czwartek, 17 maja 2018

Jak co roku

Kochany Pamiętniczku...



ciemnych irysów dostałam pęk...
Wracając dziś z pracy widziałam po ogródkach tyle różnych moich ukochanych irysów, że ojapierdolę.
Może mi się uda i obfocę, ale nie gwarantuję.
Bo życie pędzi galopem i nie zwalnia.
Tyle mam do napisania, a padam na mordę.
Tak wyszło...
Pracowałam w pocie czoła i prawie że umarnęłam, ale miałam


takie zapasy i to mnie ratowało.
Z tą trawką, of course (żart, w życiu nie próbowałam i nie ma opcji).

Szósty numer za mną.
Zobaczymy, co będzie dalej, będzie, co ma być.
Jutro muszę do spółdzielni, bo mam iść do notariusza,
Problem w tym, że poza datą nie znam innych namiarów, w tym i adresu notariusza.
To sobie emilka popisali, co nie?
A emilek wylądował w spamie, dobrze, że spam monitoruję.
Truskawki u mnie po 9 zł, a dobre, że ojapierdolę.
Na diecie truskawkowo-pomidorowo-ogórkowo-rzodkiewkowej powinnam być jak szparag, a nie jestem.
Wola boska i skrzypce.
Ważne, żem zdrowa :P
W szparze unijnej znalazłam dziś

ale nawet Synowa tym pogardziła, bo mówi, że jak wrzucają w szparę, to musi być nic nie warte.
No nic, może się znajdzie amator, a jak nie, zostawię na stare lata. Dla siebie, of course. Ponoć całkiem nieźle smakuje :D

Podsumowując:

Jestem lepsza, mam T-shirta

I odpowiadam :P Ulubiony T-shirt mojego naczalstwa :P

sobota, 12 maja 2018

Śmierci

bym się spodziewała, Kochany Pamiętniczku, ale nie tego.
Mój telefon zazwyczaj leży gdzieś tam, no gdzieś, gdzie go Miśki wywleką, chyba że się ładuje. Bo do mnie i tak nikt nie dzwoni i nie pisze.
Umówiona byłam z siostrą Synowej, że zabierze Alienkowe bambetle, bo za niedługo Inżynierostwo ląduje i to nie u mnie.
Bladym świtem więc kurcgalopkiem zwijam się na Manhattan, po pietruszkę, a jakże...
Biorę telefon i...
O mało nie zeszłam na zawał.
Wieczorem szwagierka wysłała SMS z pytaniem, czy zobaczę się ze szwagrem, tak z TYM szwagrem, czy też podam numer konta bankowego (i tu sądzę, że nakręciła, jak zwykle, ale to nic pewnego).
Ręce latały mi tak, że parkinson przy mnie to pikuś, a ciśnienie miałam jak po wejściu na Mt Blanc.
Dzwonię do Inżyniera, na całe szczęście odebrał. Mówi: spotkać się.
Więc w galopie odwołuję odgracanie (jest jeszcze czas) i piszę, że OK, będę przed południem w domu, tak jak chcieli, ale proszę o puszczenie dzwonka, bo domofonu nie słyszę.
Szwagierka nie wiedziała, co to znaczy. Szok, nie wiedzieć, jak puścić dzwonek :)
Pietruszkę zgarnęłam jak tornado, tudzież pomidorki i z rozpędu kupiłam arbuza, bo też moczopedny.
Zdębiałam. Arbuz po 5 zł za kilo, myślałam, że waży jakieś dwa :) A on ważył 4,5 :) Też mam wyczucie w ręku, no ale trudno. Nie chcę dzielonego arbuza, bo kroją nie wiadomo czym i nie wiadomo, ile na tym bakterii.
Tak, jestem starą wariatką, ale każdy owoc muszę umyć. I nie, nie spróbuję na targu nic :) Kupuję w ciemno.
Aparaty na uszy i siedzę i kwitnę.
Przyjechali przed drugą, jak dla mnie to popołudnie, a nie przed południem, ale nie bądźmy drobiazgowi. Dzwonka nie puścili, ale aparaty pogłośniłam i... git majonez :P
Przyjechał szwagier z kuratorem.
Wersal, jakbyśmy byli w najlepszych stosunkach całe życie.
A nie rozmawialiśmy ze sobą prawie 17 lat!
No nic.
Ja wszystko źle odbierałam i niepotrzebnie brałam do siebie.
Niech i tak będzie.
Dostałam pismo, że sąd zakończył postępowanie i rozliczył szwagra. Że mam mieszkanie (też mi nowina) i... podany numer konta Eksa.
Że teraz mam się bić o resztę z chłopakami, bo jemu już nic do tego.
Ok. Nieważne, ile tam jest, dowiem się w swoim czasie. Nawet jak będzie 10 zł to ulga, że już koniec z tym, jeszcze tylko mieszkanie.
Powiedziałam o książeczce mieszkaniowej Eksa. Zdziwienie, że coś takiego jest. Nie widzieli, ale sprawdzą. Ta. Jak będzie, zwrócą mi, bo im na nic, a ja jestem prawowitą małżonką.
Jebłam.
Ale nic.
Pytam o grób. Mam się nic nie martwić, wszystko pokryte, opłacone, pomnik nie jest postawiony, bo kamieniarz nie może dostać takich samych mosiężnych liter, jak były, a innych nie można. OK.
Zostawił telefony, emilka i rzekł, że jak coś potrzebuję, to mam się do niego zgłosić.
Jebłam.
Podziękowałam, powiedziałam, kulturalnie, a jakże, co o tym myślę.
Że pomocy potrzebowałam wtedy, gdy sama szarpałam się z chorobą Eksa, gdy potrzebowałam pomocy z załatwieniem szpitala, co oni robili od ręki, a ja byłam w tym sama. Kurator potakiwał, a ja nie pożałowałam sobie powiedzenia, że prawda jest jak dupa, każdy ma swoją. Zresztą za tę kasę, co zgarnęli, też się naszarpali, ale to było na zasadzie, żeby Stara Jędza nic nie dostała. Każdy miał, to co chciał, oni kasę, ja święty spokój. Dla mnie dobry deal.
Faktem jest, że jedna siostra Eksa, też lekarka, mieszkająca w Niemczech, przyjechała, gdy Eks był  w szpitalu. Pojechała tam, jak sama mówiła, porozmawiać z kolegą po fachu. Wraca, pytam: Zosia, dałaś mu coś? A ona oburzona: koledze? U nas się nic nie daje. Dwa dni później dostaje wezwanie do szpitala i pan dyrektor prosi mnie na rozmowę. Nawet nie mięta przez rumianek, ale prosto z mostu, że jak chcę, żeby się dalej leczył... Niestety, nie wziął poprawki na to, że ja miałam gołą dupę, do dziś mam i żaden urząd skarbowy mnie nie ściga. Więc tego samego dnia wypis i... Kurwa mać. Cały miesiąc kuracji poszedł w pizdu, kolejny nawrót. Tak mi pomagali. A szwagier, gdy chciał wyjechać na miesiąc na wczasy, z ulicy wsadzał go do szpitala, nawet szlafroka mu nie zapakowali. Przyszło do mnie potem pismo z wezwaniem do zapłacenia za szpital, bo pacjent nieubezpieczony! Wkurwiona odpisałam, że pacjent jest ubezpieczony, bo ma rentę, a opiekuje się nim doktor taki i proszę tam pisać, nie do mnie, adres jego pracy podając. I cisza, już nikt nie pukał o pieniądze. Pytali wtedy Eksa o papiery i adres, to podał mnie. Bo wszystkie papierowe sprawy zawsze ja załatwiałam!
Ale co będę teraz szaty darła.
Było, minęło.
On albo śpi, albo jest w lepszym czy gorszym świecie, nie wiem.
Nic już nie zmienię, złości w sobie hodowała nie będę, bo nie warto, szkoda tych dni, które mi zostały na płakanie nad rozlanym mlekiem.
Szkoda dni nieprzeżytych, tak jak było w planach, ale tak już jest, że co rusz chuj bombki strzela i świąt nie ma.
Pewien etap za mną.
Wiem jedno - nie wytoczy mi sprawy, chłopcy też mogą spokojnie spać.
I niech tak zostanie.

Kostki jeszcze opuchnięte, ale już tak nie bolą i to jest dobra rzecz.
A za mną chodzi zapach zblendowanej pietruszki :)
Kupiłam też pietruszkę w doniczce, będzie na te dni, jak muszę do pracy zasuwać, bo marketowe pietruszki są jakieś takie sieroty, trzy gałązki na krzyż. Manhattańska pietruszka to jest bukiet :D


Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

piątek, 11 maja 2018

Pomnik

trzeba będzie Stardust postawić, Kochany Pamiętniczku.
Ale mi też, bo posłuchałam.
Wracając wleciałam na Manhattan i kupiłam pietruchę i ogórki, bo tego nie miałam. I pomidosie, bo się skończyły, ale Pana Pomidorkowego już nie było, trudno :)
I uczyniłam

modyfikując nieco przepis, jako że oliwy nie używam, ale miałam olej kujawski z pomidorami, czosnkiem i bazylią i redyski dorzuciłam, bo też moczopędne.
Nogi mi dziś mniej spuchły, bo chłodniej nieco, ale w kostkach bolały jak diabli.
Wciągnęłam całą michę, a to spora micha, choć nie wygląda.
Jeszcze nie mam pęcinek jak rasowa klacz, ale kostki mniej bolą, tak że mimo lenia ogarnęłam piątkowo kuwetę, choć w pracowym tygodniu tego zazwyczaj nie czynię.
Jutro na Manhattan i wiadomo, co będę kupowała.
Poczytałam też, mnie od pietruszki tak nie odrzuca jak Star, więc i nią nie pogardzę.
A żeby mi się nie znudziło, to i smoothie sobie porobię, bo sprzęt mam.
Ale uważać muszę, żeby nie przedobrzyć, jak ze szparagami.
Niby wiedziałam, że to tak działa, ale kopala w dupala potrzebowałam :)

Dziękuje, Stardust, kocham Cię :)
Pić piję, dzisiaj chyba ze 3 litry wypiłam.
I zastanawiam się, ile za wodę do spłukiwania kibelka zabulę :D
Ale nic to, najważniejsze, żeby zlazła ta opuchlizna. Jak chodziłam do kardiologa, mówiłam jej o tym, ale udawała, że nie słyszy. Wiem, powinnam iść do innego lekarza, ale...
Nienawidzę konowałów.
Zresztą Stardust jest lepsza i mniej bolesna od wizyty u konowała :D

czwartek, 10 maja 2018

Mam

mam, mam, mam go, Kochany Pamiętniczku :)

Wczoraj na fejsiku CIM dał komunikat, że dziś będą bilety.
To był koszmarny wieczór, bo biłam się z myślami i pisałam scenariusze.
W końcu napisałam emilka do pracy, żeby scen nie robili, jak korektorki nie będzie, albowiem będzie, tylko nie wiadomo kiedy,  może jutro, może w grudniu, może w piątek po południu. I szat nie drzeć, bo w łachmanach chodzić nieładnie.
Rano było jeszcze gorzej.
Mam takie skrzywienie, że uważam, że jak mi się rano dobrze pogra i popasjansi, to będzie OK.
A wszystko szło jak krew z nosa po kwasie acetylosalicylowym :D
Simpsonowie się zbuntowali, hasła nie pamiętałam, na kody nie odpowiadało, a zaczynanie gry z poziomu zerowego po pięciu latach grania, sorry Winnetou...
I nagle okazało się, że hasło działa, jakim cudem nie wiem, ale działa. Nie kod, tylko hasło.
Pasjans też nie wychodził.
W lodówce puściła się woda.
O mało nie pojechałam z powrotem wahadłowym tramwajem.
Jak nie urok to sraczka, albo przemarsz wojsk radzieckich po chińskich. Więc z góry wiedziałam, że nic się nie uda...
Dojechałam jednak do CIM i co ja paczę?
Żadnej kolejki, tylko jeden samotny Mohikanin przy wejściu.
Też czekał na bilety.
Zatem druga byłam, a była już 9.30 :)
Za chwile zlądowała pani, uśmiechnięta, rozszczebiotana, żywe sreberko, och i ach :)
I następne kilka pań, w moim wieku, wszystkie piękne, zadbane, sukieneczki, szpileczki, koraliczki, a ja jak taki babochłop. Trudno.
I że dzwoniły wczoraj i nie wiadomo na pewno czy bilety  doślą...
No to mi ciśnienie w kosmos, więc wzięłam dupę w troki i zajęłam się grajkiem.
Gość otworzył drzwi sezamu parę minut wcześniej i TADAM :)
MAM :)

I dwa mam, bo dawali po dwa, to wzięłam.
W pracy nie mam amatora na to, w ostateczności ogłoszenie parafialne na fejsika wrzucę, ale z tym poczekam, bo może jednak kumpela da się skusić i przyjedzie.
Chociaż sama też pójdę, bo lubię :) Znaczy się, lubię chodzić własnymi drogami :)

W pracy nawet nie zauważyli, że przyszłam później, wszystko ogarnęłam jak należy i jeszcze czas dla siebie miałam. Ratowałam badylki w innych pokojach, bo zdychają, co podsumował kolega: widać, że my nie pracujemy, bo pani pracy sobie szuka :) 

