poniedziałek, 21 grudnia 2020

Placuszkiem

 przeleżałam weekend, Kochany Pamiętniczku :) 

Z początku brało mnie na sprzątanie, ale uświadomiłam sobie, że święta zaczynają się w czwartek, wobec tego nielogicznym byłoby sprzątać w sobotę, by znów ogarniać w środę.  Zresztą słońca nie ma, to i kurzu nie widać, a reszta jest OK. Prania tylko zrobiłam, bo jak wody nie było to się zacięło, tym bardziej że pościel zdjęłam.

I tym oto pięknym sposobem lecę już 3. sezon Rancha. Fabuła cieniutka, ale odnośniki do życia, do wszystkich absurdów polskich doskonałe. A i jakaś odskocznia od tego amerykańskiego chłamu, bo nie ma co ukrywać, że to wszystko po jednych pieniądzach jest. 

Mniejsza z większym, wyluzowałam, co po świńskim tygodniu należało mi się jak psu zupa.

Dziś rano za oknem szaro, buro, pada, już zaczęłam sobie tłumaczyć, że ślisko, że zimno i inne takie tam, ale kopnięta w tę tłustą kubańską dupę, spojrzawszy w kalendarz i uświadomiwszy sobie, że czasu już jak na lekarstwo, poleciałam do galerii i dorwałam książkę Fajniaków, bez której biedny Alienek żyć nie może. Wiem, wiem, sranie w banie, ale co tam, dostałam, więc spoko. Kasy wydałam znów więcej niż ustawa przewiduje, ale co tam :) Straszą, że mój bank się zatnie, tom i parę groszy na chleb i coś do chleba wypłaciła.

I poleciałam do Empiku, bo po namyśle chciałam kartkę z wioski wysłać Szkotowi, bo na życzenia świąteczne już za późno, niech je Inżynier przekazuje, jak taki mądry inaczej i mój adres na prawo i lewo rozrzuca.

Na przystanku już stałam i...


... cudnie słoneczko wyjrzało, uświadomiłam sobie, że dziś przesilenie zimowe i już tylko lepiej będzie, mimo tego że wciąż jest gorzej, ale oj tam, oj tam...

Jest cudnie :) A PEKA się sama nie wyjeździ, całe 90 zł kosztowała :) Do Avenidy idąc takie tam znaki mnie kierowały, ale chociaż mi dzisiaj okulary nie parowały wyjątkowo



żadnej ropuchy nie widziałam, no chyba że były mikroskopijne i jakąś tam niechcący rozdeptałam. 

Zdziczałam, wlazłam do Avenidy i od razu zgon, bo w środku tropiki. Pod każdym sklepem parę osób w kolejce, więc wlazłam tylko do Empiku, dwa kalendarze zanabyłam, bo żadnego nie mam i nie, w tym roku nie będzie żadnych menów ani w kiltach, ani bez w naszej chacie. Nikt o mnie nie zadbał, w Empiku nie miałam siły ryć w pierdyliardzie kalendarzy, choć na stronie mieli gołych menów, może się jeszcze skuszę po świętach. Zatem 2021 będzie sponsorowany przez Harleye. Harleyem wprawdzie nie jechałam, nie trafił mi się harleyowiec, ale na jawie pomykałam (moja największa miłość jawę miała, a moje dzieci na wieść, że mamcia się na motorze szlajała dostały kurwicy, albowiem miały zakaz jazdy na motorach, zakaz kupna motoru i inne takie tam, Inżyner szybko wyrósł, a Pierworodny, bardziej na to zażarty po narodzinach Małej Wiedźmy, na moje pytanie, kiedy motor odrzekł logicznie, z rzadka mu się zdarza, ale czasami tak: dziecko mam, to nie motor mi w głowie, dziecko ojca mieć musi, a nie dawcę nerek). Fakt jawa w lat 70. a współczesne motory to całkiem inna bajka, ale com się najeździła, to moje. A i cioci pierwszy mąż też miał jawę, więc już jako nieletnie dziecię pozowałam na motorku, a potem, gdy już dojeżdżałam do K. (od 5 do 8 klasy, lata nie pomnę) czasem sąsiad mnie na motorze podrzucał do K. Tak więc 2021 sponsorują wspomnienia z młodości, wiatru we włosach i beztroski, wielkiej miłości, która się skończyła po maturze, znienacka, a bolała kurewsko przez wieki, ale nic to.

Kartek z Poznania nie mogłam nigdzie znaleźć, tak samo jak pojedynczych czerwonych cienkopisów Stabilo (firma kupuje, znaczy się D. kupuje po taniości czerwone długopisy BiC, wkurzające mnie maksymalnie), pot się lał po pleckach, ale młodzian z obsługi, wyraźny mimo maseczki, zawiódł mnie do półki, gdzie wioska leżała. I poczekał z moimi kalendarzami przy kasie, tamując kolejkę, cobym nie musiała znów w niej kwitnąć. Przemiłe dziecko :)

Z kilku widokówek Inżynier zaakceptował do wysyłki



To jest taki mały obrazek, format dwóch widokówek (wiem, wiem, tu się rozmijam z wykształceniem, nie znam formatów).

No ale muszę czekać na tłumaczenie wiadomości, tłumacza wcięło. Najpierw mnie wyrwał na gadanie na Skype, choć nie miałam czasu, bo świnie kwiczały,  randkę, dość długą, przerwała Kalafiorkówna, tradycyjnie zesrywając się ze szczęścia na mój widok, a waliło tak, że o mało mi dziecko nie zemdlało, a że i świnie kwiczały, tośmy sobie papapapapa zrobili.

W czwartek przyjedzie po mnie: skandal, o 9. A ja nawet wytrzeźwieć nie zdążę, bo wszak starym śląskim obyczajem na każdą nóżkę muszę kielonka (wódka już w zamrażalniku się chłodzi, rybka mi to, że kierowcy pić nie mogą, dlatego nie mam prawa jazdy i zawsze pić mogę), ale Inżynier mówi, że mu to nie przeszkadza, przywykł do matki w Wigilię.

Szkoda, że do lusterka znów piję, ale c'est la vie. Pisałam do Barana, bo leży na granicy tego okręgu z 4. stopniem obostrzeń w UK, gdyby moje dzieci nie wyjechały, byłyby w samym centrum tego, a Baran mi na to: nie wierz we wszystko. Bo on nie wierzy w wirusa.

A Inżynier na moje lamenta mówi spokojnie: mamo, rządy światowe nie potrafiły się porozumieć w tak błahej sprawie, jak szerokość (rozstaw) torów kolejowych, a miałyby się wszystkie dogadać w sprawie fałszywej pandemii jak jeden mąż?

I z rozpaczą przyznaję, że moje dziecko ma rację. I nie lubię mojego zięcia, bo to on przerobił Barana na idiotyczne rzeczy i jak mogłam mu wybaczyć tę jebaną witaminę C, to jednak lekceważenia koronawirusa nie.

Pisze też do mnie E., namolnie, że ona musi mi wszystko opowiedzieć, inaczej się udusi, a ja w tym momencie myślę: przez kilkanaście lat miałaś pierdyliard wymówek, żeby się nie spotkać, a teraz mam lecieć na skrzydłach, by godzinami słuchać o tym, co się nie wróci, czego się nie da zmienić, na co nie miałam nijak wpływu, bo gdy sporadycznie pisała i mówiłam, co robić w takim wypadku nie słuchała? Sorry, Winnetou. Napisałam, że nie czuję się na siłach pomagać w takim przypadku, że tu psycholog jest potrzebny, a poza tym o pewnych rzeczach nie chcę wiedzieć, bo nie zawsze mam ochotę na chodzenie w cudzych butach. Lamentowanie zajmie jej cały dzień, nic nie zrobię, słuchając fontanny nieszczęść. Co ja za to mogę, że ona musi ciągle sprzątać, bo ma wrażenie, że jak nie posprząta, to wejdzie jej mama i ją za to opierdoli? Nota bene, za wielkiego porządku nie miała nigdy, ale mnie to rybka, jej mieszkanie, jej sprawa. U mnie dzieci chowały buty do szafki, nie rozwalały po całym korytarzu. U niej nie dało się przejść, nie potykając się o buty. Mieszkała sama. Ja mam dwie pary butów na każdy sezon, na wypadek "mogą przemoknąć, nawet sandały, jak ulewa będzie" :) Wiem, jestem okrutna :) 

Ja mam kompleks na tle podłogi. Z dzieciństwa. Bo u mnie najpierw były rozeschnięte deski ze szparami. Potem płyty pilśniowe, na których się farba wytarła, więc leżał na nich dywanik z lentexu, wiecznie uświniony. Pierwsze mieszkanie znów podłoga ze szparami, wytarta z farby. Nowe mieszkanie i mam mieć wymarzoną  podłogę z desek, wysezonowanych, miała zrobić moja rodzina, za 200 marek, w całym mieszkaniu, cót, mjót i orzeszki laskowe. Podłoga położona na spokojnie, bo mieszkanie niezasiedlone jeszcze. Interweniował mój szwagier, najmłodszy brat Eksa.  Oszalałeś, babie będziesz dawał 200 marek na podłogę na mieszkanie rotacyjne? Więc nie dał. Obraził się mój ojciec, który podłogę załatwiał, wujek, który drewno przygotował, a ja zostałam na lenteksie i jakichś tam płytkach w kuchni. Co dzień ścierałam to na kolanach szmatą, bo tylko tak moim zdaniem było czysto, a dzieci nie mogły zbierać kurzu, urzędując na dupkach i kolankach. Ścieranie na kolanach przeszło mi jak Pierworodny na studia poszedł, a Inżynier mimo namów już na kolankach nie zapierdał po podłodze, a jak coś tam pili siedząc na podłodze, to dywan był :) W mieszkaniu rotacyjnym mieszkam do dziś. I wściekam się, bo gdy remontowałam je, za ciężką kasę, nikt mi nie powiedział, idiotce, że panele to też sztuczne jest... Szczęście w nieszczęściu, że pod lenteksem się nam nigdy grzyb nie zalągł, a lenteks 30 lat z hakiem przeżył, zanim się drzeć powoli nie zaczął. Panele na razie mają 7 lat, chronię je jak mogę, więc... 

Ale chciałabym mieć piękną podłogę, nie wydam na nią jednak wszystkich oszczędności i nie zrobię kolejnego wielkiego remontu.

Mam kompleks, traumę.

I dobrze mi z tym. 

Więc jest cudnie. 

Inżynier na wieść, że nic nie robię na święta, kazał mi pojemniki zabrać. Na pytanie WTF, odrzekł że dostanę od nich wałówkę :)

LOL :)

Mam pełny zamrażalnik, jarzyny, coś sobie upichcę świeżego. Nie chcę odgrzewanych w nieskończoność wigilijnych potraw. 

Albo co najwyżej umrę z głodu, kto bogatemu zabroni? No kto ;) Albo placki ziemniaczane sobie zrobię, dawno nie jadłam, a bigos za mną w tym roku nie chodzi, nie przepadam za nim, choć robię pyszny :)

W niedzielę zaś urodziny Kalafiorkówny, olaboga.

Co ja z tą dziewczyną mam, prawie cały grudzień na nią wtedy czekałam, a co nawywijała i wywija nadal, to jej. Niby dobrze jej z oczu patrzy, ale pozory mylą;)  Zesrać się w najmniej odpowiednim momencie to tylko ona potrafi :)


piątek, 18 grudnia 2020

Szok

 Kochany Pamiętniczku... Szok i zawał :)

Ale po kolei, jak pisze moja ukochana technika, a ja jej zawsze wywalam, rechocąc po cichu i z premedytacją :)

No więc, wleciał Pierworodny, z prezentami dla Inżynierowych Łobuzów, które kupił (prezenty, nie Łobuzy) na zasadzie wyżej sra niż dupę ma, zwalając to na żonę, ale co mnie to?

