaki śnieg, temperatura na plusie, no ale...) dowlokłam się na pętlę, załadowałam OSTATNI raz  PEKĘ, następne ładowanie za 50 zł za cały rok, nieprawdaż, że ze mnie hrabina ze spalonego dworu?

No dobra, po drodze do Biedronki dotarłam i...
Szlag, no ale okazało się, że dzięki temu Alienek będzie miał nietoperka, o którym hahaha, w ogóle  nie wie, ale jego mama zakłada, że to go uszczęśliwi, a ja...

 ... mam i storczyka kwitnącego, i pieścichłopy, które się pięknie rozwiną, i żadnych wyrzutów sumienia :P
No co, kasa jest po to, żeby ją wydawać.
No dobra. Można ją też oszczędzać, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa :)

A Papryczek, któremu ręce się trzęsły, jak babci od niepicia

po prostu był w przedszkolu jesiennym zwierzątkiem.
A już myślałam, że wspiera babcię :D

W szparze unijnej zaś czekał na mnie

przecudny naparstek z Mediolanu, który dotarł do mnie via K. od Mamy Klary, która zawsze o mnie pamięta i klasyfikuje mnie w szufladce "ta od naparstków" (Mamo Klary, ja Ciebie naprawdę kocham, to żart, taki spod serca), a i chwilę później przemiła pogawędka z Dorą, tą Dorą...

Czegóż więcej chcieć od życia?

Jutro ostatni pracowy dzień.

Patrzę na wydruk dodatków i ekstrasów.

Będzie się działo, no ale? Może dlatego nie gorzknieję i choć wciąż pod górkę i pod wiatr, i tak warto żyć.
Dla tych pytań w kuchni: pani Jędzo, ale nie myśli pani o opuszczeniu nas?

Hmmm... Chcą się mnie pozbyć, czy denerwują się, że odejdę? Na dwoje babka wróżyła :D

W piątek randka z Alienkiem i Kalafiorkówną. A i Inżynier na chwilę spocznie na memłonie. Synowej pomacham. I dobrze, i tak ją lubię, i jestem jej wdzięczna za całokształt, bo tak. Bo mogło być gorzej :P

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

wtorek, 22 października 2019

Walczę

z bólem nóg cały czas, Kochany Pamiętniczku.
Nie mogę dostać wkładek na platfusa, mam naprzeciw przystanku, na którym wysiadam do pracy sklep medyczny, są wszystkie rozmiary, mojego nie ma.
Ale kulam kopytka raz na masażerze, raz na piłeczce, smaruję mazidłami i jest coraz lepiej.
Da się żyć, mam nadzieję.
Teść Pierworodnego z zawałem wylądował w szpitalu. Miał badania okresowe, powiedzieli mu, że jest coś nie tak, zasugerowali by-pass, a następnego dnia miał zawał.
W sumie dobrze, że wiedział, że jest źle. Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
Ale...
Ja tam olewam badania okresowe, w sensie, że chcę podpisik jak najszybciej i do widzenia ślepa Genia.
Pierworodny doleciał  z przygodami, bo najpierw długo kiblował za wiejącą z PL armią amerykańską na kontroli na Ławicy, potem długo czekał, bo mgła, no ale doleciał.
Trochę żałuje UK.
Ma tak jak ja, jak jestem tu, tęskno mi za Wyspami, jak jestem na Wyspach, serce wyrywa się do PL.
No nic. Będzie musiał z tym żyć, zawieszony.
Jak i ja.
No a praca moja ukochana?
Zaryłam się dziś na śmierć. W czasie zarycia wpada pan od maszynek i nie bacząc na to, że ja przy zdrowych zmysłach nie jestem pyta, czy będę maszynki w nowym roku korekciła, bo stary już zakończyliśmy.
Zapytałam, czy chce, żebym to czyniła.
A i owszem, będzie zachwycony.
A finanse?
O, to pod górkę, bo on jeszcze nie ma budżetu. Nawet się nie wściekłam, powiedziałam, że liczę na to, że coś wymyśli.
Zobaczymy.
Próbował mnie na litość, że jego pensja też nie rośnie, ale spojrzałam jak na idiotę i rzekłam słodko, że 3,5 pensji nie musi wydawać na aparaty słuchowe, że w razie W starczy mu jedna.
Zobaczymy. Zawsze mogę powiedzieć do widzenia ślepa Genia :)
I tak pracuję jak ten mrówek, ale w sumie źle nie było, bo były momenty, związane z polityką, że można było kipnąć ze śmiechu.
Ale nic.
17.20 mam wszystko, ale hola, hola, oni wszystkiego nie mają.
I tak do 20 przekiblowałam, snując się jak tłusta mara po redakcji, albowiem odbywał się event w terenie i to było wydarzenie, że ojapierdolę, no i...
Boss miał zaakceptować.
Problem polegał na tym, że Boss był na evencie, a zaakceptować miał z trasy, no ale... nie miał zasięgu na tyle, żeby ściągnąć plik!
I tak doleciało prawie do 20.00, kiedy to zarządzono, że jednak pójdzie jutro do drukarni...
No, KURWA MAĆ :)
Była jednak w redakcji ta małolata, chodząca na rzęsach i pyta, gdzie mieszkam.
Ona mieszka na tej miejscówce, gdzie Pierworodny.
I oferuje mi podwózkę.
Przyjęłam, ale nie dałam się zawieźć pod chaupkę, boby stamtąd po ciemku nie wyjechała. Dowiozła mnie do straży, a stamtąd to już spacerek miałam, lewa, prawa, nogi potrzebują ruchu, a obawy, że zostanę napadnięta, zgwałcona i porzucona w krzakach są zupełnie bezpodstawne.
Przynajmniej mam taką nadzieję.
I zapowiedziałam, że jutro NIE BĘDĘ bladym świtem w pracy.
Bo nie...
Zapomniałam, że jutro warzywka zamykam.

Niech mi ktoś, kurwa, powie, że nie jestem kochana.
Zabiję, tępym nożem.
I każdy sąd mnie uniewinni.
Przecież nad życie kocha mnie  praca :)


niedziela, 20 października 2019

Niedziela

niespodzianka, Kochany Pamiętniczku.
Po masażu nóg na masażerze w sobotę rano obudziłam się jak nówka nieśmigana, ale już na Manhattanie poczułam znów, że mam kopytka.
No to sruuu do zielarni i mam maść żywokostową, plus jakieś cudo ruskie za 43 złote z groszami i nie wiadomo dlaczego trzeba po nasmarowaniu tym wsadzić nogę pod kocyk i 1-1,5 godziny nie ruszać nią.


