przeleżałam weekend, Kochany Pamiętniczku :)
Z początku brało mnie na sprzątanie, ale uświadomiłam sobie, że święta zaczynają się w czwartek, wobec tego nielogicznym byłoby sprzątać w sobotę, by znów ogarniać w środę. Zresztą słońca nie ma, to i kurzu nie widać, a reszta jest OK. Prania tylko zrobiłam, bo jak wody nie było to się zacięło, tym bardziej że pościel zdjęłam.
I tym oto pięknym sposobem lecę już 3. sezon Rancha. Fabuła cieniutka, ale odnośniki do życia, do wszystkich absurdów polskich doskonałe. A i jakaś odskocznia od tego amerykańskiego chłamu, bo nie ma co ukrywać, że to wszystko po jednych pieniądzach jest.
Mniejsza z większym, wyluzowałam, co po świńskim tygodniu należało mi się jak psu zupa.
Dziś rano za oknem szaro, buro, pada, już zaczęłam sobie tłumaczyć, że ślisko, że zimno i inne takie tam, ale kopnięta w tę tłustą kubańską dupę, spojrzawszy w kalendarz i uświadomiwszy sobie, że czasu już jak na lekarstwo, poleciałam do galerii i dorwałam książkę Fajniaków, bez której biedny Alienek żyć nie może. Wiem, wiem, sranie w banie, ale co tam, dostałam, więc spoko. Kasy wydałam znów więcej niż ustawa przewiduje, ale co tam :) Straszą, że mój bank się zatnie, tom i parę groszy na chleb i coś do chleba wypłaciła.
I poleciałam do Empiku, bo po namyśle chciałam kartkę z wioski wysłać Szkotowi, bo na życzenia świąteczne już za późno, niech je Inżynier przekazuje, jak taki mądry inaczej i mój adres na prawo i lewo rozrzuca.
Na przystanku już stałam i...
... cudnie słoneczko wyjrzało, uświadomiłam sobie, że dziś przesilenie zimowe i już tylko lepiej będzie, mimo tego że wciąż jest gorzej, ale oj tam, oj tam...
Jest cudnie :) A PEKA się sama nie wyjeździ, całe 90 zł kosztowała :) Do Avenidy idąc takie tam znaki mnie kierowały, ale chociaż mi dzisiaj okulary nie parowały wyjątkowo
żadnej ropuchy nie widziałam, no chyba że były mikroskopijne i jakąś tam niechcący rozdeptałam.
Zdziczałam, wlazłam do Avenidy i od razu zgon, bo w środku tropiki. Pod każdym sklepem parę osób w kolejce, więc wlazłam tylko do Empiku, dwa kalendarze zanabyłam, bo żadnego nie mam i nie, w tym roku nie będzie żadnych menów ani w kiltach, ani bez w naszej chacie. Nikt o mnie nie zadbał, w Empiku nie miałam siły ryć w pierdyliardzie kalendarzy, choć na stronie mieli gołych menów, może się jeszcze skuszę po świętach. Zatem 2021 będzie sponsorowany przez Harleye. Harleyem wprawdzie nie jechałam, nie trafił mi się harleyowiec, ale na jawie pomykałam (moja największa miłość jawę miała, a moje dzieci na wieść, że mamcia się na motorze szlajała dostały kurwicy, albowiem miały zakaz jazdy na motorach, zakaz kupna motoru i inne takie tam, Inżyner szybko wyrósł, a Pierworodny, bardziej na to zażarty po narodzinach Małej Wiedźmy, na moje pytanie, kiedy motor odrzekł logicznie, z rzadka mu się zdarza, ale czasami tak: dziecko mam, to nie motor mi w głowie, dziecko ojca mieć musi, a nie dawcę nerek). Fakt jawa w lat 70. a współczesne motory to całkiem inna bajka, ale com się najeździła, to moje. A i cioci pierwszy mąż też miał jawę, więc już jako nieletnie dziecię pozowałam na motorku, a potem, gdy już dojeżdżałam do K. (od 5 do 8 klasy, lata nie pomnę) czasem sąsiad mnie na motorze podrzucał do K. Tak więc 2021 sponsorują wspomnienia z młodości, wiatru we włosach i beztroski, wielkiej miłości, która się skończyła po maturze, znienacka, a bolała kurewsko przez wieki, ale nic to.
Kartek z Poznania nie mogłam nigdzie znaleźć, tak samo jak pojedynczych czerwonych cienkopisów Stabilo (firma kupuje, znaczy się D. kupuje po taniości czerwone długopisy BiC, wkurzające mnie maksymalnie), pot się lał po pleckach, ale młodzian z obsługi, wyraźny mimo maseczki, zawiódł mnie do półki, gdzie wioska leżała. I poczekał z moimi kalendarzami przy kasie, tamując kolejkę, cobym nie musiała znów w niej kwitnąć. Przemiłe dziecko :)
Z kilku widokówek Inżynier zaakceptował do wysyłki
To jest taki mały obrazek, format dwóch widokówek (wiem, wiem, tu się rozmijam z wykształceniem, nie znam formatów).
No ale muszę czekać na tłumaczenie wiadomości, tłumacza wcięło. Najpierw mnie wyrwał na gadanie na Skype, choć nie miałam czasu, bo świnie kwiczały, randkę, dość długą, przerwała Kalafiorkówna, tradycyjnie zesrywając się ze szczęścia na mój widok, a waliło tak, że o mało mi dziecko nie zemdlało, a że i świnie kwiczały, tośmy sobie papapapapa zrobili.
W czwartek przyjedzie po mnie: skandal, o 9. A ja nawet wytrzeźwieć nie zdążę, bo wszak starym śląskim obyczajem na każdą nóżkę muszę kielonka (wódka już w zamrażalniku się chłodzi, rybka mi to, że kierowcy pić nie mogą, dlatego nie mam prawa jazdy i zawsze pić mogę), ale Inżynier mówi, że mu to nie przeszkadza, przywykł do matki w Wigilię.