No i jednocześnie... Pierwszy szok. Wiem, wiem, posrany jest, w LM wszystko jest na wyprzedaży, ale kupił dla mnie, personalnie dla mnie tę poisencję, prześliczną,



przepiękne dendrobium też, Baran mówi, że to w warunkach domowych drugi raz nie zakwitnie, ale nieważne, co nie?

Taki niedorobiony jest, nie wie jak się nazywa (zgubił znów portfel ze wszystkimi dokumentami i kartami, ale na uczciwego trafiło, w telefonie mu bateria wybuchła,  a dopiero niedawno mu monitorek padł, telefon ma już chyba z tysięczny, słuchając jego relacji wybieram się za każdym razem na tamten świat, kiedy ja się przestanę martwić o to moje kaczątko?), ale wie, że kocham badyle i nic mnie tak nie kręci...

Więc ma wybaczone, bo... 

No, kto się oprze takim cudom :)

Jadą na święta do O. Był zdziwiony, że nie protestuję. To znak, że nie za bardzo kuma czaczę, na memłonie bym ich tuliła i głaskała, gdybym nie musiała tak skakać i usługiwać. Sumienie mam czyste, dzieci mają takie prezenty, jak chciały (babcia kasę dała), a ja umiem się dzielić. Teściowa lubi Pierworodnego, dba o niego, on się tam dobrze czuje, odetchnie. Nie byli w O. od pół roku, więc niech się dobrze bawią. Niech tamci dziadkowie nie poczują się odrzuceni. Wiem, że jak napiszę, a Pierworodny nie będzie miał akurat telefonu w naprawie, przyjedzie. Ma klucze. Narzekam na niego, bo rzadko mówi, że mnie kocha. Ale będzie mnie jemu brakowało, to też wiem...

Ale koniec sentymentów.

Nacieszyłam się Pierworodnym, wywaliłam, bo i warzywa się pchały, i świnie kwiczały, ale co, ja nie ogarnę?

A, firmowa korespondencja, kiedy wrócę do pracy, no mnie pożądają jak kania dżdżu. 

WTF? Mam zaległy urlop za 2020, chciałam wziąć na początku roku, kiedyś muszę, ale co ja za to mogę, że redaktorów przypila i chcą się wykazać, więc piszę, że jestem otwarta na wszystkie moralne propozycje.  Na niemoralne nie. No i chuj. Cisza :)

Ogarnęłam, jeszcze w międzyczasie wyskakując (z młodej piersi się wyrwało, w wielkim bólu i rozterce - wróć, ledwo zipiąc poleciałam) po pierogi - okazało się, że wykupione i rozchodzą się w okamgnieniu, ale pani sprzedająca, zadowolona, że stałam pod sklepem i nie jojczałam, gdy głaskała pieseła wielkości średniego cielęcia (aczkolwiek moje oczy musiały rzucać pioruny na myśl: umyje ręce, nie umyje, a przeciwsmogowa maseczka na twarzy dusiła mnie, albowiem ciekły w niej smarki z nosa litrami i chuch z gęby, a jedyną jej zaletą było to, co mówił Inżynier - okulary w niej nie parują, w domu wylałam z niej pół szklanki jakiejś cieczy i zastanawiam się, czy filtr, który w zasadzie ma starczać na 8 godzin nadaje się wciąż do użytku. I za maseczkę, i za wkłady do maseczki zapłaciłam na początku pandemii 200 zł), obiecała mi zostawić na juterko 3 paczki pierogów. Poleciałam więc kurcgalopkiem do rybnego, gdzie zostawiłam prawie stówę, ale... W życiu nie widziałam karpia bez ości (a takie kupiłam, zeżarłam od razu jeden kawałeczek, były w nim cztery drobniutkie ostki na krzyż, myśląc o wyławianiu karpia z wanny, łapaniu w gazety, waleniu młotkiem w łeb, nawet Inżynier przy tym wymiękał, Eks ryby kijem nie tknął, a Pierworodny, wiadomo, dusza człowiek), wart swojej ceny i nie ma bajzlu: odcinanie łba, patroszenie, zajęta wanna,  inne takie tam. Starość czasami jest piękna.

Na wigilię karp leży na głowie teścia Inżyniera. Rybka mi to. Sandacza też zanabyłam, i śledzia a la matias łososiowy :)

Przepis na necie powala na kolana, ale...

Obudziłam się wczesnym rankiem, mama ciao, mama ciao...

No dobra, zanim ogarnęłam puzzle i inne takie tam, bo poprzedniego dnia kiblowałam do nocy późnej, idąc spać z planem na dziś...

Wyłażę z wyrka, zdejmuję pościel, zakładam nową, walę do łazienki i...

Nie ma wody na pustyni.

Kurwa mać.

Lecę do piątki, ale ludzie wstają bladym świtem i są tylko 4 butelki niegazowanej. Kupuję.

Nie wykąpię się w tym, ale i z pragnienia nie umrę, zęby umyję.  

Włosy... hmmm... niemyte... Kurwa mać.

Ranczo, Ranczo mi życie ratuje. Tak jak NIENAWIDZĘ polskich filmów, włączyłam pierwszy odcinek wczoraj. Napisy, a jakże, ale postacie mówią co innego niż napisy :) No i mnie, kurde wciągnęło, bo jest tego warte, a ma chyba 10 sezonów. Przypomniały mi się czasy Plebani, oglądanej namiętnie i lamenty dzieci, że nie nagrały kolejnego odcinka i czekają na lanie (no, taka licentia poetica)...

O 11 wody brak, życie ratują mi klejkie chusteczki Dada, których nie dałam Inżynierostwu w czasach paniki. Klejkie, kurwa mać, po ich użyciu czuję się brudniejsza niż przed, ale... Mam jeszcze prawie nieużywany płyn antybakteryjny (klejki, kurwa) i antywirusowy, pięknie pachnący alkoholem. Nie, jeszcze nie dojrzałam do tego, żeby go wypić. 

Piszę, że idę szukać wody na pustyni. Odbieram zamówione pierogi,kurcgalopkiem po uszka (w pierogarni uszek w tym roku nie robią), a... Wysokie Obcasy Ekstra. Coś w kiblu muszę czytać, a elektroniki tam nie wnoszę. Nawet na trzeźwo. Stoję w kolejce przed jedynym ocalałym kioskiem, a kobiałka przez maseczkę sonduje: pani ostatnia? Odpowiadam tradycyjnie: nie, są gorsze ode mnie... I widzę katem oka, jak rzeczona kandydatka do kolejkowania spieprza w podskokach. Kolejka przede mną w śmiech, ale za Chiny Ludowe nie wiem, po co ci ludzie stoją, grzebią w pierdach, kalendarzach, by kupić Nasz Dziennik i wyjść, ledwo trzymając się na nogach.

Kurwa.

Wracam do domu. Wody nie ma, ale w piątce dorywam 6-litrowy, świeżo dowieziony baniak, i sześciopak Cisowianki (w dupie mam hejty). Nigdzie nie ma informacji co z awarią, choć na drzwiach naklejka od administracji, że przepraszają. 

Zamykam warzywka, na spokojnie, oglądając Rancho i moja ciemna strona duszyczki coraz bardziej rechoce, jak nie zniżą poziomu, będzie to pierwszy polski serial, który oglądnę do końca. 

Złażę na dół, z nadzieją na komunikat, zero. Ale w szparze unijnej...

Ojapierdolę.

Czasem sobie lepiej pewnych rzeczy nie życzyć, co nie?

Pismo z AR o zaświadczenie, ale można wysłać online, no problem :) Super, tylko po co kupowałam bilet, ale wdech, wydech.

I czerwona koperta z UK, bez nadawcy, pismo nieznane, moi tu, od Barana cudo już doszło, więc WTF?

Zapisać w kajeciku: humanitarnie skończyć z Inżynierem :) Ma kolegę Szkota, o którym już pisałam i... dał mu mój adres, bo... na weselu Inżyniera Szkot się mną zachwycił i wciąż o mnie pyta :)

No i

taka kartka była, a że ja po Outlander wciąż nawijam o Szkotach, a i on o mnie pyta, dostałam kartkę :)


Inżynier jest PozMan, ja PozMum :) I to mogłaby być całkiem fajna przyjaźń, gdyby  nie bariera językowa, albowiem... pewne rzeczy w życiu zdarzają się za późno :)

Mam adres, szukam kartki, odpiszę, z pomocą Inżyniera, bo jego bawi to tak samo, jak mnie, a to był jeden z jego najbliższych ludzi w UK...

Nikt mi nie powie, że życie dziwnie się nie plecie :)
Zapisać w kajeciku: nie oglądać angielskich seriali i nie tęsknić za UK.

Bo tęsknię.

Wczoraj mnie Baran męczył...

Tęsknię za Kornwalią, bo tam Poldark.

Tęsknię za Szkocją, bo tam Outlander.

Jak bardzo jestem pojebana w skali od 1 do 10?

Ogłaszam konkurs z nagrodami :) Taki bez nagród w sumie :P


..

środa, 16 grudnia 2020

Zeświniło się

 doszczętnie, Kochany Pamiętniczku. Wczoraj do 21 świntuszyłam, dziś cały dzień i po godzinach, bo warzywka, tak że nawet po zakupy nie poszłam, co mnie wkurza, bo ludzie są już w przedświątecznym amoku, kupują, jakby jutro miał się skończyć świat... I o dystansie nie ma mowy, po prostu kładą się człowiekowi na plecach, jakby to miało spowodować, że szybciej coś załatwią.

Wczoraj wydałam masę kasy, aż przerażona byłam - za same witaminy, które jednak suplementuję, zostawiłam 110 zł w aptece, za bilet na rok 90 zł, niby nie potrzebuję, mogę płacić tylko za przejazdy, ale... cenię sobie wygodę. Chcę, muszę, wsiadam, jadę nie zastanawiam się. No i mniej rzeczy dotykam.

I tak ziarnko do ziarnka i kaska leciała jak Niagara. A poleciałam, bo obiecałam tę kapustę na bigos Inżynierowi. Wpadł po nią wieczorkiem i na moment klapnął, jak dobrze móc porozmawiać chwilę bez wrzasku Łobuzów :) U Alienka w przedszkolu w jednej grupie ktoś ma koronawirusa, więc wszystko w zawieszeniu. Oby tylko zdrowi byli, to nawet odpuszczę tę wigilię - wszak wielkiej melodii na to nie mam. A krzywdy sobie nie zrobię, a może zrobię?

Brakuje mi przytulenia. Takiego zwykłego przytulenia, że włazi do chaty i przytuli. Wyłazi i po pleckach poklepie. Takie kurewskie czasy, że człowiek boi się przytulić do drugiego.

Nie, że ja się boję, ale też kłopotu nie chcę narobić jak coś. Jutro ma wpaść Pierworodny, bo ma zostawić prezenty dla Inżynierowych Łobuzów. Dlaczego u mnie i dlaczego Inżynier sam tam po nie nie podjechał, pozostaje dla mnie wielką tajemnicą niezbadaną, jak wszystkie czynności w wykonaniu Pierworodnego. Miał kupić małe klocki dla Łobuzów, kupił duże, tylko dlatego, że Inżynier dał większą kasę dla jego dzieci. Inżynier wypłakuje się, mówi: mamo, dałem, bo mogę, bo mam, ale następnym razem kupię byle co, żeby się nie czuł zobowiązany do rewanżu, na zasadzie wyżej sra jak dupę ma. Jadą do O. na święta. Rozumiem, nie widzieli się z teściami dobre kilka miesięcy. Z drugiej strony, jeżdżą tam na każde święta. A, mieszane uczucia mam, ale w sumie jestem zadowolona :) Będę miała święty spokój :) 

I chuj :) 

A święty spokój jest najważniejszy, co nie, Kochany Pamiętniczku?