Ale jest tam nawet olej z rekina, więc zaryzykowałam nieruszanie, choć nieco zmodyfikowałam. Mianowicie założyłam wełnianą skarpetę i wlazłam pod kordełkę, z godzinowym serialem. Po półgodzinie myślałam, że orła odwalę, ale wytrzymałam dzielnie.
A w obuwniczym, o dziwo, mieli wkładki do butów ze wszystkimi bajerami, co też zanabylam i tak stówka poszła w siną dal, w siną dal, lewa, prawa. To też moje niechlujstwo, że od lat nie noszę tamtych wkładek do butów...
No i... pojechało po kieszeni, boli, oj boli :) 
Dziś cały dzień boli, ale nie tak, żebym nie mogła zapierniczać, nawet poszłam na dłuuuugi spacer z Pierworodnym, przez nowy park i Dębinę, choć do domu wracałam już z obłędem w oczach.
Fajne fotki ze spaceru mam, ale... Musiałabym dojść do jednego aparatu, potem do drugiego, wymienić karty, poszukać kabelka...
Nie, nie, to nie zadanie na dziś.
Pogoda była bajeczna, letnia,ludzie w kurtkach, w szalikach, nieporozumienie w ogóle, ale co tam. Ja w bluzeczce, niestety, z domieszką tworzywa sztucznego i gotowałam się, ale przezyłam.
Pierworodny wkraczając do domu rzekł, że jego żona została zwolniona z pracy.
Serce podjechało mi do gardła, a ten skunks, wyrodek i wypierdek mamuta rzecze, że dlatego, że...
Papryczek owsiki przywlókł i zaraził MW.
Ponieważ Synowa chodzi po szpitalu w ramach pracy, dostała wolne i pojechali do O.
Jakoś się przeprosiła z rodzicami, jak nie musi tam mieszkać i dobrze.
(Po wyjściu Pierworodnego, choć on owsików nie ma, pomyłam wszystko wybielaczem, ręczniki i mój, i jego poszły apiać, gotowane będą, prasowane, no... Wszy przerabiałam, przywlekli od fryzjera, strzygąc się razem po kolei, do dziś mi się śni iskanie, owsików nigdy, pomijając mnie i moje dzieciństwo, bo czego jak czego, ale mycia rąk pilnowałam zawsze z uporem maniaka)...
No nic, mam nadzieję, że nic się nie przypałęta.
Fajna niedziela, jak sprzed lat. Lubię mieć czasem osobiste dzieci na wyłączność. Bo tak. 
Resztą pieniędzy, które ma na moim koncie zapłaciłam za transport badziewia z UK. Prawie 4 tysiące, no ale z ubezpieczeniem i legalnie. Inżynier na wieść o tym wzdychnął i rzekł: a mi mówił, że jestem pojebany, że tyle będę płacił, że on za 1700 zł wszystko ściągnie. Może zmądrzał, ma ubezpieczenie, rachunek i bądźmy dobrej myśli.
Tak więc niedziela spokojna, pogoda piękna, dziecko dopieszczone, zeżarł półtora opakowania Carte d'Or, nie że wyliczam, ale zachwycony był, że może, że nie musi myśleć, że dzieci też chcą. Skąd ja to znam? W DE, będąc z wizytą w czasie stanu wojennego, zapytana przez szwagra, co bym chciała, odrzekłam: całą dużą Nutellę, tylko dla mnie, żebym nie musiała się dzielić z Pierworodnym. Dostałam, zeżarłam łyżką od zupy, wbrew zakładom nie puściłam pawia, zjadłam potem obiad z apetytem. Historia kołem się toczy, więc nie żałuję mu tych lodów.
I na Gwiazdkę jadą do O., bo teściowa błagała.
Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że się nie pogniewam.
Bo i o co?
Moje plany świąteczne nabierają rumieńców i to jakich :)  
Tak więc, kocham takie niedziele, pełne dobrych wieści...
A teraz łyżka dziegciu do beczki miodu.
Garniturowego Alienka z wesela nie mam, bo zanim zdążyli mu zrobić fotkę, utytłał się jak prosię.
Dobrze, że to nie ja musiałam go pilnować.
Po południu wiadomość od Inżyniera, że wracają samochodami na raty, bo "polskie PKP", bo nie dostali biletów na 4 osoby, bo sranie w banie.
Jakbym Pierworodnego i jego życiowe przeszkody na tacy dostała.
Bilety można kupić w przedsprzedaży, nie wiem, o ile wcześniej, bo nigdy nie kupowałam.
Jest Flixbus, LOT też lata, kurwa mać.
Synowa już dojechała do wioski, za co niebiosom dzięki.
Inżynier jeszcze nie. Alienek jedzie z gorączką, zarzygał samochód i długo musieli szukać stacji, na której zdobyli paracetamol...
Życie.
Czekam aż dojadą, bo nie zasnę, ale kiedy już zasnę, będę szczęśliwa, że mnie niektóre rzeczy omijają.
Nerwuję się, a jakże. O wszystkich, a najbardziej o Alienka. Nosz, i tak do grobowej deski (mojej). Amen.
Bo wszystko ma swój czas i miejsce.

Jest czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono.

 No nic, zobaczymy, co będzie dalej :) 



 

sobota, 19 października 2019

Już

prawie północ, Kochany Pamiętniczku, a ja, sącząc czerwone wino, podziwiam swoją asertywność.
Bo na pytanie Pierworodnego, czy może przyjść do mnie jutro o 10 zapytałam, dlaczego tak wcześnie?
Bo...
Sączę wino, czerwone, półwytrawne i mam zamiar wysączyć całą butelkę, do dna :)
Zasłużyłam, a jakże.
Stanęło na niedzieli, i dobrze.
To on ma interes, nie ja, aczkolwiek powiedział, duszony, że chce reszty kasy, bo to, co dostali mają na lokatach.
No OK,wystarczy podać numer konta, przelewam, w czym problem?
Bo chce, mnie, KURWA, zobaczyć, bo czasem trzeba matkę zobaczyć.
Stanęło na tym, że wleci w niedzielę, żeby mnie dodusić poduszką, gdybym jeszcze dychała.
Kochające dziecko, co nie?
No a ja suka, bo nawet się nie zająknęłam o reszcie.
Musiałabym obiad gotować, a nie mam melodii.
No więc, asertywna jestem, co nie?

Pracowy tydzień minął, że ojapierdolę. Więcej takich proszę.
Zasługa Bossa, którego nie było w odpowiednich momentach.
Wpadłam do takiej budki, przystanek od mojej pracy i mam

 Może i na fotce dupy nie urywają, ale na mnie już tak. Nie, żebym była laska i takie tam, ale...
I za cenę jednej z Katowickiej mam dwie, i leżą o niebo lepiej.

W międzyczasie w szparze unijnej awizo, że przesyłka się nie mieści. Myślałam, że obiecane grzyby od Sikory, więc się nie spieszyłam, ale nie...

Zamiast różańca dostałam

od Barana i spółki, no skunksy stwierdzili, że dla mnie z Betlejem to nie wiadomo co, różaniec, czy naparstki, postawili na naparstki.
Bingo :)
Kocham Was, chłopaki :) Miłością wielką jak cały świat, za te naparstki, za inne, za całokształt :*
Inżynier z całą bandą zlądował dziś na lotnisku Chopina, a ja dziękuję niebiosom, że nie musiałam jechać do Wołomina, chociaż chwil z Alienkiem i Kalafiorkówną żal, ale...
Niebycie z pisiorami wygrywa nawet nad utraconymi chwilami z bandą Łobuzów.
Bywa :)

I pogawędka z M. na Skype. Rzadkie chwile. Tak, to moja M., zakręcone to, ale...
Jak to się zakręca -  w szkole ja miałam kompleksy wobec niej, dzisiaj ona jest - niepotrzebnie - zakompleksiona.
Szkoda, że kiedyś nie uczono nas wyrażania uczuć wprost.
Że nie potrafiłam wyjść na środek klasy i wyartykułować, co mnie boli.

Z drugiej strony - ja, niedosłysząca, traktowana jak zwykły człowiek, bez programów, integracji, cudów wianków...

Mam fajne życie, mimo wszystko.
I dobrych ludzi wokół siebie.
Zawsze.

Ostroga piętowa mi się odezwała, w drugiej nodze, tak, że myślałam, że w Kosmos wylecę.
Lekarz? Powujkowałam i lekarz psu na budę.
Myślę.
Tak, lekceważę Kierownika Budowy i jego rady i narzędzia.
No ale od razu wóziczek?
Nie...
Masażer od KB.
I...
Nie kuśtykam, nie ruszam się płynnie, ale...
Chodzę.
A, i piłeczki z kątów powyciągałam.
Co mnie kosztuje, pokulać, gdy siedzę?
Nic :)

Mieszkanie wycyckane...
Randki zaliczone.

I tak warto żyć :)

Co nie, Kochany Pamiętniczku?

Asertywnie, a jakże.

Na raty, ale zawsze :P

poniedziałek, 14 października 2019

Wybory

i po wyborach, Kochany Pamiętniczku.
Byłam, głosowałam, na Franka Sterczewskiego, który u nas Łańcuchy Światła organizuje.
Startował z 20., ostatniego miejsca, a wszedł do Sejmu jako 3. z naszej listy. Na dobrego konia postawiłam, co nie? :)
I senator też mój.
Ale wczoraj o 21. sprawdziłam exit poll i...
Już dalej na nic nie czekałam, bobym się nakręcała jak zepsuta pozytywka.
I dobrze, bo ostateczne wyniki są tragiczne, aczkolwiek nie aż tak tragiczne, jak po exit poll.
Pozostaje czekać, co dalej, jedno jest pewne - łatwo nie będzie.
Rano poprzerzucałam się z Inżynierem, że do USA na zmywak pojadę. A on trzeźwo - nie chce mama, tam jest Trump. Po namyśle odpisałam, że do Kanady.
Brzmi jak plan, odpisało dziecię me.
Zapytałam, czy ono też.
Opowiedział jak wyrocznia delfijska i już wiedziałam, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Emocje powoli opadały.
Opadną za parę dni całkiem, co inne będzie na tapecie.
Życie nie znosi próżni i cały czas zaskakuje.
Inżynierostwo, mało że jechali kilkadziesiąt kilometrów w jedną stronę, to jeszcze prawie godzinę kolędowali, żeby oddać głos. Jak i wielu rodaków z UK. Chapeau bas, bo wyniki stamtąd pokazują na sromotną klęskę PiS na Wyspach.
I chuj w plecy Polonii amerykańskiej, która nierzadko od lat nie mając kontaktu z Polską, chowana na TV Trwam generalnie głosowała na piździelców.
Dowożono na głosowanie mumie, niemające zielonego pojęcia o naszym życiu tutaj.
Pieprzona demokracja. I tyle.
A ja w drodze do pracy znalazłam na słupie (bo czytam wszystko po drodze, dzieci twierdzą, że gdyby papier toaletowy by zadrukowany, rozwijałabym rolkę i czytała)

Kiedy wyszłam z pracy, już tego nie było.
No nic, życie toczy się dalej.

