konie po betonie, Kochany Pamiętniczku.
Odesłałam to marketingowe gówno, bo trudno nazwać to listem, do gościa, który mi to przysłał, z uwagą, że Word rządzi w takim przypadku. A gościu na to, że OK, będzie mi słał więcej w Wordzie.
Więc ja wielkie WTF i uprzejmie informuję gościa, że niestety, ale poprawianie wypocin marketingu nie wchodzi w zakres moich obowiązków, że to jednorazowo, bo ja grzeczna kobieta jestem, że mój Boss nic nie mówił i takie tam. A gościu, że z Bossem porozmawia.
Co, kurwa?
Mam pensję od 10 lat nówka nieśmigana i mam pracować za marketing? Serio? Gówniarze, przepraszam, bo to są gówniarze po dwudziestce, przychodzą do pracy za duże pieniądze, nie potrafią sklecić zdania na poziomie gimnazjalisty, a ja mam się tym zajmować?
No nie.
Oddychając w tytkę, głęboko, powoli, rozważnie, ważąc każde słowo, spłodziłam emilka do Bossa. Przymawiając się o premię za całokształt pracy w tym miesiącu. I sugerując stanowczo, aczkolwiek z pełnymi gaciami, że jednak za marketing umierać nie będę, jak już to sama się do niego przeniosę (wiem, nierealne, nie odbieram podejrzanych telefonów). Boss odpisał, że pozwoli sobie zacytować moją opinię marketingowi. Słowem się nie zająknął o gratyfikacji. Ale zapytał, czy może cytować. Odpisałam, że nie chcę być powodem gównoburzy. Przysłał mi, o dziwo, demo swojego emilka, podsumowując mój cytat tak, że nie mogłam się niczego przyczepić, więc poszło.
Przy okazji dowiedziałam się, że dzieło wyszło z działu specjalisty od eventów, który został, a jakże - dyrektorem. No cóż, jest mężczyzną, po trzydziestce, rokującym. Ja, choćbym się zesrała, nie zostanę kierowniczką nawet, albowiem mam pół etatu i to dział jednoosobowy. Wiecie, rozumiecie, takie tam nic, kropki, przecinki, ewentualnie literówka jakaś i z rzadka ortograf. Za co tu płacić, wkrótce bezrobotne korektorki będą stadami galopować po ulicach, komputer wszystko sam ogarnie (rok 1993, cytat mojego ówczesnego bossa. Jakoś nadal nie ogarnia i wielu rzeczy nie rozumie albo je przekręca, ale co ja tam wiem. Internetów nie da się ogarnąć, a standardy rzeczy drukowanych lecą na łeb i na szyję).
O ile rozumiem opcję poprawiania programów naszych eventów, bo w końcu z tego jest kasa na moją pensję, to absolutnie nie ogarniam poprawiania listów wszystkich "speców", zatrudnianych często za sam wygląd albo inne zalety. Z naciskiem na INNE.
Porozmawiamy, jak pójdą za tym pieniądze.
Inaczej nie ma opcji.
Poczekam do wypłaty, zobaczę, czy Boss się wzruszył, ale nie, nawet jego wzruszenie nie obejmuje opcji mojego zaangażowania w marketing.
Tym bardziej że dziś znów się działo, a ja pracowałam jak szalony mrówek 12 godzin.
Chociaż moi redaktorzy to orły sokoły w porównaniu z marketingiem, który już Łudź w reklamie puścił kiedyś...
Trochę jestem rozgoryczona, bo i kasę niemałą posłałam, i na komunikatorze napisałam, nad filmikiem się napracowałam, a ani jedno, ani drugie, ani sama zainteresowana nie bąknęli jednego magicznego słówka :)
Ale trochę przykro.
Dobre wieści od Inżyniera. Doceniają, nagradzają, głaszczą. Awansują.
A jest za co.
Jednak w pracy moi chłopcy są na full po mamusi.
Bo mamusia chyba umrze na posterunku, ale oj tam, oj tam...
Znów mam komara w domu.
Kurwa mać...
Może uda mi się go zabić, zanim mnie pożre.
środa, 22 lipca 2020
wtorek, 21 lipca 2020
Druga
składka (nie pytajcie, dlaczego druga jest pierwsza, bo ja po 10 latach pracy nadal nie wiem, do szczęścia mi to niepotrzebne) poszła, Kochany Pamiętniczku.
Po 12 godzinach mojej ciężkiej pracy, kiedy nie miałam chwili na sik, herbatkę, nie mówiąc już o innych życiowych czynnościach. Koło 14 ręcę zaczęły mi się trząść (może to już alkoholizm, kto wie) tak, że nie mogłam długopisu utrzymać.
No ale...
Takie kretyństwo,jak dostałam z maszynek z marketingu, to guma w majtach sama puściła i spadły z hukiem. A autorka tego na pewno ma pensję w kosmos. Nie mam obowiązku korekcenia pism marketingu, ale skorekciłam, w razie W inaczej będę gadała z Bossem.
Kurwa.
Kolega przysyła mi Worda, w którym adiustacja zasłania tekst, w momencie, gdy nie wiem, czy skakać z balkonu, czy się wieszać na żyrandolu, czy po prostu mieć wszystko w dupie, iść po pół litra albo i litr, dołączyć do kompanii w Alejce Żula i nie być.
Cezar śle serdeczne emilki, wciąż, kurwa, pisząc Niederlandy zamiast Niderlandy. Doktor, kurwa, nauk ekonomicznych.
Można się załamać, Kochany Pamiętniczku?
Proszę, powiedz, że można.
Ale druga składka pojechała apiać, znów do drukarni, Kwiat Niezłomny, bo tak dziś do mnie pisano, oprócz tego, że byłam też w emilkach Panem Starym Jędzem. Spoczął wreszcie na.... no kurde, na czym spoczywają kwiaty? Ludziom od tych pisiorskich rządów wszystko się już popierdoliło. Na maksa :) Mnie też :D
Na kanapie w małym pokoju leżą kolejne wydruki do warzywek, of course. Zamykają się w piątek, więc z palcem w dupie...
No co, mydła do mycia palców z dupy mam tyle w zapasie, że do końca życia nie wymydlę :D
No, chyba że będę żyła 110 lat, to może być problem :) Ale wtedy mydła się dokupi.
Jutro Mała Wiedźma, ukochany d. E. Wedel, skończy 10 lat. Filmik na FB ostatkiem sił uczyniłam, rocznicowy. Przed dziesięcioma laty szlag mnie trafił, że w tak młodym wieku zostałam babcią. Dziś boleję nad ty, że aczkolwiek jest i złośliwa, i inteligentna prawie tak, jak ja, mamy ze sobą mikry kontakt. Ona siedzi z nosem w swoim tablecie, aczkolwiek ja w czasie jej wizyt ajpada ani innych aj nie tykam.
No nic, może jednak się uda.
Dekada babciowania za mną.
Sacrebleu :)
A będąc młodą, piękną Wiedźmą, 22 lipca czekałam, czy ON znajdzie czas na przyjechanie "na ubaw", bo żniwa, a on był z "bambrów".
Moja druga w życiu, wielka miłość.
Prawie pierwsza, no, nie chodziliśmy razem ani do przedszkola, ani do podstawówki, nie przypinał mi warkoczy do ławki i nie kablował, że tylko na lekcjach mamusi jestem grzeczna, bo tak zakładam maskę z kartki na twarz, jak pan odwraca się do tablicy :)
Prawda, jakie dziwne rzeczy się pamięta?
I jak czasem bolą?
Dla mnie 22 lipca to kiedyś "Do zakochania jeden krok" w tych ramionach. "Acropolis adieu"i "Goodbye, my love, goodbye" i pocałunki do utraty tchu na ławce na szkolnym boisku w R. Mieszkałam w szkole w R.
A dziś? Moja wnuczka kończy 10 lat. A ja urenki nie obstalowałam.
Pora model wybrać, co nie, żeby wygodnie leżeć, żeby w boczki nie uwierało :P
Po 12 godzinach mojej ciężkiej pracy, kiedy nie miałam chwili na sik, herbatkę, nie mówiąc już o innych życiowych czynnościach. Koło 14 ręcę zaczęły mi się trząść (może to już alkoholizm, kto wie) tak, że nie mogłam długopisu utrzymać.
No ale...
Takie kretyństwo,jak dostałam z maszynek z marketingu, to guma w majtach sama puściła i spadły z hukiem. A autorka tego na pewno ma pensję w kosmos. Nie mam obowiązku korekcenia pism marketingu, ale skorekciłam, w razie W inaczej będę gadała z Bossem.
Kurwa.
Kolega przysyła mi Worda, w którym adiustacja zasłania tekst, w momencie, gdy nie wiem, czy skakać z balkonu, czy się wieszać na żyrandolu, czy po prostu mieć wszystko w dupie, iść po pół litra albo i litr, dołączyć do kompanii w Alejce Żula i nie być.
Cezar śle serdeczne emilki, wciąż, kurwa, pisząc Niederlandy zamiast Niderlandy. Doktor, kurwa, nauk ekonomicznych.
Można się załamać, Kochany Pamiętniczku?
Proszę, powiedz, że można.
Ale druga składka pojechała apiać, znów do drukarni, Kwiat Niezłomny, bo tak dziś do mnie pisano, oprócz tego, że byłam też w emilkach Panem Starym Jędzem. Spoczął wreszcie na.... no kurde, na czym spoczywają kwiaty? Ludziom od tych pisiorskich rządów wszystko się już popierdoliło. Na maksa :) Mnie też :D
Na kanapie w małym pokoju leżą kolejne wydruki do warzywek, of course. Zamykają się w piątek, więc z palcem w dupie...
No co, mydła do mycia palców z dupy mam tyle w zapasie, że do końca życia nie wymydlę :D
No, chyba że będę żyła 110 lat, to może być problem :) Ale wtedy mydła się dokupi.
Jutro Mała Wiedźma, ukochany d. E. Wedel, skończy 10 lat. Filmik na FB ostatkiem sił uczyniłam, rocznicowy. Przed dziesięcioma laty szlag mnie trafił, że w tak młodym wieku zostałam babcią. Dziś boleję nad ty, że aczkolwiek jest i złośliwa, i inteligentna prawie tak, jak ja, mamy ze sobą mikry kontakt. Ona siedzi z nosem w swoim tablecie, aczkolwiek ja w czasie jej wizyt ajpada ani innych aj nie tykam.
No nic, może jednak się uda.
Dekada babciowania za mną.
Sacrebleu :)
A będąc młodą, piękną Wiedźmą, 22 lipca czekałam, czy ON znajdzie czas na przyjechanie "na ubaw", bo żniwa, a on był z "bambrów".
Moja druga w życiu, wielka miłość.
Prawie pierwsza, no, nie chodziliśmy razem ani do przedszkola, ani do podstawówki, nie przypinał mi warkoczy do ławki i nie kablował, że tylko na lekcjach mamusi jestem grzeczna, bo tak zakładam maskę z kartki na twarz, jak pan odwraca się do tablicy :)
Prawda, jakie dziwne rzeczy się pamięta?
I jak czasem bolą?
Dla mnie 22 lipca to kiedyś "Do zakochania jeden krok" w tych ramionach. "Acropolis adieu"i "Goodbye, my love, goodbye" i pocałunki do utraty tchu na ławce na szkolnym boisku w R. Mieszkałam w szkole w R.
A dziś? Moja wnuczka kończy 10 lat. A ja urenki nie obstalowałam.
Pora model wybrać, co nie, żeby wygodnie leżeć, żeby w boczki nie uwierało :P
poniedziałek, 20 lipca 2020
Kochana
najdroższa, droga, jedyna, złota, Kochany Pamiętniczku.
O kim mowa?
A jakże, o Twojej skromnej autorce.
Nosz, beczka z epitetami się dziś rozbiła.
Pierwszy emilek wysłany był o 4.37, ostatni tuż przed 17. Tak, jakbym w 3 minuty zdążyła przeczytać 4 teksty, kurwa.
Ale i tak miałam cały czas pełne ręce i oczy roboty, więc dzień szybko minął.
W międzyczasie parę razy padł net, nie wiem, podejrzewam, że to wina jakichś urządzeń włączanych z okazji remontu, tym razem pode mną, bo provider idzie w zaparte, że on nie.
Router nówka nieśmigana, półka premium.
Na całe szczęście mam jak coś w telefonie duuuużo mobilnego neta.
Lezie kolejny burz.
W południe lunęło tak, że Inżynier przysłał mi zdjęcie rynien, z których fontanna tryskała (widocznie nieoczyszczone).
Pani Krówkowa napisała stęskniona, że mam wrócić do redakcji, to się ubawię.
Jeżu kolczasty, żeby jej z tym nie wpadło do głowy leźć do Bossa.
Nie chcę. Dobrze mi. Nawet nie wkurwia mnie (jeszcze dziś, jutro wkurwi) praca po godzinach.
W tych warunkach, siedząc na dupie w pracy, zastanawiałabym się, jak dojechać do domu, żeby nie mieć mokrych gaci.
A tak zamknę okno i balkon, choć będzie mi gorąco i wyciągnę zimne piwo z lodówki, patrząc na teatr za oknem.
Mając na wszystko wyjebane.
Więc nie, nie chcę wracać.
Ale przy okazji dowiedziałam się, że cudowne Panie Sprzątające dbają o moje badyle i... badyle żyją.
Akurat w dniu zniknięcia z redakcji miałam czekoladki, które zostawiłam na kartce na koszu, bo wiedziałam, że tam przeczytają na pewno.
I teraz mam dylemat, co kupić,bo będę za niedługo leciała do redakcji, bo muszę mieć pismo do ZUS, a jakże. Po roku pracy wzrasta mi emerytura, a to w skali roku kilka setek, więc nie, nie odpuszczę.
Bomboniera, OK. Ale myślę też o kawie, ale...
Dylemat mam.
Sama nie przepadam za rozpuszczalną.
Zaś nie wiem, jaką Panie Sprzątające piją.
Kupić mieloną (w pracy mamy ekspres, ale one pracują w takim tempie, że nie sądzę, żeby sobie w ekspresie kawę parzyły)?
Może jakaś dobra dusza doradzi mi, co kupić?
Bo nawet jak nie wrócę do pracy, chcę podziękować za badylki, bo to też stworzenie boże. Nie zabiorę ich do domu z tego prostego powodu, że nie mam gdzie ich wstawić :D Bez przesadyzmu :)
Bo dojrzewam coraz bardziej do bycia w domu :)
W tzw.międzyczasie wpadła korekta od Bossa. Zrobiłam, bo jutro i tak będzie sądny dzień, a w razie W mam argument za. Za siedzeniem w domu.
Summa summarum: stara jestem, ale nieoceniona, niezastąpiona, droga, kochana, złota i jedyna. I pracuję od 10 lat za tę samą kasę, nie dlatego, żeby mnie to urządzało, ale teraz mnie urządza, choć czasem mam ochotę komuś zapierdolić.
Ale lepiej mieć, niż nie mieć, a czasy są jakie są.
O paru dni odzywa się E. Zachwycona, że jak pięknie mam po remoncie sprzed dwóch lat. Serio? Ja wiem, że lekko nie miała, ale byłam u niej w tym czasie kilka razy. Przez te SIEDEM lat od mojego remontu. Więc albo ma sklerozę (rodzinne), albo ma w dupie. Mam i ja.
Sorry, E., całe lata latałam pocieszać. Nie, nie potrzebuję pocieszania. Ale i rzygam odpowiedzią na moje problemy. Zawsze miałaś gorzej. Fakt niezbity. Rad nie słuchałaś (mądrych, nie da się ukryć), to masz. Przykro mi, nasze drogi rozeszły się w chwili, gdy nie miałam gdzie nocować, a Ty miałaś wolne łóżko w wynajmowanym pokoju. Dwuosobowym, nota bene, w którym spędziłaś całe studia. Narzekając po studiach na cenę pokoju, nie wzięłaś mnie, gdy szłam do Warty się utopić. "Bo właścicielka się nie zgodzi". Sądzę, że właścicielce było to obojętne, ale chciałaś mieć wolną chatę, bo spotykałaś się z wielką miłością swego życia, która zostawiła cię na lodzie. W ciąży. Bo miał już dzieci.
Ano.
Mnie z dojścia do Warty wyciągnęła siostra ucznia mojej Mamy, spotkana przypadkiem, gdym do tej Warty lazła, młodsza ode mnie, która mnie do ziemi przyskrzyniła i wyśmiała. Miała pokój dwuosobowy, nie chciała nikogo obcego, no ale ja byłam z R., no i moja mama uczyła jej brata, Cezarego, a Cezary piał, że moja mama. I jej siostra też piała. I tak wylądowałam u imienniczki, ledwo znanej, na opinii, że moja mama.
Mieszkałyśmy razem aż do mojego wyjścia za mąż. I jakoś nie kolidowało nam to ani w jej spotkaniach z jej chłopakiem, ani w moich z przyszłym Eksem.
Można? Można.
Trzeba tylko chcieć.
Ale ja, po kopniakach przez te lata naszej znajomości już nie chcę.
Nie jestem na tyle miłosierna, żeby po raz kolejny wplątywać się w Twoje historie.
No bo ja jestem szczęśliwa, byłam mężatką, mam dzieci i mam lekko.
A Ty?
Zawsze zakochana w żonatych mężczyznach, na cześć których ołtarzyki budowałaś, ciążę usuwałaś, po prostu nie miałaś szczęścia.
Oczywiście.
Na moje argumenty, że lepiej ciągnąć wózek sama, wzruszałaś ramionami, bo on Ciebie przecież kocha, a odejdzie od żony, tylko...
Wiesz, przytulam, miałaś naprawdę ciężkie życie, nie przeczę.
Gdy tuliłaś Pierworodnego (mojego), mówiąc, że nie możesz na niego patrzeć, bo Twój nieurodzony syn byłby w jego wieku.
Wiesz, ja też nie zakładałam, że Eks się ze mną ożeni. Z tym, że wiedziałam, że zajdę tego dnia w ciążę (jednak kalendarzyk małżeński to całkiem sprawne narzędzie), ostrzegałam, chciałam zajść, bo... No, taką miałam fantazję :)
Byłam przekonana, że będę Pierworodnego sama wychowywać, brat mnie, o dziwo, poparł, ojciec, grożący lata cała zrzuceniem ze schodów za nieślubne dziecko, ojciec alkoholik, przytulił, mocno i powiedział: nie ma problemu, wychowamy :) (Zdaję sobie sprawę, że to nic nie znaczyło, ale ze schodów nie zrzucił, a i potem był idealnym dziadkiem). Nie miałam nic.
Ty miałaś książeczkę mieszkaniową, z pełnym wkładem, na którą jako czwórkowa absolwentka dostałaś mieszkanie w spółdzielni. Sytuowanych dziadków, rodziców.
Ale broniłaś M., żeby mu żona nie robiła pod górkę, bo jego dzieci. Jego dzieci - akurat ten argument rozumiem.
Ale w sumie: miałaś mieszkanie, pracę, może i Twoja rodzina strzeliłaby focha, ale?
Nie chciałaś komplikować życia M.?
Który zmienił pracę, by się z Tobą nie spotykać, a gdy go spotkałaś, godzinami analizowałaś, że tak spojrzał, to rzekł.
Głucha na wszystkie argumenty, że ma na ciebie wyjebane.
A potem był P. Też z Twojej pracy, też żonaty, dzieciaty. I w dupie miałaś argumenty, że zasada "żadnej dupy w własnej grupy" jest zasadą nr jeden :)
Wiedziałaś lepiej, bo Cię kochał.
Do czasu.
No cóż, żadna z nas nie młodnieje.
Są młodsze od nas.
A ja, jak powszechnie wiadomo, jestem: egoistką (w dupie mam, że inni cierpią, nie pomagam odrzucam ludzi z kąta w kąt), szczęściarą (no ba, mam dzieci, wnuki, szkoda, że nawet nie ogarniasz, ile mam tych wnuków, mimo bycia na FB), nie choruję (polemizowałabym, ale po co mam mówić, co mnie boli, skoro to nie jest zbyt interesujące - mam się skarżyć na hemoroidy, na wątrobę rozwaloną przez alkohol, skoro Ty i tak jesteś bardziej schorowana), nie miałam ciężkich przeżyć rodzinnych (nawet nie wiesz, że mój brat się powiesił, a Inżynier w dniu jego pogrzebu wylądował na OIOM i śmierci spod kosy zwiał), no więc idę przez życie, które mi płatki róż (bez kolców, jak mawiał AS, kolejny wrzód na mojej dupie i błąd w życiorysie) sypie pod stopy.
Wiem, okropne, nie po chrześcijańsku, nie po katolicku i w ogóle, ale...
Wyrosłam z "nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze".
Z Inżynierem się pożarłam.
Na śmierć, pewnie mi przejdzie, ale nie ręczę.
O dzieci Pierworodnego, włażące do sadzawki we Wrocku.
Dobra jestem, co nie?
I tak będę trzymała :D
O kim mowa?
A jakże, o Twojej skromnej autorce.
Nosz, beczka z epitetami się dziś rozbiła.
Pierwszy emilek wysłany był o 4.37, ostatni tuż przed 17. Tak, jakbym w 3 minuty zdążyła przeczytać 4 teksty, kurwa.
Ale i tak miałam cały czas pełne ręce i oczy roboty, więc dzień szybko minął.
W międzyczasie parę razy padł net, nie wiem, podejrzewam, że to wina jakichś urządzeń włączanych z okazji remontu, tym razem pode mną, bo provider idzie w zaparte, że on nie.
Router nówka nieśmigana, półka premium.
Na całe szczęście mam jak coś w telefonie duuuużo mobilnego neta.
Lezie kolejny burz.
W południe lunęło tak, że Inżynier przysłał mi zdjęcie rynien, z których fontanna tryskała (widocznie nieoczyszczone).
Pani Krówkowa napisała stęskniona, że mam wrócić do redakcji, to się ubawię.
Jeżu kolczasty, żeby jej z tym nie wpadło do głowy leźć do Bossa.
Nie chcę. Dobrze mi. Nawet nie wkurwia mnie (jeszcze dziś, jutro wkurwi) praca po godzinach.
W tych warunkach, siedząc na dupie w pracy, zastanawiałabym się, jak dojechać do domu, żeby nie mieć mokrych gaci.
A tak zamknę okno i balkon, choć będzie mi gorąco i wyciągnę zimne piwo z lodówki, patrząc na teatr za oknem.