A wczoraj chwile grozy przeżyłam. Strasznie puchną mi nogi, więc smaruję je żelem. Wróciłam do domu opuchnięta, bo nie da się ukryć, że nie służą mi te upały i siedzenie godzinami za biurkiem. Strip-tease, obiadek i ległam na fotelu, z nogami do góry. Okularki gdzieś zapodziałam, a ślepa jestem jak kret. Podciągam sukienkę, a na jednej nodze - ojapierdolę, wije się sina żyła, gruba i szeroka, jak Amazonka przez puszczę. Zamarłam, rano noga nie wyglądała źle (i to była ta lepsza), a teraz nic, tylko do trumny się kłaść. I tym bardziej chuj bombki strzeli, jak tak!
Sięgam po okulary i coś mi nie pasuje...
Nie roztarł się dobrze żel, a że dżinsy dopiero raz prane, a wiadomo, robiły je małe chińskie rączki...
Kamień z serca :D

Po południu Inżynier z pracy stuka. Już myślałam, że coś się stało, bo on zalatany taki, ale nie. Dzwoniła do niego siostra Eksa z pytaniem, co u nas. No to powiedział, że powoli ogarniamy tę kuwetę. Ale... Szwagier dobrodziej grozi jej wytoczeniem procesu o zniesławienie, bo napisała do niego szczery do bólu list (ona jest taka sama małpa, jak ja, co myśli, to mówi). I on poczytał to za obrazę. Jej rodzony brat. W ogóle cała ta rodzina jest popierdolona na maksa. Sam Inżynier to stwierdził. Ale wiadomo, że jak ktoś ma pieniądze, nieważne, legalnie czy nie, to ich ot tak z garści nie wypuści.
I tu mi dziecko rację przyznało, że najważniejsze, że jesteśmy wszyscy zdrowi, alleluja i do przodu. Że zaczęcie jakiejkolwiek walki o to, co się im po ojcu należy, jest niszczeniem sobie życia. Nawet gdyby miały to być miliony - nie warto.
Bo z wariatami się nie zaczyna.
A jakim trzeba być wariatem, żeby własną siostrę podawać do sądu, bo podsumowała nasze postępowanie, nie akceptując go?
Nie uczyniła tego publicznie, po prostu napisała mu, co o nim myśli.
Uderz w stół, a nożyce się odezwą.
Szkoda, że nie nauczyła się jeszcze, że nic nie plami tak jak atrament.
Ja to już od dawna wiem.
Cieszę się, że moi chłopcy, mimo różnic, mimo wzdechów "mamo, ale to jest mój brat" są ze sobą.
I niech tak zostanie...





wtorek, 8 maja 2018

Koniec

świata blisko chyba, Kochany Pamiętniczku.
Synowa nr 1 postanowiła o mnie zadbać.
Padłam.
Ale powstałam.
Fotki mi podsyła. Mała Wiedźma pojechała do Gulliver's Land ze znajomymi (tu foch w stronę Barana, bo nawet mi nie powiedział, że w okolicach coś takiego jest i mnie nie zabrał! Foch jak chuj i nie ma zmiłuj).
Pitu-pitu, gadu-gadu, zdjątka przeglądam i wypytuję...
I co się okazuje?
Mała Wiedźma ma przyjaciela. I jaka to piękna przyjaźń...

No proszę, czyż nie urocze?

 Lata lecą, a oni wciąż się dobrze bawią...

Pojechali razem do tego landu, bo on o to prosił. Bo Mała Wiedźma jest jedyną osobą, w towarzystwie której czuje się sobą.
Chłopiec jest niepełnosprawny, a MW od zawsze jest za nim.
I rozmawiała ze swoim ojcem, a moim Pierworodnym, ten tłumaczy jej, co to jest rasizm, a ona, że nie rozumie, bo jak tak można być rasistą.
Łezka mi się w oku zakręciła i dumna jestem, jak paw.
Jednak moje życie nie poszło na marne.
Przy wielu błędach, które popełniałam, udało mi się dzieci wychować na dobrych ludzi, a i one swoje dzieci też tak wychowują.
I cokolwiek mam do moich synowych, jednak chapeau bas i oddaję im należne uznanie: nie są nietolerancyjne. Wiem, co mówię, a i niektórzy to potwierdzą.
Tak że o Alienka też się nie boję, bo na pewno nie wyrośnie na white power.
A zaczęło się od mojej mamy, która uczyła mnie szacunku dla wszystkich.
Dla wsiowego przygłupa, któremu grzecznie zawsze mówiłam dzień dobry, a nie wołałam za nim głupi Edzio...
Long story.
Tolerancji z domu nie wyniósł Eks, który co prawda serce miał dobre, ale przesiąknięty był ideologią teściowej, że Żydzi, że "un taki niewykształcony",  że "una jest ze Swarzyndza", że "jesteś złośliwa jak każda kaleka" - to z miłością o mnie :)
Ale udało mi się chłopców przed tym uchronić.
I dlatego mają dobrze w życiu, aczkolwiek mają pod górkę i pod wiatr, zaś jedyne, co ich kocha to robota :P 
U nas to rodzinne i mówię to z dumą.
Kocham Małą Wiedźmę i jestem z niej dumna.
Jak cholera :)