Tak też mądrze pomyślałam rankiem, budząc się, ciesząc promieniami słońca, świadoma, że spóźnię się do pracy, ale mam na to wyrąbane, mam dość nadgodzin na pokrycie całorocznych spóźnień.
Pomyślałam, że kolejny dzień.
Łazienka, głowa, szybka kąpiel, zęby, odzienie.
Kuchnia. Ekspres. Czajnik. Lodówka. Cytryna, imbir.
Kawiorek do opiekacza.
Jajko, pomidor, bazylia, zalewam duży kubek, z ekspresu leci kawa.
Posolić kanapki solą ze siarką.
Piguły codzienne plus polopiryna, bo gardło i uszy bolą.
Śniadanie.
Pasjanse, wychodzą wszystkie.
Szybka prasówka, zanim głowa doschnie.
Zmywanie.
Odzież.
Ogarnięcie całokształtu.
Drzwi.
Winda, sprawdzanie czy na pewno wszystko mam.
Spacerkiem na przystanek.
Jest ciepło, jak latem, dobrze się ubrałam, co mnie cieszy.
Trzy przesiadki.
Piekarnia.
Praca jednak czekała, niedużo, ale zawsze.
Spóźnienia nikt nie zauważył.
Komentarze powyborcze z G. i J. A tak morda w kubeł, bo tak, bo nie warto, bo homoniewiadomo kto.
Pracka.
Kolęda - nie ma pracki - wio, do domu.
Kusiło mnie wędrowanie, ale od czasu do czasu robiło mi się ciepło-zimno, więc jednak nie.
W domu rosołek gotowy.
I film, dobry trafiłam - Sylwester w Nowym Jorku.
Optymistyczny, bo optymizmu mi teraz potrzeba i to dużo.
Powoli szykować się do spania, ogarnąć kuwetę.
I dzień jak co dzień.
Jeszcze jeden darowany.
Dziękuję, życie.

Psttt... Tfu, tfu, odpukać. Niech to nie mija. Proszę. Nuda jest naprawdę kolorowa, a przygody przereklamowane :)
 Musiałam :)
😂😂😂😂- O, jaka milutka wiewiórka! - pomyślał Stirlitz i wyciągnął ręce do sympatycznego zwierzaka.
- O, nietutejszy! - pomyślał skunks i złośliwie zachichotał.

sobota, 12 października 2019

Kurde

Kochany Pamiętniczku, nawet w spokoju odejść nie można.
Niemniej wszystkim tęskniącym, wspominającym i jęczącym pięknie dziękuję za wszystko.
Ale ludzie, nie możecie się zachowywać jak ludzie z mojej pracy. Oni mówią, że będę musiała pracować do końca istnienia wydawnictwa i jeszcze jeden dzień dłużej. Wyobrażacie sobie mnie, wypełzającą już w stanie rozkładu (aby tego uniknąć, spalą mnie, więc co najwyżej siwym, popielastym pyłem wypełznąć mogę) i korekcącą dalej? Nie, aż tak nie nagrzeszylam, Kochany Pamiętniczku, nie aż tak!
Nawet Szyszkę diabli wzięli i mimo że bobry łkają rozdzierająco, drzewa umierają stojąc,

  i nawet Biedronka proroczo włączyła się w akcję śmierci niesławnej pamięci ministra

żubry pewno zapijały się żubrami z radości.
Nie mówiąc już o tym, że prezes (najmniejszą literą p jaka jest) wysnuł wniosek o kolejnym zamachu.
Ojapierdolę.
Jak żyć bez bloga, jak żyć?
No w którymś momencie będziecie musieli, mili Czytacze, albowiem na pewne rzeczy w życiu nie ma rady.

No dobra. Pierworodni zmobilizowali się  i z wielkim hukiem zaprosili mnie na niedzielny obiad.
Koniec świata, pani Popiołkowa.
A wyglądało to tak:

Hej Mamo zapraszamy w niedzielę do nas
Ok, dzięki 🙂 O której?

Kiedy mamie pasuje
Wlecę po południu, po obiedzie jakoś, OK?
No ok, myśleliśmy że mama będzie na obiedzie
To się mówi wprost: zapraszamy na obiad 😂
I podaje godzinę
Ok
A nie że się na krzywy ryj wpraszam

 Pojechałam zatem, życząc sobie na wstępie eskorty, albowiem osiedla nie znam, a orientacje w terenie mam jaką mam.
Mieszkanie wylizane, Synowa sumitowała się, że trochę kurzu jest na panelach, bo nie ma odkurzacza, a w słońcu kurz widać. Ta, bo ja specjalnie przyjechałam po to, żeby się przeczołgać po kątach w białych rękawiczkach i białych skarpetkach i każdy pyłek kurzu opisać na blogu i na fejsiku, a jak, niech ma, kurwa, za swoje.
Mieszkanie mają przepiękne, jeszcze niezagracone i olaboga - balkon przez całą długość mieszkania, czyli tak, jakbym ja miała loggię nie na te moje parę metrów, ale i w kuchni, i w małym pokoju. I widać stamtąd Krzesiny, i Krzesiny nocą. Już zapowiedziałam, że wlecę kiedyś wieczorem i nie ma zmiłuj, będę cykać fotki :) 
A chora była i zamiast mnie zawiadomić, że jest chora, to milczała jak zaklęta i z radością sprzedała mi całe choróbsko.
Tak że tenteges do dziś się ze mnie leje i jestem podwójnie pociągająca, ale mniejsza z większym, amatorów na ten pociąg i tak nie ma. Co jest co najmniej tragiczne.
A potem zaczęła się szopka pod tytułem: gotujemy obiad na cześć naszego ukochanego gościa. Oczywiście, do kuchni został wywalony Pierworodny, który jako leworęczny bez odpowiednich narzędzi (narzędzia są dalej w UK) nie radzi sobie z obieraniem niczego. Rozdzierające: K., idź obierz marchewkę niosło się echem hen daleko, więc zaproponowałam, że obiorę tę pieprzoną marchewkę, bo uwielbiam obieranie. Dostałam pozwolenie. A w kuchni najprzyjemniej i najprzytulniej w całym domu (u mnie też tak było przed remontem i emigracją, siłą trzeba było wszystkich z kuchni wyrzucać, pchali się tam na chama). I tak się tam poczułam, jak za młodych lat, skrobiąc rzeczoną marchewkę. A pierworodny na patelni smażył mielone, wyciśnięte z plastikowej osłonki, made by Auchan. Włosy stawały mi dęba na łysej główce, oczami duszy widziałam spaghetti bolognese, ale nie... Marchewki i por, a jakże, dorodny jak w Allo, allo wylądowały w garnku z wodą i... dusiły się tam trzy godziny. Posiekane na plasterki, jakich i wojowie Mirmiła by się nie powstydzili. Po trzech godzinach duszenia owych warzyw rozległy się jęki dzieciarni, że głodna jest. Do kuchni majestatycznie wpłynęła pani domu i kazała Pierworodnemu przesmażone mięso do wywaru wrzucić, a sama rozrobiwszy trzy trójkąciki topionego serka (marki nie zdążyłam zauważyć) w wywarze, z namaszczeniem wrzuciła go do garnka i po pięciu minutach obiad był gotowy. 
Z należytą czcią i szacunkiem zupka nalana została na talerze i wyniesiona do pokoju (chuj wi po co, skoro w kuchni lepiej smakuje). Zła nie była, nie powiem, ale...
Jedząc ją, wciąż widziałam tę scenę z H., kiedy wpędzałam moją wówczas in spe Synową do grobu, bo musiała skrobać marchewkę...
Kurwa. Trzy godziny na gotowanie zupy na serkach? Bez żadnych przypraw? Zjadłam, pochwaliłam, nie prosiłam o dolewkę, w domu miałam obiad od wczoraj. Obiad, nie badziew, jakiego nie gotowałam nawet pracując w Auschwitz. W życiu nie przyszłoby mi do głowy gotowanie zupy na topionym serku. Papryczek odmówił stanowczo jedzenia obiadu i pozostał przy bananie. Mała Wiedźma zjadła talerz zupki i oznajmiła, wzdychając, że jednak babcia Yoda lepsze obiady gotuje.
I tu muszę pochwalić Inżynierową, bo ona naprawdę się stara.
Internet jest pełen przepisów, jak zrobić coś z niczego.
W 15 minut, niewielkim wysiłkiem.
Pyry, jajko sadzone, jakaś surówka.
Kasza, pieczarki, mielone. 
Przyprawy.
Dałam im masę przypraw.
No nic :)
Nieprędko dam się znów zaprosić na obiad, a i nieprędko ja zaproszę, bo nie bawi mnie zmywanie garów.
Nevermind :P 
I tak miło minął tydzień po zamknięciu, praca nadal pcha się drzwiami i oknami, no litości, kupiłam od dziewczyny za 100 zł


 a ona parę dni później pyta mnie, czy nie jestem chętna do pracy? A słowniki nówka nieśmigana, zawsze było mi szkoda kasy, bo to prawie stówa za jeden...
No i sezon na 


a wyszedł tak smaczny, jak rzadko kiedy i jak zacznę wszystko jeść, to się znów w nic nie zmieszczę.