Mając na wszystko wyjebane.
Więc nie, nie chcę wracać.
Ale przy okazji dowiedziałam się, że cudowne Panie Sprzątające dbają o moje badyle i... badyle żyją.
Akurat w dniu zniknięcia z redakcji miałam czekoladki, które zostawiłam na kartce na koszu, bo wiedziałam, że tam przeczytają na pewno.
I teraz mam dylemat, co kupić,bo będę za niedługo leciała do redakcji, bo muszę mieć pismo do ZUS, a jakże. Po roku pracy wzrasta mi emerytura, a to w skali roku kilka setek, więc nie, nie odpuszczę.
Bomboniera, OK. Ale myślę też o kawie, ale...
Dylemat mam.
Sama nie przepadam za rozpuszczalną.
Zaś nie wiem, jaką Panie Sprzątające piją.
Kupić mieloną (w pracy mamy ekspres, ale one pracują w takim tempie, że nie sądzę, żeby sobie w ekspresie kawę parzyły)?
Może jakaś dobra dusza doradzi mi, co kupić?
Bo nawet jak nie wrócę do pracy, chcę podziękować za badylki, bo to też stworzenie boże. Nie zabiorę ich do domu z tego prostego powodu, że nie mam gdzie ich wstawić :D Bez przesadyzmu :)
Bo dojrzewam coraz bardziej do bycia w domu :)
W tzw.międzyczasie wpadła korekta od Bossa. Zrobiłam, bo jutro i tak będzie sądny dzień, a w razie W mam argument za. Za siedzeniem w domu.
Summa summarum: stara jestem, ale nieoceniona, niezastąpiona, droga, kochana, złota i jedyna. I pracuję od 10 lat za tę samą kasę, nie dlatego, żeby mnie to urządzało, ale teraz mnie urządza, choć czasem mam ochotę komuś zapierdolić.
Ale lepiej mieć, niż nie mieć, a czasy są jakie są.
O paru dni odzywa się E. Zachwycona, że jak pięknie mam po remoncie sprzed dwóch lat. Serio? Ja wiem, że lekko nie miała, ale byłam u niej w tym czasie kilka razy. Przez te SIEDEM lat od mojego remontu. Więc albo ma sklerozę (rodzinne), albo ma w dupie. Mam i ja.
Sorry, E., całe lata latałam pocieszać. Nie, nie potrzebuję pocieszania. Ale i rzygam odpowiedzią na moje problemy. Zawsze miałaś gorzej. Fakt niezbity. Rad nie słuchałaś (mądrych, nie da się ukryć), to masz. Przykro mi, nasze drogi rozeszły się w chwili, gdy nie miałam gdzie nocować, a Ty miałaś wolne łóżko w wynajmowanym pokoju. Dwuosobowym, nota bene, w którym spędziłaś całe studia. Narzekając po studiach na cenę pokoju, nie wzięłaś mnie, gdy szłam do Warty się utopić. "Bo właścicielka się nie zgodzi". Sądzę, że właścicielce było to obojętne, ale chciałaś mieć wolną chatę, bo spotykałaś się z wielką miłością swego życia, która zostawiła cię na lodzie. W ciąży. Bo miał już dzieci.
Ano.
Mnie z dojścia do Warty wyciągnęła siostra ucznia mojej Mamy, spotkana przypadkiem, gdym do tej Warty lazła, młodsza ode mnie, która mnie do ziemi przyskrzyniła i wyśmiała. Miała pokój dwuosobowy, nie chciała nikogo obcego, no ale ja byłam z R., no i moja mama uczyła jej brata, Cezarego, a Cezary piał, że moja mama. I jej siostra też piała. I tak wylądowałam u imienniczki, ledwo znanej, na opinii, że moja mama.
Mieszkałyśmy razem aż do mojego wyjścia za mąż. I jakoś nie kolidowało nam to ani w jej spotkaniach z jej chłopakiem, ani w moich z przyszłym Eksem.
Można? Można.
Trzeba tylko chcieć.
Ale ja, po kopniakach przez te lata naszej znajomości już nie chcę.
Nie jestem na tyle miłosierna, żeby po raz kolejny wplątywać się w Twoje historie.
No bo ja jestem szczęśliwa, byłam mężatką, mam dzieci i mam lekko.
A Ty?
Zawsze zakochana w żonatych mężczyznach, na cześć których ołtarzyki budowałaś, ciążę usuwałaś, po prostu nie miałaś szczęścia.
Oczywiście.
Na moje argumenty, że lepiej ciągnąć wózek sama, wzruszałaś ramionami, bo on Ciebie przecież kocha, a odejdzie od żony, tylko...
Wiesz, przytulam, miałaś naprawdę ciężkie życie, nie przeczę.
Gdy tuliłaś Pierworodnego (mojego), mówiąc, że nie możesz na niego patrzeć, bo Twój nieurodzony syn byłby w jego wieku.
Wiesz, ja też nie zakładałam, że Eks się ze mną ożeni. Z tym, że wiedziałam, że zajdę tego dnia w ciążę (jednak kalendarzyk małżeński to całkiem sprawne narzędzie), ostrzegałam, chciałam zajść, bo... No, taką miałam fantazję :)
Byłam przekonana, że będę Pierworodnego sama wychowywać, brat mnie, o dziwo, poparł, ojciec, grożący lata cała zrzuceniem ze schodów za nieślubne dziecko, ojciec alkoholik, przytulił, mocno i powiedział: nie ma problemu, wychowamy :) (Zdaję sobie sprawę, że to nic nie znaczyło, ale ze schodów nie zrzucił, a i potem był idealnym dziadkiem). Nie miałam nic.
Ty miałaś książeczkę mieszkaniową, z pełnym wkładem, na którą jako czwórkowa absolwentka dostałaś mieszkanie w spółdzielni. Sytuowanych dziadków, rodziców.
Ale broniłaś M., żeby mu żona nie robiła pod górkę, bo jego dzieci. Jego dzieci - akurat ten argument rozumiem.
Ale w sumie: miałaś mieszkanie, pracę, może i Twoja rodzina strzeliłaby focha, ale?
Nie chciałaś komplikować życia M.?
Który zmienił pracę, by się z Tobą nie spotykać, a gdy go spotkałaś, godzinami analizowałaś, że tak spojrzał, to rzekł.
Głucha na wszystkie argumenty, że ma na ciebie wyjebane.
A potem był P. Też z Twojej pracy, też żonaty, dzieciaty. I w dupie miałaś argumenty, że zasada "żadnej dupy w własnej grupy" jest zasadą nr jeden :)
Wiedziałaś lepiej, bo Cię kochał.
Do czasu.
No cóż, żadna z nas nie młodnieje.
Są młodsze od nas.
A ja, jak powszechnie wiadomo, jestem: egoistką (w dupie mam, że inni cierpią, nie pomagam odrzucam ludzi z kąta w kąt), szczęściarą (no ba, mam dzieci, wnuki, szkoda, że nawet nie ogarniasz, ile mam tych wnuków, mimo bycia na FB), nie choruję (polemizowałabym, ale po co mam mówić, co mnie boli, skoro to nie jest zbyt interesujące - mam się skarżyć na hemoroidy, na wątrobę rozwaloną przez alkohol, skoro Ty i tak jesteś bardziej schorowana), nie miałam ciężkich przeżyć rodzinnych (nawet nie wiesz, że mój brat się powiesił, a Inżynier w dniu jego pogrzebu wylądował na OIOM i śmierci spod kosy zwiał), no więc idę przez życie, które mi płatki róż (bez kolców, jak mawiał AS, kolejny wrzód na mojej dupie i błąd w życiorysie) sypie pod stopy.
Wiem, okropne, nie po chrześcijańsku, nie po katolicku i w ogóle, ale...
Wyrosłam z "nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze".
Z Inżynierem się pożarłam.
Na śmierć, pewnie mi przejdzie, ale nie ręczę.
O dzieci Pierworodnego, włażące do sadzawki we Wrocku.
Dobra jestem, co nie?
I tak będę trzymała :D
sobota, 18 lipca 2020
Coraz
bardziej porno i duszno, Kochany Pamiętniczku.
Wrzuciłam, bo mnie śmieszy taki mem na FB
I rozpętała się gównoburza. W wykonaniu mojej Synowej, która jest, kurwa, dziewica jedyna i niepokalanie poczęta, zawsze ma rację, jest och, ach, delikatna, subtelna, nie to co ja. I jaka byłabym cudowna, gdybym miała takie samo zdanie i poglądy na wszystko, jak ona. Bo ona wszystko wie lepiej.
Łącznie z tym, jak ja powinnam żyć.
Ma pecha, biedula, bo ja mam już wszystko w dupie i to bardzo głęboko i robię, co chcę. Nic, absolutnie nic jej nie zawdzięczam, oprócz tych dwóch Łobuzów, ale to nie powód, dla którego muszę klęczeć na kolanach, patrzyć w nią jak w obraz i mówić: aye, aye, Madame.
Ma posrane ambicje. Wiem, że nie miała łatwego życia, ale kto ma. To jeszcze nie powód do tego, by srać wyżej niż się dupę ma i tyle.
A druga to moja znajoma. Znajoma to dużo powiedziane, ona mnie pamięta z R., ja jej nie. Trochę młodsza ode mnie, z rodziny nauczycielskiej (jak i ja, dzieci nauczycieli na wsi mają przesrane), z sąsiedniej wioski. Ponoć byłam jej stawiana na wzór (jprdl, ja, chodzący skład fobii, kompleksów i innych takich, ale to ona twierdzi, nie ja), nawet imię jej dali takie jak moje.
Też doświadczona, bo ma dziecko z porażeniem mózgowym. Nasz kontakt jest czysto wirtualny, ale było nie było - znajoma - co roku 1% wpłacam dla niej. Bo podziwiam. Nie na kotki, pieski, inne bajki. Na dorosłą kobietę, która nigdy dorosła nie będzie. Ja mogę się na swoje dzieci zezłościć, zaciąć się w milczeniu, odciąć, wyciąć, drzwiami trzasnąć, iść w świat bez plecaczka i nie wrócić. Ona nie ma opcji.
Napadła na mnie, że jestem nietolerancyjna, jak wszyscy wyborcy Trzaskowskiego.
WTF?
Zapytałam na kogo głosowała. Na priv, of course, przecież nie będę się z nią na gołe cyce biła. Że nie oceniam, tylko pytam. Odpowiedziała, że nie na Dudę. Więc - dedukując jak Sherlock - albo Hołownia, albo Bosak, może Kosiniak-Kamysz. O Bosaka jej raczej nie posądzam, ale nic w życiu nie jest pewne. No, same kryształy, co już widać.
I tak idzie gównoburza.
Podparły mnie dwie dziewczyny, blogowe, jedna już bloga nie pisze (Day by day), a drugą znałam z blogowych wpisów i realnie spotkałam na manifestacji, tylko na siebie spojrzałyśmy i już wiedziałyśmy, że to my :)
Moje słowo było ostatnie we wpisach, bo być musi. Znajoma "toleruje" gejów, ale nie toleruje przegiętych.
Że co?
A przegięty to nie człowiek? I co to znaczy "przegięty"? Drag queen? Jeżeli czuje taką potrzebę, to dlaczego nie ma nią być? Jaka jest różnica między drag queen a dzidzią piernik hetero, która odpindrza się na małolatę, bo może? Jak chce, niech się odpindrza. I drag queen, i dzidzia piernik. Nikomu tym krzywdy nie czynią, a wspierają przemysł kosmetyczny, co nie?
W zamierzchłych czasach, gdy poznawałam kolejnych gejów (oj, long story, ale na blogu nie opiszę, bo nie), jeden z "moich" umówił się z drugim. A były to czasy, kiedy takie spotkanie to było prawie jak konspiracja za okupacji. I SMS sobie: "A jak się poznamy, nie mamy Twojego zdjęcia"... Odpowiedź: "Będę miał różowe szpilki i różowe boa"... I byłam zabrana jako bodyguard. Śmieszne? Niekoniecznie :) Takie to były czasy, że i za ochroniarza robiłam :) Za alibi niekiedy też, ja, starucha już wtedy :) No i poznaliśmy się momentalnie, chociaż Bartek nie miał nic różowego, był najbardziej normalnym facetem, ale ma się ten geydar :) I tekst o szpileczkach i boa stal się dla nas kultowy. Między panami nie zaiskrzyło w tym sensie, bo to nie jest tak, że oni się zaraz na siebie rzucają i spółkują jak zwierzęta. Zaiskrzyło, bo mimo upływu lat mamy - teraz już rzadki kontakt - i jak coś jesteśmy sobie bliscy. No bo jak zapomnieć te róziowe akcesoria?
No ale moja znajoma przegiętych tolerowała nie będzie.
I tak z włoszczyzny zleźliśmy na tolerancję wobec mniejszości seksualnych i ich prawa.
Tak, tak cudownie udało się pisiorom ludzi podzielić.
A w Katowicach brunatni idą w legalnym pochodzie, ochraniani przez policję.
A ja modlę się, ja, niewierząca, żeby Unia zakręciła kurek ze wszystkim.
I nie martwi mnie przegrana Trzaskowskiego, bo jak to wszystko jebnie, a jebnie, nie ma innej opcji, to nie będą mogli pierdolić, że to wina Trzaska :) To będzie tylko o wyłącznie ich wina. Dramatem jest to, że zapłacimy za to wszyscy, niezależnie od tego, na kogo głosowaliśmy.
I nerw podniósł mi też Pierworodny.
No dobra, nie kłamie. Ale nawet mówiąc prawdę, nie mówi prawdy.
Wiedziałam, że jadą do Wrocławia, bo Synowa ma takie marzenie. Ok, nic w tym złego, niech się dobrze bawią. Ale godzinami, rozmawiając ze mną, pierdolą o rzeczach nieważnych, o kolegach z pracy (co mi wiedza o ich kolegach), ale nie pochwalili się, że apartament w hotelu wynajmują. Skoro mają na to kasę, nie bronię im, nie pytam. Nie mój cyrk, nie moje pchły. Nie pchałam się z nimi na wycieczkę, choć napomknęłam, że chętnie bym pojechała do W., bo mam tam bliskich. Pierworodny był tam ze mną, ale nie uznałam za słuszne dawać mu namiaru na byłą żonę mojego kuzyna, z którą mam kontakt, a którą on widział kilkanaście lat temu. Nie, znając ich maniery. Z kuzynem nie mam absolutnie żadnego kontaktu. Ani na wiekową żonę mojego wujka. I dobrze. Nie pojechałabym, bo... nie mam urlopu :D
I najgorszy tydzień przede mną.
I tak mi Boss w tym czasie urlopu nie podpisze, więc choć mi żal, nic z tego.
Ale wystarczyło powiedzieć: planujemy fajne wczasy, mamy apartament w hotelu.
Prawda?
Ja, idiotka, tłumaczyłam się, że kupiłam sobie iPhone'a. I było wielkie zdziwienie: po co mi nowy iPhone. Sami w ciągu tych ośmiu lat, kiedy miałam starego iPhone'a zmienili chyba z 10 aparatów na łebka. Bo się psuły, bo dzieci zepsuły. I takie tam. Bo na kaloryferze położyli. Serio?
Więc coś mi tu też trzasło.
Nie muszę się z niczego tłumaczyć, robię, co chcę, mój cyrk, moje pchły, moja praca, moja kasa. I koniec gadania: jakby mama była w Biedronce i widziała klocki Lego, bo tam mają w dobrej cenie...
Może i mają, ale ja się klockami nie bawię.
Klocki w Biedronce 29,90.
Casilliero del diablo też dokładnie 29,90.
Jak myślicie, co wybiorę? :)
Samochodzik można w Dealzu kupić za 5 zł. Starczy :)
Wiem, wredna jestem.
Ale się nazbierało, przelało, wkurw mam :)
Na poczcie firmowej (po co ja ją, kurwa, otwierałam, jakoś niechcący wyszło) technika leżała, wysłana po 17 w piątek.
Zrobiłam, na spokojnie dziś, słuchając radia Pogoda.
W poniedziałek będzie jazda bez trzymanki, a dziś śpiewająco...
G. poleciła mi radio Nowy Świat, wręcz nalegała, że cudne.
Ściągnęłam, nic mnie to nie kosztuje.
OK, ale nie moje klimaty. Za dużo gadania. I o ile jeszcze znoszę gadających dziennikarzy radiowych, bo dykcję mają, to ich rozmówcy z yyyyy... eeee... i kluskami w gębie nie na moje głuche uszy. Nigdy nie lubiłam gadania, jestem przez mój słuch wzrokowcem. Wywiad wolę przeczytać, bo półgodzinny wywiad (mówiony), na piśmie ogarniam w 10 minut, poprawiając przy okazji błędy :D Zaoszczędzam więc 20 minut mego cennego życia. Słuchając kazania, odpadam w drugiej minucie. Do przemówień polityków typu niemiłościwie nam panujących nie mam cierpliwości w ogóle. Czytam streszczenia, życia mi szkoda.
Jestem wzrokowcem, co przeczytam, pamiętam, co usłyszę, zapominam błyskawicznie.
W Pogodzie denerwują mnie kretyńskie reklamy, łapię się na tym, że bezwiednie je powtarzam, a są naprawdę kretyńskie. Ale wiadomości są błyskawiczne, muzyka moja ukochana do bólu, a wywiady po 22 po prostu olewam, o ile jeszcze ich słucham, włączam sobie playlistę. Monotonną, co podsumował Baran :P
Ale jest tam
do której przetańczyliśmy niejeden wieczór :)
I to jest piękne. Zatem z nowym postanowieniem na życie: kocham................ tu wstawić, co kto kocha, a co kocham, to pierdolę.
No dobra, kłamię.
Bo mogę :D
Wrzuciłam, bo mnie śmieszy taki mem na FB
I rozpętała się gównoburza. W wykonaniu mojej Synowej, która jest, kurwa, dziewica jedyna i niepokalanie poczęta, zawsze ma rację, jest och, ach, delikatna, subtelna, nie to co ja. I jaka byłabym cudowna, gdybym miała takie samo zdanie i poglądy na wszystko, jak ona. Bo ona wszystko wie lepiej.
Łącznie z tym, jak ja powinnam żyć.
Ma pecha, biedula, bo ja mam już wszystko w dupie i to bardzo głęboko i robię, co chcę. Nic, absolutnie nic jej nie zawdzięczam, oprócz tych dwóch Łobuzów, ale to nie powód, dla którego muszę klęczeć na kolanach, patrzyć w nią jak w obraz i mówić: aye, aye, Madame.
Ma posrane ambicje. Wiem, że nie miała łatwego życia, ale kto ma. To jeszcze nie powód do tego, by srać wyżej niż się dupę ma i tyle.
A druga to moja znajoma. Znajoma to dużo powiedziane, ona mnie pamięta z R., ja jej nie. Trochę młodsza ode mnie, z rodziny nauczycielskiej (jak i ja, dzieci nauczycieli na wsi mają przesrane), z sąsiedniej wioski. Ponoć byłam jej stawiana na wzór (jprdl, ja, chodzący skład fobii, kompleksów i innych takich, ale to ona twierdzi, nie ja), nawet imię jej dali takie jak moje.
Też doświadczona, bo ma dziecko z porażeniem mózgowym. Nasz kontakt jest czysto wirtualny, ale było nie było - znajoma - co roku 1% wpłacam dla niej. Bo podziwiam. Nie na kotki, pieski, inne bajki. Na dorosłą kobietę, która nigdy dorosła nie będzie. Ja mogę się na swoje dzieci zezłościć, zaciąć się w milczeniu, odciąć, wyciąć, drzwiami trzasnąć, iść w świat bez plecaczka i nie wrócić. Ona nie ma opcji.
Napadła na mnie, że jestem nietolerancyjna, jak wszyscy wyborcy Trzaskowskiego.
WTF?
Zapytałam na kogo głosowała. Na priv, of course, przecież nie będę się z nią na gołe cyce biła. Że nie oceniam, tylko pytam. Odpowiedziała, że nie na Dudę. Więc - dedukując jak Sherlock - albo Hołownia, albo Bosak, może Kosiniak-Kamysz. O Bosaka jej raczej nie posądzam, ale nic w życiu nie jest pewne. No, same kryształy, co już widać.
I tak idzie gównoburza.
Podparły mnie dwie dziewczyny, blogowe, jedna już bloga nie pisze (Day by day), a drugą znałam z blogowych wpisów i realnie spotkałam na manifestacji, tylko na siebie spojrzałyśmy i już wiedziałyśmy, że to my :)
Moje słowo było ostatnie we wpisach, bo być musi. Znajoma "toleruje" gejów, ale nie toleruje przegiętych.
Że co?
A przegięty to nie człowiek? I co to znaczy "przegięty"? Drag queen? Jeżeli czuje taką potrzebę, to dlaczego nie ma nią być? Jaka jest różnica między drag queen a dzidzią piernik hetero, która odpindrza się na małolatę, bo może? Jak chce, niech się odpindrza. I drag queen, i dzidzia piernik. Nikomu tym krzywdy nie czynią, a wspierają przemysł kosmetyczny, co nie?
W zamierzchłych czasach, gdy poznawałam kolejnych gejów (oj, long story, ale na blogu nie opiszę, bo nie), jeden z "moich" umówił się z drugim. A były to czasy, kiedy takie spotkanie to było prawie jak konspiracja za okupacji. I SMS sobie: "A jak się poznamy, nie mamy Twojego zdjęcia"... Odpowiedź: "Będę miał różowe szpilki i różowe boa"... I byłam zabrana jako bodyguard. Śmieszne? Niekoniecznie :) Takie to były czasy, że i za ochroniarza robiłam :) Za alibi niekiedy też, ja, starucha już wtedy :) No i poznaliśmy się momentalnie, chociaż Bartek nie miał nic różowego, był najbardziej normalnym facetem, ale ma się ten geydar :) I tekst o szpileczkach i boa stal się dla nas kultowy. Między panami nie zaiskrzyło w tym sensie, bo to nie jest tak, że oni się zaraz na siebie rzucają i spółkują jak zwierzęta. Zaiskrzyło, bo mimo upływu lat mamy - teraz już rzadki kontakt - i jak coś jesteśmy sobie bliscy. No bo jak zapomnieć te róziowe akcesoria?
No ale moja znajoma przegiętych tolerowała nie będzie.
I tak z włoszczyzny zleźliśmy na tolerancję wobec mniejszości seksualnych i ich prawa.