E. się odzywa. Jak zwykle cały świat jest przeciwko niej, ma pod górkę i w ogóle. Po wymianie maili i SMS zaczynam wątpić w to, czy jej się odrobinę nie kićka, jej mama miała ciężką demencję, a żyła ponad 90 lat. Ona nie ma nikogo, kto zająłby się nią. Póki jednak nie wiem wszystkiego, nie wyciągam pochopnych wniosków i nie deklaruję niczego. Nie czyta ze zrozumieniem, napisała do mnie, że rozumie moją niechęć do komputera, że pewno mam słaby sprzęt. He?

Pierwsze co robię po przebudzeniu, to otwieram iPada, jak wstaję, włączam komputer. Moje kompiki kochane śmigające jak strzały i ja mam na nie narzekać?

Że jest schorowana? Wiem. Ale i mnie stawy bolą, nie sądzę jednak, że gdy będę lamencić całymi dniami będą bolały mnie mniej.

Że nie ma pieniędzy? Że emerytura nie starcza? Trzymała się od chwili, jak ją zwolnili z E-7 (zaraz po mnie wyleciała, bo zreorganizowali dział i nie pomogło noszenie ciasteczek pani z rady zakładowej) tej samej pracy aż do emerytury, chociaż mogła ją zmienić, parę okazji miała. Pracowała na pół etatu, wiecznie narzekając, że pracuje na cały, po godzinach, że po nocach siedzi. I nie, nie tak jak ja, że 3-4 dni w miesiącu, a potem luz i hasta manana. Nie, zawsze było źle, okropnie, kierowniczka jej nie lubiła, komputera nienawidziła, zabrał jej połowę życia i takie tam... Ale nie zmieniała pracy, bo wszystkie miłości, wbrew moim radom, że żadnej dupy z własnej grupy, przeżywała właśnie na pracowym gruncie i to  wyłącznie z żonatymi, dzieciatymi na dokładkę, wierząc do końca, że odejdzie od żony, a gdy nie odchodził, bo oni zazwyczaj nie odchodzą, taka prawda. I lata kiszenia się w tym romansowo-pracowym bagienku, opowieści, że tak spojrzał, tak minął na korytarzu, tak się ukłonił, a tak nie, do wyrzygu. Nie mam nic do wolnej miłości, ale żonaty - nie ruszam, bo po co? Dlaczego mieszkałam u tego esbeka? Ona mieszkała wtedy na pokoju jeszcze, mieszkała tam całe studia. Po studiach została tam sama i płaciła za dwa łóżka. Jak potrzebowałam wtedy, nie wzięła mnie (a przecież bym zapłaciła za swoje wyro), powiedziała, że gospodyni się nie zgadza. Gospodyni była naszą wspólną znajomą, ona zapoznała mnie z Eksem później. A E. mnie nie chciała, bo miała wtedy gorący romans z niejakim M. i przeszkadzałabym im w tym, bo on jej do siebie nie mógł przecież zaprosić. Zaszła w ciążę i ją zostawił. Ciążę usunęła, bo "rodzice by ją z domu wyrzucili"... Jej mama była dewotką do potęgi n, dobra kobieta, troskliwa, ale wariatka. Kiedy dowiedziała się, że jadę z moim chłopakiem pod namiot, powiedziała, że jak wrócę pójdzie ze mną do ginekologa, by sprawdzić, czy jestem dziewicą :)
Zaś jej rodzony ojciec (znaczy się dziadek E.) proponował mi kasę za spotkania w Polonezie, a oczywiście, bez zobowiązań, żebym tylko z nim kolację w knajpie zjadła :) Takie to były czasy, że nikomu o tym nie powiedziałam, po prostu powiedziałam dziadkowi nie. Może i kasy nie miałam, ale za to fantazję miałam ułańską :)

Potem nasze drogi się rozeszły, bo stanie w kolejkach i dzieci, a potem już raz na parę lat pasował jej termin, który mi pasował, o ile go w ostatniej chwili nie odwoływała.

A to tak do uzupełnienia story. Nie wiem, co chce. Najpierw zmarł jej brat, mówiłam, weź adwokata, bo sprawy rodzinne szły jak szły, ale nie. Odezwała się po śmierci mamy, że szwagierka i jej dzieci kłócą się z nią o dom. Mówiłam, idź do adwokata. Nie. Nie wiem, jak teraz, wspominała tylko, że rodzina z nią nie rozmawia i chce ją wyrolować.

No cóż - albo się robi tak jak ja - wypina na to i spokojnie żyje, wszystkiego przecież nie zabiorą, bo jak nie ma testamentu to nie ma takiej opcji, albo się użera. Żeby się użerać trzeba mieć adwokata i kasę. Ma swoje mieszkanie własnościowe, nie ma już najbliższej rodziny, do grobu wszystkiego nie zabierze i tak, więc nie wiem. Nie poradzę nic na to, że ludzie chcą wciąż mieć więcej i więcej, tak się po prostu nie da i już.

A nie wiem, czy Jezusek w tym roku się narodzi, bo u mnie okna nieumyte i takie pozostaną, albowiem primo po pierwsze nie mam czasu, primo po drugie nie chcę się zastanawiać, czy to zwykłe przeziębienie, czy inna franca.

A, sandacza kupiłam. Wprawdzie nie takiego, jak zachwalała Zmorka, bo mrożony, drogi jak cholera, ale... Niebo w gębusi i ani jednej ości. Więc muszę się jeszcze wyrwać do rybnego i na wsjakij słuczaj zanabyć. Karpia odżałuję w tym roku, jadłam już parę razy :) 

I to by było na tyle, ku pamięci, bo dzień za dniem leci jak głupi :)

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Pojebane

 wszystko coraz bardziej, Kochany Pamiętniczku. 

U mnie wkrótce już luty, albowiem dziś pożegnała styczniowy numer, czeka mnie jeszcze styczniowy numer warzywek, a i świniory (wlokące się od wiosny) spadły na mój łeb znienacka i w nieodpowiednim momencie z całym impetem, ale może to dobrze, bo zamiast zamęczać się rzeczami nieistotnymi popracuję w pocie czoła (ta kasiorka na koncie), nie martwiąc się, jak żyć?

Napisałam do E. dziś, że ma wejść na MSG. SMS znaczy się wysłałam. Biłam się z myślami od wczoraj, bo nie za bardzo mam ochotę na słuchanie "a ja się wkułam", no ale... Napisałam, że zapraszam w środę.

Nie ma odpowiedzi ani na SMS, ani na MSG. I nie wiem, czy mam się cieszyć jej brakiem, ale w międzyczasie napisałam, że jednak odpada, bo prosięta hulają. Tak, to ta moja "przyjaciółka" ze studiów, która była nią zawsze, gdy jej pasowało.

Czasy takie, że nie wiem, co o tym myśleć... A na serio? Nawet ja, niepodchodząca do telefonu, zazwyczaj raz dziennie go sprawdzam. W necie to prostsze jest, częściej można mnie tam spotkać.

Pomyślę o tym jutro...

A na razie śledzę opluwanie i głaskanie policji na FB. I znów mam mieszanie uczucia.

Bo...

Mąż mojej szefowej, ten z drugiego miejsca pracy, w którym zlądowałam błyskawicznie, wywalona z pierwszego, albowiem rzeczona "przyjaciółka", która miała być wywalona, bo się nie sprawdzała, miała "plecy" u pani z rady zakładowej, której latała po ciastka, a ja pleców nie miałam, bo powiedziałam, że nie należy to do moich obowiązków... Mój szef na wieść o zwolnieniu mnie szału dostał, ale odeszłam bohatersko, bo co ja będę po ciastka latała, nawet jak kawiarnia niedaleko? No cóż, takie to były dzieje :)

Drugie miejsce pracy, tam gdzie był ów mąż, znalazłam błyskawicznie, bo koleżanki (nawet nie przyjaciółki, przyjaciółką mieniła się E.) tato, dusza człowiek pracował w branży i... Następnego dnia miałam pracę. Pracę marzeń, aczkolwiek szefowa, pani Z. wciąż mi powtarzała, że widzi we mnie swoją następczynię po przejściu na emeryturę. Pani Z. przeszła na emeryturę parę lat temu, a ja odeszłam z firmy, z którą jestem do dziś związana różnymi węzłami, w 1986 roku, po urodzeniu Inżyniera już :) Firma do dziś dba o mnie, jako że to budżetówka, więc dba, o i okazuje się, że łączy mnie nie tylko więź z panią Z., ale i mój kolega z podstawówki był w szoku nie mniejszym niż ja, gdy okazało się, że on tam w  profesory poszedł, a ja dziś korekcę jego teksty, bo on do mojej gazetki pisuje :) A łączy nas mój ulubiony red. G., jego były uczeń :) Jaki ten świat mały, nieprawdaż?

Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady :) Mąż Z. był esbekiem. Nikt tego wtedy nie ukrywał, wiedzieliśmy o tym wszyscy. Wpadał czasem do nas z torcikiem, elokwentny, wygadany, spokojny, w przeciwieństwie do z lekka rozhisteryzowanej zawsze Z., zapalającej kolejnego papierosa bez filtra w lufce.

Przyszedł czarny moment w moim życiorysie, gdy nie miałam gdzie mieszkać, nawet akademik w ówczesnej firmie musiałam opuścić. Wtedy mąż Z. zaproponował, żebym zamieszkała w ich mieszkaniu na miesiąc, bo jadą na wczasy. Poprosił tylko, żebym nie odbierała pod żadnym pozorem telefonu, bo mogą dzwonić z firmy, a mieszkanie było firmowe. Dziś, z perspektywy lat, mieszkanie w starej kamienicy było norą, nie mieszkaniem, a już na pewno nie mieszkaniem "luksusowym". Tego zlewu w kuchni nie zapomnę do końca życia, identyczny miałam w naszym pierwszym małżeńskim mieszkaniu, które było... służbówką służącej przedwojennego stolarza z dobrą marką :) Mniejsza z większym, to był fajny miesiąc, a dzwonka telefonu po prostu nie słyszałam, o ile dzwonił, a że nie odczuwałam potrzeby dzwonienia - miesiąc minął cudnie, a 1 października, gdy mieli wracać z urlopu szłam się utopić po pracy i na olbrzymim placu przed uczelnią spotkałam siostrę ucznia mojej mamy i...

Nie doszłam już do Warty, ale to już inna bajka :)

Tak więc, jakby nie patrzeć, esbek ryzykował, dając mi klucze od swojego mieszkania na miesiąc, co nie?

Nawet im pół litra ani nic nie dałam :|

Fakt, byli ode mnie nieco starsi, ale nie aż tyle :)

Potem za mąż wyszłam.

Pierworodny się urodził.

W czasie stanu wojennego, gdy Pierworodny miał 2 lata, do DE wyjechaliśmy całą rodziną. I wróciliśmy. Wpadłam z dzieckiem do pracy, bo urocze było, pochwalić się chciałam, jak każda matka. Traf chciał, że akurat mąż Z. był w pracy. Dziecko popodziwiał, zapytał też, jakim cudem dostaliśmy całą bandą paszporty... Odrzekłam, że mąż na rencie, ja na urlopie macierzyńskim, to i państwo chciało się nas pozbyć, licząc na to, że nie wrócimy :) Uśmiechnął się, Pierworodnego zabawił (bardzo chcieli mieć dzieci, ale nie mieli, tak wyszło)i powiedział: Pani SJ, jeżeli pani mnie gdzieś spotka i ja się pani nie ukłonię, proszę się nie gniewać i  nie brać tego do siebie. Życie nie zawsze jest różowe. Niedługo później, lecąc do Peweksu w Polonezie po ćmiki dla teściowej, a jakże miała walutę na papierosy, po kokardkę i kucyki, nie mówię, bo i ja, jako palaczka się załapywałam, ujrzałam męża Z., siedzącego na fotelu w holu, z pustym spojrzeniem, obojętnie patrzącego na mnie i Eksa, jakby nigdy w życiu mnie nie widział... Parę razy tak się minęliśmy.