 
I burza się trafiła, z podwójną tęczą, to chyba dobrze w tym całym zakichanym świecie?


I ciemność, kochana ciemność, zapadająca coraz wcześniej...
Tylko te sny, pełne brudnej, przelewającej się wody i małych dzieci, którymi nie daję rady się zaopiekować, wody, w której tonę, leżenia, z którego nie mogę wstać.
Nie muszę czytać senników, moja teściowa przez lata nawbijała mi do głowy czarnych interpretacji, od których coraz trudniej jest mi się uwolnić i coraz trudniej wytłumaczyć sobie, że kto wierzy w gusła temu dupa uschła.

I jutro wybory. Z nadzieją, że jak prorokuje Giertych, nawet jak PiS wygra, to rozłoży się trymiga. Że wszystko się zawali.
No nic...
I Nobel dla Tokarczuk.
Serio? Tak jak zawsze naśmiewam się ze wszystkiego, co pisowskie, tym razem nie do końca. Nie naśmiewam się z ministra kultury, który przyznał się, że nie dokończył czytania żadnej książki naszej noblistki. Bez wstydu przyznaję, że ja też nie. Pani ma dziwną manierę pisania wyrazów pospolitych w środku zdania, bez ładu i składu i głębszej myśli - dużą literą. Niestawianie przecinków i kropek. Zaczynania zdania dużą literą,  gdy poprzednie nie jest zakończone kropką. Niestety, moja dusza korektorki tego nie może przetrawić. Przyjmuję do wiadomości, że autorka ma taką wizję, ale nie ogarniam. Korekcąc taką książkę wylądowałabym na oddziale zamkniętym. Mam jedną jej książkę, męczę od roku, postaram się dokończyć, ale nic nie obiecuję. Nawet czytanie jej na kiblu, kiedy nie mam co robić nie pomaga przez przebrnięcie. Bo nie mam czerwonego długopisu do korekcenia pod ręką :D
Za to w jeden dzień i noc wchłonęłam Koronki z płatków śniegu, do których przymierzałam się od dawna. I to jest dla mnie cud miód, a nie noblistka. Bywa :)

I spotkanie miałam z autorką mojej pierwszej skorekconej beletrystyki. Wieczór był zajefajny, jak małolaty (mam nadzieję nadal) mówią, aczkolwiek podanie torebki herbaty w mikroskopijnej filiżaneczce, z plastrem cytryny, który się w niej nie mieścił, to pojebany pomysł. I zaśpiewanie za nią 12 zł! Zapraszała autorka, nie miałam sumienia prosić o następną filiżankę, choć nalegała. Gdzie te herbaciarnie sprzed lat?  Z rosyjską herbatą? Nierujnującą nawet studenckiej kieszeni?
Nie oceniam jej dzieła, bo nie moje klimaty, sama nie zdecydowałabym się na taką wiwisekcję, aczkolwiek popełniam ją na blogu. Nie wydaję na nią jednak grubych prywatnych tysięcy i jak nikt nie przeczyta, nie skomentuje (bo komentarz to jak kupienie książki) - przeżyję. Daję tu tylko mój czas. Cenny. Ale daję, bo chcę. A któregoś dnia po prostu zniknę i nic się nie stanie :)
Ziemia będzie dalej krążyła wokół Słońca.

Płaska Ziemia, co nie, Przyjacielu :) Płaska ja stół, jak podłoga, jak to wszystko pojebane wokół, równa, jak drut sprężynowy.

A w międzyczasie TEN karp. Wyfiletowany, prawie bez osteczki. Świeżutki i zupełnie niejadący rybą.
To może być PIĘKNA wigilia :)

I wizyta w Warcie. Godzina pieprzenia z ajentką. Nie pamiętam jej, zawsze siedzą tam inne osoby.
I patrzę na pieczątkę - szok.
Pytam Inżyniera - potwierdza, tak mama koleżanki jego z podstawówki.
Upewniam się w pisowni obcego nazwiska.
Tak. I tekst - mama jej córki i jej koleżanki nienawidziła. WTF? Ja to inaczej pamiętam. Nie znałam dziewczyny personalnie i rybką mi to latało. Ale pamiętam jak przez mgłę, że na kuchennych drzwiach wisiał rysunek najlepszych w klasie i była tam właśnie ona i Inżynier. Inżynier personalnie wydłubał jej oczy. Nienawidził tego teamu całym swym dziecięcym serduszkiem.
Ale nie miałam wtedy Kochanego Pamiętniczka, a i cyfrowych zdjęć nie było, więc nie udowodnię, że nie mam alzheimera.
Może i Inżynier nie ma, ale każdy wyrzuca z pamięci niechciane rzeczy.

Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

Jakie to proste, co nie?

I na giełdzie kwiatowej dziś byłam. Pojebało ich ze szczętem. Byle wkład do wazonu 50 zł, standardowa cena od 125 zł do ponad 200.
WTF?
Tak długo łaziłam po giełdzie, aż znalazłam te zwykłe bukiety po 25 zł sztuka.
Trudno.
Grób to nie choinka noworoczna.
Za mycie płacę100, bo siły nie mam już.
A czeka mnie jeszcze grób Eksa, tam nikt nie myje, a na Pierworodnego nie liczę. Może nie byłam wspaniałą żoną, ale jestem porządną wdową. Plus badyle dla Eksa u reszty. Plus świece. Plus bilety.
Na widok ludzi wynoszących worami te "wymysły cmentarne" oblał mnie pot. Sorry, Winnetou, nie stać mnie na Wszystkich Świętych. A już na pewno nie będzie mnie stać na niepracującej emeryturze.
Albo ludzie zarabiają miliony i tylko ja taka dupa jestem, albo  wszystkich pojebało.
Ze szczętem :P




wtorek, 1 października 2019

Przelało się

Kochany Pamiętniczku, i chuj.
Więc powiedziałam, co myślę, skoro nie dociera mięta przez rumianek, to niech dotrze prosto i jasno.
Ja już nic nie muszę, a wszystko mogę.
Że poraniłam?
Trudno.
Też jestem poraniona i nie, nie będę tłumaczyła, jak ktoś na mnie pluje, że to deszcz pada.
Tak, wszystkim jest ciężko, ale i mi nielekko.
I dość mam uśmiechania się i mówienia, że jest cacy.

Bo nie jest.
Tak, jestem złą kobietą. Bardzo złą.

Ponieważ pewne sprawy zaszły za daleko, miło się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, żegnam.
Może nie na zawsze, ale zawsze.
Tak, jak napisała Zmorka, nic nie może wiecznie trwać.

Sayonara :) 

piątek, 27 września 2019

Momentami

czuję się osaczona, Kochany Pamiętniczku.
Brakuje mi przestrzeni na oddech. I to nie, to że ktoś chce źle, nie, ale...
Każdy ma inne marzenia, co nie?
Nieważne.

W redakcji pustki, aż się przeraziłam. Ponoć wszyscy na urlopach. No to ja mam pecha, bo jak oni kończą urlopy, to ja muszę być na baczność, bo jestem przydasie. Taki life.

Szybciorem ogarnęłam maszynki, obiad, sprzątanie, w międzyczasie film, gwiazdkowy, a jakże, do bólu, bo hamerykański, taki piękny, wszędzie te gwiazdkowe duperela (serio? nie chciałoby mi się potem sprzątać tych kilometrów łańcuchów, świecidełek, poduszek, choinek, zresztą, gdzie to wszystko trzymać poza sezonem?).
Jedyne, czego będzie mi brakowało w tym roku to tego klimatu, bo w UK też taki jest, wszystko na bogato.
Ale nie narzekam, bo ja też dziś na bogato, baterie powymieniałam i włączyłam prawie wszystko co gra i buczy.
Zanosi się bowiem na deszczową, smutną jesień. Tak jak latem brakowało deszczu, tak teraz mam wrażenie, że będzie go po kokardkę i kucyki. Z jednej strony to dobrze, bo ziemia będzie mogła zmagazynować wodę na nowy sezon, z drugiej zwykłego bułkojada jak ja taka pogoda skutecznie w depresję wpędzi.
Dlatego bronię się światełkami i herbatką. Wina pić nie mogę, bo kolejny korkociąg szlag trafił i zawsze zapominam kupić nowy :D

A na mieście mordy, mordy, ze wszech stron atakują człowieka mordy.
I będą jeszcze długo atakowały, bo nikt nie spieszy się po wyborach ze sprzątaniem tych pysków.
Te same nazwiska, te same mordy od lat, niezależnie z jakiego ugrupowania.
Ale dziś zauważyłam, że startuje żona JJ, to niezły typ do głosowania.