Tak, tak cudownie udało się pisiorom ludzi podzielić.
A w Katowicach brunatni idą w legalnym pochodzie, ochraniani przez policję.
A ja modlę się, ja, niewierząca, żeby Unia zakręciła kurek ze wszystkim.
I nie martwi mnie przegrana Trzaskowskiego, bo jak to wszystko jebnie, a jebnie, nie ma innej opcji, to nie będą mogli pierdolić, że to wina Trzaska :) To będzie tylko o wyłącznie ich wina. Dramatem jest to, że zapłacimy za to wszyscy, niezależnie od tego, na kogo głosowaliśmy.
I nerw podniósł mi też Pierworodny.
No dobra, nie kłamie. Ale nawet mówiąc prawdę, nie mówi prawdy.
Wiedziałam, że jadą do Wrocławia, bo Synowa ma takie marzenie. Ok, nic w tym złego, niech się dobrze bawią. Ale godzinami, rozmawiając ze mną, pierdolą o rzeczach nieważnych, o kolegach z pracy (co mi wiedza o ich kolegach), ale nie pochwalili się, że apartament w hotelu wynajmują. Skoro mają na to kasę, nie bronię im, nie pytam. Nie mój cyrk, nie moje pchły. Nie pchałam się z nimi na wycieczkę, choć napomknęłam, że chętnie bym pojechała do W., bo mam tam bliskich. Pierworodny był tam ze mną, ale nie uznałam za słuszne dawać mu namiaru na byłą żonę mojego kuzyna, z którą mam kontakt, a którą on widział kilkanaście lat temu. Nie, znając ich maniery. Z kuzynem nie mam absolutnie żadnego kontaktu. Ani na wiekową żonę mojego wujka. I dobrze. Nie pojechałabym, bo... nie mam urlopu :D
I najgorszy tydzień przede mną.
I tak mi Boss w tym czasie urlopu nie podpisze, więc choć mi żal, nic z tego.
Ale wystarczyło powiedzieć: planujemy fajne wczasy, mamy apartament w hotelu.
Prawda?
Ja, idiotka, tłumaczyłam się, że kupiłam sobie iPhone'a. I było wielkie zdziwienie: po co mi nowy iPhone. Sami w ciągu tych ośmiu lat, kiedy miałam starego iPhone'a zmienili chyba z 10 aparatów na łebka. Bo się psuły, bo dzieci zepsuły. I takie tam. Bo na kaloryferze położyli. Serio?
Więc coś mi tu też trzasło.
Nie muszę się z niczego tłumaczyć, robię, co chcę, mój cyrk, moje pchły, moja praca, moja kasa. I koniec gadania: jakby mama była w Biedronce i widziała klocki Lego, bo tam mają w dobrej cenie...
Może i mają, ale ja się klockami nie bawię.
Klocki w Biedronce 29,90.
Casilliero del diablo też dokładnie 29,90.
Jak myślicie, co wybiorę? :)
Samochodzik można w Dealzu kupić za 5 zł. Starczy :)
Wiem, wredna jestem.
Ale się nazbierało, przelało, wkurw mam :)
Na poczcie firmowej (po co ja ją, kurwa, otwierałam, jakoś niechcący wyszło) technika leżała, wysłana po 17 w piątek.
Zrobiłam, na spokojnie dziś, słuchając radia Pogoda.
W poniedziałek będzie jazda bez trzymanki, a dziś śpiewająco...
G. poleciła mi radio Nowy Świat, wręcz nalegała, że cudne.
Ściągnęłam, nic mnie to nie kosztuje.
OK, ale nie moje klimaty. Za dużo gadania. I o ile jeszcze znoszę gadających dziennikarzy radiowych, bo dykcję mają, to ich rozmówcy z yyyyy... eeee... i kluskami w gębie nie na moje głuche uszy. Nigdy nie lubiłam gadania, jestem przez mój słuch wzrokowcem. Wywiad wolę przeczytać, bo półgodzinny wywiad (mówiony), na piśmie ogarniam w 10 minut, poprawiając przy okazji błędy :D Zaoszczędzam więc 20 minut mego cennego życia. Słuchając kazania, odpadam w drugiej minucie. Do przemówień polityków typu niemiłościwie nam panujących nie mam cierpliwości w ogóle. Czytam streszczenia, życia mi szkoda.
Jestem wzrokowcem, co przeczytam, pamiętam, co usłyszę, zapominam błyskawicznie.
W Pogodzie denerwują mnie kretyńskie reklamy, łapię się na tym, że bezwiednie je powtarzam, a są naprawdę kretyńskie. Ale wiadomości są błyskawiczne, muzyka moja ukochana do bólu, a wywiady po 22 po prostu olewam, o ile jeszcze ich słucham, włączam sobie playlistę. Monotonną, co podsumował Baran :P
Ale jest tam
I to jest piękne. Zatem z nowym postanowieniem na życie: kocham................ tu wstawić, co kto kocha, a co kocham, to pierdolę.
No dobra, kłamię.
Bo mogę :D
piątek, 17 lipca 2020
Tydzień
w nowej-starej rzeczywistości przeleciał migusiem, Kochany Pamiętniczku.
Pracowo było pracowicie w miarę, w sumie więcej czekania jak roboty, ale też i po godzinach siedziałam, bo w godzinach... a jakże, zebrania były.
Najdłuższe trwało 4,5 godziny. Dobrze, że mnie tam nie ma, boby mnie szlag. Cztery i pół godziny pierdolenie o Szopenie, bo dla mnie to tak brzmi (widać głupia jestem). Ale tak między nami czekistami wszyscy się z tym zgadzają, że za dużo czasu na nasiadówki, a za mało na pracę.
W każdym razie w czwartek sierpień jedzie do drukarni, a ja nie mam nawet 1/4 materiału.
Za poszły wszystkie dodatki, inserty i inne takie, mam kolekcję SMS, emilków, gdzie jestem złota, kochana, jedyna.
Na kolejnego emilka, żem złota odpisałam, że pierdolę złoto, jestem Iron Lady :)
Bo tylko taka wariatka jak ja ryje za darmo, bo co z tego, że w godzinach pracy, skoro poza zakres obowiązków? Nie łamał nasz łamacz, tylko zewnętrzny...
A, pierdolę :)
Boss zarządził, że insert tylko jedna korekta i przysłał PDF. Po odesłaniu wydruczku (a nie mówiłam, pisałam, że będzie ciężko) odpisał, że nie wiedział, że jest tak źle. Że jutro poprosi w programie graficznym, bo się dowiedział od p. M., że hohohohoho - ja w tym pracuję. Ta? Sam mnie do domu wywalił z wejściem do niego. Ale że nie chciał następnego dnia nic, więc siedziałam cicho i na dupie. Bo ja fizycznie nie wiem, czy ktoś w tym siedzi, muszę mieć potwierdzenie, że mogę tam pracować.
Dziś zaś pani M. mówi, że zamknięte, a ja już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, a wtem... emilek.
Że nie wie, co było, a co nie.
Że nie wie, że polega, bo było na PDF.
No więc apiać do roboty i co? Poprawki z PDF nie są naniesione, nie wszystkie.
Jak to, nie wierzy.
No to udowodniłam.
Zacukał się i spis kazał zrobić, bo mogą być błędy.
Były.
I nawet po niemiecku podziękował.
Idiotka ze mnie, wiem, że jestem dobra, a wciąż się boję zostania na lodzie. Bo łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Bom stara.
Bo, sranie w banie, Kochany Pamiętniczku.
Nawet z Manhattanu dziś kurcgalopkiem wracałam, bo pracuję od 9.
Nosz, kurwa, co dzień siedzę po godzinach.
Nic, tylko mnie bić i patrzyć, czy równo puchnę :D
A na Manhattanie
nakupiłam, na cały weekend, a winko na dziś, bo kurde, jutro nic nie muszę, nie muszę wstać, nic, nic nie muszę :D
Nie mam randki :)
Namęczyłam się z pracowymi, choć nie aż tak bardzo, połowy nie opisałam, bo po co?
Ale... w międzyczasie umyłam okno w małym pokoju i w kuchni, w dużym jest względnie czyste, bo loggia, to ulewy nie sięgają.
A wczoraj była burza jak cholera, a potem
Reszta chaupki też w międzyczasie ogarnięta weekendowo, więc kocham życie :)
I nie, nie tęsknię za kolejnym sprzątaniem.
Po tym całym wariactwie nie tęsknię też za rozmowami. Bo Pierworodny, niemający komu robić wykładów, robi je mnie, jakbym nie wiedziała, co jest. Teściowej, która nie ogarnia i jest pisiorem nie robi, bo go zakrzyczy, a poza tym nie chce robić kłopotu żonie. Inżynier wkurzył mnie dziś maksymalnie, bo kolejna wersja jest działka w TP i budowa :| I żadne argumenty do niego nie docierają, bo on ma wizję, a wizję podsyca mu żona ukochana. W PZ nie chciała na Ratajach wynająć mieszkania, bo za daleko jej było do ojca na Dąbrowskiego, ale w TP, gdzie psy dupami szczekają to nie problem. Bo koło przystanku autobusowego działka, to dzieci będą dojeżdżały spokojnie do PZ. 40 minut co najmniej, kurwa, na pętlę, a co dalej?
Ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?
A i sama budowa nie w kij dmuchał, a praca gdzie, a gdzie dzieci (bo dzieci są na głowie I., zakupy, inne takie tam, kurwa).
Więc z leksza mi ciśnienie wzrosło.
A jeszcze ta pojebana władza, że Halloween...
A u mnie na co dzień takie widoki, w doniczce na balkonie siedzi kolejna wiedźma, ta od Zmorki wisi na łańcuszku...
... na sowie, nosz...
Dopiero po głębszym namyśle zorientowałam się, że coś muszą znów odjebać, skoro kierują uwagę ludzi na Halloween.
Protesty wyborcze.
Takie lody kręcili.
I tym bardziej martwię się o I., ale powiedział mi, że on całe życie ma pod górkę, jak nie to, to sramto, jak nie Brexit, to PiS, życie mu minie i do niczego nie dojdzie.
W sumie ma rację.
Pierworodny ma 40 lat i wciąż na wynajmowanym.
Inżynier 36 i na wynajmowanym, inna bajka, że ma odłożone i dobrą pracę (3 sierpnia kontrakt w PL podpisuje).
My, gdy miałam 26 lat, a Eks 30, mieliśmy już własny kąt. W kamienicy, u teściowej na strychu, 16 m kw., ale to wina czasów - teściowa mieszkała w suterenie, a lokatorzy na dwóch piętrach po 150 m - z przydziału, a jakże, tępiono kamieniczników :D W planach był remont poddasza, moje marzenie, skośne stropy, stare podłogi, ale... Lokatorzy się nie zgodzili, bo tam była pralnia i suszarnia. I tak 4 lata szło pod górkę, aż nas szlag i poszliśmy do spółdzielni. Lokatorzy spółdzielczego nie chcieli, bo czynsz za wysoki. U teściowej za 150 m kw. płacili równowartość dzisiejszych 15 zł :) Na propozycję teściowej, żeby odśnieżali chodnik, to ich zwolni z czynszu, popłakali się ze śmiechu. Chodnik odśnieżałam ja :) To naprawdę były fajne lata, byłam młoda, lubiłam odśnieżać. A jak mi korona z głowy spadła, podnosiłam ze śniegu, otrzepywałam i odśnieżałam dalej. Eks był ponad prace fizyczne, on był inżynierem i pupilkiem mamusi. Może powinnam wtedy wiać, gdzie pieprz rośnie? Ale gdzie? Rodzina alkoholicy...
Gdy miałam 32 lata dostaliśmy to mieszkanie, w którym jestem, rotacyjne, bo za małe. Pewno, że pociągaliśmy za sznurki, ale kto wtedy nie ciągnął? Nam się udało. Nikt nie chciał mieszkania tutaj, bo była końcówka rurociągu, najgorsze miejsce w PZ, zimą lodówka. Bloki nieocieplone. A dziś? W tym roku włączałam kaloryfer kilka razy i to w jednym pokoju :) Jednak przeżyliśmy tu piękne lata, a w tej chwili (w momencie, gdy spółdzielnia zaczęła mi oferować większe mieszkanie - nie było mi już do niczego potrzebne) jest dla mnie idealne. Wykupione, odremontowane. Inżynier dojechał mi, że to moje standardy (a potem przepraszał), ale hola, hola, na co mi większy metraż? Żeby mnie cholera rzucała z większym rozmachem, żebym miała więcej okien do mycia, kątów do sprzątania? Tak, mam małe wymagania, ale nikogo jeszcze nie proszę o pieniądze na czynsz. I tak wg norm mam za dużo metrów i w razie W dopłaty do czynszu nie dostanę.
Więc zagmatwane to i wcale nie takie proste.
Niech robią po swojemu, szkoda mi czasu i nerwów na kłótnie.
Wiem jedno - budowa w PL to koszmar.
Ale dziecko, przesiąknięte standardami UK, gdzie gros spraw załatwiał na telefon i przez Internet, nie słucha.
A synowa jest po prostu rozkapryszona i wygodna. I niemądra, że delikatna będę.
I tak lecą dni.
Za tydzień może uda się wreszcie spotkanie CAŁEJ Bandy wnuków.
Kalafiorkówna ma już ponad 1,5 roku, Mała Wiedźma będzie już miała 10 lat, a cała Banda w komplecie jeszcze nigdy się nie spotkała.
Zawsze jest za daleko i za mało czasu.
Nie wiem, ile jeszcze go mam.
Ale chcę dożyć do tego spotkania.
Wish list :)
Pracowo było pracowicie w miarę, w sumie więcej czekania jak roboty, ale też i po godzinach siedziałam, bo w godzinach... a jakże, zebrania były.
Najdłuższe trwało 4,5 godziny. Dobrze, że mnie tam nie ma, boby mnie szlag. Cztery i pół godziny pierdolenie o Szopenie, bo dla mnie to tak brzmi (widać głupia jestem). Ale tak między nami czekistami wszyscy się z tym zgadzają, że za dużo czasu na nasiadówki, a za mało na pracę.
W każdym razie w czwartek sierpień jedzie do drukarni, a ja nie mam nawet 1/4 materiału.
Za poszły wszystkie dodatki, inserty i inne takie, mam kolekcję SMS, emilków, gdzie jestem złota, kochana, jedyna.
Na kolejnego emilka, żem złota odpisałam, że pierdolę złoto, jestem Iron Lady :)
Bo tylko taka wariatka jak ja ryje za darmo, bo co z tego, że w godzinach pracy, skoro poza zakres obowiązków? Nie łamał nasz łamacz, tylko zewnętrzny...
A, pierdolę :)
Boss zarządził, że insert tylko jedna korekta i przysłał PDF. Po odesłaniu wydruczku (a nie mówiłam, pisałam, że będzie ciężko) odpisał, że nie wiedział, że jest tak źle. Że jutro poprosi w programie graficznym, bo się dowiedział od p. M., że hohohohoho - ja w tym pracuję. Ta? Sam mnie do domu wywalił z wejściem do niego. Ale że nie chciał następnego dnia nic, więc siedziałam cicho i na dupie. Bo ja fizycznie nie wiem, czy ktoś w tym siedzi, muszę mieć potwierdzenie, że mogę tam pracować.
Dziś zaś pani M. mówi, że zamknięte, a ja już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, a wtem... emilek.
Że nie wie, co było, a co nie.
Że nie wie, że polega, bo było na PDF.
No więc apiać do roboty i co? Poprawki z PDF nie są naniesione, nie wszystkie.
Jak to, nie wierzy.
No to udowodniłam.
Zacukał się i spis kazał zrobić, bo mogą być błędy.
Były.
I nawet po niemiecku podziękował.
Idiotka ze mnie, wiem, że jestem dobra, a wciąż się boję zostania na lodzie. Bo łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Bom stara.
Bo, sranie w banie, Kochany Pamiętniczku.
Nawet z Manhattanu dziś kurcgalopkiem wracałam, bo pracuję od 9.
Nosz, kurwa, co dzień siedzę po godzinach.
Nic, tylko mnie bić i patrzyć, czy równo puchnę :D
A na Manhattanie
nakupiłam, na cały weekend, a winko na dziś, bo kurde, jutro nic nie muszę, nie muszę wstać, nic, nic nie muszę :D
Nie mam randki :)
Namęczyłam się z pracowymi, choć nie aż tak bardzo, połowy nie opisałam, bo po co?
Ale... w międzyczasie umyłam okno w małym pokoju i w kuchni, w dużym jest względnie czyste, bo loggia, to ulewy nie sięgają.
A wczoraj była burza jak cholera, a potem
Reszta chaupki też w międzyczasie ogarnięta weekendowo, więc kocham życie :)
I nie, nie tęsknię za kolejnym sprzątaniem.
Po tym całym wariactwie nie tęsknię też za rozmowami. Bo Pierworodny, niemający komu robić wykładów, robi je mnie, jakbym nie wiedziała, co jest. Teściowej, która nie ogarnia i jest pisiorem nie robi, bo go zakrzyczy, a poza tym nie chce robić kłopotu żonie. Inżynier wkurzył mnie dziś maksymalnie, bo kolejna wersja jest działka w TP i budowa :| I żadne argumenty do niego nie docierają, bo on ma wizję, a wizję podsyca mu żona ukochana. W PZ nie chciała na Ratajach wynająć mieszkania, bo za daleko jej było do ojca na Dąbrowskiego, ale w TP, gdzie psy dupami szczekają to nie problem. Bo koło przystanku autobusowego działka, to dzieci będą dojeżdżały spokojnie do PZ. 40 minut co najmniej, kurwa, na pętlę, a co dalej?
Ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?
A i sama budowa nie w kij dmuchał, a praca gdzie, a gdzie dzieci (bo dzieci są na głowie I., zakupy, inne takie tam, kurwa).
Więc z leksza mi ciśnienie wzrosło.
A jeszcze ta pojebana władza, że Halloween...
A u mnie na co dzień takie widoki, w doniczce na balkonie siedzi kolejna wiedźma, ta od Zmorki wisi na łańcuszku...
... na sowie, nosz...
Dopiero po głębszym namyśle zorientowałam się, że coś muszą znów odjebać, skoro kierują uwagę ludzi na Halloween.
Protesty wyborcze.
Takie lody kręcili.
I tym bardziej martwię się o I., ale powiedział mi, że on całe życie ma pod górkę, jak nie to, to sramto, jak nie Brexit, to PiS, życie mu minie i do niczego nie dojdzie.
W sumie ma rację.
Pierworodny ma 40 lat i wciąż na wynajmowanym.
Inżynier 36 i na wynajmowanym, inna bajka, że ma odłożone i dobrą pracę (3 sierpnia kontrakt w PL podpisuje).
My, gdy miałam 26 lat, a Eks 30, mieliśmy już własny kąt. W kamienicy, u teściowej na strychu, 16 m kw., ale to wina czasów - teściowa mieszkała w suterenie, a lokatorzy na dwóch piętrach po 150 m - z przydziału, a jakże, tępiono kamieniczników :D W planach był remont poddasza, moje marzenie, skośne stropy, stare podłogi, ale... Lokatorzy się nie zgodzili, bo tam była pralnia i suszarnia. I tak 4 lata szło pod górkę, aż nas szlag i poszliśmy do spółdzielni. Lokatorzy spółdzielczego nie chcieli, bo czynsz za wysoki. U teściowej za 150 m kw. płacili równowartość dzisiejszych 15 zł :) Na propozycję teściowej, żeby odśnieżali chodnik, to ich zwolni z czynszu, popłakali się ze śmiechu. Chodnik odśnieżałam ja :) To naprawdę były fajne lata, byłam młoda, lubiłam odśnieżać. A jak mi korona z głowy spadła, podnosiłam ze śniegu, otrzepywałam i odśnieżałam dalej. Eks był ponad prace fizyczne, on był inżynierem i pupilkiem mamusi. Może powinnam wtedy wiać, gdzie pieprz rośnie? Ale gdzie? Rodzina alkoholicy...
Gdy miałam 32 lata dostaliśmy to mieszkanie, w którym jestem, rotacyjne, bo za małe. Pewno, że pociągaliśmy za sznurki, ale kto wtedy nie ciągnął? Nam się udało. Nikt nie chciał mieszkania tutaj, bo była końcówka rurociągu, najgorsze miejsce w PZ, zimą lodówka. Bloki nieocieplone. A dziś? W tym roku włączałam kaloryfer kilka razy i to w jednym pokoju :) Jednak przeżyliśmy tu piękne lata, a w tej chwili (w momencie, gdy spółdzielnia zaczęła mi oferować większe mieszkanie - nie było mi już do niczego potrzebne) jest dla mnie idealne. Wykupione, odremontowane. Inżynier dojechał mi, że to moje standardy (a potem przepraszał), ale hola, hola, na co mi większy metraż? Żeby mnie cholera rzucała z większym rozmachem, żebym miała więcej okien do mycia, kątów do sprzątania? Tak, mam małe wymagania, ale nikogo jeszcze nie proszę o pieniądze na czynsz. I tak wg norm mam za dużo metrów i w razie W dopłaty do czynszu nie dostanę.
Więc zagmatwane to i wcale nie takie proste.
Niech robią po swojemu, szkoda mi czasu i nerwów na kłótnie.
Wiem jedno - budowa w PL to koszmar.
Ale dziecko, przesiąknięte standardami UK, gdzie gros spraw załatwiał na telefon i przez Internet, nie słucha.
A synowa jest po prostu rozkapryszona i wygodna. I niemądra, że delikatna będę.
I tak lecą dni.
Za tydzień może uda się wreszcie spotkanie CAŁEJ Bandy wnuków.
Kalafiorkówna ma już ponad 1,5 roku, Mała Wiedźma będzie już miała 10 lat, a cała Banda w komplecie jeszcze nigdy się nie spotkała.
Zawsze jest za daleko i za mało czasu.
Nie wiem, ile jeszcze go mam.
Ale chcę dożyć do tego spotkania.
Wish list :)
niedziela, 12 lipca 2020
Weekendu
dzień drugi, Kochany Pamiętniczku.
Pracowitego.
Na wybory potuptałam, trzasnęłam, aż zadudniło. Zobaczymy, co dalej.
Inżynier zameldował też, że trzasnął. Szacun, bo niezłego kaca musiał mieć dziś :)
Byłam umówiona na OBIAD u Pierworodnego.