A potem, gdy zostałam sama już, bo Eks lewa prawa, pomaszerował w siną dal,  szukałam pomocy w macierzystej dawnej placówce. Chodziło o drobiazg - pożyczkę w kwocie 1500 ówczesnych złotych na remont. Ale musiałam mieć żyranta z pracy i z rodziny. Z rodziny podżyrował mi Pierworodny, już wówczas pracujący. A z pracy pani Z., mimo obaw, bo jej męża, który po ustrojowych zmianach poszedł na swoje, wyrolował rodzony brat, a sąsiedzi im drzwi malowali, bo wiadomo - esbek...


A taka tam historyjka, wspomnienia...

Są ludzie i są parapety, nieprawdaż? Nie znam dalszych losów osób z tej historii (oprócz mojego), internety niewiele mówią, to nie amerykański film, gdzie wyszukiwarka wszystko wywali, nie mam adresu, telefonu, nawet nie pamiętam imienia męża pani Z.

E. się nie odezwała, ale...

Wciąż myślę, jakie ciężkie życie mają inni i jak wielką cenę za to płacą.

Za miłość.

Za bycie.

A na stole stos wydruczków na juterko i tak do świąt :) No cóż, każdy ma swoje piekło, nieprawdaż? Chociaż ja nie nazywam tego piekłem, po prostu praca mnie kocha i mam zapełnione dni aż do świąt...

Kocham to :)

piątek, 11 grudnia 2020

Weeeekend

 Kochany Pamiętniczku, weekend, ojapierdolę.

I coś się zacięło w maszynerii, bo prawie punkt 17 wyszłam z pracy.
Znaczy się, wiedziałam, że już nic nie przypełznie, nie przywlecze się i chuj :)

Na początku wciąż miałam wrażenie, że to środa dopiero, bo lecieliśmy wg środowego schematu zamykania, ale zaczęłam mieć wyjebane na wszystko. Do śmietnika dwa razy polazłam, wynosząc leżące na balkonie śmieci (i wyciągając ze szpary unijnej nowy rachunek za mieszkanie - podwyżka, 25 zł za śmieci zamiast). Stop, wróć... jesteś egoistką, znaczy się, rybka ci to, nie twój cyrk, nie twoje pchły.

Słusznie. Tak trzymaj :)

Śmieci zlikwidowałam, po pyry do piątki wlazłam i skusiłam się na łomżę miodową. Po miesiącu niepicia piwa smakuje jak nektar bogów i dobrze. 

Zapisać w kajeciku: pić rzadziej, to i piwo smakuje :)

A  w tzw. międzyczasie (duży monitorek to fajna rzecz, dzięki za koncept, Inżynierze), włączając pocztę na cały ekran, żeby nic mi nie umknęło mimo braku bryli na nosie, obsłużyłam i pracę śpiewająco (Pani Basiu, praca z panią jest jak zawsze przyjemnością - SJ nie zesraj się czasem), odświętowałam chałupkę. I tak oprócz pierdyliarda lampek, których nie ma tylko w kiblu, chujenkę ogarnęłam, bo w sumie dlaczego nie?  Z powodu pandemii działający na psyche zalecają wcześniejsze ogarnięcie nastroju. Anglosasi zresztą świętują już w adwencie i nikt nie ma im tego za złe, a miasta i miasteczka wyglądają tam bajecznie. Nie kupię w chińskim sklepiku jelonka za stówę i nie postawię go na balkonie, bo primo po pierwsze, nie będzie go nikt widział, niczego nie ozdobi, z trawnika pod blokiem zajebią w trymiga, zresztą gdzie ja tam kabel podłączę do prądu? Z powodu zajebywania nie wywieszam wieńca adwentowego na drzwi, bo też nie przetrwa, a mam na to wielką ochotę, ale kasy mi szkoda, zrobiłam się skąpa na stare lata :D

Zatem


chujenka pikna jest, skaner psuje nieco image, no ale jeszcze będzie robota, więc trudno :) 

W kuchni zaś bałwanki urzędują


w małym pokoju  muszę baterie wymienić. Ale mam na to czas.

Znalazłam gdzieś zdjęcie draceny (i przepadło) sprzed lat, a dziś to chujenka całą paszczą :) Poszukam...

Nie ukrywam, krzątanie się, wyciąganie serwetek, dupereli, kombinowanie nieco mnie hmmm...

pocieszyło?

W kartonie zostały 3 (słownie trzy) komplety zajebistych lampek, zrobionych przez małe chińskie rączki, więc jak coś jebnie, to jebnie, nie będę drążyć, powieszę nowe :D 

I wciąż nie mam dla siebie prezentu na: urodziny, mikołaja, Gwiazdkę.

Ktoś coś, jakiś pomysł, co sobie kupić?

Chodzi za mną zmywarka, ale sęk w tym, że musiałaby mieć 45 cm i jakoś jeszcze wcisnąć tam zlew (całokształt 80 cm) i wszystko rozbija się o brak fachowca. Przez duże F. Bo pierdolenie Pierworodnego, że coś się zobaczy i... na drzewo :) Chcę mieć luksusowo zrobione, bez kombinowania, że nie pasuje, że brak uszczelki, że homoniewiadomo... Dziś prawdziwych fachowców już nie ma, ostatni, pan Czesiu od mojej teściowej, już pewno trawkę od spodu dawno gryzie (miał córkę w moim wieku), drugi, którego imienia nie pamiętam nawet, ten Austriak się kłania, miał też córkę w moim wieku, a jego zięcia widywałam dojeżdżając do pracy, trzeźwy nigdy nie był, no ale wciąż widzę jak z Eksem zakładali zamek do drzwi, wsparty na... zapałkach, bo parę milimetrów im zabrakło :) Zięć, nie ten gość, bo ten gość był przedwojennym fachowcem :)

Chodzi za mną ajpadzik, ale... Stary ma się idealnie, co z tego, że swoje lata ma? Jak się zepsuje, kupię nowy, ale tak - po co? Niepotrzebne zaśmiecanie planety.

 Książek mam do czytania całą kupkę, ale sorry Winnetou, jest jak jest...

Z gospodarstwa domowego nic mi nie potrzeba.

Ciuchy i obuw mam.

Wbrew temu, co sugerują moi synowie nie jestem fanką torebek, mam ich od cholery i nie w głowie mi nowe, bo po co, skoro na zakupy chodzę z wózkiem, po szafie błąka się stado niewykończonych torebek, na Birkina nigdy nie będzie mnie stać, zresztą nie miałam na takie sakwy nigdy melodii?

Samochód? Kupiłabym, ale nie mam prawa jazdy, a na kierowcę mnie nie stać, zresztą koszta nie są adekwatne do rzeczy, taniej nawet wyjdzie taksówką do K. niż mieć auto :)

Jedzenia niezły zapas.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć? 

Nawet słuchawki an Blutooth mam zachomikowane na wsjakij słuczaj...

Sandałki nówki nieśmigane czekają od dwóch lat na swoją kolej.

Sukienka z wesela jeszcze Pierworodnego, która obleciała i Inżynierowe wesele (no i chuj, nikt się nie zorientował, że kiecka przechodzona, zaoszczędziłam 700 zł, za to dwie pary butów kosztowały mnie prawie 800, a żadnej z nich nie dało się mieć na nogach dłużej niż ceremonia ślubna), pasuje do trumienki idealnie, a buty w trumience nie będą mnie już piły, więc rybka, co mi wcisną na te już niesmukłe nóżki :)

Jak żyć, jak żyć?

Alkohol na święta mam, będzie melodia, będę pić, nie będzie, będę trzeźwa w trzy dupy.

No i jak tu żyć?

A, pewno: można nie marudzić :) 

Trafna diagnoza.

Jutro na Manhattan, po dwóch prawie tygodniach nieobecności :) Będzie się działo :) Oj, będzie :) 

Inżynier dał 2 tygodnie temu do przetłumaczenia książeczki zdrowia Łobuzów z UK koledze. Tłumacz, nie przysięgły, ale z uprawnieniami. Nie cierpię gościa od zawsze. Stawiany na wzór w kościele: żeby pani chłopcy byli tacy idealni, jak M. Niech chłopcy biorą przykład z M. M. wpadł jeszcze przed dwudziestką, no ale to M. Idealny. M. z wyższością odnoszący się do innych, w tym do mnie osobiście, bo jest idealny. Jego żona była przyjaciółką Sikory, a mój Anioł od remontu to był jej ojciec. Mamusia M. świętojebliwa do wyrzygu, choć w sumie nie za bardzo wiadomo, kto jest ojcem M. Mnie to rybka, ale nie lubię takich typów, nie, nie ze względu na to, że nieślubny jest :) Jak coś ode mnie potrzebowali, to i telefon i MSG, a jak nie, to w dupie. Po kolejnym starciu na temat moich poglądów, są jakie są i żaden świętojebliwy mnie nie przekona do ich zmiany, wywaliłam z FB i spoko :) Ale Inżynier nieprzemakalny, obrywam, jak cokolwiek śmiem rzec. Więc nie rzekę, rybka mi to nie ma ich w moim życiu - to nie problem. No ale tłumaczenie, potrzebne, bo nic nie można załatwić w przychodni... Kasy nie chciał, bo jak to, od przyjaciela. Od dwóch tygodni ma w dupie tłumaczenie i masę wymówek, choć Inżynier chciał zapłacić, dla niego to drobiazg.

A, może wreszcie przejrzy na oczy? Ma szczęście do fałszywych przyjaciół, jak chociażby PM, do którego i ja, i Baran, i Kierownik Budowy żywiliśmy hmmm... nienawiść, widząc, jak wykorzystuje Inżyniera?

No nic, nieważne, pozostaje trzymać kciuki, żeby Łobuzy nie potrzebowały tłumaczenia na gwałt.

A Sikora coś o tej "przyjaźni" wie.

I co ja za to mogę, że tak paskudnie i głupio dzieci wychowałam, że takie ufne.

W sumie to już nie dziecko, ma 36 lat. Smarkacz. Jeszcze musi się dużo nauczyć...

No, chociaż się dziś nie ofuknął na mnie, jak powiedziałam, że lepiej zapłacić, wzdechnął: chciałem.

Może przejrzy na oczy.

Nadzieja jest matką głupich, błogo mi, żem sierotą  :) 

 


czwartek, 10 grudnia 2020

Jeszcze

 tym razem przebrnęłam, Kochany Pamiętniczku, dla mnie najbardziej znienawidzony dzień w roku. Bo z czego się cieszyć, że kolejna cyferka wyskakuje i coraz bliżej do mety?

A, nieważne.

Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka, jak co roku w Chałupach.

I tak, coraz ich mniej będzie, o ile jeszcze będą. Korekcąc do wyrzygu forum, do wyrzygu, bo w pierdyliardzie wersji to samo apiać, a pierdolenie o Szopenie, że ojapierdolę, takie mamy elyty, na mądrą rzecz trafiłam: że rolnik ma 40-50 swoich doświadczeń góra... I to prawda, ale w sumie odnosi się to chyba do każdej pracy. Odkąd tu pracuję, a to już dziesięć lat, to mój dziesiąty sezon w sensie, że cykl przyrody zatoczył koło. Teraz zima, ale to nie znaczy, że nie ma nic do roboty. Zakręcone te moje przemyślenia, ale nieważne, ja wiem o co mi lotto.

Synowa od Pierworodnego i Mała Wiedźma nawet mi życzeń nie złożyły. Nice, nieprawdaż?

Do przemyślenia: na jakiego chuja ja się staram? Stara jestem, sklerozę mam, więc w sumie? Bo miło byłoby w tym dniu usłyszeć od najbliższych miłe słowo, co nie? No, widocznie nie są najbliżsi. A szczerze? Znudziła mi się rola bankomatu, wyjebane mam. 