Może będzie jeszcze dobrze.
Musi być, nie ma innej opcji!

Owocówki balują, ale już niedługo i na nie przyjdzie kryska.
Zastanawiam się, kiedy okna ogarnę, ale nie chce mi się.
I chuj :)

czwartek, 26 września 2019

Może

nie do końca dziś ogarnęłam, Kochany Pamiętniczku, ale i pogoda taka, że ojapierdolę.
Jakby już listopad był.
Ciemno, szaro, buro.
Ale po południu rozjaśniło się i od razu kopalnia skarbów


te diamenty bezcenne
i widać, że jesień już, nie za rogiem, ale już jest...


Jeszcze nieśmiała, niepewna swego piękna i uroku, zawstydzona, jak panna młoda, ale jest :)

Jesiennego krwotoku nic już nie powstrzyma.
Czerwień kapie z parku na ulicę...
Jesień żyły sobie rozcięła,
i blednie z zimna,
jak śmiertelnie senna
Eunice...

Aprowizacja ogarnięta i zapięta na ostatni guzik, a i dżinsy dorwałam, dzięki czemu mam komplet gaci w pięknym kolorze blue :) 
Do sprzątania zabrałam się jak zając do jeża i tak się skończyło, ale to nic.
Utkwiłam w przyjemniejszym świecie, a co, też mi się coś od życia należy :P

I jak dobrze, że mimo pracy nikt w najbliższym czasie nie będzie mnie rozliczał z godzin.
To lubię :)
Wchodzę, pracuję, wychodzę.
Luksusowa kobieta. Tak mogłabym na okrągło.
Cały czas :D

środa, 25 września 2019

Niebiosom

dzięki, że pojechałam wczoraj, Kochany Pamiętniczku :)
Dziś i mgła (a może smog?) i leje jak z cebra. Wszędzie wypadki i same katastrofy.

A ja, wyspana, wykąpana, już prawie ubrana, zmieniłam zdanie i nie polazłam nigdzie, za co też niebiosom dzięki, bo lunęło i leje.

Więc (nie zaczyna się zdania od więc, wiem, Kochany Pamiętniczku) popełniłam


w zalewie, wyszło takie smaczne, że musiałam się powstrzymywać, żeby nie zeżreć dziś wszystkiego.
I nowa brytfanna jest rewelacyjna.
Powidła dokończyłam.
Pokręciłam się...
I zadumałam.
Jak szybko mija czas...



i dziś przedostatni

Tylko Kalafiorkówna jeszcze wolna, ale i ona powoli coraz bardziej dorośleje...

Jesień, pora światełek, przemijania, zadumy.

Ale nie, nie mam depresji i nie chcę mieć. Mam za dużo do zrobienia, żeby się w deprechę pakować :D

Najpiękniejsze są te dni, których jeszcze nie znamy.

Filmy gwiazdkowe zaczęłam oglądać, są naprawdę bardzo krzepiące :D

wtorek, 24 września 2019

Kolejne

na liście odhaczone, Kochany Pamiętniczku.
Nareszcie.
W poniedziałek do warzywek poleciałam i umówiłam się z naczelną, że dostanę wszystko w poniedziałek.
O 12 było już po ptokach, reszta miała być z domu.
Z maszynkami umówiłam się na luzie na piątek, akurat mieli nasiadówkę po targach i nawet jakąś nalewkę proponowali, ale się wymówiłam.
Mało, że na mordzie jestem czerwona cały czas, to po wypiciu mocniejszego alkoholu robię się purpurowa.
Więc nie. Standardowo w pracy nie piję, wystarczy, że łysym łbem straszę.
Do teatru poleciałam, rachunki in blanco podpisałam i wio do domu.
I kibluję, kibluję i co się okazuje? Mimo moich monitów spisu treści nie będzie, bo grafik sobie poszedł do domu. Mimo że uprzedzałam kobietę od spisu. Napisała, że sama dopilnuje. I dobrze. W dupie to mam, grafik sobie ot tak, wychodzi, a ja?
Nieraz przekładałam swoje plany dla ich planów, to niech raz przełożą swoje dla mnie. Nie płacą mi aż tyle, żebym ze wszystkiego w życiu rezygnowała.
Wstępniak doszedł.
Następnego dnia doszedł w PDF za minutę dziesiąta, ale zrobiłam i zdążyłam na autobus. Nie było błędów, tylko błędne przełamania.
Dlaczego widzę to tylko ja?
Dlaczego nawet grafik, łamiąc, nie widzi? Taki z niego grafik jak z koziej dupy trąbka, dziś prawdziwych ani łamaczy, ani grafików już nie ma.
No nic.
Spis poszedł bez korekty.
Rybka mi to.
Rano wstaję i pogoda ni chuchu...
Mgła.
Niby niewielka, ale mgła.
Łamię się, ale lecę na Manhattan po pomidory i na dole widać lepiej niż z mojego piętra.
Przed 10 widać już drzewa, których nie było widać o 10. Jest ciepło, aplikacja mówi, że będzie słońce.
Zapada decyzja, jadę.
 W autobusie kierowca dobrze po siedemdziesiątce. Jedzie tak, jakby spał i chyba faktycznie przysypia...
Kurwa mać.
To ten erotoman gawędziarz, który kiedyś całą drogę trajkotał z jakąś kobiałką.
Na jednym przystanku nie zauważa (w małym busie!), że gość chce wysiąść,  zatrzymuje się poza krańcem przystanku. Potrąca gościa, zamykając drzwi.
Panika we mnie narasta.
Za Jarocinem zmiana. mgła znika. Wsiada jakiś znajomy kierowcy, czeka na niego na przystanku kilka minut, facet dobiega już za przystankiem. Kierowca odżywa, gada, gestykuluje, ale KURWA, oglądają zdjęcia na smartfonie, w czasie jazdy.
A przy drodze wyrąbane połacie lasu, wśród tego snuje się prostytutka i nie, na pewno nie była to pani inżynier nadzorująca roboty.
Tak sobie myślę, że to jednak ciężki zawód.
Jak mówiła moja teściowa: to nie zawód, to powołanie.
Seks lubię, ale powołania w tym kierunku nigdy nie czułam.
I uświadamiam sobie, że najcięższy dzień korektorki jest lepszy od najlepszego dnia prostytutki.
Czuję się szczęściarą.
Dojeżdżam do K.
Lecę na cmentarz, a tam moja E., rozebrana do rosołu, jeden grób już lśni, zielsko wyrwane - nie, nie z mojej działki, ale obok, bo jej przeszkadzało, liście zgrabione, a ja raz, dwa, jakby Ciocia znów żyła, pod dyktando E. kończę robotę i tadam :0
Pyta mnie, czy chcę iść na grób niedawno zmarłej koleżanki, ale mówię, że jednak nie, bo już mało czasu, a ja, niestety, muszę do kibelka.
Zatem poszłyśmy do kibelka, znaczy się do baru z kibelkiem


No i w galopie obiad za 13 zł polskich taka sztuka, a dobre, dotąd mi się nic nie przypomina, a to znaczy, że w knajpie dobrze gotują :)
I też kurcgalopkiem na dworzec, E. stwierdziła, że dotąd myślała, że przesadzam z tym brakiem czasu, ale sama widzi, że to faktycznie za mało. Gdyby ona nie ogarnęła mi pomników, ja bym ich też nie ogarniała, bo po sąsiednich widać było, że moje niedawno myte (zdążyła umyć u moich rodziców, u cioci nie). Sprzątnęłabym tylko liście i już na obiad nie byłoby czasu, poleciałabym tylko na Statoil na siku :)
Pociecha, że od 27 wracają pociągi, więc będę miała czas.
Wracał ten sam kierowca. Przebrał się, koszulę zmienił.
Wsiadła pani, która do samego Poznania gadała z nim, więc...
Japierdolę, pierdolenie o Szopenie przez tyle godzin?
Że on ma zęby tu i tam, że tu w prawo, a tu w lewo, że słoń...
Trochę podsłuchiwałam.
Nienawidzę gadających kierowców, dlatego mam opory przed jeżdżeniem taksówkami.

Ale spokojna jestem.
Gość myjący nie bierze kasy za darmo, zapłacę i będę miała czyste na Wszystkich Świętych.
E. mówi, że mam nie wymieniać bukietów, ale wymienię.
I pojadę tym Umarlakom zapalić znów, bo...
Bo są moi...