Na miejscu okazało się, że na moją cześć trwało całe dwa dni sprzątanie (w wykonaniu P.), Synowa była przeszczęśliwa z tego powodu, bo drukarka wylądowała wreszcie na szafie, gdzie miała wylądować od dawna, ale dopiero groźba straszaka w postaci "Twoja mama tu przyjdzie", zadziałała.
Aczkolwiek sama przyznała bez bicia, że kurzu na półkach z IKEA nad kanapą nie starła, bo wiedziała, że nie wlezę na nią i nie sprawdzę, czy jemu tam wygodnie. Gdyby miała wpaść jej mama, sprawdziłaby, bo mama sprawdza wypoczynek poszczególnych jednostek kurzowych w całym mieszkaniu.
Od progu powitał mnie zapach - myślałam, że rosołku, ale to była pieczeń, przepyszna, wykonana własnymi ręcami Pierworodnego - zgadnijcie po kim ma ten talent? - aczkolwiek dopiero w trakcie obiadu towarzystwo sobie przypomniało, że nie jem mięsa. Spoko, kawałek zjadłam, aż taką wariatką nie jestem, sos i pyzy były pyszne, marchewka z jabłkiem i bób (zapomniałam, że nie gotuję w niedzielę i zanabyłam bób, więc dowiozłam do kompletu), powoli zacierało wrażenie tej pierwszej zupki na topionych serkach. Było smaczne, ale... podane na deserowych talerzykach.
Nie odważyłam się zapytać, czy to ze względu na moją tuszę, czy zwyczajnie nie mają innych talerzy (mam na zbyciu sporo), a i sztućce były rodem z łapanki (a wywoziłam do UK rodowe komplety dla każdego). Morda w kubeł :)
Papryczek adorował mnie od początku, aż Synowa była zdziwiona i patrząc mu w błyszczące oczęta pytała: Ty chyba zakochałeś się w babci...
A Papryczka nie przerażała nawet wizja mojej szafy, uciekającej z powodu jego wrzasku w podskokach, tam, gdzie pieprz rośnie. Olałam uciekającą szafę, kanapę, ale przy komputerze wiejącym, gdzie pieprz rośnie rzekł do mnie: złapałem Cię. To jest dla Ciebie ważne.
No proszę, jakie wnioski wyciągnął z nauk, że nie dotykamy u babci ani komputera, ani ajpada, ani nic...
Skubany...
Jakoś się oswoiłam z tym angielskim tykaniem i już mnie nie razi.
Mała Wiedźma siedziała zamknięta w swojej jaskini, wpadając tylko po żarełko.
Ale wleciała na moment zabawy z play-doh i mam fajny filmik.
Fejsowi mogą zobaczyć.
I tak gadu-gadu, pierdu-pierdu, a Papryczek dalej we mnie zakochany. I nie przerażała go nawet perspektywa, że jak będzie tak wrzeszczał, to głowa spadnie mi z karku razem z uszami, potoczy się po dywanie, a na suficie wykwitnie czerwona plama z krwi sikającej mi z szyi.
Prawda, że kochająca ze mnie babcia :)
Niepowtarzalna :D
I tak sobie miło spędzaliśmy czas, Papryczek wykład na temat powstawania tornada (pięciolatek!) mi uczynił, że szczęka mi opadła...
Ale po czterech godzinach siedzenia bez ruchu czułam, że jeszcze kwadrans i nie wstanę o własnych siłach.
Więc ceremonia pożegnalna, ledwo wbiłam opuchnięte stopy w sandały (starość, kurwa, starość), do windy doszłam, zastanawiając się jak postawić nogę, by w kosmos nie lecieć. Po czterech stopniach przed blokiem zlazłam trzymając się poręczy... ale potem lewa, prawa, było coraz lepiej i do autobusu doleciałam kurcgalopkiem, kierowca dżentelmen kilka sekund poczekał, a mógł drzwi zamknąć i... nawet nie było jak bąknąć "dziękuję", bo te taśmy i kartka: nie włazić :)
Wniosek.
Nawet w domu w czasie pracy dupę ruszamy od kompika do kompika, do lodówki, po wodę.
Jak podają wszystko pod nos, przeprosić, poprosić o pozwolenie wycieczki krajoznawczej po korytarzu :)
To był kolejny darowany od życia dzień.
I przy okazji kupię sobie play-doh.
Dla mnie.
Gniecenie tego gówna uspokaja :)
A co będzie jutro?
Będzie to, co ma być.
Życie :)
Pracowitego.
Na wybory potuptałam, trzasnęłam, aż zadudniło. Zobaczymy, co dalej.
Inżynier zameldował też, że trzasnął. Szacun, bo niezłego kaca musiał mieć dziś :)
Byłam umówiona na OBIAD u Pierworodnego.
Na miejscu okazało się, że na moją cześć trwało całe dwa dni sprzątanie (w wykonaniu P.), Synowa była przeszczęśliwa z tego powodu, bo drukarka wylądowała wreszcie na szafie, gdzie miała wylądować od dawna, ale dopiero groźba straszaka w postaci "Twoja mama tu przyjdzie", zadziałała.
Aczkolwiek sama przyznała bez bicia, że kurzu na półkach z IKEA nad kanapą nie starła, bo wiedziała, że nie wlezę na nią i nie sprawdzę, czy jemu tam wygodnie. Gdyby miała wpaść jej mama, sprawdziłaby, bo mama sprawdza wypoczynek poszczególnych jednostek kurzowych w całym mieszkaniu.
Od progu powitał mnie zapach - myślałam, że rosołku, ale to była pieczeń, przepyszna, wykonana własnymi ręcami Pierworodnego - zgadnijcie po kim ma ten talent? - aczkolwiek dopiero w trakcie obiadu towarzystwo sobie przypomniało, że nie jem mięsa. Spoko, kawałek zjadłam, aż taką wariatką nie jestem, sos i pyzy były pyszne, marchewka z jabłkiem i bób (zapomniałam, że nie gotuję w niedzielę i zanabyłam bób, więc dowiozłam do kompletu), powoli zacierało wrażenie tej pierwszej zupki na topionych serkach. Było smaczne, ale... podane na deserowych talerzykach.
Nie odważyłam się zapytać, czy to ze względu na moją tuszę, czy zwyczajnie nie mają innych talerzy (mam na zbyciu sporo), a i sztućce były rodem z łapanki (a wywoziłam do UK rodowe komplety dla każdego). Morda w kubeł :)
Papryczek adorował mnie od początku, aż Synowa była zdziwiona i patrząc mu w błyszczące oczęta pytała: Ty chyba zakochałeś się w babci...
A Papryczka nie przerażała nawet wizja mojej szafy, uciekającej z powodu jego wrzasku w podskokach, tam, gdzie pieprz rośnie. Olałam uciekającą szafę, kanapę, ale przy komputerze wiejącym, gdzie pieprz rośnie rzekł do mnie: złapałem Cię. To jest dla Ciebie ważne.
No proszę, jakie wnioski wyciągnął z nauk, że nie dotykamy u babci ani komputera, ani ajpada, ani nic...
Skubany...
Jakoś się oswoiłam z tym angielskim tykaniem i już mnie nie razi.
Mała Wiedźma siedziała zamknięta w swojej jaskini, wpadając tylko po żarełko.
Ale wleciała na moment zabawy z play-doh i mam fajny filmik.
Fejsowi mogą zobaczyć.
I tak gadu-gadu, pierdu-pierdu, a Papryczek dalej we mnie zakochany. I nie przerażała go nawet perspektywa, że jak będzie tak wrzeszczał, to głowa spadnie mi z karku razem z uszami, potoczy się po dywanie, a na suficie wykwitnie czerwona plama z krwi sikającej mi z szyi.
Prawda, że kochająca ze mnie babcia :)
Niepowtarzalna :D
I tak sobie miło spędzaliśmy czas, Papryczek wykład na temat powstawania tornada (pięciolatek!) mi uczynił, że szczęka mi opadła...
Ale po czterech godzinach siedzenia bez ruchu czułam, że jeszcze kwadrans i nie wstanę o własnych siłach.
Więc ceremonia pożegnalna, ledwo wbiłam opuchnięte stopy w sandały (starość, kurwa, starość), do windy doszłam, zastanawiając się jak postawić nogę, by w kosmos nie lecieć. Po czterech stopniach przed blokiem zlazłam trzymając się poręczy... ale potem lewa, prawa, było coraz lepiej i do autobusu doleciałam kurcgalopkiem, kierowca dżentelmen kilka sekund poczekał, a mógł drzwi zamknąć i... nawet nie było jak bąknąć "dziękuję", bo te taśmy i kartka: nie włazić :)
Wniosek.
Nawet w domu w czasie pracy dupę ruszamy od kompika do kompika, do lodówki, po wodę.
Jak podają wszystko pod nos, przeprosić, poprosić o pozwolenie wycieczki krajoznawczej po korytarzu :)
To był kolejny darowany od życia dzień.
I przy okazji kupię sobie play-doh.
Dla mnie.
Gniecenie tego gówna uspokaja :)
A co będzie jutro?
Będzie to, co ma być.
Życie :)
sobota, 11 lipca 2020
Okulary
zgubiłam, w domu, psiakrew, Kochany Pamiętniczku.
Miśki, mimo lania (kablem do żelazka) nie przyznały się do zbrodni.
Okulary stare, ale najfajniej w nich oglądało mi się filmy na kompie.
Dzięki zagubionym okularom odkryłam pokłady kurzu w domu, bo... szukałam ich bez okularów, jak to krótkowidz, wodząc nosem po wszystkim.
Jedynie co odkryłam, to przedpotopowe pokłady kurzu :)
Jak te...
Nie mówiąc o innych zakamarkach.
Skończyło się na tym, że czekając na materiały (a, long story, jak zwykle u mnie w pracy), skacząc po drabinie, odkurzyłam nieodkurzane półki z książkami, a jakże, nie zaniedbując pracy, każdego kurzołapa w łapę wzięłam, a potem (a chodziło za mną jeszcze mycie okien, nosz, pogięło mnie na maksa)
Potem
i mozolne układanie skarbów...
W międzyczasie eksmisja badyli, a jak, copiątkowy rytuał i tadam...
W sobotę człowiek budzi się w nowym mieszkaniu, tralalala :)
W szparze unijnej awizo, że się coś nie zmieniło.
Na poczcie na szczęście nie ma kolejki, z prezentem dla Inżyniera (dokładnie 36 lat temu się urodził, a jego adres jest nieznany) docierają do mnie dwa nowe naparstki
Jeden z Australii,drugi z Kaszub od najmilszej dziewczyny, noszącej to same nazwisko, co Inżynier. Poznali się na czacie muzycznym, marzyłam o takiej synowej, ale...
Inżynier ma fajną przyjaciółkę. Mam i ja. I Baran ma, i parę innych osób :)
Imię i nazwisko ma jak moja teściowa, a i tak ją lubię :)
Takie zakręcone jest życie :)
Jedyna i niepowtarzalna osóbka, która miała cierpliwość do jeżdżenia z Pierworodnym w UK...
I love YOU, Ann R. :)
My tu gadu gadu, a ja hyc na Manhattan, gdzie goździki kupiłam, ja, nienawidząca goździków, odkąd po nocach kleiłam sztuczne dla teściowej....
Było, minęło :)
I jednak whisky dla Inżyniera, który dziś skończył 36 lat.
A ja (wbita w kąt) na rozkaz stawiłam się o 13 punktualnie, bo...
Jestem szczęściarą, mając takiego syna.
Zostawiona zostałam z instrukcjami na kartce, stertą napleśników do odgrzania w mikrofali (ja, moja technika, mikrofala to dla mnie wyższa szkoła jazdy, ale dałam radę). Naleśniki miały być z dżemem :|
Dżem okazał się samą chemią, ale co ja za to mogę, że moje jest be?
Sama zjadłam jednego napleśnika z najwyższym obrzydzeniem. Było mnie zostawić z poleceniem upichcenia czegokolwiek, z przyjechaniem z obiadem.
Nieważne.
Spłynęli o 15 :)
Kalafiorkówna nawet łezki nie uroniła do 20.00. Na pytanie "mama" odpowiadałam, że mama ma randkę z tatą. Moment krytyczny nastąpił, gdy Alienek odkrył za oknem auto: Taty, Mamy, Alienka i Kalafiorkówny, ale udało mi się stłumić bunt w zarodku :) Jak również podać jedzenie zgodnie z rozpiską (serio? serio? moje żarcie jest niedobre? powinnam synowi truć dupę, ale co to da?), poczytać książeczki na dwie ręce, w międzyczasie trzecią drapiąc po pleckach, głaszcząc sierściuchy jebane, które stadnie wylazły z kryjówek i domagały się namiętnie pieszczot, chyba je pojebało :)
Oba sierściuchy, jak mówi Inżynier, zaszczyt mamę kopnął, że A.domaga się pieszczotek :|
Tylko siknąć poszłam
a Kalafiorkówna już próbowała sforsować bramkę, używając do tego niecnego celu krzesełeczka...
Potem Alienek dwie kupy walnął pod rząd. Na nocniczek. Na dwa nocniczki, bo tyle stoi. Jak żyję i dwójkę dzieci wychowałam.nigdy w życiu nie walnęły tak śmierdzącej kupy... Z troską myślę, czym oni dzieci karmią, ale co ja mogę? Jak powiem Inżynierowi, będzie jej bronił, jak niepodległości, jak powiem jej, udowodni mi, że jestem głupia.
Oj, działo się.
Kąpiel to dopiero było wyzwanie, bo łazienka z dupy jest wzięta, co potwierdza Synowa. Ale udało mi się zrealizować marzenie z wish list i wykąpać Łobuzy :) Znaczy się, Alienka kapałam cały miesiąc, ale Kalafiorkówny nigdy.
Ach, co to był za ślub :)
Wróć, kąpiel...
Najpierw bitwa, żeby wyszły z łazienki, bo...
Ni cholery nie wiedziałam, co lunie z prysznica....
Ale gdzie tam...
Prawie do przemocy w rodzinie doszło. Kąpiel dwojga dzieci pod prysznicem w stroju wyjściowym...
Zastanawiałam się, czy taksówkarz weźmie mnie do auta...
Nie było tak źle :)
Jedyny rodzierający serce płacz (oczekiwałam wezwania jakiegoś patrolu) to było wyciąganie z wanny.
Dwójki, która za Chiny Ludowe wyleźć nie chciała...
Poradziłam sobie, ale ile mnie to kosztowało :|
Wykąpane, odchuchane, na kanapie, z jebanym Psim patrolem.
Synowa pisze, że będą za 30 minut. Odpisuję, że nie ma opcji, nie śpią cholery.
Młodzi wracają. Cholery śpią.
Kalafiorkówna na mnie tak, że z kanapy nie wstanę.
Mija 40 minut snu Kalafiorkówny.
Inżynier zdejmuje ją ostrożnie ze mnie.
Kalafiorkówna po 5 minutach otwiera oczy i drze się mama :)
Synowa ma przejebane.
Inżynier mówi, że takiej fajnej randki nie miał od ponad 1,5 roku, kiedy niańczyłam Alienka przed urodzeniem Kalafiorkówny.
Cieszę się, że mają do mnie tyle zaufania, że powierzają mi swoje dzieci bez obawy.
Też się bawię znakomicie, zwłaszcza na hasło: batia drap...
I tak historia sprzed 36 lat zatoczyła ogromne koło...
Nigdy nie marzyłam o takim szczęściu.
A jutro czekają na mnie Pierworodni. Z obiadem. Są łatwiejsi w obsłudze, aczkolwiek mają bardziej pod górkę...
Gra radio Pogoda, czegóż więcej człowiekowi do szczęścia trzeba?
No, ale gdzie są te jebane okulary??? Znalazłam tabletki, których jako żyję, nie potrzebowałam, ale okularów nie ma.
Lunatykuję?
Coś ze mną nie tak?
Nie odsunęłam wszystkich mebli?
Moja teściowa schowała kiedyś gąbkę w zamrażarce. W tamtych czasach gąbka była skarbem.
Alzheimer?
Za dużo alkoholu?
Męczy mnie to.
Spoko, trzaskać będę i tak bez nich :)
I może być tak, że nie będzie blogów i takich tam.
Więc cieszmy się, póki są internety :)
Miśki, mimo lania (kablem do żelazka) nie przyznały się do zbrodni.
Okulary stare, ale najfajniej w nich oglądało mi się filmy na kompie.
Dzięki zagubionym okularom odkryłam pokłady kurzu w domu, bo... szukałam ich bez okularów, jak to krótkowidz, wodząc nosem po wszystkim.
Jedynie co odkryłam, to przedpotopowe pokłady kurzu :)
Jak te...
Nie mówiąc o innych zakamarkach.
Skończyło się na tym, że czekając na materiały (a, long story, jak zwykle u mnie w pracy), skacząc po drabinie, odkurzyłam nieodkurzane półki z książkami, a jakże, nie zaniedbując pracy, każdego kurzołapa w łapę wzięłam, a potem (a chodziło za mną jeszcze mycie okien, nosz, pogięło mnie na maksa)
i mozolne układanie skarbów...
W międzyczasie eksmisja badyli, a jak, copiątkowy rytuał i tadam...
W sobotę człowiek budzi się w nowym mieszkaniu, tralalala :)
W szparze unijnej awizo, że się coś nie zmieniło.
Na poczcie na szczęście nie ma kolejki, z prezentem dla Inżyniera (dokładnie 36 lat temu się urodził, a jego adres jest nieznany) docierają do mnie dwa nowe naparstki
Jeden z Australii,drugi z Kaszub od najmilszej dziewczyny, noszącej to same nazwisko, co Inżynier. Poznali się na czacie muzycznym, marzyłam o takiej synowej, ale...
Inżynier ma fajną przyjaciółkę. Mam i ja. I Baran ma, i parę innych osób :)
Imię i nazwisko ma jak moja teściowa, a i tak ją lubię :)
Takie zakręcone jest życie :)
Jedyna i niepowtarzalna osóbka, która miała cierpliwość do jeżdżenia z Pierworodnym w UK...
I love YOU, Ann R. :)
My tu gadu gadu, a ja hyc na Manhattan, gdzie goździki kupiłam, ja, nienawidząca goździków, odkąd po nocach kleiłam sztuczne dla teściowej....
Było, minęło :)
I jednak whisky dla Inżyniera, który dziś skończył 36 lat.
A ja (wbita w kąt) na rozkaz stawiłam się o 13 punktualnie, bo...
Jestem szczęściarą, mając takiego syna.
Zostawiona zostałam z instrukcjami na kartce, stertą napleśników do odgrzania w mikrofali (ja, moja technika, mikrofala to dla mnie wyższa szkoła jazdy, ale dałam radę). Naleśniki miały być z dżemem :|
Dżem okazał się samą chemią, ale co ja za to mogę, że moje jest be?
Sama zjadłam jednego napleśnika z najwyższym obrzydzeniem. Było mnie zostawić z poleceniem upichcenia czegokolwiek, z przyjechaniem z obiadem.
Nieważne.
Spłynęli o 15 :)
Kalafiorkówna nawet łezki nie uroniła do 20.00. Na pytanie "mama" odpowiadałam, że mama ma randkę z tatą. Moment krytyczny nastąpił, gdy Alienek odkrył za oknem auto: Taty, Mamy, Alienka i Kalafiorkówny, ale udało mi się stłumić bunt w zarodku :) Jak również podać jedzenie zgodnie z rozpiską (serio? serio? moje żarcie jest niedobre? powinnam synowi truć dupę, ale co to da?), poczytać książeczki na dwie ręce, w międzyczasie trzecią drapiąc po pleckach, głaszcząc sierściuchy jebane, które stadnie wylazły z kryjówek i domagały się namiętnie pieszczot, chyba je pojebało :)
Oba sierściuchy, jak mówi Inżynier, zaszczyt mamę kopnął, że A.domaga się pieszczotek :|
Tylko siknąć poszłam
a Kalafiorkówna już próbowała sforsować bramkę, używając do tego niecnego celu krzesełeczka...
Potem Alienek dwie kupy walnął pod rząd. Na nocniczek. Na dwa nocniczki, bo tyle stoi. Jak żyję i dwójkę dzieci wychowałam.nigdy w życiu nie walnęły tak śmierdzącej kupy... Z troską myślę, czym oni dzieci karmią, ale co ja mogę? Jak powiem Inżynierowi, będzie jej bronił, jak niepodległości, jak powiem jej, udowodni mi, że jestem głupia.
Oj, działo się.
Kąpiel to dopiero było wyzwanie, bo łazienka z dupy jest wzięta, co potwierdza Synowa. Ale udało mi się zrealizować marzenie z wish list i wykąpać Łobuzy :) Znaczy się, Alienka kapałam cały miesiąc, ale Kalafiorkówny nigdy.
Ach, co to był za ślub :)
Wróć, kąpiel...
Najpierw bitwa, żeby wyszły z łazienki, bo...
Ni cholery nie wiedziałam, co lunie z prysznica....
Ale gdzie tam...
Prawie do przemocy w rodzinie doszło. Kąpiel dwojga dzieci pod prysznicem w stroju wyjściowym...
Zastanawiałam się, czy taksówkarz weźmie mnie do auta...
Nie było tak źle :)
Jedyny rodzierający serce płacz (oczekiwałam wezwania jakiegoś patrolu) to było wyciąganie z wanny.
Dwójki, która za Chiny Ludowe wyleźć nie chciała...
Poradziłam sobie, ale ile mnie to kosztowało :|
Wykąpane, odchuchane, na kanapie, z jebanym Psim patrolem.
Synowa pisze, że będą za 30 minut. Odpisuję, że nie ma opcji, nie śpią cholery.
Młodzi wracają. Cholery śpią.
Kalafiorkówna na mnie tak, że z kanapy nie wstanę.
Mija 40 minut snu Kalafiorkówny.
Inżynier zdejmuje ją ostrożnie ze mnie.
Kalafiorkówna po 5 minutach otwiera oczy i drze się mama :)
Synowa ma przejebane.
Inżynier mówi, że takiej fajnej randki nie miał od ponad 1,5 roku, kiedy niańczyłam Alienka przed urodzeniem Kalafiorkówny.
Cieszę się, że mają do mnie tyle zaufania, że powierzają mi swoje dzieci bez obawy.
Też się bawię znakomicie, zwłaszcza na hasło: batia drap...
I tak historia sprzed 36 lat zatoczyła ogromne koło...
Nigdy nie marzyłam o takim szczęściu.
A jutro czekają na mnie Pierworodni. Z obiadem. Są łatwiejsi w obsłudze, aczkolwiek mają bardziej pod górkę...