I tyle. 

Inżynier wleciał, też oberwał, ale za niewinność w sumie. Za to Alienek jeden stanął na wysokości zadania i zmajstrował laureczkę jak marzenie :) Jedyny facet w moim otoczeniu, który kuma czaczę i wie, że lubię badyle :) 


I jak tu go nie kochać? :) 

A przy okazji - o zgrozo, zupełnie na trzeźwo zrobiłam to, czego się bałam latami - rozwaliłam sobie łeb o szafkę. I to jak, tak, że szycie było w sumie potrzebne. Ale że to późnym wieczorem, krew sikała, a jak teraz na SOR jechać? Zatamowałam, tydzień ze strupem jak wałeczek, dzisiaj odpadł, blizna będzie, ale w dupie to mam :) Oko pięknie zaszło krwią, ale... mam wrażenie, że wzrok mi się poprawił i niebiosom dziękuję, że nie straciłam oka. Już jest OK, widać z bliska, ale w dupie to mam :) Ale i tak już ponad tydzień, jak kibluję w domu.A że nakłada się to na zawirowanie pracowe, mam po trochu dość, ale wytrzymać muszę do poniedziałku. Kartki wypisałam, ale nie mam ich jak wysłać, dziś skończyłam o 21 i naprawdę nie mam siły lecieć do skrzynki, najbliższe wyjście w sobotę, bo lodówka tylko światło ma w środku i chleb się kończy...

I awantura z Inżynierem, bo okazało się, że wigilia ma być na D., u jego teścia, a kombinowanie jak koniem pod górkę. Dość, że noc pourodzinową przepłakałam, nie, nie z żalu, ale ze złości. Napisałam rankiem, że ja ślubu nie brałam. Nie cierpię jego teścia, nie byłam zła o to, że chcą tam iść na wigilię, bo rozumiem, że babci leżącej z łóżkiem nie przewiozą do siebie, zresztą obiecałam poprzednio, bo stara śpiewka "niech się mama wnukami nacieszy", a ja, kurde, przeszczęśliwa byłam w zeszłym roku sama (tak, teraz tęsknię za Baranem i za R., ale to inna bajka), a tu mało, że jadłospis absolutnie nie pode mnie, to jeszcze mam się uśmiechać, bo są święta i siedzieć z kimś, z kim nawet o dupie maryni się nie da pogadać? No to się alarm zrobił, zostałam wezwana na Skype do raportu i że to nie tak, że będzie inaczej, że wigilia u nich, że on też chce się matką nacieszyć. I na nic argumenty, że mogę wlecieć w święta, że mogą wlecieć do mnie, sranie w banie.

A mogło być tak pięknie.

Nienawidzę świąt i urodzin, nic tego nie zmieni.

Od Pierworodnego nawet się nie odezwali, w sumie wyjebane mam. Kasę dałam, dziękuję nie usłyszałam, to będzie zdziwko jak więcej bankomatu nie będzie.

I tak we mnie złość kipi i kipi, a ludzie z pracy piszą: Szkoda, że Pani nie ma z nami… Pani zawsze wnosi dużo uśmiechu, a ostatnio tylko problemy z... no takie tam pracowe, dobrze nie jest, mimo oporów całej załogi są nowe porządki, jest jak jest. Tak pisał gość, którego zawsze opierdalam, tak w rzeczywistości, jak i w mailu. Widocznie za czule go opierdalam :0

Artykuły o szanowaniu pracowników, sranie w banie i rzeczywistość. Brak AS, tego, który odszedł w zeszłym miesiącu, zapchajdziura za zapchajdziurą i co jedna to gorsza. Ster jego działu wziął Boss i zanim kogoś znajdą, wszyscy jesteśmy tego ofiarami... I potok maili, że pracujemy, pracujemy.

Tak, lubię kasę na koncie, ale o chlebie i wodzie też można żyć, na to emerytura starczy, co nie?

Wiadomo, lepiej nie będzie, jedyna pociecha, że lat coraz mniej.

Pomijając polityczny aspekt kupna Polska Press przez Orlen, strasznie mnie to pojechało, bo z lokalnych mediów przejętych znam sporo ludzi, pracowałam z nimi, bo światek wydawniczy to małe bagienko. A sama już przerabiałam raz podobną historię...

Rzygać mi się chce na to wszystko.

Planuję w sobotę ogarnąć wszystko, teoretycznie pracuję do poniedziałku, potem kolejny piątek i poniedziałek zamykanie warzywek, ale wolę teraz. Okien nie myję, byłam tak przeziębiona, że myślałam, że się przekręcę, więc spoko, odpuszczę. Piździło tak szparami, że siedziałam w polarze, z kocem, i w poncho i się trzęsłam. Ja, której jest wciąż gorąco, a lekarz powiedział, że jak mi będzie zimno to pora do piachu.

No to pa :)

Ale że nie miałam jak poleźć po uszczelki, a Pierworodnego nie chcę prosić, to na YT znalazłam filmik i tadam: okazało się, że ci od okien, którzy w ramach gwarancji mi mieli okna wyregulować, rozregulowali je tak, że ojapierdolę. Widać to zresztą po szparach, które są brudne i brudniejsze. Na YT pan pokazał, jakie to proste i z imbusem 4 mm wyregulowałam okna. Pomyślałam, nie mam ogrzewania w sąsiednich mieszkaniach, więc włączyłam u siebie kaloryfery, wszak nawet na dopłatę kurwa, mam, nie muszę we wnuki pakować, co nie? Przedtem nie czułam tego tak, ale też nie siedziałam przy oknie w małym pokoju, a i w domu bywałam krótko, leząc do pracy, a teraz praktycznie z niego nie wychodzę. Nie mam drzwi, drzwi od łazienki otwarte, bo inaczej w niej nieświeżo - więc przeciąg, co nie?

Tak pomyślałam, okna przykręciłam prawidłowo, kaloryfery wyregulowałam, drzwi od łazienki zamknęłam i voila :) Żyć nie umierać, tyle że kamizelkę przy balkonowych drzwiach zakładam, bo tam zawsze jest najzimniej, a nie chcę nerek przeziębić.

Mówcie mi miszczu...


środa, 2 grudnia 2020

Bardzo

 grzeczną dziewczynką jestem, Kochany Pamiętniczku, albowiem dziś od mikołaja, który jeszcze nie dotarł do PL dostałam


aż tyle prezentów.

No dobra, to nie był mikołaj, ale kochana nasza Dora, która do Małego Księcia po niemiecku dołożyła naparstek z Kłodzka i magnesy :) Zaskoczyła mnie i uradowała :) 

I tym pięknym sposobem moja kolekcja małych książąt rośnie

Ponieważ miało być zebranie z zarządem, a ja nie mam TEAMS, olałam (nic nie straciłam, takie tam, uścisk dłoni prezesa, pierdolenie o Szopenie i ani grosza premii), poleciałam po zakupy, odkolędowałam swoje na poczcie, klnąc pod nosem, bo teraz w godzinach dla staruchów wszędzie tabuny staruchów, dostosowali się, lepiej jest w zwykłych godzinach. 

Ale warto było, co nie, Dora jest kochana  :)

Pod pocztą uświadomiłam sobie, że pora kartki świąteczne słać, więc zaczęłam opłatków szukać. Bo kartki mam, znaczki mam, ale opłatki? Mam gdzieś zakitraną masę opłatków, a że w zakonach masowo są zachorowania na COVID, mam obiekcje przed tegorocznymi opłatkami. Wiem, wariatka :)

A i PEKA mi się jutro kończy, a w tym roku zamiast 50 zł za rok chcą 99 (a ja jak wiadomo, ze Szkocji jestem wyrzucona za skąpstwo).

Ale za to miałam fajny kilt 


 


co, nie?

I nawet jak zakładałam go zamiast sukni cienkiej i maszerowałam w siną dal



wracałam do domu, bo...

... kto posprzątałby tak jak ja? Eks trzaskał fotki wszędzie, ale... Chłopcy mieli wtedy jakieś 2-6 lat. I nie, że wszystko było pod sznurek, ale stały - jak to u mnie - dwa wazony z badylami w zasięgu małych łapek, jak najbardziej i...wazony mam do dziś, nic się nie stłukło, nie wylało, nie padło... (za toaletką tęsknię w noce bezsenne, ale cóż...). Na ławie był bieżnik albo serweta i wytrzymywało toto tydzień. A, łezka się w oku kręci :) Kalafiorkówna, dwulatka, jest jak tornado, nie tylko w gościach, gdzie wiadomo, coś może zaciekawić, ale i na swoich śmieciach, wciąż słyszę: zostaw, nie właź, nie ruszaj, nie dotykaj...

A u nas stało i nie kusiło.


A taki suknio-golf zrobiłam sobie sama na drutach :) Mam jeszcze chyba gdzieś skitrany, a jak nie, mam skitrane dwie kiecki, kiedyś pokażę, jak sfocę, bo fotki w nich nie mam na osobie ;)

Znalazłam zagubiony album, skitrane klasery, o których myślałam, że je przepiłam, a opłatków dalej nie ma.

Trudno, wyślę kartki bez opłatków w tym roku, trudno. 

I tak ten post sponsoruje przeszłość..

I mimozami jesień się zaczyna...

Jaka jesień, jak zima?

Bratki chyba szlag trafił, z okien piździ, wiem, muszę uszczelnić, jak wywlokłam kamizelę polarową, włączyli  grzanie na maksa...

Dobra, cieszę się...

Życie to kiepski dramat, złożony z wyśmienitych momentów :)




niedziela, 29 listopada 2020

I koniec

 niepracowania, Kochany Pamiętniczku.

Sobota piękna była, słoneczna


gniazdo ptaka kamikadze wypatrzyłam...
... jemiołę w sam raz do całowania... A tak w rozmowie z Inżynierem wyszło znienacka, że podobam się jego koledze, który do rodzinnej Szkocji wrócił, kiltu wprawdzie nie nosi, ale może da się namówić, rudy jest. Żony nie ma. Już widziałam te namiętne pocałunki pod jemiołą, ale... Smarkacz z niego, ledwo 50 skończył, co ja bym z nim robiła? :) A rozmowa długa była, Łobuzy były systematycznie pacyfikowane, w końcu zdenerwowany ojciec słuchawki założył, ale że słuchawki do grania, to wszystkim się zdawało, że to Wojski gra jeszcze, a to echo grało :)
I jaka symbioza po drodze - krzaczek posadzony w płotku, a obok niego samosiejka, jaka żądna życia i przestrzeni, przycupnęła :)




I moje widoki z okna, a w zasadzie z okien, nie chciało mi się wyciągać aparatu, telefonem jest jak jest, ale widok bajeczny.

I tak jak dziś wszyscy się chwalą śniegiem, szczęśliwa jestem, że tego białego gówna u nas nie ma. I niech tak zostanie.

Za to znów mam kłopoty ze spaniem, ale jest pełnia, więc zagadka rozwiązana. Niebo dziś czyste, w kuchni i w małym pokoju czytać można bez światła, nic dziwnego, że wczoraj mimo że męczyłam Virgin River do 2 nocy zasnąć nie mogłam.

I wieczorna pogawędka z Małgorzatką. Muszę kombinować ze Skype, moje Skype ma nieźle nasrane, ale dałam sobie radę...

Pomijając popierdoloną sytuację w kraju - gdzie indziej też nie lepiej - jest cudnie. Jest cudnie i już :) Pierogi są przepyszne, aczkolwiek mogłyby być ciut mniej słone. Resztę się ogarnie, powolutku. 