A najlepszy cyrk jest z moim słuchem: muszą poczekać aż mi włosy wyschną, żebym mogła założyć aparaty. Od małego nauczone, że do mnie mówić rano wprost i pokazywać buźkę. Albo ciągnąć za kieckę. I... jakoś im to nie przeszkadza.
A ja lata całe żyłam zakompleksiona.
I po cholerę? :)

poniedziałek, 7 maja 2018

Nie taki straszny

diabeł, jak go malują, Kochany Pamiętniczku.
Spieszę więc uspokoić zaniepokojonych, że nic złego się nie dzieje, a chuje czasem są dobre :)
Co nie zmienia faktu, że świąt nie będzie :)
Ale to już jak zwykle los płata psikusy i tak musi być.
Noc w każdym razie lekka nie była, wstałam z leksza niedospana, ale mówi się trudno i leci się do pracy.
No...
Wiśta wio łatwo powiedzieć :D
Tradycyjnie: roletki, kanapka, łazienka, śniadanko i sruuu do kompika.
I zonk.
Kompik się nie włącza.
Jednak się zmieniłam i to bardzo. Jeszcze niedawno od razu złapałabym za telefon i dawaj męczyć biednego Inżyniera.
A teraz?
Hmmm. Co on może, jak nic nie może?
Włączam światło, prąd jest (przed chwilą kawę robiłam).
Jedna lampka nad biurkiem nie świeci, druga świeci.
Jedna jest na zasilaczu, druga prosto z kontaktu. Znaczy się, zasilacz padł, Ale który? Bo są dwa :P I tak dedukując jak Sherlock Holmes bez Watsona doszłam do tego, co się spsuło. No nic, ogarnęłam, klnąc, bo po remoncie tak nieszczęśliwie porozkładam przedłużacze, że leżą sobie a muzom i kurzą się.
Bo w złym miejscu wyciągnięte, nie przełożę, bo za szafą kolosem (dwa!). Szafy przesuwała nie będę, to nie na moje lata taki cyrk, a Pudziana czy innego tak Wyrwidęba nie mam pod ręką.
Ale dumna z siebie byłam jak paw, bo ogarnęłam, nie podnosząc Inżynierowi ciśnienia w Bank Holiday.
Bo Anglicy mają taką mądrą tradycje, że pierwszego maja świętują nie pierwszego maja, ale zawsze w pierwszy poniedziałek maja. I tym sposobem nie maja kretyńskich długich weekendów.
Kretyńskich, bo u nas wszystko leży i kwiczy i nie, nie zgadzam się z tym, że fajnie jest.
Co nie znaczy, że komuś zazdroszczę, ale u mnie zawsze jest bajzel. Bo nikt nic nie robi, nic nie ma, a potem huzia na Józia.
Mniejsza z większym.
Miasto totalnie zakorkowane, ale przezornie pojechałam bimbą i nic się nie działo.
Na 178 emilków tylko jeden coś wart. Reszta spam. Po dwóch tygodniach mojej nieobecności w pracy. Zaiste, powyrywali sobie rękawy. Część załogi chora i ponoć poważnie, część jeszcze wojażuje, a reszta snuła się z kąta w kąt.
Emilek podniósł mi ciśnienie, bo znów mam szkolenie BHP!
Ojapierdolę.
Czy ja mam sklerozę, że co dwa lata muszę się na nowo szkolić? Tym bardziej, że to farsa i cyrk na kółkach. Nie ogarnęłam, że dziś 7, a szkolenie wyznaczone na 9 i w panikę wpadłam, Bo ja wciąż na bakier z kalendarzem jestem :D
No i emilkuje do pani, że sorry Batory, ale nie nie było, że sala konferencyjna zamknięta i tragedia :P
Pani milczy, więc jadę do góry i co ja paczę? Pani też nie ma. Ale okazało się, że piętro się przemeblowało, a ja cyrk robię, bo dziś siódmy :)
Zatem sytuacja opanowana i dziewiątego o dziewiątej mam szkolenie BHP i test.
I to byłoby na tyle, nie licząc herbatki, śniadanka i podlania badyli.
A, i tego że Boss mnie przywitał (sic!), podając mi rękę.
Nie wspomniałam nic, że mam niezapłacone, bo to za wcześnie, do listy płac zapomni, a nie miałam ochoty na psucie sobie humoru. No i może będę jednak innych opcji potrzebować, te parę stów mnie teraz nie zbawi. Poczekam.
Wyniosłam się po angielsku i poleciałam do CIM po bilety na Il Divo.
I dupa. W CIM wielka karta, że wejściówek nie dostali. Pan nie wie, kiedy dostaną, każe dzwonić albo szukać po kościołach.
Jeszcze nie zwariowałam. Widocznie nie mam być na tym koncercie, a YouTube jest.
Spoko (ja, pierdolony kwiat lotosu, nic mnie nie wzrusza)...
Okrężną drogą, bo wszystko rozkopane i nic nie jedzie jak ma jechać, jadę do domu i po drodze Eureka, a raczej Saturn.
Wparowałam po kabel i chociaż to poniedziałek, kupiłam.
Tak grzebałam w zasilaczach i fociłam, że aż obsługa się mną zainteresowała, ale odprawiłam z kwitkiem, bo Inżynier  już napisał: matka, brać :D
Zapłaciłam jak za zboże (no, były droższe), ale mam kabel, w którym jest automatyczny bezpiecznik. Teoretycznie gwarantują nawet bezpieczeństwo w czasie burzy, ale nie ze mną te numery Brunner.
Tak więc nawłaziłam się pod biurko, nałykałam kurzu i natrzaskałam w ten głupi łeb, ale pięknie podłączyłam, zyskując dwa zasilacze i przestawiając znów w małym pokoju.
A co, trzeba się czymś zająć.
Inżynierostwo zaś z potomkiem pojechali na kawę do Robin Hooda. Zobaczymy, co się z tego wykluje :P