Gra radio Pogoda, czegóż więcej człowiekowi do szczęścia trzeba?
No, ale gdzie są te jebane okulary??? Znalazłam tabletki, których jako żyję, nie potrzebowałam, ale okularów nie ma.
Lunatykuję?
Coś ze mną nie tak?
Nie odsunęłam wszystkich mebli?
Moja teściowa schowała kiedyś gąbkę w zamrażarce. W tamtych czasach gąbka była skarbem.
Alzheimer?
Za dużo alkoholu?
Męczy mnie to.
Spoko, trzaskać będę i tak bez nich :)
I może być tak, że nie będzie blogów i takich tam.
Więc cieszmy się, póki są internety :)
środa, 8 lipca 2020
Takie
lato, jak jest, mogłoby być zawsze, Kochany Pamiętniczku. To jest prawdziwe polskie lato. Do dziś widzę siebie, leżącą na kocyku pod czereśnią, czytającą książkę. W sukieneczce i w sweterku, bo mi zimno było. I teraz też w nocy jest mi zimno przy otwartym szeroko balkonie, więc nogi kocykiem otulam, ale jaki to cudny chłód nad ranem, miziający tak polarno-mroźnie ramionka wysunięte spod kordełki :)
Żyć, nie umierać, na pewno takie noce są lepsze od upałów, niepozwalających oddychać, kiedy nawet noc nie przynosi ukojenia.
Jednak ludzie popylający w watowanych kurteczkach chyba z leksza przesadzają, ale nie oceniam :)
Odpukać, powoli się zazębia. Pierworodny dostał w ostatniej chwili umowę na czas nieokreślony (miał na rok), wiem, że to nic nie znaczy, los bywa przewrotny, ale zawsze to coś w czasach, gdy są redukcje. Dobry jest, wiem o tym, w końcu znam swoje dziecko. To akurat żyje tylko pracą, ale trudno...
I do Inżyniera się w końcu odezwali, aczkolwiek znów coś wypadło. Niby się nie denerwujemy, ale z różnych powodów wkurw jest.
A ja spokojnie pyry kopię, spokojnie, to znaczy, że w międzyczasie, nie wyrywając sobie rękawów i filmy oglądałam (bajka Królewna Śnieżka i Łowca mocno mnie rozczarowała, albowiem w ostatniej scenie Śnieżka nie rzuciła się w ramiona Łowcy, jak powinna w porządnej bajce, bo łobuz kocha najmocniej, wiadomo), gotując i łażąc w kąta w kąt. Dziś zlikwidowałam resztkę zielska w lodówce, więc jutro rankiem hycnę na Manhattan.
Dziś na pocztę polazłam, bo Ł. firmuję pracę, cóż począć, że dziewczyna dobrze w dupsko od życia dostaje, więc skoro mogę, dlaczego nie pomóc?
I los mi wynagrodził, bo dostałam Carlo Rossi Dark, szukałam na "zamiast kwiatków" dla Inżyniera na urodziny. Polecam, aczkolwiek Carlo Rossi to takie sobie jest, ale Dark jest MLASK :)
Skąd wiem? Bo kupiłam dwa, jedno popijam. Pytałam Synowej, co Inżynier pije, mówi, że ostatnio odkryli to wino, ale może też być whisky. Whisky to wiem od zawsze, ale... Mój budżet mówi nie, bo i zaraz Mała Wiedźma ma urodziny, i Pierworodny imieniny, a Inżynier dostanie sprawiedliwie budżetowo jak Pierworodny, więc mój portfel mówi: stop, tym bardziej że prąd, a i ja chciałabym trochę życia użyć, co nie.
Wino jest w Dużym Benie (i ponoć też w Żabce, ale w Żabce moja noga nie powstanie, bo Rydzyk, a Inżynier mieszka między dwoma Żabkami i kupuje tam, carramba, Pierworodny też, ja się nie ugnę), chłopak miał ze mnie polewkę, bo wino ponad 21 zł, kasuje i mówi 37 z groszami, a ja z głupia frant: przecież za mało :) Jakaś promocja była. Więc mało, że wino dobre, to jest dobre i tanie :) Ma bardzo ciekawy smak i...
Wino, radio Pogoda, czegóż więcej chcieć? :)
I chwila, moment słońca i na ścianie
A poniedziałek zaczął się tak pechowo...
Włączam ci ja kompika, i po chwili trach... Kompik nie widzi gryzonia.
Nie daje się zrestartować starą metodą CTRL + ALT + delete...
Kurwa.
Restartuję włażąc na kolanach pod biurko :P
Komp działa, monitor nie.
Nic.
Piszę do Inżyniera.
Inżynier każe restartować.
Restart nie działa.
Piszę do Pierworodnego, przybywa z odsieczą, z Małą Wiedźmą na karku, ale w popłochu, bo: wyszedł i musiał na kupę, wyszedł i nie zabrał telefonu...
Jak nie urok to sraczka i przemarsz wojsk radzieckich.
Namawiam MW na zostanie u mnie, ale nie, bo nie ma laptopa.
Pierworodny uruchamia komputer i znika błyskawicznie.
Siadam do kompa. Nie działa komp i gryzoń.
Piszę i DZWONIĘ do Pierworodnego, że ma wrócić, cisza.
Fakt, nie ma telefonu :|
Piszę do Inżyniera.
Przyjedzie po 21, jak pozbędzie się Łobuzów.
A na razie każe mi restartować, wyciągać wszystko z USB...
Kurwa.
Do brzegów Bajkału podchodzę...
Ostatkiem sił odsuwam biurko...
Za którym kurzu tony...
Padam na kolana i czołgając się na nich w tę i z powrotem, mamrocę...
Wyciągając pierdyliard USB, rozgałęźników od USB.
I nagle...
Tadam :)
Działa, jebany :)
Klawiatura działa, gryzoń działa, mało tego, uruchomiłam nie tylko gryzonia na smyczy, ale również gryzonia na Blutooth, który padł mi jakieś 2 miesiące temu, sugerując, że zdechł i chuj, nie wstanie...
No cóż.
Komputer jest mi potrzebny do skanowania (ten).
Każde uzależnienie można wytłumaczyć.
Oczywiście, gdyby kompik padł, kupiłabym nowy. Prowizorycznie Inżynier podłączyłby mi skaner do pracowego kompa.
Ale na pracowego nie ściągnę torrenta.
I porno sobie na nim nie oglądnę, co nie? A przecież uwielbiam porno, bez tego się nie da żyć, jak zasugerował mi jakiś pisowski troll, bo skoro głosuję na Trzaskowskiego, to tarzam się w rozpuście. Ano, namiętnie, bezustannie, nie da się tego ukryć, wyszło szydło z worka.
Nie lubię załatwiać prywatnych spraw na pracowym kompie, bo nie.
Za wiele wiem o działaniu tych ustrojstw, aczkolwiek ich nawet w połowie nie ogarniam. I nie pociesza mnie to, że pracę mam w domu.
Na pocieszenie: Inżynier nie musiał wieczorem zapierdalać do mnie, a i Pierworodny odetchnął z ulgą, że się matka odczepiła.
Na moje usprawiedliwienie: stary kompik jest odłączony, bo jego miejsce zajął pracowy :D Ni ma letko :P
Rzygam polityką, przepychankami, rzygam do bólu wnętrzności.
Czekam na niedzielę, oczywiście, że pójdę i z trzaskiem trzasnę :D Nie ma innej opcji, nawet gdybym dostała błyskawicznego alzheimera.
Jestem pełna obaw o wszystko. Staram się je tłumić, co ma być, będzie. Nie zmienię biegu losów świata.
Nie ocalę wszystkiego.
Szukając podgrzewaczy do latarenek znalazłam marshmallowsy, których szukałam do kakałka dla Papryczka, przewalając wszystkie puszki w domu, oprócz tej jednej.
Miśki będą miały łomot, jak tylko znajdę dyscyplinę :D
A w KiK już jesień na półkach, jeże, liście, pomarańcz i nostalgia...
Staram się po prostu żyć.
Nie krzywdząc nikogo, bo po co?
Żyć, nie umierać, na pewno takie noce są lepsze od upałów, niepozwalających oddychać, kiedy nawet noc nie przynosi ukojenia.
Jednak ludzie popylający w watowanych kurteczkach chyba z leksza przesadzają, ale nie oceniam :)
Odpukać, powoli się zazębia. Pierworodny dostał w ostatniej chwili umowę na czas nieokreślony (miał na rok), wiem, że to nic nie znaczy, los bywa przewrotny, ale zawsze to coś w czasach, gdy są redukcje. Dobry jest, wiem o tym, w końcu znam swoje dziecko. To akurat żyje tylko pracą, ale trudno...
I do Inżyniera się w końcu odezwali, aczkolwiek znów coś wypadło. Niby się nie denerwujemy, ale z różnych powodów wkurw jest.
A ja spokojnie pyry kopię, spokojnie, to znaczy, że w międzyczasie, nie wyrywając sobie rękawów i filmy oglądałam (bajka Królewna Śnieżka i Łowca mocno mnie rozczarowała, albowiem w ostatniej scenie Śnieżka nie rzuciła się w ramiona Łowcy, jak powinna w porządnej bajce, bo łobuz kocha najmocniej, wiadomo), gotując i łażąc w kąta w kąt. Dziś zlikwidowałam resztkę zielska w lodówce, więc jutro rankiem hycnę na Manhattan.
Dziś na pocztę polazłam, bo Ł. firmuję pracę, cóż począć, że dziewczyna dobrze w dupsko od życia dostaje, więc skoro mogę, dlaczego nie pomóc?
I los mi wynagrodził, bo dostałam Carlo Rossi Dark, szukałam na "zamiast kwiatków" dla Inżyniera na urodziny. Polecam, aczkolwiek Carlo Rossi to takie sobie jest, ale Dark jest MLASK :)
Skąd wiem? Bo kupiłam dwa, jedno popijam. Pytałam Synowej, co Inżynier pije, mówi, że ostatnio odkryli to wino, ale może też być whisky. Whisky to wiem od zawsze, ale... Mój budżet mówi nie, bo i zaraz Mała Wiedźma ma urodziny, i Pierworodny imieniny, a Inżynier dostanie sprawiedliwie budżetowo jak Pierworodny, więc mój portfel mówi: stop, tym bardziej że prąd, a i ja chciałabym trochę życia użyć, co nie.
Wino jest w Dużym Benie (i ponoć też w Żabce, ale w Żabce moja noga nie powstanie, bo Rydzyk, a Inżynier mieszka między dwoma Żabkami i kupuje tam, carramba, Pierworodny też, ja się nie ugnę), chłopak miał ze mnie polewkę, bo wino ponad 21 zł, kasuje i mówi 37 z groszami, a ja z głupia frant: przecież za mało :) Jakaś promocja była. Więc mało, że wino dobre, to jest dobre i tanie :) Ma bardzo ciekawy smak i...
Wino, radio Pogoda, czegóż więcej chcieć? :)
I chwila, moment słońca i na ścianie
A poniedziałek zaczął się tak pechowo...
Włączam ci ja kompika, i po chwili trach... Kompik nie widzi gryzonia.
Nie daje się zrestartować starą metodą CTRL + ALT + delete...
Kurwa.
Restartuję włażąc na kolanach pod biurko :P
Komp działa, monitor nie.
Nic.
Piszę do Inżyniera.
Inżynier każe restartować.
Restart nie działa.
Piszę do Pierworodnego, przybywa z odsieczą, z Małą Wiedźmą na karku, ale w popłochu, bo: wyszedł i musiał na kupę, wyszedł i nie zabrał telefonu...
Jak nie urok to sraczka i przemarsz wojsk radzieckich.
Namawiam MW na zostanie u mnie, ale nie, bo nie ma laptopa.
Pierworodny uruchamia komputer i znika błyskawicznie.
Siadam do kompa. Nie działa komp i gryzoń.
Piszę i DZWONIĘ do Pierworodnego, że ma wrócić, cisza.
Fakt, nie ma telefonu :|
Piszę do Inżyniera.
Przyjedzie po 21, jak pozbędzie się Łobuzów.
A na razie każe mi restartować, wyciągać wszystko z USB...
Kurwa.
Do brzegów Bajkału podchodzę...
Ostatkiem sił odsuwam biurko...
Za którym kurzu tony...
Padam na kolana i czołgając się na nich w tę i z powrotem, mamrocę...
Wyciągając pierdyliard USB, rozgałęźników od USB.
I nagle...
Tadam :)
Działa, jebany :)
Klawiatura działa, gryzoń działa, mało tego, uruchomiłam nie tylko gryzonia na smyczy, ale również gryzonia na Blutooth, który padł mi jakieś 2 miesiące temu, sugerując, że zdechł i chuj, nie wstanie...
No cóż.
Komputer jest mi potrzebny do skanowania (ten).
Każde uzależnienie można wytłumaczyć.
Oczywiście, gdyby kompik padł, kupiłabym nowy. Prowizorycznie Inżynier podłączyłby mi skaner do pracowego kompa.
Ale na pracowego nie ściągnę torrenta.
I porno sobie na nim nie oglądnę, co nie? A przecież uwielbiam porno, bez tego się nie da żyć, jak zasugerował mi jakiś pisowski troll, bo skoro głosuję na Trzaskowskiego, to tarzam się w rozpuście. Ano, namiętnie, bezustannie, nie da się tego ukryć, wyszło szydło z worka.
Nie lubię załatwiać prywatnych spraw na pracowym kompie, bo nie.
Za wiele wiem o działaniu tych ustrojstw, aczkolwiek ich nawet w połowie nie ogarniam. I nie pociesza mnie to, że pracę mam w domu.
Na pocieszenie: Inżynier nie musiał wieczorem zapierdalać do mnie, a i Pierworodny odetchnął z ulgą, że się matka odczepiła.
Na moje usprawiedliwienie: stary kompik jest odłączony, bo jego miejsce zajął pracowy :D Ni ma letko :P
Rzygam polityką, przepychankami, rzygam do bólu wnętrzności.
Czekam na niedzielę, oczywiście, że pójdę i z trzaskiem trzasnę :D Nie ma innej opcji, nawet gdybym dostała błyskawicznego alzheimera.
Jestem pełna obaw o wszystko. Staram się je tłumić, co ma być, będzie. Nie zmienię biegu losów świata.
Nie ocalę wszystkiego.
Szukając podgrzewaczy do latarenek znalazłam marshmallowsy, których szukałam do kakałka dla Papryczka, przewalając wszystkie puszki w domu, oprócz tej jednej.
Miśki będą miały łomot, jak tylko znajdę dyscyplinę :D
A w KiK już jesień na półkach, jeże, liście, pomarańcz i nostalgia...
Staram się po prostu żyć.
Nie krzywdząc nikogo, bo po co?
niedziela, 5 lipca 2020
12 450
kroków, Kochany Pamiętniczku.
Wróciłam do domu prawie czołgając się, tym bardziej że mimo zabezpieczenia newralgicznych miejsc w sandałach w miejsca niezabezpieczone wsypała się tona piaseczku i...
Ale nie ma co narzekać, chociaż nie przepadam za ZOO.
Co za przyjemność oglądać majestatyczne zwierzęta uwięzione w klatkach, na wybiegach?
Wielki orzeł amerykański, zamknięty w wolierze o powierzchni mojego mieszkania, co z tego, że wyższej? I tak nie poleci, nie rozwinie skrzydeł, nie zachłyśnie się wiatrem...
I do tego jeżdżąca w kółko, upierdliwa kolejka, chyba z 15 razy musieliśmy jej złazić z drogi, do tego pilnowanie dzieci, żeby nie wpadły (Kalafiorkówna, okruszek maleńki, na widok kolejki dostawała małpiego rozumu i utrzymanie takiej łapinki, żeby się pod koła nie rzuciła, to dopiero był sport ekstremalny). A przy wolierze, przy której Mała Wiedźma nabiła sobie legendarnego guza, zakończonego wizytą w szpitalu, Kalafiorkówna, absolutnie niezainteresowana ptasiorem, ruszyła po stromym chodniku i uwierzcie, wiele mnie kosztowało dogonienie, przystopowanie i ocalenie przed kolejnym legendarnym guzem...
Dobrze, że wybrali poranne godziny, nie staliśmy w kolejce, a i miejsce na parkingu mieli. Ja z Pierworodnym dojechałam luksusowo MPK szybciej niż oni samochodem.Z trzema przesiadkami :0 I jeszcze na nich czekaliśmy. Okazało się, że w ZOO też trzeba nosić maseczki, choć po jaką cholerę, nie wiem. Owszem, zakładaliśmy w minizoo, gdzie był tłum z dzieciarnią, ale w samym zoo mijaliśmy się z innymi w przyzwoitej odległości. Nie zabrałam przyłbicy i byłam zła, ale potem wyluzowałam. W przyłbicy usmażyłabym się jak jajecznica na twardo.
Alienek rzucił się w me objęcia od razu, batia, batia, serce pękło mi na miliard kawałków i już chyba nigdy się nie zrośnie.
Kalafiorkówna zaś, i owszem, piątkę przybiła, ale mowy nie było o miłości. Dystans społeczny, nie bo nie.
Trudno :)
Przy wejściu Alienek dostał mapę, musiał z nią odwiedzić po kolei wszystkie zaznaczone zwierzęta, zdobyć pieczątki i otrzymać medal zdobywcy. Był zachwycony, zafascynowany, szedł z wzrokiem wbitym w mapę, a jadąc na pleckach ojca zasłaniał mu oczy mapą, żeby tata wiedział, gdzie ma iść... I nie znudziło mu się, a jemu wszystko szybko się nudzi :)
Żar lał się z nieba, dzieci nie można było na sekundę z oka spuścić, bo jak nie ta pieprzona ciuchcia, to jakiś wóz gospodarczy czy inny melex popylał, no a nasze Łobuzy jak petardy... Czworo dorosłych ledwo dawało radę z dwójką :D Więc to obrazuje skalę łobuzerki.
Jednak jakże kochanej, co nie?
Na koniec Alienek i Kalafiorkówna dostali certyfikat Odkrywcy. A Alienek dodatkowo medal. No dobra, medal kupiła babcia. Za całe 18 peelenów, z czego się wszyscy nabijają, a ja uważam, że zasłużył na ten medal jak mało kto. O.
W połowie drogi w Kalafiorkównie, która w międzyczasie ucięła sobie drzemkę króciutką coś pękło i na nieśmiałą prośbę: proszę, daj babci łapkę, Skubana spojrzała do góry, westchnęła głęboko i dała :) A potem poszła na apka i... łaskawie pozwoliła się nieść wtedy, gdy babcia po przejściu 10 tys. kroków szła już pijackim tangiem mimo tego, że od rana oprócz kawy i wody nic nie piła.
Przechera, Łobuz i...
Bawiła się ze mną.
Lody zostały przełamane. Chyba już jest moja, i git majonez.
Mieliśmy jechać do Inżynierostwa, ale Pierworodny już na wyjściu powiedział, że musi do domu, bo żona nagle wraca.
A, coś jej nie pasowało, że się dobrze bawi z nami. Chyba. I pojechał do pustej chaty, w której jedzenia nie było, bo wczoraj do nocy pracował. I jeszcze takie tam kłamstwo po drodze, myślał, że ja nie skonfrontuję zeznań?
Ale w dupie mam.
Tylko MW mi żal... Ale co ja poradzę na ludzką głupotę?
Pojechałam na te pizzę sama.
Ledwo na to 4. piętro wlazłam, każda kosteczka krzyczała głośno i rozdzierająco: umieram...
Otwierają się drzwi i... rzuca się na mnie mały huraganek Kalafiorkówna, rechocąc i włażąc na ręce...
Resztka serca mi pękła i teraz czekamy na nowe, do przeszczepu.
Grupa krwi A1B Rh minus.
Jakby ktoś miał namiary...
I Alienek mnie dobił, z trudem oswobodziłam się od tałatajstwa, do kibla podążając, albowiem sikałam przed 9, a była już prawie 16 :|
No i potem, a to z króliczkiem targowałam się o marchewkę, ukrytej Kalafiorkówny, której nigdzie nie było szukałam, Alienka zgodnie z obietnicą drapałam namiętnie po pleckach (mam zadarte skórki od paznokci i przed wizytą u nich obcinam paznokcie na maksa, są drapiące i jestem najlepsza w drapaniu po pleckach, nikt nie drapie tak jak ja), jeden sierściuch jebany mało się nie wściekł, domagając się pieszczotek, a potem wlazł za mnie, wąchał mi włosy (Inżynier pokładał się ze śmiechu, a sierściuchowi jebanemu widocznie moje perfumy albo szampon odpowiada), wąsami doprowadzał mnie do zgonu (nienawidzę łaskotania)...
I tak nam czas minął, pizzą przerwany, ale przeprosiłam, podziękowałam i zwinęłam się do domu, bo wszyscy mieli dość.
A ja marzyłam o wyciągnięciu kopyt do góry i umarnięciu.
Pożegnanie było długie i tragiczne, balkonowe, okraszone obietnicami, że już niedługo, że będę z nimi i again...
Nie ma Kalafiorkówny i drapanie Alienka...
Wiem, wiem, słodkie to.
Jestem szczęściarą, ale ci.... :)
Umarnąć się nie dało. Odetchnęłam, fotki zgrałam i piszę ku pamięci.
Jak 12 lipca pójdzie coś nie tak, trzeba będzie znów wiać.
Kalafiorkówna ma już trzy kitki...
... i na moment ją wujek złapał... Ale jak sam ma swoje,do niej zabierał się jak zając do jeża :) Aż się pośmialiśmy :)
Biedny wilk leżał i animrumrał,obojętny na wszystko. W naturze wiałby, gdzie pieprz rośnie albo atakował.
Biedny.
Gorąc był taki, że misiek się moczył. A ja, nienawidząca zbiorników wodnych poza własną wanną, z rozkoszą ległabym koło niego.
Ale co mu z tych kilkudziesięciu metrów i bajorka?
Małpa miała na wszystko wyjebane, ale szczęśliwa też nie była.
A flamingi - co im z tego, jak siatka nad głową?
Widzi ktoś tu zebrę? :)
A badylki wolne...
... niczym nieskrępowane. Zakwitną, przekwitną, za rok znów ich czas... :)
Niedziela była cudna.
Przepiękna.