Teraz dwa dni wolne, całe dwa dni, co za rozpusta :)
Na piecu

 powidła dyniowo-śliwkowe się pichcą, w lodówce marynują żeberka w miodzie...
Nie, radio nie gra, bo po czterech godzinach słuchania playera w autobusie mam dość muzyki.
Cisza też jest piękna.

A jeszcze piękniejsze jest to, że jutro NIC NIE MUSZĘ.

I w ten sposób ogarnęłam całe Umarlakowo, a Pierworodny nawet tego nie zauważył...

A mógł i powinien :)
Przykre: umiesz liczyć, licz na siebie.

E. dołożyła mi swoje jajka, znaczy się, prawdziwe wsiowe jaja :0

A ja wcisnęłam jej markowe perfumy.
I nawet nie wiem, czy jej się spodobało to, czy nie, bo nic nie powiedziała i nie napisała.  A chciałam podziękować za latanie z kamieniarzem i za to, że nałogowo siedzi na cmentarzu. Bo napisała mi, że wracając z dworca wleciała na cmentarz, i że jutro też pójdzie.
Fakt, jest tam cisza i spokój, no ale bez przesadyzmu, co nie? :|

I dopiero wyjeżdżając za miasto widzi się, jak bardzo zniszczyliśmy Ziemię.
W małych miejscowościach powietrze jest jeszcze gorsze, jak w mojej wiosce.
A i tak po 17 włączają się aplikacje, że powietrze jest do dupy.
To pora, kiedy ludzie rozpalają piece.
Mimo że na co trzeciej chałupie po drodze paneli słonecznych było od groma...

Życie pędzi coraz prędzej...

piątek, 20 września 2019

U mnie już

październik, Kochany Pamiętniczku, bo październikowy numer zamknęłam.
Bez huku.
Lekko szoknięta, bo wbrew pesymistycznym prognozom dokładnie o 16.59 pozbyłam się ostatniej kartki wydruku i do poniedziałku jestem wolna jak ptak.
Teoretycznie, bo parę minut po moim wyjściu była pani z warzywek z wydrukami, które zostawiła na biurku (dowiedziałam się już w domu z emilka).
Ale może to i lepiej, że nie wzięłam ich do domu, bo mam całe dwa dni dla siebie, a wystarczy jak to skorekcę w poniedziałek.
Wiem, że to na mnie czeka, więc sama sobie zorganizuję czas.
A technika dosłała teksty na emilka o 1.39.
W nocy, of course.
I dlatego na wszelkie sugestie, żebym pisała, odpowiadam, że cenię sobie swój czas.
Mają więcej i to dużo więcej kasy niż ja, ale?
Są dwuzawodowcami, bo i gazeta, i gospodarstwo. To też poniekąd przyczyna ich frustracji. GI ma jeszcze dodatkowo firmę doradczą.
Nie zazdroszczę. Życie ma się tylko jedno.
I nawet milionerzy umierają tak samo, jak zwykła korektorka :)
No, może w razie W mają więcej kasy na walkę, ale...
Lubię swój punkt istnienia i nic tego nie zmieni...

W domu rano




zwlekam me szlachetne zwłoki  z kanapki, a tam za oknem tak jak powyżej.
I znów zapiera w piersiach dech.
Chwila, cudna, dla takich warto żyć.
Zdjęcia nie oddają tego, co oko widziało, aparat widzi inaczej, ale to nietknięte żadnym cudem wiankiem do obróbki.
Na dole dalej wonieje żulem, no żeby moje perfumy miały taki power :)

W pracy na wejściu atakowana jestem przez kawałek kiełbasy (nie lubię kiełbasy), ale tak natrętnie, że jednak ulegam i zjadam i ojapierdolę. To nie kiełbasa, to ambrozja i pokarm bogów. Koleżanka dostała od kolegi...
Za taką kiełbasę zapłaciłabym i 100 za kilogram, problem polega na tym, że jest nie do kupienia.
A z drugiej strony atakuje mnie Cezar ze słodkim i na pytanie, z jakiej okazji mówi, że wnuczek mu się urodził :)
Facet po prostu oszalał z radości.
I kawkę wtyka na siłę, a ja niekawkowa...
I tak gawędzimy (kurwa, ja gawędząca z Cezarem, no ale dziadostwo to więzy jakieś są), okazuje się, że córka rodziła.
I wszystko jasne.
D. też zostanie babcią i przeżywa jak mrówka okres. Na moje podśmiechiwanie powiedziała, że nie mam córki to nie rozumiem.
Może.
Ale to ja wlokłam Synową od Pierworodnego do szpitala, gdy roniła, bo akurat byłam na miejscu, a oni chcieli czekać do poniedziałku... A był piątek.
A, nieważne.
Przeżywałam każdą ciążę po swojemu.
Swoje ciąże też, bo w sumie byłam zdana sama na siebie tak naprawdę.
Nieważne, wszystko się dobrze skończyło, a reszta wyjdzie w praniu.
Cezar zaś powiedział, że zaczął u nas pracować, bo przedtem miał pracę w rozjazdach, a perspektywa wnuka zmieniła jego punkt widzenia.
Córka Cezara ma zatem fajnego ojca :) I dobrze, że chociaż jedna kobieta takiego ma :)
Aczkolwiek i mój, alkoholik, najgorszy tak do końca nie był, bo gdy porzucona przez męża, który "musiał jechać na ogórki" i teściową, która choć obiecywała, że wróci z DE, nie wróciła, bo jej córka miała po porodzie "depresję, bo kazano jej karmić piersią, a ona nie chciała, bo zniszczyłoby jej to biust", poszłam rodzić Inżyniera, zajął się tak Pierworodnym, że cały warsztat (bo to taka komuna wtedy była) nie mógł wyjść z podziwu, że rozpieszczony (co tu ukrywać) Pierworodny chodził jak dobrze naoliwiona maszynka, a zadbany był tak, że im oczy na wierzch wychodziły :)  I dziadek był cały czas trzeźwy w trzy dupy.
Tak, byłam jego dziewczynką, choć do dziś płacę za to wysoką cenę.
Za wyciąganie go z knajpy na prośbę mamy i za te wszystkie takie tam.
Za moje myślenie, że jak będę grzeczniejsza, lepiej się będę uczyć (w 8. klasie miałam świadectwo ze średnią 5,0, szóstek wtedy nie było), że gdybym nie miała niedosłuchu, to tatuś by nie pił...
Życie nie jest proste, ani trochę.
No nic, dziesiąty numer zamknięty, u mnie już listopad :D

I powrót do domu i...
Szeroko otwarte drzwi wejściowe i jebie żulem nadal, na potęgę.
Podejrzewam, że nowa dozorczyni, bo już jest nowa po prostu nie sprzątnęła po nim.
Współczuję mieszkającym na parterze.
Ale... otwarte drzwi wejściowe to zachęta dla kolejnych żuli.
Kwadratura koła.

Czasami przeklinam mój nos, bo jak żyć, jak żyć, gdy wszystko śmierdzi? :)

No dobrze, w domu nie śmierdzi.
Jeszcze :P
A jutro wszystko spokojnie ogarnę i zastanowię się, co dalej :)

Coś mnie rozbiera.
Nie ktoś, ale coś, a to nie jest za bardzo przyjemne :P 

czwartek, 19 września 2019

Już dawno

nie było w pracy tak spokojnego dnia, jak dziś, Kochany Pamiętniczku.

Ale po kolei.
Wsiadam do windy i jadę na wdechu, a dla mnie wdech trwający minutę to śmierć, takie mam rozwalone płuca.
Śmierdzi, że ojapierdolę. Mam wrażenie, że żul spał w windzie, ale nie... Dobrze, że nie poszłam schodami, tam dopiero musi jebać.
Na parterze drzwi otwarte na oścież, a smród zatyka dech w piersiach. Więc galopkiem jak ta łania po schodach lecę, modląc się, żeby gir nie połamać.
Udało się. Wdech, wdech, wdech...
Gdy wracałam po południu, śmierdziało dalej, wieczorem idę ze śmieciami, śmierdzi jak śmierdziało.
Jeden żul, a smród trwalszy niż od perfum za kilka stów.
I to nie na jednej osobie, ale w całym bloku.
Jedenastopiętrowym.
Kurwa mać.
Smród chodzi za mną cały dzień, ręce myję częściej niż zwykle i nie, nie mam nerwicy natręctw.
A w pracy (odpukać) sielanka.
Cisza, spokój, żadnych nerwów, a na moje ponaglenie, że jednak chciałabym iść do domu i podlać biedne badylki, następuje ruch w interesie i o 15 kłaniając się grzecznie idę w siną dal, z zapowiedzią, że jutro nie będę ich od bladego świtu męczyć, ale gdzieś tam, jak wstanę :)
Nikt nie śni...
Nie, po prostu Boss jest na delegacji, a wstępniaka napisze mój ulubiony redaktor GI :)
No co ja za to mogę, że chłopaka lubię?
Jest w wieku Pierworodnego, zaczynaliśmy pracę tego samego dnia, poznaliśmy się w laboratorium na badaniach przedpracowych :)
Jest bardzo miły i dobrze się do mnie odnosi, a poza tym ma takie poczucie humoru jak Inżynier i zawsze witamy się, jak w amerykańskich filmach - on - pani B., a ja panie G :)
Więc dzień minął miło i spokojnie, a na drzwiach zawisnął plakat :)