Choć już życia, psiamać, popołudnie, ale je nie wieczór :)

piątek, 27 listopada 2020

Noc

 ciężka była, Kochany Pamiętniczku. Niby szybko zasnęłam i spałam, ale... Całą noc w moim śnie buszował Alienek. Z natury Łobuz pospolity, co nie zmienia faktu. że kochany, ale w tym śnie przeszedł sam siebie :D Rozrabiał jak pijany zając w kapuście, a wstałam tak wymęczona, jakbym dwie tony węgla do piwnicy wrzuciła. No cóż :)

Zatem nieco rozbita polazłam po zakupy, bo chleb się skończył. Chleba nie dostałam, bo pani mówiła, że z okazji andrzejek ludzie pączki kupują i chleb wykupili. No ba, na moje oko to andrzejki są 30 listopada, ale co ja tam wiem :) Za moich czasów zawsze 30 była potańcówka, kiedyś się tak złożyło, że moja buda miała szlaban, trójka rodzicielska z dyrem zrobiła rajd po wiochach i była armageddon, a u nas w R. andrzejki odbyły się wyjątkowo dzień wcześniej i nam się upiekło. Mniejsza z większym, na paczka nie miałam nastroju, w zamrażalniku mam chleb, więc odpuściłam.Pierogi kupiłam, firmy "Nie śpimy, lepimy", wypróbuję w tygodniu, jak będą OK to kupię na wigilie. Powiedziałam, że chcę coś przynieść, a pierogów lepiła nie będę, nie mam takiej opcji wdrukowanej :)

Po karpia wleciałam, a że akurat był eksterminowany, zamówiłam płat i poleciałam dalej :) Staruchy na łeb dostały, pewno już za długo siedzą w domach i tak jak zawsze w tych godzinach był luz i hasta manana, tak dzisiaj w sklepach było tarło :| Znaczy się staruch o starucha się tarł... Aż iskry szły. Pod rybnym w kolejce postałam 10 minut, zaczęłam się martwić o pierogi, niepotrzebnie, wytrzymały :) Karpik na obiadek był, ale zjadłam tylko pół płata, a kiedyś mogłam całego karpia wciągnąć. Starość, kurwa, starość, jem mniej a dupa rośnie i szumi.

Bolsa kupiłam, bo wpadłam na genialny pomysł zrobienia nalewki cytrusowej (ja, która nigdy nalewek nie robię) i okazało się, że jeden bols to za mało. Poleciałam do piątki, a tam tylko czarny bols, przepłaciłam aż miło, więc pożałowałam, stwierdziłam, że schowam na prezent jak coś, soplicę zanabyłam, ale i to za mało wódki jest :P


Kapinkę odlałam i o rety, jakie dobre, chociaż jeszcze się nie przegryzło. Więc mam jutro motywację po jeszcze jedną wódkę, ale to już do Biedronki, bo inaczej zbankrutuję :) Jeżu kolczasty, ostatni raz piłam mocny alkohol w marcu, gdy Inżynier u mnie kiblował :) I pożałowałam, że butelki pamiątkowe wczoraj na śmietnik wyniosłam, bo przecież w coś te nalewki przelać muszę. Zawsze tak mam, jak coś z domu wywalę, nawet ręcznego miksera od teściowej pożałowałam, bo jak prądu nie będzie...

Idiotka :)

Zakwas na barszcz mam, ale chyba nie dostoi do świąt, zrobię nowy. Buraczki pracowicie utarłam, zamroziłam (bo słoika takiego wielkiego na nalewkę już nie miałam). I tak mi kuchennie dzień minął. Rano, robiąc zakupy załapałam się na pełnię słońca, potem znów zrobiło się szaroburo... Trochę pracy wleciało, ale tak, że rękawów sobie nie wyrwałam, no, poczułam się dowartościowana.

Na jutro nie mam planów, wszystko ogarnięte, nawet żarełko na parę dni...

Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja...


czwartek, 26 listopada 2020

I znów

 migusiem parę dni przeleciało, nie wiadomo kiedy, Kochany Pamiętniczku, mam wrażenie, że na starość czas przyspiesza i nie hamuje już na zakrętach. 

A mógłby troszkę przystopować, bo wciąż go mniej i mniej.

Powoli pozbierałam się do kupki, choć nie do końca, znów wróciły myśli, że przecież trzeba jak najwięcej uporządkować, bo kiedy te biedne dzieci to wszystko ogarną?

Ja po swoich Umarlakach niewiele miałam do ogarniania w sumie. Mama zmarła, ale to nic nie zmieniło w ogarnianiu, bo ojciec żył. Inna para kaloszy, że przesrał wszystko, jedyne, co udało mi się ocalić, to mamina biżuteria (bo wzięłam do Poznania) i łyżeczki (a, takie kultowe, filigranowe, do porcelanowych filiżanek, w sumie bardziej do podziwiania niż praktyczne, moje dzieci się nimi w ogóle nie zainteresowały, moje synowe to nie ta klasa - nie mam nic złego na myśli, po prostu nie znają takich wynalazków, na widok widelczyków do ciasta pytały po co takie małe widelce są, więc tematu widelczyków do śledzi już nie drążę, bo po co?). A ile awantur było o to, że ojca okradłam (czytaj: nie dałam sprzedać na wódkę, mamy siostra mnie za to do końca życia błogosławiła). Po śmierci ojca niewiele zostało - nie mieliśmy domu, wciąż psim swędem zajmował służbowe mieszkanie mamy, gdy zmarł, ponieważ ani ja, ani brat nie mieszkaliśmy już w R. (on zresztą też od lat tam nie mieszkał), kazano nam je opróżnić. Ponieważ ja miałam na głowie dwójkę maleńtasów i chorego męża, likwidowaniem mieszkania zajął się brat, za co byłam mu wdzięczna. Dostałam meble z lat 60. (szafę mam do dziś), brat mieszkał w wynajmowanym mieszkaniu, więc nie miał gdzie ich wstawić, stół i łóżka poszły na przechowanie do szwagra i tam przepadły jak sen złoty, krzesła w piwnicy zgniły, bo nie miałam gdzie wstawić 12 krzeseł... Trochę skorup, albumy i tyle... Po ojcu nie zostało ani grosza, a zarabiał nieźle. Nawet nie miałam wtedy głowy do drążenia kwestii finansowych, może i tam coś było, dla mnie szczęściem było, że pochowaliśmy go spokojnie, choć spokojnie nie zmarł.
Brat. Odebrał sobie życie. Chowałam, nie wiedząc, czy cokolwiek dostanę, ale przecież to był mój brat. Po jego śmierci choroba Inżyniera, a gospodyni wyrzuciła jego rzeczy na śmietnik, bo... nie przyszłam pokoju sprzątać. Mając umierające dziecko na OiOM dzień po pogrzebie miałam głowę do sprzątania. Zresztą - miał zepsuty telewizor i swoje ubrania. Papiery, albumy, zdjęcia przyniósł do mnie w kartonie dzień przed samobójstwem - lata trwało, zanim je otworzyłam. I po 10 latach jak grom z jasnego nieba: komornik z żądaniem 8 tysięcy za kredyt ze SKOK, o którym zielonego pojęcia nie miałam, bo skąd, wiedziałam, że ma długów więcej jak włosów na głowie, ale że żadnego spadku nie było, myślałam, że jestem bezpieczna. Nieznajomość prawa jednak szkodzi... O mało na zawał nie zeszłam, adwokat, wygrałam, no cóż...

Mamy siostra - bezdzietna była, nasza relacja była bardzo skomplikowana, ale ciociu - dotrzymuję słowa, a i Inżynier wciąż twe nauki pamięta. Mieszkanie zlikwidowane błyskawicznie, long story. Paru rzeczy stamtąd żałuję, ale też nie byłam w stanie przenieść wszystkiego tu. Pieniądze zapisała mi jeszcze, gdy byłam na studiach - kazała mi przyjechać, pojechałyśmy do O. do banku, założyła konto na moje nazwisko, z pełnomocnictwem dla siebie. Ja przez lata się nim nie interesowałam, bo co mi, nie moje pieniądze. Zapomniałam o tym zupełnie. Po Jej śmierci w szafie z papierami książeczka na moje nazwisko - proste, łatwe, przyjemnie, nawet aktu zgonu i testamentu nie musiałam pokazywać. Nie, żeby mi ta kasa radość przyniosła, nie. Po prostu bezproblemowo.

Eks. Było, jak było. Wiem, że dzieci są skrzywdzone, ale dzieci mają to w dupie, mam i ja. Spokojne życie ma swoją cenę. Nie pluję na lusterko i śpię spokojnie.

No, moja kolej. Inżynier już kiedyś mówił: zostawić polecenia, gdzie co. Zabieram się jak zając do jeża. Że płatności, że homoniewiadomo. No cóż. Wszystko mam elektronicznie, ubezpieczenia i inne są w biurku i w skrzynce. Fakt, że będzie trzeba przekładać, ale wszystko jest w jednym miejscu.

Testamentu nie piszę, pierdolę, albo się podzielą, albo będą się tłuc. Znając ich, tłuc się nie będą, nigdy się o nic nie tłukli, choć nie do końca się ze sobą zgadzają. Niech każdy weźmie, co będzie chciał, wiem, że rzeczy, które kręcą Pierworodnego, nie ruszają Inżyniera, więc się nie pozabijają. Co nie będą chcieli, mają sprzedać. I tak zdaję sobie sprawę z tego, że to, co dla mnie jest cenne - dla nich jest niczym.

Chociaż jak wspomniałam, że chcę listy z obozu dać do muzeum, Inżynier się oburzył, że jak to, to jego historia. Że nie.

Więc na dwoje babka wróżyła, ale to już nie moje zmartwienie będzie. Cieszę się, że coś im materialnie zostawię, choć oczywiście nie mam zamiaru lecieć do urenki migusiem, ale to już nie moja gestia, co ma być, będzie.

We wtorek na kijki poleciałam, przez paskudnego Barana. Bo podesłał mi muzykę w 8D (proszę sobie pogooglać) i nie wytrzymałam. Pierdoliłam pandemię i aparaty, słuchawki założyłam, a jakże i nie żałując gigabajtów, rozdziewiczyłam ajfonika i słuchawki i poleciałam :) Pierwszy raz od marca bez aparatów i w słuchawkach. Z rozdziewiczonym ajfonem, porno level hard :)

Byłam w euforii i ekstazie, orgazm miałam, ale STEP powiedział mi, że niecałe 4 tysiące kroków. WTF? Tyle robię leząc do marketu i na Manhattan, a tu taki kawał lezę i tylko tyle? Musi STEP spsuty jest, ale Endomondo wyłączają 31 grudnia (nienawidzę zmian)...

No nic...

Chałupka wzbogaciła się od soboty w 


będzie i trzeci kwiatek, a i storczyk znów zakwitnie :) Nice :)

W środę gotowa na kijki patrzę: słońce, ale we mgle. Apka i: 267% normy pyłu zawieszonego... Mam maskę przeciwsmogową, ale... Nie... Wygrała opcja porządkowania życia na wsjakij słuczaj :)

A że w szufladach ze sztućcami panował już nierasowy bajzel, a i platery zarosły, zatem... Siarkowodorru naprodukowałam, ale pomna ostatniego razu, kiedy o mało się na tamten świat nie wysłałam, wietrzyłam, siarkowodór produkując. Andrzej Krowarsch czuwał :)

Inżynier, który wpadł wieczorem jak po ogień, na widok szuflady oniemiał i go zatkało. Sprzątając inne szuflady wyrzuciłam z bólem serca ręczną trzepaczkę-mikser, którą dostałam od teściowej jeszcze, a którą ostatni raz używałam jakieś 20 lat temu. Mam mikser elektryczny, blender... Kiełkownicę wyrzuciłam, używałam jej jakieś 5 lat temu ostatnio i nasiona nie rosły rewelacyjnie. Nie wyrzuciłam pierdół z rodzinnego domu, choć po mojej śmierci i tak pójdą do śmietnika.