Mimo tego, że moje wnuki to pierwszy sort Łobuzów :D
Wróciłam do domu prawie czołgając się, tym bardziej że mimo zabezpieczenia newralgicznych miejsc w sandałach w miejsca niezabezpieczone wsypała się tona piaseczku i...
Ale nie ma co narzekać, chociaż nie przepadam za ZOO.
Co za przyjemność oglądać majestatyczne zwierzęta uwięzione w klatkach, na wybiegach?
Wielki orzeł amerykański, zamknięty w wolierze o powierzchni mojego mieszkania, co z tego, że wyższej? I tak nie poleci, nie rozwinie skrzydeł, nie zachłyśnie się wiatrem...
I do tego jeżdżąca w kółko, upierdliwa kolejka, chyba z 15 razy musieliśmy jej złazić z drogi, do tego pilnowanie dzieci, żeby nie wpadły (Kalafiorkówna, okruszek maleńki, na widok kolejki dostawała małpiego rozumu i utrzymanie takiej łapinki, żeby się pod koła nie rzuciła, to dopiero był sport ekstremalny). A przy wolierze, przy której Mała Wiedźma nabiła sobie legendarnego guza, zakończonego wizytą w szpitalu, Kalafiorkówna, absolutnie niezainteresowana ptasiorem, ruszyła po stromym chodniku i uwierzcie, wiele mnie kosztowało dogonienie, przystopowanie i ocalenie przed kolejnym legendarnym guzem...
Dobrze, że wybrali poranne godziny, nie staliśmy w kolejce, a i miejsce na parkingu mieli. Ja z Pierworodnym dojechałam luksusowo MPK szybciej niż oni samochodem.Z trzema przesiadkami :0 I jeszcze na nich czekaliśmy. Okazało się, że w ZOO też trzeba nosić maseczki, choć po jaką cholerę, nie wiem. Owszem, zakładaliśmy w minizoo, gdzie był tłum z dzieciarnią, ale w samym zoo mijaliśmy się z innymi w przyzwoitej odległości. Nie zabrałam przyłbicy i byłam zła, ale potem wyluzowałam. W przyłbicy usmażyłabym się jak jajecznica na twardo.
Alienek rzucił się w me objęcia od razu, batia, batia, serce pękło mi na miliard kawałków i już chyba nigdy się nie zrośnie.
Kalafiorkówna zaś, i owszem, piątkę przybiła, ale mowy nie było o miłości. Dystans społeczny, nie bo nie.
Trudno :)
Przy wejściu Alienek dostał mapę, musiał z nią odwiedzić po kolei wszystkie zaznaczone zwierzęta, zdobyć pieczątki i otrzymać medal zdobywcy. Był zachwycony, zafascynowany, szedł z wzrokiem wbitym w mapę, a jadąc na pleckach ojca zasłaniał mu oczy mapą, żeby tata wiedział, gdzie ma iść... I nie znudziło mu się, a jemu wszystko szybko się nudzi :)
Żar lał się z nieba, dzieci nie można było na sekundę z oka spuścić, bo jak nie ta pieprzona ciuchcia, to jakiś wóz gospodarczy czy inny melex popylał, no a nasze Łobuzy jak petardy... Czworo dorosłych ledwo dawało radę z dwójką :D Więc to obrazuje skalę łobuzerki.
Jednak jakże kochanej, co nie?
Na koniec Alienek i Kalafiorkówna dostali certyfikat Odkrywcy. A Alienek dodatkowo medal. No dobra, medal kupiła babcia. Za całe 18 peelenów, z czego się wszyscy nabijają, a ja uważam, że zasłużył na ten medal jak mało kto. O.
W połowie drogi w Kalafiorkównie, która w międzyczasie ucięła sobie drzemkę króciutką coś pękło i na nieśmiałą prośbę: proszę, daj babci łapkę, Skubana spojrzała do góry, westchnęła głęboko i dała :) A potem poszła na apka i... łaskawie pozwoliła się nieść wtedy, gdy babcia po przejściu 10 tys. kroków szła już pijackim tangiem mimo tego, że od rana oprócz kawy i wody nic nie piła.
Przechera, Łobuz i...
Bawiła się ze mną.
Lody zostały przełamane. Chyba już jest moja, i git majonez.
Mieliśmy jechać do Inżynierostwa, ale Pierworodny już na wyjściu powiedział, że musi do domu, bo żona nagle wraca.
A, coś jej nie pasowało, że się dobrze bawi z nami. Chyba. I pojechał do pustej chaty, w której jedzenia nie było, bo wczoraj do nocy pracował. I jeszcze takie tam kłamstwo po drodze, myślał, że ja nie skonfrontuję zeznań?
Ale w dupie mam.
Tylko MW mi żal... Ale co ja poradzę na ludzką głupotę?
Pojechałam na te pizzę sama.
Ledwo na to 4. piętro wlazłam, każda kosteczka krzyczała głośno i rozdzierająco: umieram...
Otwierają się drzwi i... rzuca się na mnie mały huraganek Kalafiorkówna, rechocąc i włażąc na ręce...
Resztka serca mi pękła i teraz czekamy na nowe, do przeszczepu.
Grupa krwi A1B Rh minus.
Jakby ktoś miał namiary...
I Alienek mnie dobił, z trudem oswobodziłam się od tałatajstwa, do kibla podążając, albowiem sikałam przed 9, a była już prawie 16 :|
No i potem, a to z króliczkiem targowałam się o marchewkę, ukrytej Kalafiorkówny, której nigdzie nie było szukałam, Alienka zgodnie z obietnicą drapałam namiętnie po pleckach (mam zadarte skórki od paznokci i przed wizytą u nich obcinam paznokcie na maksa, są drapiące i jestem najlepsza w drapaniu po pleckach, nikt nie drapie tak jak ja), jeden sierściuch jebany mało się nie wściekł, domagając się pieszczotek, a potem wlazł za mnie, wąchał mi włosy (Inżynier pokładał się ze śmiechu, a sierściuchowi jebanemu widocznie moje perfumy albo szampon odpowiada), wąsami doprowadzał mnie do zgonu (nienawidzę łaskotania)...
I tak nam czas minął, pizzą przerwany, ale przeprosiłam, podziękowałam i zwinęłam się do domu, bo wszyscy mieli dość.
A ja marzyłam o wyciągnięciu kopyt do góry i umarnięciu.
Pożegnanie było długie i tragiczne, balkonowe, okraszone obietnicami, że już niedługo, że będę z nimi i again...
Nie ma Kalafiorkówny i drapanie Alienka...
Wiem, wiem, słodkie to.
Jestem szczęściarą, ale ci.... :)
Umarnąć się nie dało. Odetchnęłam, fotki zgrałam i piszę ku pamięci.
Jak 12 lipca pójdzie coś nie tak, trzeba będzie znów wiać.
Kalafiorkówna ma już trzy kitki...
... i na moment ją wujek złapał... Ale jak sam ma swoje,do niej zabierał się jak zając do jeża :) Aż się pośmialiśmy :)
Biedny wilk leżał i animrumrał,obojętny na wszystko. W naturze wiałby, gdzie pieprz rośnie albo atakował.
Biedny.
Gorąc był taki, że misiek się moczył. A ja, nienawidząca zbiorników wodnych poza własną wanną, z rozkoszą ległabym koło niego.
Ale co mu z tych kilkudziesięciu metrów i bajorka?
Małpa miała na wszystko wyjebane, ale szczęśliwa też nie była.
A flamingi - co im z tego, jak siatka nad głową?
Widzi ktoś tu zebrę? :)
A badylki wolne...
... niczym nieskrępowane. Zakwitną, przekwitną, za rok znów ich czas... :)
Niedziela była cudna.
Przepiękna.
Mimo tego, że moje wnuki to pierwszy sort Łobuzów :D
sobota, 4 lipca 2020
Sąsiadka
z naprzeciwka złe oko ma, Kochany Pamiętniczku.
Wpadliśmy na siebie wczoraj na korytarzu, aż podskoczyłam tak mnie zaszli chyłkiem, ukradkiem i znienacka. Nie spodziewałam się nikogo, bo na działce siedzą, a pozostałe dwa mieszkania puste i nawet hołota sobie wieczorynki na korytarzu urządza, tak pusto.
Blablabla, jak zawsze.
Wracam z zakupami, znów na nią wpadam.
Jako że oko ma bystre, łypnęła na mój wózeczek i mówi: dziura jest, zaszyć trzeba.
Ta... dziurą dziurą, zaszywając to wylądowałabym na chirurgii. Dziura w życiu nie przeszkadza, no ale uśmiech i tralalalalala :)
Dziś do Lidla rankiem chciałam pobieżyć, albowiem znalazłam przepis na smażoną cukinię, a nie miałam żółtego sera do panierowania.
Dawno w Lidlu nie byłam, to sobie myślę: hycnę.
Daleko nie hycnęłam, bo kółko szlag trafił zaraz koło śmietnika i dobrze, że tam, a nie jak już wracałabym z zakupami.
To piąty wózek, który szlag. Żeby go nie lustrowała tym złym okiem, byłoby OK. Nie powiem, badyle mi podlewają jak coś (niespecjalnie z sercem), ale ogólnie jest chłodno i... no to złe oko :P
Niestety, ani żaden z zachomikowanych szkieletów do worka nie pasował, a krew mnie zalewała, bo wózek niecały rok ma, a zapłaciłam jak za zboże, prawie 100 zł, pani zaklinała się, że trzecią wojnę światową przeżyje, że pojemny i kieszenie ma. Od kieszeni się właśnie zaczął pruć, a potem już z górki :)
Jak widać, na dnie z honorem legł, paragon gdzieś w kosmosie, a i tak nie jechałabym z zepsutym wózkiem na Górczyn, żeby zareklamować.
Szlag.
Więc lecę i mówię, że nie kupię u tego dziada na Manhattanie, bo chłop makabra jakich mało i cham. Cham do n-tej plus nieskończoność, a tylko on ma wózeczki.
A tymczasem
taki pan, wyrzucony na balkon lata stał. Wczasie pandemii dostał maseczkę, czapeczkę i rękawiczki.
Chyba go COVID załatwił, bo zniknął z balkonu i
... mamy tak :)
Lecę i olsnienie.
AGD ma wózki. Wlatuję, jeden marny i do niczego...
Dupa...
Chiński sklepik.Kilka, ale rozpadną się w oka mgnieniu, a na dokładkę do dupy są.
Za torami jest sklepik. Lecę, ledwo żywa, bo upał...
Klub osiedlowy, dla staruchów takich jak ja, ale nigdy nie mam czasu. Ale są OK, co nie?
I fotograf też jest OK :)
Tęczowo w moim Heimacie, a tu ponoć white power rządzi.
No nic :)
Sklepik za torami remontowany jest.
Pech. Złe oko.
Mieczyki ukochane wracając kupuję, ser w budce, zielony kalafior mnie skusił i chrzan od Dymeckiego, który się akurat skończył.
Ta, powinnam jeszcze tampony kupić i wsadzić do musztardy, bo jak tak dalej pójdzie, to musztardę wpierdalać będziemy, mnie to rybka, lubię musztardę, a najbardziej rosyjską :D I Colemana w proszku jeszcze mam, która mi Pierworodny kupił, jak byłam pierwszy raz u niego w UK, bo: mama lubi puszki :) I tak sobie ta nieszczęsna musztarda w puszce stoi od kilkunastu lat, nówka nieśmigana :D
Na Manhattanie cham wózki ma, ale bez rewelacji, więc nie, nie dam mu zarobić.
Wleciałam do Galerii i w Pepco wózek jest. Wprawdzie daleki od ideału, ale najtańszy z nich, też chińskie małe rączki robiły i w razie W zapasowe podwozie będzie do niego pasowało. Kupuję.
Teraz pozostaje się powoli ogarnąć na jutro, choć boję się tego ZOO, bo dzisiaj zrobiłam na liczniku 6 tys. kroków i padłam, a jutro, pocieszam się, że Kalafiorkówna aczkolwiek biegająca, to jeszcze nie jest jak Szewińska, więc nie powinno być tak źle. Gorsze gorąco. U mnie w pokoju 25 stopni, a ja jak lody - roztapiam się.
I o nieludzkiej godzinie muszę do ZOO dojechać: na 10 :)
A panierowana cukinia dobra, ale dupy nie urwało :D
UPDATE
Dziś 61. urodziny mojego młodszego brata. Tak głupio przepieprzył swoje życie.
I to jednak ja mu spuszczę łomot jak się spotkamy.
Nie ma innej opcji.
Urodzony 4 lipca.
Kurwa.
Wpadliśmy na siebie wczoraj na korytarzu, aż podskoczyłam tak mnie zaszli chyłkiem, ukradkiem i znienacka. Nie spodziewałam się nikogo, bo na działce siedzą, a pozostałe dwa mieszkania puste i nawet hołota sobie wieczorynki na korytarzu urządza, tak pusto.
Blablabla, jak zawsze.
Wracam z zakupami, znów na nią wpadam.
Jako że oko ma bystre, łypnęła na mój wózeczek i mówi: dziura jest, zaszyć trzeba.
Ta... dziurą dziurą, zaszywając to wylądowałabym na chirurgii. Dziura w życiu nie przeszkadza, no ale uśmiech i tralalalalala :)
Dziś do Lidla rankiem chciałam pobieżyć, albowiem znalazłam przepis na smażoną cukinię, a nie miałam żółtego sera do panierowania.
Dawno w Lidlu nie byłam, to sobie myślę: hycnę.
Daleko nie hycnęłam, bo kółko szlag trafił zaraz koło śmietnika i dobrze, że tam, a nie jak już wracałabym z zakupami.
To piąty wózek, który szlag. Żeby go nie lustrowała tym złym okiem, byłoby OK. Nie powiem, badyle mi podlewają jak coś (niespecjalnie z sercem), ale ogólnie jest chłodno i... no to złe oko :P
Niestety, ani żaden z zachomikowanych szkieletów do worka nie pasował, a krew mnie zalewała, bo wózek niecały rok ma, a zapłaciłam jak za zboże, prawie 100 zł, pani zaklinała się, że trzecią wojnę światową przeżyje, że pojemny i kieszenie ma. Od kieszeni się właśnie zaczął pruć, a potem już z górki :)
Jak widać, na dnie z honorem legł, paragon gdzieś w kosmosie, a i tak nie jechałabym z zepsutym wózkiem na Górczyn, żeby zareklamować.
Szlag.
Więc lecę i mówię, że nie kupię u tego dziada na Manhattanie, bo chłop makabra jakich mało i cham. Cham do n-tej plus nieskończoność, a tylko on ma wózeczki.
A tymczasem
taki pan, wyrzucony na balkon lata stał. Wczasie pandemii dostał maseczkę, czapeczkę i rękawiczki.
Chyba go COVID załatwił, bo zniknął z balkonu i
... mamy tak :)
Lecę i olsnienie.
AGD ma wózki. Wlatuję, jeden marny i do niczego...
Dupa...
Chiński sklepik.Kilka, ale rozpadną się w oka mgnieniu, a na dokładkę do dupy są.
Za torami jest sklepik. Lecę, ledwo żywa, bo upał...
Klub osiedlowy, dla staruchów takich jak ja, ale nigdy nie mam czasu. Ale są OK, co nie?
I fotograf też jest OK :)
Tęczowo w moim Heimacie, a tu ponoć white power rządzi.
No nic :)
Sklepik za torami remontowany jest.
Pech. Złe oko.
Mieczyki ukochane wracając kupuję, ser w budce, zielony kalafior mnie skusił i chrzan od Dymeckiego, który się akurat skończył.
Ta, powinnam jeszcze tampony kupić i wsadzić do musztardy, bo jak tak dalej pójdzie, to musztardę wpierdalać będziemy, mnie to rybka, lubię musztardę, a najbardziej rosyjską :D I Colemana w proszku jeszcze mam, która mi Pierworodny kupił, jak byłam pierwszy raz u niego w UK, bo: mama lubi puszki :) I tak sobie ta nieszczęsna musztarda w puszce stoi od kilkunastu lat, nówka nieśmigana :D
Na Manhattanie cham wózki ma, ale bez rewelacji, więc nie, nie dam mu zarobić.
Wleciałam do Galerii i w Pepco wózek jest. Wprawdzie daleki od ideału, ale najtańszy z nich, też chińskie małe rączki robiły i w razie W zapasowe podwozie będzie do niego pasowało. Kupuję.
Teraz pozostaje się powoli ogarnąć na jutro, choć boję się tego ZOO, bo dzisiaj zrobiłam na liczniku 6 tys. kroków i padłam, a jutro, pocieszam się, że Kalafiorkówna aczkolwiek biegająca, to jeszcze nie jest jak Szewińska, więc nie powinno być tak źle. Gorsze gorąco. U mnie w pokoju 25 stopni, a ja jak lody - roztapiam się.
I o nieludzkiej godzinie muszę do ZOO dojechać: na 10 :)
A panierowana cukinia dobra, ale dupy nie urwało :D
UPDATE
Dziś 61. urodziny mojego młodszego brata. Tak głupio przepieprzył swoje życie.
I to jednak ja mu spuszczę łomot jak się spotkamy.
Nie ma innej opcji.
Urodzony 4 lipca.
Kurwa.
czwartek, 2 lipca 2020
Bajzel
jest wszędzie, Kochany Pamiętniczku.
Rachunek za prąd powinnam dostać pod koniec czerwca, spam sprawdzałam i inne takie tak,mam konto w ENEA, eBOK, zawsze razem z fakturą na emilku jest i faktura w eBOK. A tu nic. A siedziałam jak na gwoździach, bo domyślam się, że mój stary pracowy grat prąd żarł, a jeszcze do tego doszła i drukarka (też stara) i skaner, dwa włączone prawie non stop komputery...
W końcu ostatniego czerwca napisałam emilka na eBOK, że gdzie jest mój rachunek. Grzecznie. Wczoraj co ja paczę? Emilek ma status sprawa w toku, dziś dostaję odpowiedź, a w niej duplikat faktury.
Japierdolę.
Ani słowa wyjaśnienia, na samym eBOK dalej nie ma faktury, na emilku też, ale mam duplikat.
Japierdolę.
205,20.
A w porywach, najwyższa kwota jaką zapłaciłam to było 170 zł, jak miałam Inżyniera na kwarantannie, ale to wtedy chodziło już na maksa elektroniki, bo on na dwóch kompach pracował.
No nic, wzdech, zapłaciłam, co mam zrobić. Teraz mniej ciągnę, bo mam Outloka na moim kompie, więc nie hulają dwa kompiki, dopóki nie będzie potrzebny wydruk czy strona złamana do czytania, ale to się jeszcze dopytam, czy lepiej puścić non stop, czy włączać i wyłączać.
Nie mam reklamować w pracy, Inżynier mówi, że spadły mi koszty dojazdu. No ba, ale za dojazd płaciłam 50 zł rocznie, teraz roczna sieciówka skoczyła do 90 zł, ale to i tak nie jest kosmiczna cena i nie pokryje mi prądu. Teoretycznie powinnam mieć więcej czasu, bo nie dojeżdżam i inne takie tam.
Postaram się optymistycznie popatrzeć, ale...
Jedyne, co mnie pociesza to to, że musztarda o 10 groszy potaniała, a i tampony też.
Zawsze coś.
No i gaz potaniał, to może wszystko przerobić na gaz? Zmorka mówi, że skoro samochód można to pewno resztę też. A za gaz płacę 8 zł w czynszu. Proszę mnie nie pytać dlaczego, bo tak płacę odkąd się tu wprowadziłam.
Mieszkania są nieolicznikowane.
W eBOK wyskrobałam kolejnego emilka z pytaniem kto ukradł oryginał faktury i czy odtąd będę musiała wciąż detektywa zatrudniać, żeby ją znaleźć.
I znów na noże w Bossem, bo... mam zaplanowac urlop.
Jak ja mam, kurwa, zaplanować urlop, jak wciąż jest coś do roboty i nie mam kiedy go wziąć. I nie mówię o dodatkowej robocie, ale z mojej się urwać nie mogę, bo wiadomo, że do dodatków nie ma urlopu.
Mówię, że na jesieni, a on, że mam teraz ustalić datę. Kij mu w oko, ustaliłam, wezmę i palcem w bucie nie kiwnę na etacie. A już był kolejny emilek, że ostatnio był bajzel. Jakbym tego nie wiedziała, problem polega na tym, że to nie ja go robiłam. Ale w emilkach nie ponarzekam, bo chuj wie, kto emilki na firmowej poczcie czyta. Jedynie do G. mogę sobie prywatnie skrobnąć, ale po co?
Pierworodny wleciał i wreszcie ten odskakujący próg dokręcił. Zawsze jedna sprawa do przodu.
W niedzielę rodzinna wyprawa z Łobuzami do ZOO, dołączy, bo będzie słomianym wdowcem.
Senat właśnie przegłosował bon wakacyjny dla emerytów. A na wiecach wrzeszczą o 26. emeryturze.
Ocipieć można i tyle.
Znów będziemy milionami obracać, albo wszystko pierdolnie z wielkim hukiem.
Sprawdza się to chińskie przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach.
Tylko kto mnie tak przeklął?
Rachunek za prąd powinnam dostać pod koniec czerwca, spam sprawdzałam i inne takie tak,mam konto w ENEA, eBOK, zawsze razem z fakturą na emilku jest i faktura w eBOK. A tu nic. A siedziałam jak na gwoździach, bo domyślam się, że mój stary pracowy grat prąd żarł, a jeszcze do tego doszła i drukarka (też stara) i skaner, dwa włączone prawie non stop komputery...
W końcu ostatniego czerwca napisałam emilka na eBOK, że gdzie jest mój rachunek. Grzecznie. Wczoraj co ja paczę? Emilek ma status sprawa w toku, dziś dostaję odpowiedź, a w niej duplikat faktury.
Japierdolę.
Ani słowa wyjaśnienia, na samym eBOK dalej nie ma faktury, na emilku też, ale mam duplikat.
Japierdolę.
205,20.
A w porywach, najwyższa kwota jaką zapłaciłam to było 170 zł, jak miałam Inżyniera na kwarantannie, ale to wtedy chodziło już na maksa elektroniki, bo on na dwóch kompach pracował.
No nic, wzdech, zapłaciłam, co mam zrobić. Teraz mniej ciągnę, bo mam Outloka na moim kompie, więc nie hulają dwa kompiki, dopóki nie będzie potrzebny wydruk czy strona złamana do czytania, ale to się jeszcze dopytam, czy lepiej puścić non stop, czy włączać i wyłączać.