niedziela, 6 maja 2018

Czy to prawda

Kochany Pamiętniczku, że



Przekonamy się.
W każdym razie aktualny status: chuj bombki strzelił, świąt nie będzie.

Trudno :)

środa, 2 maja 2018

Właśnie

Radio Pogoda wmawia mi, że nie kochać w taką noc to grzech, Kochany Pamiętniczku :)
No nie wiem, nie wiem. Ja tam wolę książkę poczytać, filmik oglądnąć czy też słodko pospać :)
Ale każdy robi to, co lubi;)
Robię i ja więc.
Taki paradoks: jak muszę wstać o 6, bo do pracki by się szło, to jestem trup.
A jak mam wolne i nic nie muszę, to nawet jak nie ma słońca, bladym świtem jestem jak skowronek i dupa :)
Tak że polazłam wcześnie do Pana Pomidorkowego, a potem już kulało się z górki, nawet na pętlę pobieżyłam i sieciówkę doładowałam.  Mogę przez Internet, no problem, ale jak patrzę, jak ludzie kombinują potem, żeby bilet przetransferować w czytniku, wolę spacerek i ładowanie tradycyjne.
Poranna wyprawa zaowocowała czymś dla ducha

Wprawdzie Baran mówił, że znów będę w nocy wywalała na balkon, ale oj tam, oj tam :) Wszak jest maj i żadne wonności Arabii nie dorównają tej mieszance...
Wiem, szybko to więdnie, ale... Chcę mieć ten moment, ten ból głowy, zamknąć oczy i znów mieć siedemnaście lat...
Tamte bzy, tamte chwile, tamte bukieciki...
Niech wrócą choć na moment wspomnieniami, marzeniami. Co z tego, że to ułuda?
Ale jaka piękna...


 A tu dla ciałka, dla kochanego ciałka, którego nigdy nie za dużo :)

W zielarni też byłam. O mało się nie odezwałam, ale dobrze, że się w jęzor ugryzłam, bo nie mój biznes i nie moje pchły :D A kobietka w moim wieku, nawet bez śladów bywszej urody kombinowała z maseczkami odmładzającymi, wygładzającymi, nawilżającymi, osuszającymi i chujwico jak nasza szkapa pod górkę. Do tego płyn micelarny (konia z rzędem temu, kto wie, co to za wynalazek, bo ja nie, wygooglać mogę, ale po co?), taki, sraki, ojapierdolę...
Aż litość brała. Mnie. Ale milczałam, lustrując zawartość zielarni.
Nie sądzę, żeby te wszystkie specyfiki, które kupowała, a kupowała dla siebie, bo tak wynikało z rozmowy z panią zielarką, w jakimkolwiek stopniu uczyniły ją odrobinę piękniejszą i młodszą. Nie ma opcji.
Rozumiem, że niektórym trudno pogodzić się z upływem czasu. Ale jak wyobraziłam sobie wybuch po użyciu tych wszystkich specyfików, poległam.
Dobrze, że resztki przyzwoitości we mnie drzemały i nie rzekłam nic.