Nie chodzi o to, że nie chcę pracować, dopisałam później ... do III korekty.
I w punkt, bo tak wtedy wyglądam. Zastanawiam się od paru dni, co czułby człowiek, któremu kazano by na okrągło czytać ten sam rozdział w książce, która niekoniecznie podobałaby mu się. Płacą mi za dwie korekty i zaciskam niekiedy zęby i je robię. Ale trzecia i czasem czwarta, bo chuje-muje?
No, przeczytaj trzeci raz z rzędu Naszą szkapę, ze zrozumieniem, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. I nie po kilkuletniej przerwie, ale na okrągło.
Tak wygląda praca korektorki :)
Ale mniejsza z większym, do domu wróciłam jak człowiek.
Badyle ogarnęłam wreszcie.
A już padały z pragnienia :)
Oczy anioła próbowałam zmęczyć, ale przerosły mnie, więc wzięłam się za gotowanie obiadu na jutro, bo kiblować będę na pewno, na bank.
No bo te targi.
I wchodzę do dr M., a ta mnie woła i pokazuje. Nadaje drugi wice, na żywo, z targów właśnie.
Uwielbiam to wzajemne podkopywanie sobie dup.
Kopanie dołków, inne takie tam.
Tyle, że ja na to zawsze miałam wyjebane. Byłam bez ambicji.
Nie żyłam nigdy po to, żeby pracować.
Pracuję po to, żeby godnie żyć. A że nie umiem dup lizać, jest jak jest, ale... fajnie jest :)
I Synową od Pierworodnego dorwałam dziś. Wciąż się ogarnia, kurwa, ile można się ogarniać? Nie wie, co ugotować, nie chce gotować, ale musi.
Pociągnęłam za język. Mają już 500+. Obiady w szkole dla MW 200 zł. Przedszkole za darmo, płacą tylko za wyżywienie. Więc wszystko gra i powiewa. Jednak polskie realia prorodzinne są lepsze niż w UK czy w DE, mimo że muszą płacić i to niemało za mieszkanie, ale mają wypasione lokum. Żeby chociaż bąknęła, kurwa, fajnie, że nam tak powiedziałaś. Gadamy o żarciu, rzucam Eintopf, a ona - what? No, kurwa, ona się uczyła ponoć niemieckiego, ja w życiu. Och i ach, ale ona już niewiele pamięta.
Kurtyna.
A wystarczyło wygooglać i nie przyznawać się do niewiedzy.
Eintopf.
Na pocieszenie: Papryczek się z nią kłóci. I to często. Serio? Pięciolatek niesłuchający matki? I clou: jak się z nią kłóci, mówi jej, że ucieknie do mnie.
Hahahahahahahhahahaha :)
Do dyscypliny i zakazów?
Bo ponoć płacze w przedszkolu, gdy nie może robić, co chce.
Serio?
Szoknięta jestem.
Nie do babci Justyny, tylko do mnie.
Kurwa.
Nagrabiłam sobie. Ale jak to możliwe?
Mała Wiedźma ma adoratora, nazywa ją królową angielską. Taki wiek. Mówi dobrze po angielsku (adorator), MW umie się odszczeknąć, ale sądzę, że Pierworodny powinien ją poodprowadzać do szkoły w T-shircie


Muszę mu taki sprawić :) Adoratorów należy od początku trzymać z daleka.
Nie ma innej opcji :)

A Alienek potknął się w drodze do przedszkola i ma zmasakrowaną buzię. Chodzi na smyczy. Nie dziwię się, droga obok dwupasmówki, a Alienek taka łajza, jak jego tata. Jego tatę prowadzałam na długim szalu (szal mam do dziś), zamotanym pod pachami, wszystkie panie w okolicy wzdychały nad biednym (przyszłym) Inżynierem, ale dzięki temu szalowi Inżynier żyje do dziś. Nie było wtedy smyczy dla dzieci :) A Alienek temperament odziedziczył po ojcu, nie znam historii Inżynierowej.

I tak jakby jestem umówiona za tydzień w K.

Kaloryfery grzeją.
Radio Pogoda gra.
I nie muszę jutro być punktualnie na dziewiątą.
Czegóż więcej chcieć od życia?

Tylko zdrowia, reszta jest do kupienia, załatwienia, ogarnięcia.

A zdjęcia, które wysłałam, doszły.

Czyli wszystko ogarnięte jak należy, bo i wbrew obawom moim po zmianach w banku Office się kupił.
Ale zapłaciłam podwójnie w tym miesiącu za kartę, o której chłop nie wie, więc jednak przymierzam się do zrezygnowania z niej.
Szkoda czasu na niesolidne instytucje, na dokładkę żyjące z takich uczciwych dłużników, jak ja.

środa, 18 września 2019

Niezmiennie

całe życie z debilami, Kochany Pamiętniczku :)
I tak już do usranej śmierci będzie, ale co tam, niech tam.
Środa dziś. Zamykamy pierwszą składkę.
Niby tych stron mniej, ale nagle więcej i tadam...
Wczoraj kiblowałam tylko godzinę dłużej, dzisiaj już trzy.
Nawet mi się nie chce strzępić pazurów o klawiaturę, ale całe życie z wariatami.
Gdybym nie poszła i nie zapytała, to dzięki cudownej organizacji pracy siedzielibyśmy pewno do północy.
Sęk w tym, że zupełnie niepotrzebnie!
A pani M., ta aktywna, och i ach i ojapierdolę, o 17 w podskokach poleciała, ale no...
A Cezar wparował swoim zwyczajem, że...
Wywaliłam bez pardonu.
Jeżeli wziął za wiele na swój łeb, ma takie chody, że niech walczy o swoje. Nie będzie błyszczał kosztem moich wysiłków.
Nie ma opcji.
I tak wracam sobie na domowe łono (jakie łono, badyle padają niepodlewane, w lodówce nic się nie chłodzi, smród, brud i ubóstwo bez rui i porubstwa, no może z leksza przesadziłam).
Kierowca z autobusu wywala żula, ja w tym czasie idę o piątki.
Łomża miodowa należy mi się jak psu zupa.
I, kurwa, dziesięć minut kibluję pod blokiem, bo żul, pijany w trzy dupy, dzwoni i dzwoni.
Nie, nie będę się kopała z pijanym facetem. Poczekam.
I jakaś litościwa dusza wpuszcza rzeczonego do bloku!
Kurwa.
Dlatego ja nie odbieram domofonu, nawet jak słyszę dzwonek, bo mam zepsutą całą resztę.
Kto po 20 wpuszcza do domu nie wiadomo kogo?
Niech mi to ktoś wytłumaczy?
W każdym razie wlazł. Po schodach się wczołgał, poszedł w lewo, pewno na klatkę schodową.
Nawet szpary unijnej nie sprawdziłam, taki smród ciągnął na korytarzu.
Z duszą na ramieniu dowlokłam się do windy i...
Ufff, jestem w domu, aczkolwiek spokojna nie jestem.
No nic, pewno tak jest często, tylko nieczęsto na to trafiam.

A wczoraj w sandałkach poleciałam do pracy, dobrze, że założyłam dżinsy i sweterek wzięłam.
Wracałam w lodowatej ulewie, parasol diabli wzięli, a nóżki wymoczyłam sobie w lodowatej kąpieli.
Ale pomogła stara recepta: woda z imbirem i cytryną oraz miodem.
Komunikat już wisi, żeby odkręcić kaloryfery, w pracy już grzeją.
Piszę do Pierworodnego, ja, Matka Polka Pojebana, żeby sobie zabrał kurtkę zimową ode mnie...
Bardziej mnie już chyba nie pojebie.

I szwagierka się wieczorem odezwała.
Dziewczynę w papciach do nieba wezmą, a chóry anielskie będą grały hosanna.
To naprawdę bardzo dobra kobieta jest.
Ale nosi na plecach wszystkie grzechy tego świata. I nie robi nic dla siebie, wszystko dla kogoś. I czuje się bardzo nieszczęśliwa. Napisała mi, że nawet po śmierci nie spocznie, bo już czekają na nią, żeby coś zrobiła. Po cholerę? Nie rozumiem. Wiem, jestem egoistką i to wielką egoistką. Ale mam tylko jedno życie. Drugiego nie będzie.