Nie mam reklamować w pracy, Inżynier mówi, że spadły mi koszty dojazdu. No ba, ale za dojazd płaciłam 50 zł rocznie, teraz roczna sieciówka skoczyła do 90 zł, ale to i tak nie jest kosmiczna cena i nie pokryje mi prądu. Teoretycznie powinnam mieć więcej czasu, bo nie dojeżdżam i inne takie tam.
Postaram się optymistycznie popatrzeć, ale...
Jedyne, co mnie pociesza to to, że musztarda o 10 groszy potaniała, a i tampony też.
Zawsze coś.
No i gaz potaniał, to może wszystko przerobić na gaz? Zmorka mówi, że skoro samochód można to pewno resztę też. A za gaz płacę 8 zł w czynszu. Proszę mnie nie pytać dlaczego, bo tak płacę odkąd się tu wprowadziłam.
Mieszkania są nieolicznikowane.
W eBOK wyskrobałam kolejnego emilka z pytaniem kto ukradł oryginał faktury i czy odtąd będę musiała wciąż detektywa zatrudniać, żeby ją znaleźć.
I znów na noże w Bossem, bo... mam zaplanowac urlop.
Jak ja mam, kurwa, zaplanować urlop, jak wciąż jest coś do roboty i nie mam kiedy go wziąć. I nie mówię o dodatkowej robocie, ale z mojej się urwać nie mogę, bo wiadomo, że do dodatków nie ma urlopu.
Mówię, że na jesieni, a on, że mam teraz ustalić datę. Kij mu w oko, ustaliłam, wezmę i palcem w bucie nie kiwnę na etacie. A już był kolejny emilek, że ostatnio był bajzel. Jakbym tego nie wiedziała, problem polega na tym, że to nie ja go robiłam. Ale w emilkach nie ponarzekam, bo chuj wie, kto emilki na firmowej poczcie czyta. Jedynie do G. mogę sobie prywatnie skrobnąć, ale po co?
Pierworodny wleciał i wreszcie ten odskakujący próg dokręcił. Zawsze jedna sprawa do przodu.
W niedzielę rodzinna wyprawa z Łobuzami do ZOO, dołączy, bo będzie słomianym wdowcem.
Senat właśnie przegłosował bon wakacyjny dla emerytów. A na wiecach wrzeszczą o 26. emeryturze.
Ocipieć można i tyle.
Znów będziemy milionami obracać, albo wszystko pierdolnie z wielkim hukiem.
Sprawdza się to chińskie przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach.
Tylko kto mnie tak przeklął?
środa, 1 lipca 2020
Spokojnie
minął dzień, Kochany Pamiętniczku.
Pracy było tyle, co kot napłakał. Znaczy się, będzie się później działo.
Ajfoniczek na rok zabezpieczony, wszystko przedłużone, znaczy się doładowane konto i takie tam.
Synowa No1 wpadła, na wyżalenie się, of course, obiad spichciłam, że ojapierdolę, smakował jej. Ale zanim do mnie dotarła, przeszły jej wszystkie rzeczy, które ją wkurwiały, co nie znaczy, że nie spędziłyśmy miłych chwil.
Nie spodziewała się, że ja tak oceniam jej ojca, ona nawet nie zauważyła tego. Jej ojciec, wchodząc do mnie, bez żadnej krępacji i pytania wyciąga się jak długi na kanapie...
Kiedyś o tym pisałam.
Ona ma z ojcem na pieńku. O całokształt.
Od dziś, jak ją przyciśnie, będzie sobie wyobrażała, jak on mnie kurwia, moszcząc się na mojej kanapie :)
Mnie tam nic nie ubędzie, widywałam go raz na ruski rok, a po tych bypassach szansa na następne spotkanie jest mikra.
Niech się dziewczyna cieszy, skoro jej to pomoże, mi to rybka :)
Jutro ma wlecieć Pierworodny z wiertarką, żeby sąsiedzi wiedzieli, że SJ żyje, ma się dobrze i będzie też robić hałas, bo może.
A co...
Powiercimy sobie, kto bogatemu zabroni?
Do Enei napisałam, że wciąż nie mam rachunku. Cisza.
A na serio, boję się rachunku.
A Łobuzy idą w świat, jakie zadowolone, Skubane.
Patrzę na Łobuzów i widzę Małą Wiedźmę, idącą w świat ze swoim Przyjacielem...
Też podobną fotkę wrzucałam.
Dlaczego one tak szybko rosną, te Skubane Łajzy?
Obejrzałam dziś
Do końca nie ogarnę tego nigdy, tej maszyny Turnera, przykro mi, jestem debilką matematyczną. Aczkolwiek komputery uwielbiam, zupełnie ich nie ogarniając. I wciąż w oczach mam (tak jak mówiłeś, Synu, pamięta się oczami, nie aparatem) moment, gdy w Betchley Park, zwiedzając z Tobą i Baranem, starałam się upolować na fotce, moim wyjechanym w Kosmos soniaczkiem piórko na berecie żołnierza, mimo Twoich ostrzeżeń, że jak mnie będę do pierdla brali, bo żołnierzy nie fotografujemy za Chiny Ludowe, nie odezwie się słowem i nie będzie tłumaczył...
Piórko upolowałam, gdzieś w czeluściach moich niezliczonych dysków jest.
Do pierdla mnie nie wsadzili.
Nie złapali nawet, nic nie musiałeś tłumaczyć...
Enigma bliska memu sercu, bo wiadomo, Poznań...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
I boli, że człowiek, który w zasadzie ocalił Europę został tak zniszczony.
Tylko dlatego, że zaglądano mu do łóżka.
I tak życie pędzi coraz prędzej, a historia kołem się toczy.
A wystarczy czasem zobaczyć człowieka.
I nie mówić mu, jak ma żyć.
Jeżeli nikogo nie krzywdzi, to co komu do domu jak chałupka nie jego?
Film polecam.
Pracy było tyle, co kot napłakał. Znaczy się, będzie się później działo.
Ajfoniczek na rok zabezpieczony, wszystko przedłużone, znaczy się doładowane konto i takie tam.
Synowa No1 wpadła, na wyżalenie się, of course, obiad spichciłam, że ojapierdolę, smakował jej. Ale zanim do mnie dotarła, przeszły jej wszystkie rzeczy, które ją wkurwiały, co nie znaczy, że nie spędziłyśmy miłych chwil.
Nie spodziewała się, że ja tak oceniam jej ojca, ona nawet nie zauważyła tego. Jej ojciec, wchodząc do mnie, bez żadnej krępacji i pytania wyciąga się jak długi na kanapie...
Kiedyś o tym pisałam.
Od dziś, jak ją przyciśnie, będzie sobie wyobrażała, jak on mnie kurwia, moszcząc się na mojej kanapie :)
Mnie tam nic nie ubędzie, widywałam go raz na ruski rok, a po tych bypassach szansa na następne spotkanie jest mikra.
Niech się dziewczyna cieszy, skoro jej to pomoże, mi to rybka :)
Jutro ma wlecieć Pierworodny z wiertarką, żeby sąsiedzi wiedzieli, że SJ żyje, ma się dobrze i będzie też robić hałas, bo może.
A co...
Powiercimy sobie, kto bogatemu zabroni?
Do Enei napisałam, że wciąż nie mam rachunku. Cisza.
A na serio, boję się rachunku.
A Łobuzy idą w świat, jakie zadowolone, Skubane.
Patrzę na Łobuzów i widzę Małą Wiedźmę, idącą w świat ze swoim Przyjacielem...
Też podobną fotkę wrzucałam.
Dlaczego one tak szybko rosną, te Skubane Łajzy?
Obejrzałam dziś
Do końca nie ogarnę tego nigdy, tej maszyny Turnera, przykro mi, jestem debilką matematyczną. Aczkolwiek komputery uwielbiam, zupełnie ich nie ogarniając. I wciąż w oczach mam (tak jak mówiłeś, Synu, pamięta się oczami, nie aparatem) moment, gdy w Betchley Park, zwiedzając z Tobą i Baranem, starałam się upolować na fotce, moim wyjechanym w Kosmos soniaczkiem piórko na berecie żołnierza, mimo Twoich ostrzeżeń, że jak mnie będę do pierdla brali, bo żołnierzy nie fotografujemy za Chiny Ludowe, nie odezwie się słowem i nie będzie tłumaczył...
Piórko upolowałam, gdzieś w czeluściach moich niezliczonych dysków jest.
Do pierdla mnie nie wsadzili.
Nie złapali nawet, nic nie musiałeś tłumaczyć...
Enigma bliska memu sercu, bo wiadomo, Poznań...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
I boli, że człowiek, który w zasadzie ocalił Europę został tak zniszczony.
Tylko dlatego, że zaglądano mu do łóżka.
I tak życie pędzi coraz prędzej, a historia kołem się toczy.
A wystarczy czasem zobaczyć człowieka.
I nie mówić mu, jak ma żyć.
Jeżeli nikogo nie krzywdzi, to co komu do domu jak chałupka nie jego?
Film polecam.
wtorek, 30 czerwca 2020
Odważni
nie żyją wiecznie, Kochany Pamiętniczku, prawdaż?
Tchórze nie żyją nigdy.
A to tak na marginesie i nawiasem :)
Tchórze nie żyją nigdy.
A to tak na marginesie i nawiasem :)
Jest
jak jest, Kochany Pamiętniczku.
Mdłości mam, jakich nie miałam nawet będąc w ciąży, bo w ciąży nic mi nie dolegało.
Już nawet wirtualnie nie da się pogadać, bo jak wiadomo, prawda jest jak dupa, każdy ma swoją i swojej pilnuje.
Żenujący jest jednak poziom chamstwa i zbydlęcenia, nazywając rzecz po imieniu.
Bo aczkolwiek nie po drodze mi z wyborcami takiego np. Bosaka, czy niemiłościwie nam urzędującego PAD, nigdy nie przyszłoby mi kogoś takiego wyzywać od najgorszych czy też wprost posyłać do gazu, chociaż czasem nóż mi się w kieszeni otwiera na bezdenną - bo ja wiem? - głupotę, bezmyślność, brak ostatniej komórki mózgowej?
Uczona od małego, że najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa, starająca się to wpoić własnym dzieciom (nie mówię, że wyszło idealnie, aż taką wariatką nie jestem, co to, to nie), nie potrafię ogarnąć, jak człowiek może nie ogarniać rzeczy oczywistych?
Swojego rozumu nie ma?
Jak żyje się lepiej, jak pensje stoją w miejscu, a wszystko drożeje?
A może tylko ja tak uważam, bo po mopsach nie latam i nic mi się nie należy?
Jedyne co do mnie należny to płacenie podatków i rachunków.
Nie, żebym z tego powodu w dołek wpadała, ale ile można? :P
Zastanawiam się, co będzie, jak wprowadzą tę odpowiedzialność lekarzy za błędy.
Bo ustawa nie jest normalna, to zemsta za śmierć ojca Z.
Przecież wiadomo, że lekarz bogiem nie jest i życia nie zatrzyma zawsze.
No cóż.
A, dość o polityce, bo znów w dołek wlecę.
Kroi mi się, olaboga, włóczęga po zoo, z jednej strony fajnie, z drugiej nie wiem, ile wytrzymam, taka niemobilna jak teraz dawno nie byłam.
A za dwa tygodnie będzie to, co sobie wykrakałam. Dostanę Łobuzy (ten gorszy, bardziej brojący sort, albowiem młodzi chcą iść na piwo z okazji urodzin Inżyniera.
Już mi się to po nocach śni, albowiem Kalafiorkówna jeszcze nigdy ze mną nie została bez protestu po dwóch minutach.
Ponoć zostawiana z dziadkiem też protestuje, ale widząc bezcelowość przestaje.
Alienka się nie boję, bestia oswojona z leksza jest.
Nie miała baba kłopotu, wymarzyla sobie wnuki.
Ten lepszy sort siedzi w O., co odbija się na psychice Synowej, ale widząc rewelacje jej matki na FB nie dziwię się, że nie wytrzymuje tam, a i przestałam się dziwić, że Pierworodny, tęskniąc tak mocno za dziećmi woli brać dyżury w weekendy zamiast jechać do O.
J. ma taką psiapsiółkę, jeszcze bardziej jebniętą jak ona i obie teraz plują na Trzaskowskiego, aż się kurzy :0
No ja rozumiem doskonale, że Trzaskowski zwinął się teraz w ramach kampanii w Polskę, przedtem dając łapówkę komu trzeba, żeby nad Warszawą rozpętała się ulewa, chytrze przy tym razem z Hanką G-W pozatykał uprzednio wszelkie kanały i odpływy, żeby zalało i żeby rząd został z tym problemem na lodzie. Tak w skrócie brzmią rewelacje obu pań, podkreślających przy tym, jak promiennie przyjął wynik I tury PAD, a jak zniesmaczony i chamski był RT.
Ojaciepierdolę.
Polityka to jedno wielkie bagno i tyle.
I tak, z mojego punktu widzenia J. jest pojebana na maksa.
Nic na to nie poradzę.
Świnie poszły w tango, ale po dzisiejszym rozdziale jestem załamana.
Po prostu. Autor, siląc się na pseudonaukowy język, zamiast napisać, że świnie nie czują się dobrze przebywając całą dobę w jaskrawym świetle, spłodził coś takiego:
Dwadzieścia-czterogodzinne oświetlenie na dobę może zwiększyć poziom stresu u świń.
Inżynier zaś mi odpisał, że CIA I KGB oraz Mossad doskonale o tym wiedzą :D
A i taki kwiatek:
Powierzchnia kojca nie powinna być jasno oświetlona, aby promować zachowanie spoczynkowe.
Rozumiem, że moja redaktorka nie jest polonistką, ale serio? Serio może to do kogoś przemówić?
Czuję się jak ta świnia, co jej spać nie dali :)
Tylko radio Pogoda koi mój ból jeszcze
I amerykańskie filmy dla nastolatków, bo nic innego ostatnio nie trawię. Niestety. Żadne tam posapokaliptyczne, życie niesie ze sobą dość apokalipsy.
Żadne strzelanki, gonitwy, śledztwa, szpiedzy, Żydzi, Palestyńczycy czy inne cholerstwa.
Żadne zdrady i zaginięcia.
Pragnę jedynie spokoju i ciszy...
I widoku zieleni i badyli...
Mdłości mam, jakich nie miałam nawet będąc w ciąży, bo w ciąży nic mi nie dolegało.
Już nawet wirtualnie nie da się pogadać, bo jak wiadomo, prawda jest jak dupa, każdy ma swoją i swojej pilnuje.
Żenujący jest jednak poziom chamstwa i zbydlęcenia, nazywając rzecz po imieniu.
Bo aczkolwiek nie po drodze mi z wyborcami takiego np. Bosaka, czy niemiłościwie nam urzędującego PAD, nigdy nie przyszłoby mi kogoś takiego wyzywać od najgorszych czy też wprost posyłać do gazu, chociaż czasem nóż mi się w kieszeni otwiera na bezdenną - bo ja wiem? - głupotę, bezmyślność, brak ostatniej komórki mózgowej?
Uczona od małego, że najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa, starająca się to wpoić własnym dzieciom (nie mówię, że wyszło idealnie, aż taką wariatką nie jestem, co to, to nie), nie potrafię ogarnąć, jak człowiek może nie ogarniać rzeczy oczywistych?
Swojego rozumu nie ma?
Jak żyje się lepiej, jak pensje stoją w miejscu, a wszystko drożeje?
A może tylko ja tak uważam, bo po mopsach nie latam i nic mi się nie należy?
Jedyne co do mnie należny to płacenie podatków i rachunków.
Nie, żebym z tego powodu w dołek wpadała, ale ile można? :P
Zastanawiam się, co będzie, jak wprowadzą tę odpowiedzialność lekarzy za błędy.
Bo ustawa nie jest normalna, to zemsta za śmierć ojca Z.
Przecież wiadomo, że lekarz bogiem nie jest i życia nie zatrzyma zawsze.
No cóż.
A, dość o polityce, bo znów w dołek wlecę.
Kroi mi się, olaboga, włóczęga po zoo, z jednej strony fajnie, z drugiej nie wiem, ile wytrzymam, taka niemobilna jak teraz dawno nie byłam.
A za dwa tygodnie będzie to, co sobie wykrakałam. Dostanę Łobuzy (ten gorszy, bardziej brojący sort, albowiem młodzi chcą iść na piwo z okazji urodzin Inżyniera.
Już mi się to po nocach śni, albowiem Kalafiorkówna jeszcze nigdy ze mną nie została bez protestu po dwóch minutach.
Ponoć zostawiana z dziadkiem też protestuje, ale widząc bezcelowość przestaje.
Alienka się nie boję, bestia oswojona z leksza jest.
Nie miała baba kłopotu, wymarzyla sobie wnuki.
Ten lepszy sort siedzi w O., co odbija się na psychice Synowej, ale widząc rewelacje jej matki na FB nie dziwię się, że nie wytrzymuje tam, a i przestałam się dziwić, że Pierworodny, tęskniąc tak mocno za dziećmi woli brać dyżury w weekendy zamiast jechać do O.
J. ma taką psiapsiółkę, jeszcze bardziej jebniętą jak ona i obie teraz plują na Trzaskowskiego, aż się kurzy :0
No ja rozumiem doskonale, że Trzaskowski zwinął się teraz w ramach kampanii w Polskę, przedtem dając łapówkę komu trzeba, żeby nad Warszawą rozpętała się ulewa, chytrze przy tym razem z Hanką G-W pozatykał uprzednio wszelkie kanały i odpływy, żeby zalało i żeby rząd został z tym problemem na lodzie. Tak w skrócie brzmią rewelacje obu pań, podkreślających przy tym, jak promiennie przyjął wynik I tury PAD, a jak zniesmaczony i chamski był RT.
Ojaciepierdolę.
Polityka to jedno wielkie bagno i tyle.
I tak, z mojego punktu widzenia J. jest pojebana na maksa.
Nic na to nie poradzę.
Świnie poszły w tango, ale po dzisiejszym rozdziale jestem załamana.
Po prostu. Autor, siląc się na pseudonaukowy język, zamiast napisać, że świnie nie czują się dobrze przebywając całą dobę w jaskrawym świetle, spłodził coś takiego:
Dwadzieścia-czterogodzinne oświetlenie na dobę może zwiększyć poziom stresu u świń.
Inżynier zaś mi odpisał, że CIA I KGB oraz Mossad doskonale o tym wiedzą :D
A i taki kwiatek:
Powierzchnia kojca nie powinna być jasno oświetlona, aby promować zachowanie spoczynkowe.
Rozumiem, że moja redaktorka nie jest polonistką, ale serio? Serio może to do kogoś przemówić?
Czuję się jak ta świnia, co jej spać nie dali :)
Tylko radio Pogoda koi mój ból jeszcze
I amerykańskie filmy dla nastolatków, bo nic innego ostatnio nie trawię. Niestety. Żadne tam posapokaliptyczne, życie niesie ze sobą dość apokalipsy.
Żadne strzelanki, gonitwy, śledztwa, szpiedzy, Żydzi, Palestyńczycy czy inne cholerstwa.
Żadne zdrady i zaginięcia.
Pragnę jedynie spokoju i ciszy...
I widoku zieleni i badyli...
niedziela, 28 czerwca 2020
Czekanie
pozostaje, Kochany Pamiętniczku.
Inżynier podjechał, podwiózł, ale sama bym też potuptała, za kolejną podwózkę podziękowałam, bo jak już z chaupki wylazłam, to ten kawałek mogłam sama potuptać. I tak niewiele potuptałam, ale zawsze, a gorąc taki, że już się nie zdecydowałam. Pogoda zresztą zwariowana, nie da się ukryć, choć my tu, w Pyrkowie, narzekać nie możemy.
Zauważyłam, że Synowa neguje wszystko, co powiem. Wrzuciłam na FB, że dezynfekcja długopisów to pic na wodę i fotomontaż, a ona, że trzeba mieć swój. Już się z nią na ogóle nie sprzeczałam, bo po co, ale piszę jej, że miała rękawiczki i niebieski długopis, bo ja o tym pomyślałam. Inżynier od drzwi pytał o niebieski, bo w domu ma same czarne. Rękawiczki też dla niej zabrał, a ona, że poszła bez... I że z brudnego palca sobie wyssałam niebieski długopis. Bo zaleceń nie ma. Niby nie, ale niektóre portale podawały, że na maturę tylko czarny, a do głosowania niebieski. Znalazłam, posłałam, zamknęła się.
Nie dezynfekowali, bo miały być podawane i dezynfekowane po każdym głosującym. Oczywiście, jak miałam swój, mogłam odmówić, przy wejściu podziękowałam grzecznie za płyn do dezynfekcji - założyłam świeżutkie rękawiczki na oczach cerbera. Jaki sens miało zalewanie ich płynem, nie dałabym rady wyciągnąć dowodu z zabezpieczenia (mam z Korumy, dowód też ma technologie RFID), nie mówiąc już o złożeniu podpisu czymś śliskim. Ale u mnie długopisy leżały na stoliku, nikt nie stał ze sprayem, zresztą jak można zdezynfekować długopis? Przed wejściem założyłam rękawiczki, stałam w nich w sumie może 5 minut i gdy wyszłam, woda się z nich wylewała. Na co dzień nie noszę, ale nie wiem dlaczego tym razem spanikowałam. Może te tytuły: że wybory powodują rozprzestrzenienie pandemii. Nie wiem.
Rzygam już, bo czego nie otworzę, to pierwsze słowo koronawirus, a i samymi politycznymi przepychankami rzygam.
I nie, nie uważam, że Trzaskowski jest idealny.
Jest po prostu jedyny możliwy do zaakceptowania.
Mam swoje lata, przerabiałam już wszystko i tak, wiem: za Gierka drgnęło. Za pożyczone pieniądze. Ale doprowadziło to do Sierpnia. I do wolnych wyborów. Kredyty gierkowskie spłaciliśmy za PO. Zaczęło iść w miarę, dla mnie wejście do Unii to nowe życie - wolność, freedom. No ale w kolejce czekali Teraz Kurwa My.
I mamy, jak mamy.
Czarna rozpacz w czerwoną kratkę ogarnia, gdy patrzy się na prymityw, bo to jest prymityw, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy, że rząd nic nie da, bo nie ma. Nie daje z kieszeni posłów, daje z kieszeni podatników. Tych pracujących. Wiedziała to nawet moja babcia, która 4 klasy podstawówki skończyła. Była bardzo mądrą kobietą, 13 dzieci na ludzi wyprowadziła. I gdyby żyła na pewno nie byłaby za pisiorkami.