W domu spostrzegłam, że chleba nie mam, a i kroków za mało (bo muszę chodzić, a nie leżeć plackiem, bo mi nogi odpadną), więc poszłam do Biedronki po tosty, bo juterko znów zamknięte.W Biedronce sajgon, otwarte wszystkie kasy, a kolejki jak za komuny, wszyscy mają wózki po sufit wyładowane, przez ten jeden wolny dzień wszystkie zapasy polikwidowali, jak nic.
No i okazało się, że chleb też mają jakiś dziwny, bezglutenowy.
No bo taki


Ale jak można się oprzeć mojej ukochanej poezji, którą mam zgromadzoną w pierdyliardzie zeszytów, do których pracowicie przepisywałam wiersze, bo książek kupić nie można było?
Nie piję, nie palę, nie podrywam, to chociaż poezje sobie poczytam. Wydanie piękne :)
A druga książeczka dopieszczona, że aż żal z rąk wypuścić.

Miękka twarda oprawa, piękny papier i śliczny druk.
Trudno, grzechem było nie przygarnąć takiego cuda.

A na deser

Miałam wprawdzie obiekcje, bo jakoś do mnie nie przemawia to bio, ale... Lody warte grzechu. Żałowałam, że nie wzięłam więcej, ale co się odwlecze, to nie uciecze, a dupa od razu przynajmniej o dwa rozmiary nie skoczy :)

Jedno co mnie martwi, to fakt, że nie mam flagi. Ale nie mam jak wywiesić, bo siatka.
Trudno.
Od poniedziałku będzie można zdobyć wejściówki na Il Divo w czerwcu. Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy się uda, wejściówek mało, a ja w poniedziałek muszę być w pracy...

wtorek, 1 maja 2018

Jak na karuzeli

Kochany Pamiętniczku.
Podanie do spółdzielni zaniosłam, przyjął ten prezes-nieprezes, sama nie wiem kto.
A potem pojechałam do M.
Już sama nie wiem, co gorsze, podróż do K. czy do M.
Autobus luboński trzęsie, że ojapierdolę.
Na dokładkę nie chciało mi skasować biletu, a na koncie miałam prawie 60 zł. Dobrze, że można u kierowcy płacić, 2,30 zabuliłam.
A najlepszy kawał, że w drodze powrotnej zaakceptowało mi kartę i za tę samą trasę zapłaciłam 1,85.
Cie choroba, jak mawiał sołtys Kierdziołek.
Na dokładkę w M. popieprzyły mi się przestanki i wysiadłam jeden dalej, co zmusiło mnie do wędrówki przez całe miasto.
Spoko wodza, miałam dwie godziny czasu, a miasteczko malutkie, więc żabi skok i byłam na cmentarzu. Na czuja dotarłam, kierując się wieżą kościelną.
Gorąco było, 27 w cieniu.
Grób Eksa pod drzewami jest, więc źle nie było, ale...
Ojapierdolę.
Nie wiem, kto tam był przed Wszystkimi Świętymi (sama zawiozłam tylko doniczkę dąbków), ale grób zawalony był i starymi wieńcami, jednym świeżym - obstawiam, że przed Wielkanocą ktoś wpadł, stertą wypalonych zniczy. W samym grobie - a dalej to krzywa kupka gliny, nówka nieśmigana utkana była masa świerku i pierdyliard wrzosów, z takich doniczek po 3 zł z Lidla. Jedna wsadzona sadzonka dąbków i dwie w donicach.
Ojapierdolę.
Wic polega na tym, że w tym grobie leży i ojciec mojej teściowej, mój teść, no i Eks.
W żaden sposób nie czuję się upoważniona do ingerowania w ich rodzinne interesy, ale kurwa, mogliby już to ogarnąć, co nie?
Nie sztuka na pokaz mowę wygłosić, badyli nawtykać.
Zniczy nakłaść.
Każdy, kto wpada, dodaje coś od siebie, ale sprzątnąć nie ma komu. Grób - poza tym świeżym wieńcem - wyglądał jak śmietnik. Pod płotem, bo pod płotem jest, na co lamentowała już moja teściowa, mówiąc, że ojca jej pochowali pod płotem, a potem ciesząc się, że stary (to znaczy jej mąż, formalnie eksmąż, bo rozwiedzeni byli) leży pod płotem. Teścia chował brat Eksa, ten sam, co się tak czule Eksem i jego kasą zaopiekował.
I co ja mam w tej sytuacji zrobić?
Nie byłam na to przygotowana, myślałam, że wpadnę, donicę wyrzucę, nową postawię i paciorek zmówię.
A tu taki bajzel