Jej mąż, najmłodszy z nich wszystkich, znaczy się ze sławetnego rodu Eksa, nic mu nie odbierając, był najmniej rozgarnięty. Nawet matury nie zdał, ale co tam. Teściowa na wszystko mówiła wciąż "on jest młody, to i głupi", bo to takie nieplanowane dziecko, późna wpadka. Mamusia broniła, tatuś wymagał dyscypliny i tak to się kręciło, ale nie po myśli żadnego z nich. Tak sobie po tym wszystkim myślę, że jednak Pierworodny ma w genach dużo po nim. Nie, nie zdradzałam męża, ale to te same geny. Szwagier był "przedsiębiorcą" w sensie, że kulało się, póki go ciągnął brat z żyłką do interesów. Ale że w tej rodzinie nigdy nikt tak naprawdę ze sobą nie współpracował, poszło jak poszło.
Nie zapomnę nigdy rozmowy z Inżynierem, kiedy zaproszeni do nich na pogawędkę, już po odejściu Eksa, wsiedliśmy do kolejnego samochodu J., który całą drogę, wioząc nas z pętli do siebie za miasto, narzekał, jak to on jest biedny, bo musi płacić co miesiąc 2 tys. za samochód kupiony na raty.
Miał słabość do samochodów, które zmieniał jak rękawiczki.
Inżynier w domu rzekł do mnie: ależ mamo, mama za 2 tys. zł utrzymuje naszą trójkę i nie narzeka...
Kurtyna :)
Fakt, za jedyne 2 tysiące, bez grosza alimentów. Obaj synowie byli wtedy na studiach już.
W czasie tego spotkania słyszałam tylko, ile wydali na adwokatów, na rzeczoznawców, żeby nie dać temu chujowi (znaczy się swojemu bratu, który Eksa na swe łono wziął, no bo ta willa) wygrać, jak są wszyscy oszukani, ile im się należy i że ja też powinnam się w to czynnie zaangażować, bo moim dzieciom się należy i mi się należy i nie można, żeby ten chuj... 

I tak czas płynął.
Najmłodszy z rodu zachorował, wypierali, że to niemożliwe, że nie ma opcji, że błędna diagnoza.
Ich córka, rówieśniczka Inżyniera, przemądra dziewczyna, z dwoma fakultetami, ale eko, sreko, freedom, joga, windsurfing, Himalaje i inne takie tam.
Jest z facetem z przeszłością i dzieckiem z przeszłości.
Mają wspólne dziecko. Przeuroczą dziewczynkę, nieco młodszą od Alienka.
Sprzedaje nieźle kręcący się biznes tu, w wiosce.
Są w Bieszczadach czy innych Beskidach.
Freedom. Dziewczyna zajmuje się... jogą :D Ponoć z tego żyją, ale nie wygląda mi to na superżycie.Po dwóch fakultetach na polibudzie, skończonych na medal? WTF?

I wczoraj ta rozmowa.
Że ona już ma dość. Znaczy się, szwagierka moja. Że opiekuje się wnuczką po 10 godzin na dobę,  bo jej matka, z dwoma fakultetami, straciła jednak pracę w byłym rodzinnym interesie i nie stać jej nawet na żłobek w tych Bieszczadach czy Beskidach. Serio? Żłobek na wygnajewie droższy niż pińcset plus?
Że musi się ogarnąć.
Że jej tu dobrze, ale mąż tu zdycha na parkinsona i inne takie tam.
Że jak nie będzie prowadziła agroturystyki, to albo chleb, albo leki...

Cóż mam rzec? Całe życie wyśmiewano mnie, że układam sobie, jak układam. Że nie szarpię się, że z pokorą przyjmuję niemanie prawa jazdy, że nie, nie kupię malucha za 500 zł, bo mnie na taki szajs nie stać.
Że nie mam ambicji.

A wczoraj usłyszałam, że jak to, nie gotuję dla całej rodziny, która jest w wiosce?
Że nie chcę niańczyć wnuków?

Nie, G., nie chcę.
To moje życie.
Nie będę matką Teresą, jak Ty, nie wezmą mnie w papciach do nieba.
Może i nikt już na mnie nie czeka, ale...
To jest MÓJ wybór i niczego nie żałuję.
Bo wracam do

Na swój własny rachunek.

Nie zawdzięczam nic nikomu, nie wdałam się w rodzinne rozgrywki.
Mam gołą dupę. Nie ściga mnie urząd skarbowy.
I nie muszę wybierać.
Eks sam wybrał.
Gdyby Eks był ze mną, byłabym z nim do końca.
Biedna, z gołą dupą, ale szczęśliwa.

Co miesiąc na korytarzu mijam mecenasa.
Jeszcze żaden człowiek nie kłaniał mi się tak głęboko.

Może sobie pochlebiam, ale może coś w tym jest?

Jedyne, czego żałuję to to, że chłopcy nie noszą również mojego nazwiska.

A za oknem w kuchni Księżyc jak z horrorów.


Przetrwać jeszcze dwa dni...
I do końca września.
Tak mi się rozpisało...

sobota, 14 września 2019

Mój pociąg

już odjechał stąd, Kochany Pamiętniczku, i  nie jestem pewien sam, jak to jest :)

Nie pojechałam na zjazd, od początku wiedziałam, że nie pojadę.
Lubię tych ludzi, lubię spotkania po latach.
Ale...
Wolę spotkania ot tak, a nie z okazji.
Cóż można przekazać ludziom, których nie widziało się przez ponad pół wieku, kiedy każdy żył swoim własnym życiem, swoimi szczęściami i nieszczęściami?







Konia z rzędem, kto mnie znajdzie na tym zdjęciu z IA. Sikora, jeśli to czyta siedzi na dupie i animrumra, tak samo ci, co są na fejsie :)
Ano, zdjęcie jak pierdyliard w internetach.
Inżynier dziś mówił, że dwa tygodnie przed ślubem, na który lecą, ma spotkanie ze studiów z okazji dziesięciolecia.
Serio?
To on dziesięć lat temu studia kończył?
Serio?
Nie poleci, bo koszta, bo urlop... Życie jest bolesne, powiedział zając, tuląc się do jeża... Witaj, dziecko, w moim świecie.
Byłam na spotkaniu ze studiów. I serio? Studia to były piękne dni i wspaniali ludzie.
Ale nasze drogi dawno temu się rozeszły. I nie mamy ze sobą nic wspólnego, nawet z ludźmi, z którymi wtedy byłam bardzo blisko.
Życie.
Więc nie, nie ma mnie dziś na zjeździe w R., choć może następnego nie dożyję, ale i tak dziury w moście nie będzie.
Życie toczy się z nami czy bez nas, tak samo.
Nie ma ludzi niezastąpionych.
Przykre, ale prawdziwe.

Wczoraj,  przeglądając album w poszukiwaniu tej fotki znalazłam inną.
Matki dziewczyny, której matka zmarła, gdy ona miała dwa lata i... nie ma żadnej fotki swojej mamy.
A ja ją mam. Bo mój ojciec był niezłym babiarzem. Dziwkarzem go nie nazwę, wielu spraw już nie odtworzę, nie ma ludzi, a i ja nie jestem zbyt skora do drążenia.
Ale jej mamę pamiętam.
Posyłam skan.
Szok.
Pytam, czy chce fotki, bo miałam parę.
Chce. Wysłałam dziś rano. Jak łatwo niekiedy ludzi uszczęśliwić, nieprawdaż?
Niech jej te fotki dadzą chwile ukojenia...

A ja? Poprzesadzałam dziś, ogarnęłam dokładnie kuwetę, z Inżynierem i jego Połowicą pogawędziłam...
I tak życie spokojnie pędzi coraz prędzej :)

A, i na Netfliksie Wysoką dziewczynę ogarnęłam. Ot, taka hollywoodzka bajka, ale podstawić pod wzrost cokolwiek i już nie bajka. Jak chociażby IT problem z okularami. Fakt, miała niezłego zeza, ale...
Gdzie wtedy był, kurwa, mój słuch?
Naprawdę NIKT tego nie słyszał?


Kiedyś ktoś mi powiedział, że mam cudzoziemski akcent :|
Sporo razy w życiu powiedziano mi, że gdybym nie poruszyła tematu, nie zorientowano by się, że mam niedosłuch.

W sumie, mam nadzieję, że jednak bawili się beze mnie znakomicie :P


A Alienek stoi w kącie na 10, jak matka Natura przykazała. Znaczy się, jak babcia Yoda zaleciła, nie do wiary. Czeka ich długa praca, wzdech, duże wydatki. Tak czasem myślę, że trzeba słuchać matki i teściowej. Wzdech. Amen :P