A co ja będę wykład robiła.
Tak się zastanawiam, jaka jest w ich małżeństwach (u Pierworodnego też) komunikacja, skoro nie rozmawiają o takich pierdołach, czasem istotnych. Ja zawsze mówiłam Eksowi:powiedziałam mamie, mama mówiła, dzieciom: babcia mówiła, babci: dzieci mówiły. Tak, wiem, pierduśnica jestem.
Ale wkurza mnie i to maksymalnie, że akurat ona neguje wszystko, co powiem. Wszystko wie lepiej. Wszystko umie lepiej (nie neguję, meble skręca tak, że jej zazdroszczę).
Ale nic to.
W sumie mam na to wyjebane :D
Przeleciałam całe
oprócz ostatniego odcinka, bo nie ma jeszcze napisów i chyba zacznę czytać, bo w ciemnej dupie jestem, mimo Netflixa nie ma co oglądać.
Nie wciąga mnie żaden z seriali, albo oklepane i wtórne, albo badziewne i denne.
Council od dads też z dydaktycznym smrodkiem, aż zatyka, a na dokładkę jak brazylijska telenowela, bo rodzina mało że patchworkowa, to jeszcze jest w niej i less, i trans, i różne kolory skóry. Co za dużo to niezdrowo, od gejów też się roi (nie żebym coś do nich miała), ale serio? Jak na zapełnienie dnia odpoczynku i odmóżdżenie OK :)
Tydzień wypełniony będzie świniami, ale to dobrze, bo minie.
Nie będę czekała na wyniki, padnę, jak mnie zmorzy, bo potem zasnąć nie mogę.
Co ma być, będzie, jutro nowiny będą aktualniejsze niż dziś.
Zanosiło się na burzę, niezłą, nawet denerwowałam się o Pierworodnego (pracował dziś, niedziela handlowa, tak, świrnięta jestem, denerwuję się o czterdziestoletniego gościa), ale przeszła bokiem i skończyło się na burzy w nocniku :)
W nocy ulewa była, ale przespałam przy otwartym balkonie, dobrze, że mi nic nie zalało. Jak zamknę balkon, zdechnę.
No cóż :) Takie zalety głuchoty :D
Inżynier podjechał, podwiózł, ale sama bym też potuptała, za kolejną podwózkę podziękowałam, bo jak już z chaupki wylazłam, to ten kawałek mogłam sama potuptać. I tak niewiele potuptałam, ale zawsze, a gorąc taki, że już się nie zdecydowałam. Pogoda zresztą zwariowana, nie da się ukryć, choć my tu, w Pyrkowie, narzekać nie możemy.
Zauważyłam, że Synowa neguje wszystko, co powiem. Wrzuciłam na FB, że dezynfekcja długopisów to pic na wodę i fotomontaż, a ona, że trzeba mieć swój. Już się z nią na ogóle nie sprzeczałam, bo po co, ale piszę jej, że miała rękawiczki i niebieski długopis, bo ja o tym pomyślałam. Inżynier od drzwi pytał o niebieski, bo w domu ma same czarne. Rękawiczki też dla niej zabrał, a ona, że poszła bez... I że z brudnego palca sobie wyssałam niebieski długopis. Bo zaleceń nie ma. Niby nie, ale niektóre portale podawały, że na maturę tylko czarny, a do głosowania niebieski. Znalazłam, posłałam, zamknęła się.
Nie dezynfekowali, bo miały być podawane i dezynfekowane po każdym głosującym. Oczywiście, jak miałam swój, mogłam odmówić, przy wejściu podziękowałam grzecznie za płyn do dezynfekcji - założyłam świeżutkie rękawiczki na oczach cerbera. Jaki sens miało zalewanie ich płynem, nie dałabym rady wyciągnąć dowodu z zabezpieczenia (mam z Korumy, dowód też ma technologie RFID), nie mówiąc już o złożeniu podpisu czymś śliskim. Ale u mnie długopisy leżały na stoliku, nikt nie stał ze sprayem, zresztą jak można zdezynfekować długopis? Przed wejściem założyłam rękawiczki, stałam w nich w sumie może 5 minut i gdy wyszłam, woda się z nich wylewała. Na co dzień nie noszę, ale nie wiem dlaczego tym razem spanikowałam. Może te tytuły: że wybory powodują rozprzestrzenienie pandemii. Nie wiem.
Rzygam już, bo czego nie otworzę, to pierwsze słowo koronawirus, a i samymi politycznymi przepychankami rzygam.
I nie, nie uważam, że Trzaskowski jest idealny.
Jest po prostu jedyny możliwy do zaakceptowania.
Mam swoje lata, przerabiałam już wszystko i tak, wiem: za Gierka drgnęło. Za pożyczone pieniądze. Ale doprowadziło to do Sierpnia. I do wolnych wyborów. Kredyty gierkowskie spłaciliśmy za PO. Zaczęło iść w miarę, dla mnie wejście do Unii to nowe życie - wolność, freedom. No ale w kolejce czekali Teraz Kurwa My.
I mamy, jak mamy.
Czarna rozpacz w czerwoną kratkę ogarnia, gdy patrzy się na prymityw, bo to jest prymityw, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy, że rząd nic nie da, bo nie ma. Nie daje z kieszeni posłów, daje z kieszeni podatników. Tych pracujących. Wiedziała to nawet moja babcia, która 4 klasy podstawówki skończyła. Była bardzo mądrą kobietą, 13 dzieci na ludzi wyprowadziła. I gdyby żyła na pewno nie byłaby za pisiorkami.
A co ja będę wykład robiła.
Tak się zastanawiam, jaka jest w ich małżeństwach (u Pierworodnego też) komunikacja, skoro nie rozmawiają o takich pierdołach, czasem istotnych. Ja zawsze mówiłam Eksowi:powiedziałam mamie, mama mówiła, dzieciom: babcia mówiła, babci: dzieci mówiły. Tak, wiem, pierduśnica jestem.
Ale wkurza mnie i to maksymalnie, że akurat ona neguje wszystko, co powiem. Wszystko wie lepiej. Wszystko umie lepiej (nie neguję, meble skręca tak, że jej zazdroszczę).
Ale nic to.
W sumie mam na to wyjebane :D
Przeleciałam całe
Nie wciąga mnie żaden z seriali, albo oklepane i wtórne, albo badziewne i denne.
Council od dads też z dydaktycznym smrodkiem, aż zatyka, a na dokładkę jak brazylijska telenowela, bo rodzina mało że patchworkowa, to jeszcze jest w niej i less, i trans, i różne kolory skóry. Co za dużo to niezdrowo, od gejów też się roi (nie żebym coś do nich miała), ale serio? Jak na zapełnienie dnia odpoczynku i odmóżdżenie OK :)
Tydzień wypełniony będzie świniami, ale to dobrze, bo minie.
Nie będę czekała na wyniki, padnę, jak mnie zmorzy, bo potem zasnąć nie mogę.
Co ma być, będzie, jutro nowiny będą aktualniejsze niż dziś.
Zanosiło się na burzę, niezłą, nawet denerwowałam się o Pierworodnego (pracował dziś, niedziela handlowa, tak, świrnięta jestem, denerwuję się o czterdziestoletniego gościa), ale przeszła bokiem i skończyło się na burzy w nocniku :)
W nocy ulewa była, ale przespałam przy otwartym balkonie, dobrze, że mi nic nie zalało. Jak zamknę balkon, zdechnę.
No cóż :) Takie zalety głuchoty :D
piątek, 26 czerwca 2020
Porno
i duszno, Kochany Pamiętniczku :)
Tak porno, że ogarniałam tę kuwetę niespiesznie, na raty, oglądając kolejny odcinek Nurses. Jaja jak brylanty z nimi, bo co ściągałam, to mi porno wyskakiwało, ale udało się i mam pielęgniarki. Tak samo miałam w poprzedniej firmie, gdzie każdy palant widział, co robię na kompie. Tekst o pielęgniarkach robiłam i potrzebowałam jakichś danych, wrzucam na wujka, a tu mi same porno strony lecą, a buc kierownik leci do dyrektora i mówi, że SJ na porno strony wchodzi w pracy.
Ta, bo pielęgniarki mnie kręcą na maksa, nie da się ukryć.
Ale mniejsza z większym.
Burza przeszła, taka solidna, pół miasta zalało, ale w moim Heimacie spoko, aczkolwiek nieźle jechało :)
Rano wleciał Pierworodny, bo wczoraj go zaczepiłam. Biedak myślał, że będę mędziła o cokolwiek i zaszokowany był, że nic nie chcę. Ale na moje: chciałam się tylko dowiedzieć co u Was, odrzekł, że woli wlecieć, bo nie lubi klepać.
OK, mnie to rybka :)
Wpadł, wypadł, na Manhattan poleciałam, a tam tłumy. A na wszystkich sklepach wielkie plakaty, żeby mordy zakrywać (ja chodzę cały czas w przyłbicy, bo nigdy nie wiem, kiedy gdzieś wlezę, a zakładanie i zdejmowanie maseczki na ten mord to chyba nie o to chodzi), więc nie mam wyrzutów. Ale ludzie już oswoili się z niebezpieczeństwem i mówią, że im to lotto.
Może i rację mają ci, którzy twierdzą, że to pic na wodę i fotomontaż, nie będę się kłóciła.
Każdy ma prawo do swojego zdania i ja mu tego nie odbieram.
Ja tam wierzę i w płaską Ziemię, i w życie pozagrobowe (nawet sobie z Umarlakami przyjaźnie gawędzę, w różne hocki-klocki), to dlaczego nie mam wierzyć w wirusa? Wolno mi, jeszcze :) Jako że poczytałam w tym tygodniu o chorobach świń (a jest ich więcej niż można sobie wyobrazić, a do tego przy korekceniu w InCopy kolorowe foteczki, łącznie z fotkami kupsk od chorych świń) - już chyba nie tknę mięsa. Nie zarzekam się, może mi przejdzie. A całe życie surowe mięso świńskie, robiąc klopsy smakowałam (uwielbiam), bo jak zrobić klopsy nie wiedząc, czy dało się dość przypraw?
Teraz przerzucam się na pieczarki z piekarnika, jutro zrobię :)
I tak w rezultacie chałupka gotowa na weekend. Zakładam, że przyszły tydzień będzie pracowity, bo świńska balanga jest we wrześniu, ale to też nie jest tak, że na gwałt muszę filować na kompie, a zresztą Inżynier mi tego Outloka oswoił.
Jest cudnie.
A Kalafiorkówna wygrywa wszystko. Skubana ma dzisiaj dokładnie 1,5 roku i...
Wczoraj zażyczyła sobie DWA razy zdjęcia body i pieluchy, siadła na nocnik i załatwiła się.
Moje wnuki są pod każdym względem idealne, genialne, nie dam sobie powiedzieć, że nie (co nie znaczy, że inne dzieci nie są), ale Kalafiorkówna jest jedyna.
Patrząc z boku - mam porównanie, bo byłam cały miesiąc z Alienkiem, gdy był w jej wieku - a, nawet o 3 miesiące starszy niż ona teraz. Był przemądrzały, ale daleko jemu do niej.
Podobno dziewczynki są inteligentniejsze, nie da się ukryć, jestem tego żywym przykładem :P
I moje dzieci są super, bo urodę mają po ojcu (a przystojny, Skubany był, nie da się ukryć), a rozum po mnie.
Samochwała w kącie stała, ale to mój blog i jeżeli nie tu, to gdzie mam się dowartościowywać.
I piszę do Synowej, że ma Kalafiorkównę wykorzystywać, a ona, kurwa mać, że to za małe dziecko, że ryzykowne, że się zesika, że przebierać trzeba...
Sranie w banie.
I tu będę wredna: bierze kasę, więc w dupie ma cenę pampersów.
Lumpów mają stertę, co za problem je wyprać, jak ma się automat.
A ekologia, o której na FB trąbi i lajkuje?
No ale czego spodziewać się po kimś, kto głosuje na Hołownię...
Idę po tytkę i nie będę się denerwować, będę w nią oddychać.
No, kurwa, mać...
Zapłaciłam gościowi i błyskawicznie nagle umył pomniki w K. Moja E. ogarnęła badyle (a co przy tym było kombinowania, że może gdzieś tańsze badyle, że sranie w banie...). Dostałam fotki najpierw od gościa od mycia, a potem od E. i Umarlaki mają luks wypas.
Do tego akcja na poczcie, bo E. nie ma konta :|
Mówię, że chcę wysłać kasę, a kasjerka, że blankiety są płatne. WTF? Dostaję książeczkę do wpłat na konto. Mówię, że chcę wysłać kasę tak, że listonosz potupta do celu i wypłaci. A. To mam napisać na kartce adresata i nadawcę. WTF? Pani wklepie w kompika, ale muszę mieć na kartce :| Kurwa, to dlaczego nie mogę jak za dawnych lat wklepać na przekazie? Nie, bo nie. Na całe moje szczęście, wysyłam kartkę do E., więc mam adresata, dopisuję nadawcę, pani klepie w kompika po literce (napisałabym przekaz dwa razy szybciej), płacę ponad 7 zł i poszło. Kartka doszła po jednym dniu, kasa do dziś nie doszła.
Nie rozumiem, dlaczego kartka, którą trzeba było przesłać fizycznie do celu doszła błyskawicznie, a pieniądze, które fizycznie iść nie musiały, bo wystarczy - nie wiem? emilek, telefon, jakieś zlecenie, że wysłano i poszły - jadą na żółwiu? Żałuję, że nie wzięłam opcji błyskawicznie, ale skoro za wysłanie 100 zł biorą 7, czyli 7%, to ile wezmą za błysk?
A E. nie założy konta, bo jej niepotrzebne. Ona zawsze ma gotówkę i to grubą przy sobie :) Wiem, bo jak padły karty, zapłaciła za mnie :P
Zatem Umarlaki ogarnięte i nie powinny mnie męczyć.
Ale...
Dziś cała noc śniło mi się, jprdl, że zmieniam pampersy Kaczyńskiemu. Tak, prezesowi.
Moja Synowa padła, jak ogarniałam osranego Alienka, bez zmrużenia oka. No ale Alienek jest mój co nie?
Ogarniam w tym śnie kaczora, budzę się i czuję, że rzygnę.
Udało się, nie rzygnęłam.
Nic mi nie jest, nie jestem chora, nic mi nie zaszkodziło, choć sporo niezdrowych rzeczy wczoraj wciągnęłam aż się sama siebie bałam.
Niebiosa, oszczędźcie mi takich snów.
Umarlaki, do roboty, chronić mnie przed koszmarami.
Macie wszystkie porządnie, ślicznie, to kto mnie, kurwa, pilnuje?
Aż tak balujecie, że nie ma się mną kto zaopiekować?
Ja się tak nie bawię.
A prywatna linie z K. wciąż nie jeździ. Jak zbankrutowali, będzie tragedia :|
Niby jest Inżynier, ale...
Lubię swoją niezależność :D
Tak porno, że ogarniałam tę kuwetę niespiesznie, na raty, oglądając kolejny odcinek Nurses. Jaja jak brylanty z nimi, bo co ściągałam, to mi porno wyskakiwało, ale udało się i mam pielęgniarki. Tak samo miałam w poprzedniej firmie, gdzie każdy palant widział, co robię na kompie. Tekst o pielęgniarkach robiłam i potrzebowałam jakichś danych, wrzucam na wujka, a tu mi same porno strony lecą, a buc kierownik leci do dyrektora i mówi, że SJ na porno strony wchodzi w pracy.
Ta, bo pielęgniarki mnie kręcą na maksa, nie da się ukryć.
Ale mniejsza z większym.
Burza przeszła, taka solidna, pół miasta zalało, ale w moim Heimacie spoko, aczkolwiek nieźle jechało :)
Rano wleciał Pierworodny, bo wczoraj go zaczepiłam. Biedak myślał, że będę mędziła o cokolwiek i zaszokowany był, że nic nie chcę. Ale na moje: chciałam się tylko dowiedzieć co u Was, odrzekł, że woli wlecieć, bo nie lubi klepać.
OK, mnie to rybka :)
Wpadł, wypadł, na Manhattan poleciałam, a tam tłumy. A na wszystkich sklepach wielkie plakaty, żeby mordy zakrywać (ja chodzę cały czas w przyłbicy, bo nigdy nie wiem, kiedy gdzieś wlezę, a zakładanie i zdejmowanie maseczki na ten mord to chyba nie o to chodzi), więc nie mam wyrzutów. Ale ludzie już oswoili się z niebezpieczeństwem i mówią, że im to lotto.
Może i rację mają ci, którzy twierdzą, że to pic na wodę i fotomontaż, nie będę się kłóciła.
Każdy ma prawo do swojego zdania i ja mu tego nie odbieram.
Ja tam wierzę i w płaską Ziemię, i w życie pozagrobowe (nawet sobie z Umarlakami przyjaźnie gawędzę, w różne hocki-klocki), to dlaczego nie mam wierzyć w wirusa? Wolno mi, jeszcze :) Jako że poczytałam w tym tygodniu o chorobach świń (a jest ich więcej niż można sobie wyobrazić, a do tego przy korekceniu w InCopy kolorowe foteczki, łącznie z fotkami kupsk od chorych świń) - już chyba nie tknę mięsa. Nie zarzekam się, może mi przejdzie. A całe życie surowe mięso świńskie, robiąc klopsy smakowałam (uwielbiam), bo jak zrobić klopsy nie wiedząc, czy dało się dość przypraw?
Teraz przerzucam się na pieczarki z piekarnika, jutro zrobię :)
I tak w rezultacie chałupka gotowa na weekend. Zakładam, że przyszły tydzień będzie pracowity, bo świńska balanga jest we wrześniu, ale to też nie jest tak, że na gwałt muszę filować na kompie, a zresztą Inżynier mi tego Outloka oswoił.
Jest cudnie.
A Kalafiorkówna wygrywa wszystko. Skubana ma dzisiaj dokładnie 1,5 roku i...
Wczoraj zażyczyła sobie DWA razy zdjęcia body i pieluchy, siadła na nocnik i załatwiła się.
Moje wnuki są pod każdym względem idealne, genialne, nie dam sobie powiedzieć, że nie (co nie znaczy, że inne dzieci nie są), ale Kalafiorkówna jest jedyna.
Patrząc z boku - mam porównanie, bo byłam cały miesiąc z Alienkiem, gdy był w jej wieku - a, nawet o 3 miesiące starszy niż ona teraz. Był przemądrzały, ale daleko jemu do niej.
Podobno dziewczynki są inteligentniejsze, nie da się ukryć, jestem tego żywym przykładem :P
I moje dzieci są super, bo urodę mają po ojcu (a przystojny, Skubany był, nie da się ukryć), a rozum po mnie.
Samochwała w kącie stała, ale to mój blog i jeżeli nie tu, to gdzie mam się dowartościowywać.
I piszę do Synowej, że ma Kalafiorkównę wykorzystywać, a ona, kurwa mać, że to za małe dziecko, że ryzykowne, że się zesika, że przebierać trzeba...
Sranie w banie.
I tu będę wredna: bierze kasę, więc w dupie ma cenę pampersów.
Lumpów mają stertę, co za problem je wyprać, jak ma się automat.
A ekologia, o której na FB trąbi i lajkuje?
No ale czego spodziewać się po kimś, kto głosuje na Hołownię...
Idę po tytkę i nie będę się denerwować, będę w nią oddychać.
No, kurwa, mać...
Zapłaciłam gościowi i błyskawicznie nagle umył pomniki w K. Moja E. ogarnęła badyle (a co przy tym było kombinowania, że może gdzieś tańsze badyle, że sranie w banie...). Dostałam fotki najpierw od gościa od mycia, a potem od E. i Umarlaki mają luks wypas.
Do tego akcja na poczcie, bo E. nie ma konta :|
Mówię, że chcę wysłać kasę, a kasjerka, że blankiety są płatne. WTF? Dostaję książeczkę do wpłat na konto. Mówię, że chcę wysłać kasę tak, że listonosz potupta do celu i wypłaci. A. To mam napisać na kartce adresata i nadawcę. WTF? Pani wklepie w kompika, ale muszę mieć na kartce :| Kurwa, to dlaczego nie mogę jak za dawnych lat wklepać na przekazie? Nie, bo nie. Na całe moje szczęście, wysyłam kartkę do E., więc mam adresata, dopisuję nadawcę, pani klepie w kompika po literce (napisałabym przekaz dwa razy szybciej), płacę ponad 7 zł i poszło. Kartka doszła po jednym dniu, kasa do dziś nie doszła.
Nie rozumiem, dlaczego kartka, którą trzeba było przesłać fizycznie do celu doszła błyskawicznie, a pieniądze, które fizycznie iść nie musiały, bo wystarczy - nie wiem? emilek, telefon, jakieś zlecenie, że wysłano i poszły - jadą na żółwiu? Żałuję, że nie wzięłam opcji błyskawicznie, ale skoro za wysłanie 100 zł biorą 7, czyli 7%, to ile wezmą za błysk?
A E. nie założy konta, bo jej niepotrzebne. Ona zawsze ma gotówkę i to grubą przy sobie :) Wiem, bo jak padły karty, zapłaciła za mnie :P
Zatem Umarlaki ogarnięte i nie powinny mnie męczyć.
Ale...
Dziś cała noc śniło mi się, jprdl, że zmieniam pampersy Kaczyńskiemu. Tak, prezesowi.
Moja Synowa padła, jak ogarniałam osranego Alienka, bez zmrużenia oka. No ale Alienek jest mój co nie?
Ogarniam w tym śnie kaczora, budzę się i czuję, że rzygnę.
Udało się, nie rzygnęłam.
Nic mi nie jest, nie jestem chora, nic mi nie zaszkodziło, choć sporo niezdrowych rzeczy wczoraj wciągnęłam aż się sama siebie bałam.
Niebiosa, oszczędźcie mi takich snów.
Umarlaki, do roboty, chronić mnie przed koszmarami.
Macie wszystkie porządnie, ślicznie, to kto mnie, kurwa, pilnuje?
Aż tak balujecie, że nie ma się mną kto zaopiekować?
Ja się tak nie bawię.
A prywatna linie z K. wciąż nie jeździ. Jak zbankrutowali, będzie tragedia :|
Niby jest Inżynier, ale...
Lubię swoją niezależność :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