Nie wyrzuciłam


skrobaczki. Antyk. Plastik z czasów, kiedy nie było plastiku. Po mamie, pewno jakaś zdobycz wojenna albo z szabru (ojca brat, milicjant notabene, szabrował na Ziemiach Odzyskanych) - wtedy mnie nie interesowało pochodzenie tego, obecnie nie dojdę :) Mama zawsze wygarniała tym ciasto, potem ja to robiłam, co widać, bo startych obrzeżach. Reklama wskazuje na jakąś firmę w Berlinie - może powinnam drążyć temat - ale jakoś nie mam zapału.

Gdybym znała niemiecki, może drążyłabym, ale tak? (Chociaż coś mi świta i swędzi, maybe yes, maybe no, zobaczymy.)

Pozostałe szuflady uporządkowałam w miarę i... woreczków i worków foliowych mam na jakiś rok chyba, a i papieru i torebek śniadaniowych full (kłania się home office, nie robię śniadań).

Z szafki, do której dostaję się z trudem i na kolanach (brak mądrego doradcy i brak wyobraźni przestrzennej u mnie) wywaliłam puste butelki po Shapphire Bombay, VAT 69, Jack Daniels. Shapphire przywiozłam z pierwszej wizyty u Pierworodnego, jak wywiał (rok na nią czekałam), VAT już nie pamiętam, pewno z Inżynierem obaliłam, a Jasia kupiłam Inżynierowi, leżał długo, odkręcił, wpadając przelotem do domu po obronie pracy, nalał, bez niczego, bo nic nie było i... wypiliśmy :) I tak jak zawsze kręciłam nosem na whisky, mówiąc, że smakuje jak palona opona, ta smakowała niebiańsko i odtąd lubię whisky :) No dobra, ale puste butelki skitrane w kuchennej szafce? Co one powiedzą tym, którzy te szafki będą potem sprzątać? Że byłam alkoholiczką z wyższej półki? I co, postawią je na honorowym miejscu, bo to zostało po mamie, po babci? Że kiedyś to będzie kultowe? Nie wiadomo, nie wiadomo, czy przetrwa ten świat, bo topnieją lody, budzą się nieznane bakterie i wirusy, świat pędzi jak szalony, idzie technologia 4.0, a ja... pamiętam kocie łby, traktory na żelaznych obręczach, a oblatana jestem w maszynach, które same pracują na polach, sterowane z komputera...

Świat zwariował, czy ja?

Coraz bardziej bolą mnie stawy i kości. I nie, to nie żaden koronawirus czy grypa, to zwykły reumatyzm, zwyrodnieniowe zapalenie - coś, co zabrało moją mamę. 

Walczę, do lekarza nie pójdę, byłam lata temu, na widok kolejki u reumatologa, mimo że byłam zapisana na godzinę czekało mnie 5 godzin kiblowania na korytarzu - ozdrowiałam :) To było jeszcze w firmie na T., skoro przeżyłam bez leczenia 10 lat, to może i tym razem los się do mnie uśmiechnie, a jak nie, to trudno :)

Inżynier zaprosił na Wigilię, z troską, czy nie złapię coś od Alienka, ale z tego powodu mają zamiar odciąć kwarantannowo Alienka od przedszkola, coby babci nie wykończył.  Odpowiedziałam, że nie mam takich obaw, w końcu wykończyć może mnie wszystko, nawet wyjście do sklepu. Ale... Jednak inne podejście, prawdaż?

No nic, to jeszcze prawie miesiąc, po drodze styczniowy numer, dziś się dowiedziałam, że a jakże, wkładka, ale..

Zaczynam pracę 1 grudnia, a już za nią tęsknię.

Baran na wieść, że mam wolne napisał: ooo ty i wolne? Zatkało go, biednego :) A 8D polecam, jest na YT :) 

A u mnie już

Nie licząc światełek. W tym roku nawet choinka będzie wcześniej, bo tak. Bo trzeba się cieszyć każdą sekundą, nawet jak kurewsko boli...

Nic nie boli tak jak życie, nic nie boli nie...



czwartek, 19 listopada 2020

Gazetka

 a właściwie gazetki, bo trzy się robiły jednocześnie, Kochany Pamiętniczku, wolnym walcem szły jak zawsze. A to to, a to sramto, a to SE, a to nie wiadomo co i chuj.

Zabrakło jednego materiału, dział zorientował się w ostatniej chwili, kiedy już wszystko jechało do drukarni. Piszę do autora, bo w I korekcie nie było. I dalej dzióbię, bo mam co. Pięć minut później emilek od Bossa. Że AS nie żyje, zmarł nagle.

Tak, autor, do którego pisałam. Poprzedniego dnia robiłam kilka jego tekstów, ot, standard. Lubiłam robotę od niego, miał lekkie pióro, pióro rasowego dziennikarza. Nie zajmował się rzeczami stricte rolniczymi, znaczy się uprawą, hodowlą... Zajmował się rolnikami, ich życiem, ich problemami.

Miał 56 lat.

Jak kruche, jak ulotne jest życie, wciąż nie mogę się pozbierać. Był w redakcji dłużej niż ja, więc znaliśmy się 10 lat w sumie. Znaliśmy - duże słowo. Pracował z Lubelszczyzny, spotkaliśmy się w tym czasie kilka razy. Ale zawsze był supergrzeczny, doceniał, gdy mu coś wychwyciłam. 

Widać w niebie potrzebowali jakiegoś dobrego reportażysty, ciekawe co tam się odpierdala...

Śpij spokojnie, Kolego, będzie mi Ciebie brakowało, nie będzie Cię łatwo zastąpić, bo mało kto ma lekkie pióro i talent do pisania. I do tego z minimalną ilością błędów.

I nie, nie miał COVIDA.  Ludzie nadal zwyczajnie umierają, szkoda, że tak młodo. Za tydzień miał mieć urodziny...



niedziela, 15 listopada 2020

Pół

 dnia męczył się Inżynier z kompikiem, Kochany Pamiętniczku. Najpierw oberwało mi się z lekka, ale po sprawdzeniu czarów marów kompikowych i długiej walce okazało się, że winna jest... aktualizacja. Zainstalowała się sama, bo Microsoft wyłączył opcję nieautomatycznego aktualizowania i tadam. Okazała się niekompatybilna z moją kartą graficzną, a na dokładkę, kierując się wskazówkami i naukami dziecka, mając czarny ekran wyłączyłam kompik awaryjnie i tadam, wszystko poszło się jebać. No cóż, przepadło parę memów zapisanych, parę złotych myśli, kilka fotek, całe gazety, ale na szczęście już wysłane, więc jak coś jest na poczcie...

Co się biedne dziecko me namęczyło, to się namęczyło, co ja przeżyłam wklepując zapisane hasła, które o dziwo - znów nie pasowały, co naszukałam się kabli a to sieciowego, a to do monitora, a to pendrive'a... Tego na wołowej skórze by nie spisał. Kable i owszem, niby są, ale nigdy nie ma kabla w miejscu gdzie powinien być schowany. Pendrive był za mały, system się sam wyczyścił, no to sposobem, sposobem, zainstalował mi Windowsa 7 z płytki, bo mam, a jakże, Professional, potem przerobiony na dziesiątkę i tadam, zamiast karty graficznej,w  której nagrzebał Windows aktualizacja, karta graficzna wbudowana w procesor... 

No wiem, wiem, mądra jestem, jak cholera :) Tyle, że oprócz donoszenia potrzebnych rzeczy nic nie robiłam, no kawkę :) Jeść nie chciał, bo ma wyliczone, więc o suchym pysku siedział...

Tak sobie leżąc i nie śpiąc kombinowałam, że jednak zrobię sobie prezent, bo kto jak kto, ale ja o siebie nie dbam i kombinowałam, że kupię Jabola :) Taki, jaki by mi pasował, z lekka 11 tysi... Ale co tam, w końcu to dla mnie, a że nawet gaci nowych nie muszę kupować, to po co ja pracuję? Tak kombinowałam jak szkapa pod górkę :)

Nakręciłam się, albowiem Jabol to moje marzenie od 1992 roku. I nie boli mnie, że niektóre gry na nim nie chodzą. To był zawsze główny argument, bo faktycznie na początku na Jabola gier nie było.

I tu mnie zgasił. Nawet nie zdmuchnął, ale zgasił. Jak krowie na rowie tłumaczył, że on się zastanawia, czy kupić sobie za 10 tysięcy wyjechany PC do grania. Że za tę cenę będę miała coś, czego do końca życia nie ogarnę, z tego prostego powodu, że nie gram w takie gry, bo nie. Bo mnie to nie kręci. A Jabole też się psują. Jak się zepsuje PC, to się rozkręci i dołoży, rozszerzy i takie tam. W Jabolu wszystko zlutowane i tu agrafka nie pomoże, tu potrzebne nici, to akurat wiem, że śrubokrętem tego nie zrobi. Bo ja pracowy komp dostałam po kimś i na monitorze były... ślady brudnych pazurów, co mnie, czytającej w Wordzie na białym tle doprowadzało do białej gorączki. Ale ja asertywna jestem, więc mimo tego, że się nie da, dostałam, co chciałam. Wiem, musieli w to włożyć dużo pracy, ale za co im płacą. Z tym, że moje dziecko nie ma ani narzędzi, ani możliwości do takiej pracy. Poza tym teraz Jabol wprowadził nową, niesprawdzoną serię procesorów firmowych i jak chcę, robić za królika doświadczalnego, to proszę bardzo, ale on mówi: pas... A dziecko me kochane jest po wielu kursach jabolowych, ma ichnie firmowe certyfikaty i wie, co rzecze. Mówi, że żeby osiągnąć w parametrach te PC-towe 10 tysięcy musiałabym kupić Jabola za 20, a tyle to mi już szkoda, bo to by było hmmm... zboczenie seksualne. Tak jak torebka za kilkanaście tysięcy (dla mnie to zboczenie, torebka to torebka, ma pomieścić, co mieści i pasować mi, logo mi rybka i już). Na spokojnie już, bo słuchałam nie przerywając zgodziłam się, że może kiedyś, jak już ten podkop pod bank skończymy :) 

Ostrzegał, że przez to, że karta graficzna z procesora jedzie, spowolni mi kompika, ale jakoś żadnego spowolnienia nie zauważyłam. 

I nawet mi nie żal tego, co poleciało, jednak zbiera się tyle śmieci w kompiku, a tak sruuu i wyczyszczone. 

Zdjęcia, które mi się podobają, są na portalach, na Fejsie, na blogu i nawet mnie nie wzrusza, że w gorszej rozdzielczości, bo nie mam najmniejszego zamiaru ich drukować. Nie ogarniam tego, co mam realnie, a co dopiero takie ulotne, o idziesz ulicą, robaczek, piesek, kotek, gówienko :)  Olać.

Czekałam na niego do południa, a że nie włączyłam pracowego kompa, a iPad to jednak nie to - nagle poczułam jak dużo mam czasu... Pewno, na iPadzie też mam Netflixa i inne zabawki, ale... 

Jak dużo czasu z życia zabiera to urządzenie. Gdybym nie czekała na niego, poszłabym na spacer, nie oglądając się na nic, ale nie chciałam go dodatkowo absorbować godzinami, bo wszak poświęcił mi swój wolny dzień, kosztem Łobuzów i żony.

No i minęła mi reszta niedzieli na przywracaniu przeglądarki do stanu akceptowanego przeze mnie, nic mnie bardziej nie wkurwia, jak "obca" przeglądarka.

Pracka już czeka, ale poczeka, bo tak. 

Bo jestem asertywna.

Mam kochane dziecko, co nie? <3 Nieasertywne :)

sobota, 14 listopada 2020

Kompik

 Jednak na dnie z honorem legł.

Zobaczymy, dobry Bóg zrobił co mógł, jutro wpadnie fachowiec. Obawiam się, że będę jednak o parę tysięcy lżejsza.