Szkoda, że do lusterka znów piję, ale c'est la vie. Pisałam do Barana, bo leży na granicy tego okręgu z 4. stopniem obostrzeń w UK, gdyby moje dzieci nie wyjechały, byłyby w samym centrum tego, a Baran mi na to: nie wierz we wszystko. Bo on nie wierzy w wirusa.
A Inżynier na moje lamenta mówi spokojnie: mamo, rządy światowe nie potrafiły się porozumieć w tak błahej sprawie, jak szerokość (rozstaw) torów kolejowych, a miałyby się wszystkie dogadać w sprawie fałszywej pandemii jak jeden mąż?
I z rozpaczą przyznaję, że moje dziecko ma rację. I nie lubię mojego zięcia, bo to on przerobił Barana na idiotyczne rzeczy i jak mogłam mu wybaczyć tę jebaną witaminę C, to jednak lekceważenia koronawirusa nie.
Pisze też do mnie E., namolnie, że ona musi mi wszystko opowiedzieć, inaczej się udusi, a ja w tym momencie myślę: przez kilkanaście lat miałaś pierdyliard wymówek, żeby się nie spotkać, a teraz mam lecieć na skrzydłach, by godzinami słuchać o tym, co się nie wróci, czego się nie da zmienić, na co nie miałam nijak wpływu, bo gdy sporadycznie pisała i mówiłam, co robić w takim wypadku nie słuchała? Sorry, Winnetou. Napisałam, że nie czuję się na siłach pomagać w takim przypadku, że tu psycholog jest potrzebny, a poza tym o pewnych rzeczach nie chcę wiedzieć, bo nie zawsze mam ochotę na chodzenie w cudzych butach. Lamentowanie zajmie jej cały dzień, nic nie zrobię, słuchając fontanny nieszczęść. Co ja za to mogę, że ona musi ciągle sprzątać, bo ma wrażenie, że jak nie posprząta, to wejdzie jej mama i ją za to opierdoli? Nota bene, za wielkiego porządku nie miała nigdy, ale mnie to rybka, jej mieszkanie, jej sprawa. U mnie dzieci chowały buty do szafki, nie rozwalały po całym korytarzu. U niej nie dało się przejść, nie potykając się o buty. Mieszkała sama. Ja mam dwie pary butów na każdy sezon, na wypadek "mogą przemoknąć, nawet sandały, jak ulewa będzie" :) Wiem, jestem okrutna :)
Ja mam kompleks na tle podłogi. Z dzieciństwa. Bo u mnie najpierw były rozeschnięte deski ze szparami. Potem płyty pilśniowe, na których się farba wytarła, więc leżał na nich dywanik z lentexu, wiecznie uświniony. Pierwsze mieszkanie znów podłoga ze szparami, wytarta z farby. Nowe mieszkanie i mam mieć wymarzoną podłogę z desek, wysezonowanych, miała zrobić moja rodzina, za 200 marek, w całym mieszkaniu, cót, mjót i orzeszki laskowe. Podłoga położona na spokojnie, bo mieszkanie niezasiedlone jeszcze. Interweniował mój szwagier, najmłodszy brat Eksa. Oszalałeś, babie będziesz dawał 200 marek na podłogę na mieszkanie rotacyjne? Więc nie dał. Obraził się mój ojciec, który podłogę załatwiał, wujek, który drewno przygotował, a ja zostałam na lenteksie i jakichś tam płytkach w kuchni. Co dzień ścierałam to na kolanach szmatą, bo tylko tak moim zdaniem było czysto, a dzieci nie mogły zbierać kurzu, urzędując na dupkach i kolankach. Ścieranie na kolanach przeszło mi jak Pierworodny na studia poszedł, a Inżynier mimo namów już na kolankach nie zapierdał po podłodze, a jak coś tam pili siedząc na podłodze, to dywan był :) W mieszkaniu rotacyjnym mieszkam do dziś. I wściekam się, bo gdy remontowałam je, za ciężką kasę, nikt mi nie powiedział, idiotce, że panele to też sztuczne jest... Szczęście w nieszczęściu, że pod lenteksem się nam nigdy grzyb nie zalągł, a lenteks 30 lat z hakiem przeżył, zanim się drzeć powoli nie zaczął. Panele na razie mają 7 lat, chronię je jak mogę, więc...
Ale chciałabym mieć piękną podłogę, nie wydam na nią jednak wszystkich oszczędności i nie zrobię kolejnego wielkiego remontu.
Mam kompleks, traumę.
I dobrze mi z tym.
Więc jest cudnie.
Inżynier na wieść, że nic nie robię na święta, kazał mi pojemniki zabrać. Na pytanie WTF, odrzekł że dostanę od nich wałówkę :)
LOL :)
Mam pełny zamrażalnik, jarzyny, coś sobie upichcę świeżego. Nie chcę odgrzewanych w nieskończoność wigilijnych potraw.
Albo co najwyżej umrę z głodu, kto bogatemu zabroni? No kto ;) Albo placki ziemniaczane sobie zrobię, dawno nie jadłam, a bigos za mną w tym roku nie chodzi, nie przepadam za nim, choć robię pyszny :)
W niedzielę zaś urodziny Kalafiorkówny, olaboga.
Co ja z tą dziewczyną mam, prawie cały grudzień na nią wtedy czekałam, a co nawywijała i wywija nadal, to jej. Niby dobrze jej z oczu patrzy, ale pozory mylą;) Zesrać się w najmniej odpowiednim momencie to tylko ona potrafi :)
