Obym tylko takie problemy miała. 

Kompikowi

 zajączkować się zaczęło, Kochany Pamiętniczku.

Przedwczoraj mu się blue monitor zrobił, nawet nie wiedziałam, jak go zrestartować, a niby tak się znam na kompach :) Zawsze miałam ten problem na netbuczku, jedyne co mam opanowane to CTRL_ALT+del, no ale jak to zrobić na błękicie? W kompikach miałam taki przycisk do restartu, ale w tym nie ma... Tragedia :)

Na szczęście mam dziecko na stanie. Kazało cisnąć power kilka sekund i pomogło. Wczoraj łażę po necie i nagle Wirtualna Polska zaczyna wariować, wyskakują dygocące okienka... Rachunek sumienia robię, porno nie oglądam, od wieków nic nie ściągałam, ki diabeł. Ale udało mi się stronę zamknąć. 

Dziś audiencja u Łobuzów, wracam do filmu i nagle znów błękit zakwita...

Ale od czego mam dziecko. Wlazło zaocznie do kompika i podreperowało. Jednak wiedziałam, co robię, majstrując takie dziecko, co nie? :) Dobrze zmajstrowane. Ale okazuje się, że 31 grudnia kończy się Adobe Flash i moje kulki pójdą się jebać. Nie wiem, czy nie ominie to też Angry Birds, no jak żyć bez Angry Birds?

Tak sobie pierdołami zapycham czas, żeby nie myśleć o ponurościach realnego życia. 

Wczoraj kupowałam wątróbkę, a że cholerstwo kosztuje 2,99 za kilogram, pani spojrzała na mnie okiem bazyliszka, gdy wybrałam najmniejszy płat i jeszcze był mi za duży. Wzdech, kupiłam cały, myśląc, że najwyżej do kubła wywalę, trudno. Nie mam już żołądka jak struś i choć staram się gotować jak najmniejsze porcje, kłopot z tym, ile można jeden obiad jeść na okrągło, zamrażalnik pełen, a ja nie jestem fanką odmrażanego, jedzie mi zamrażaniem zawsze...

Ale... Myślę (choć myśliwym nie jestem), że przecież leberka jest z wątroby robiona. Wątróbka wyszła przepyszna, a ja poszperawszy w necie znalazłam przepis na wątrobiankę. Nie trzymając się ściśle przepisu, bo smażę z jabłkiem, zblendowałam wszystko i tadam, akurat na smarowanie do chleba zużyłam...

Że też przedtem na to nie wpadłam nigdy, no ale miałam w domu materiały żrące i nic nie zostawało.  A żrące były, oj żrące. Inżynier jak tylko do pociągu wsiedliśmy zawsze pytał: ma mama coś do jedzenia? Za którymś razem wsiadamy, chłopcy siadają, a pierwszy odzywa się Pierworodny i mówi do Inżyniera: nie możesz jechać, wysiadaj. My w szoku, a Pierworodny pokazuje tabliczkę: Zabrania się przewożenia materiałów wybuchowych, żrących i cuchnących, Inżynier siadł dokładnie pod nią :)
Poszłam dziś na zakupy tylko po to, żeby z domu wyjść, bo jednak takie siedzenie to się na psychice człowiekowi odbija. Posprzątane miałam, więc spacerek taki sobie, a że nie lubię bez celu, to chciałam sobie ciepłe kapcie zakopiańskie kupić. Niestety, miał je tylko dziad, którego nie cierpię, więc jak coś, przeproszę się z wełnianymi skarpetkami i kockiem, zanim dotrę pod Okrąglak do górali :)

A że moje grudnie się na mnie wypięły, skubane, tom sobie zafundowała


o, taki,  z Biedronki :) 

Nie będą sobie ze mnie kpiły, paskudy jedne.

Jak kiedyś wspominałam, u mnie zawsze pomieszanie z poplątaniem, co wkurzało Eksa.

I tak od wieków pieprz mam w puszce


puszka od teściowej, przedwojenna, a jakże, sfociłam, bo powoli wszystko się wyciera, a w puszce w środku na wieczku


 


a jakże, reklama pasty do butów. Ja jeszcze pamiętam Erdal z czerwoną żabką, ale dla moich dzieci to już epoka lodowcowa...

Niech ocaleje chociaż tak, choć żona Pierworodnego lubi stare śmiecie, to może nie wyrzucą... :)

A ja wracam do Jamiego


 z bólem serca, bo ostatnie 3 odcinki, a potem przerwa co najmniej do 2022 r. Wprawdzie są jeszcze dwa tomy książki, ale wątpię, czy przeczytam,  idzie mi naprawdę kulawo. I nie, że wyobraźnia mi zardzewiała, ale po walkach z ocieleniem klimatu i klika zmianami, tudzież ze zborzem i przenicą, nie mówiąc już o ważeniu piwa, nie mam wielkiej ochoty na czytanie...

Gdy rozmawiam z Inżynierem tłumaczy mi jak krowie na rowie, że gdzie indziej też jest źle, a nawet gorzej niż u nas.

Ponieważ rozmawiamy wirtualnie i bez piwa, nie mam siły na przypominanie, że to on uczył mnie nie porównywać niczego...

No nic.

Oby tylko zdrowie było, reszta przyjdzie sama :) 

 



piątek, 13 listopada 2020

Nie ogarniam

 rzeczywistości, Kochany Pamiętniczku, po prostu nie ogarniam.

Przerosło mnie to wszystko. Dobrze, że znów jest praca i to na maksa, bo wszystko naraz, nie mam czasu po dupie się podrapać, inaczej chyba zbieraliby mnie w kaftanie, bo nawet nie mam z kim porozmawiać. 

Dziś minęło 41 lat od chwili, gdy "stanęłam na ślubnym kobiercu".

I nie, nie żałuję. 

Nie ma czego.

Boję się tego, co nadchodzi, jak jeszcze nigdy się nie bałam.

Jaki straszny jest ten świat.

wtorek, 10 listopada 2020

Asertywność

 level maks, Kochany Pamiętniczku :)

Pocztę mam otwartą i tylko sruuu, sruuu lecą emilki, że SJ na urlopie i smyrgają odwrotne, że sorry Batory, niech mi urlop fajny będzie.

Na prywatnej zaś zapytanie od koleżanki do całego zespołu, co robić bez SJ? I odpowiedź Bossa, że pracować jak najlepiej i nie oglądać się na korektę. Hehehehehehehehehe...

Korekta w przerwach odpoczywania, z nudów skorekciła to, co nadesłano, ale nie odesłała, odeśle hurtem 12 listopada :D

Będzie spokojnie swoje następne robić, rękawów sobie nie wyrwała, bo jak mówię, w przerwach zrobiłam, będę miała luz, a Bossowe jak najlepiej to hehehehehehe, jak w takiej wersji pójdzie, to cyrk będzie, no i moje nazwisko jest w stopce. 

No dobra, taki life, bywa. Wypocznę w urence, choć obiecują, że i tam coś podrzucą :D 

A teraz z innej bajki. 

Inżynier, wleciawszy jak po ogień w sobotę kamerkę zainstalował, swoją, wypasioną, bo mu nagle zaczęła moja rozmazana na Skype morda przeszkadzać, a że dostał firmową super, a potem sobie kupi wyjechaną w Kosmos, to kto dostał kamerkę? Matka, a jakże. I w niedzielę była kontrola techniczna i o dziwo, Łobuzy tak zgłupiały, że monitorek całowały, posyłając babci całuski :) 

Trochę mam niehalo w chaupie, bo za ścianą nikt nie mieszka i zakręcili kaloryfery, obawiam się, że nawet ich nie odkręcili na załadowanie, mam przez to o wiele chłodniej w mieszkaniu mimo włączonego na maksa kaloryfera, fakt, że kaloryfery jeszcze słabo grzeją, a i okno jest nieszczelne, myślę o uszczelnieniu, ale nie będę sama kombinowała, poczekamy, zobaczymy. Jednak siedzę cały dzień w domu, to nie to, co po pracy wpaść, lec na fotelu pod kockiem i już git majonez.

Ale poczekamy :)

Poszłam dziś na zakupy, bo wszystkie warzywa wymiotłam ze szuflad i rogale świętomarcińskie chciałam kupić, żeby już jutro nie latać.

Poszłam do Zagrodniczej, bo zawsze w pracy mieliśmy najlepsze rogale i ciacha z Zagrodniczej, rzut beretem od pracy. Przy Manhattanie też jest Zagrodnicza, ale nie lubię tam kupować, bo obsługa niemiła i chamowata, co zresztą kiedyś powiedziałam w pracowej Zagrodniczej, pracuje tam dziewczyna przesympatyczna, zawsze parę zdań zamieniałyśmy. Ja to mam szczęście do piekarni, a lubię kupować tam, gdzie są miłe kobietki :) 

Więc dziś się przełamałam, bo od paru lat w Faworze zmieniła się obsada, na niesympatyczną, a i rogale takie jakieś suche są :D Stoję pod Zagrodniczą, akurat gość przywiózł świeżutki towar i czekam, wszak dostawa musi wejść... Patrzę i patrzę, a feler mam, do twarzy nie za bardzo mam pamięć, ale dziewczyna śmigająca za ladą wydawała mi się znajoma, ale skąd? Zapytać? Nie zapytać? Moja skleroza, ślepota i takie tam... Wchodzę, a ona: to pani? A ja:pracowała pani może na Głogowskiej :) A ona: od razu panią poznałam... A ja na to: widać się za słabo zamaskowałam :) Nie sądziłam, że ktoś mnie rozpozna, tym bardziej że od marca mnie tam nie było, no i maseczka :)

Dostałam najświeższe rogale, chlebek i... będę tam łaziła, bo w Tosmaku, w którym ostatnio kupowałam chleb coś się spsuło i chleb po trzech dniach pleśnieja, a mam przedwojenny chlebak, w którym nie ma prawa mi nic pleśnieć. 

Zatem będę chodziła do Zagrodniczej i na zdrowie mi to wyjdzie, bo Zagrodnicza dalej niż Tosmak :)

No i jako że jutro 11 listopada, moja wioska świętuje już dziś, co widać u mnie na obrazku

 


 Bratki jeszcze dziś były, więc dokupiłam, więcej nie kupię, bo nie mam w co sadzić, jeszcze letni urobek dycha, mieczyki też już pewno ostatnie.

Dni takie szarobure, bez światła prawie, a w radiu Pogoda co godzinę prognoza mówi, że w całym kraju pięknie świeci słońce, co mnie wkurwia na maksa. Ten wkurw musiał do nich dojść, bo o 15 zaczęli mówić, że zachmurzenie duże :)

Życie też szarobure, rządzi nami kupa wariatów, i jakoś nigdy nie byłam omdlewającą fanką JPII, nawet jak był w wiosce nie byłam na Łęgach. W świetle tego, co wychodzi na jaw - jednak mój bunt i odejście ma swoje podstawy. Bóg to bóg, a to jest do szczętu zgniła instytucja, która niewiele albo i nic nie ma z nim wspólnego. Czymkolwiek-kimkolwiek on jest.

Po raz kolejny miesięcznica i składanie wieńców, szopka za pieniądze z moich podatków, zapaść.

To jebnie. Nie ma innej opcji, któregoś dnia po prostu jebnie.

I tak jak moja teściowa nienawidziła komuny i Jaruzelskiego, tak zawsze usprawiedliwiała jego stan wojenny.

A tym razem nie ma żadnych usprawiedliwień. To po prostu jest kurestwo. Niezwykłe i haniebne. Bo kurestwo to nie zawód. To powołanie.

Ale i tak będę jutro po wioskowemu świętowała 11 listopada, rogalem, jak na porządną SJ przystało :) A od czwartku do roboty. W sumie urlop przeleniuchowałam i to mi się chwali :)