I jeszcze masa zniczy przy tabliczce za grobem, bo ojciec teściowej powstańcem wielkopolski był i miasto o nim pamięta. Znaczy się, znicze stawiają, ale wynieść ich już nie ma kto...
No nic.
Pierdolę co kto pomyśli.
Zgarnęłam wszystko do worków foliowych, na całe szczęście w wózeczku mam mnóstwo worków, a że śmietnik jest na drugim końcu cmentarza, tom sensację budziła, wlokąc te wory i ciągnąc wózek. Pracowicie wyrwałam wrzosy i dąbki z ziemi, wypierdoliłam gałęzie zwiędłe i wpierdolilam moje badylki. Tyle mogłam gołymi pazurami zrobić. Ale wyglądało to okropnie, bo dziury w tej biednej kupce ziemi. A za tabliczkę z jego nazwiskiem dalej zatknięta ulotka zakładu kamieniarskiego, spłowiała i zmechacona.
Polazłam więc do pobliskiej kwiaciarni i kupiłam jeszcze jeden wieniec, a niech ma, na bogato. I tak poutykałam te wszystkie dziury, załatałam, paciorek zmówiłam, a co, pogadałam z Umarlakami, bo sobie na płotku siedzieli, skubani i nóżkami machali, popijając co kto lubi, a ja się męczyłam.
No nic.
Spłynęło po mnie jak woda po gęsi. Bawcie się dobrze, skoro tak :)





Potem godzina w upale na przystanku, bo chociaż oblazłam całe miasto, to jeszcze mi godzina została.
Mogłam iść do parku, ale nie poszłam.
Na lody też nie, bo łapy brudne miałam, a nasrane mam, oj tam, oj tam.
Miałam butelkę wody, wystarczyło.
Nie wiem, kiedy się tam znów wybiorę, pewno latem, jak będę miała pewność, że młodzież szkolna nie jeździ, bo wtedy autobus jest zapchany, a z wózkiem to mogiła.

Dają mi te Umarlaki popalić.
Trudno.

W niedzielę zaś miałam randkę z oboma. U Pierworodnego nawet fajnie się tym razem gadało, ale co kawałek w kamerce widziałam siusiaka. Bo Papryczek saute lata, bo tak lubi. Całkowicie saute. Wkurwia mnie to, ale nie ma argumentu, bo: on tak chce.

A dziś udało mi się namówić Pierworodnego do założenia konta na FB :)
Ojapierdolę :D
Oczywiście, cały on od razu...
No nic, zobaczymy jak będzie.
Ostrzygli za krótko Alienka i zrobił się strasznie podobny do Papryczka. Można by ich wziąć za braci.

A ja mam dzień piżamowy i wciąż zastanawiam się, czy warto wziąć kąpiel i gdzieś wyjść?

Mam niechcemisia.

I chyba już tak zostanie :P

niedziela, 29 kwietnia 2018

Podpisałam

cyrograf w spółdzielni, Kochany Pamiętniczku.
Teraz mam złożyć podanie o zmianę statusu mieszkania.
Biurwa twierdzi, że spółdzielnia nie musi się na to zgodzić.
Więc trzymajcie kciuki, żeby się zgodziła.
Podanie nasmarowane, jedno zdanie, ale co ja się  będę w Pana Tadeusza bawiła,wicie, rozumiecie.
Nie wiem tylko, czy uda mi się to jutro wydrukować, jako że wszystko w mieście w proszku, długi weekend wszak mamy.
Obaczymy.
W sobotę poleciałam na giełdę, bo Eks za mną chodzi.
Sytuacja popierdolona, bo nie mam zielonego pojęcia, co tam na cmentarzu jest, czy zostawili rozgrzebane, czy położą z powrotem pomnik, bo był.
Problem w tym, że w tym grobie leży też teść mojego teścia i sam teść.
Więc nie będę się wpierdalała w rodzinne grobowce.
Sama bym to ogarnęła, nieważne, że za moją kasę.
Ale... Nie ma chuja we wsi, że będę rozmawiała ze szwagrem. Nie i już, choćbym w piekle gnić miała.
Nikt już nie będzie mną pomiatał, nigdy, nikt mi już nie powie "czego, kurwa, chcesz".
Tak, jestem kurwa, ale na własny rachunek i nikt z nich mi nigdy za nic nie płacił.
Amen.
Sorry, Eks...
Zatem kupiłam doniczkę z badylkami, wychodząc z założenia, że płyta czy gleba, doniczka postoi. A że pada co i rusz, o czym świadczą moje biedne, brudne jak dzika świnia okna, zatem badylki powinny jakiś czas wytrzymać.
A takie tam kupiłam

eks fanem badylków nie był, ale paczki ćmików mu na grobie nie zostawię.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam w tę sobotę, robiąc szybki plan, ale na szczęście luknęłam na rozkład jazdy autobusów.
Trzy godziny musiałabym w tej pipidówie, którą beretem nakryć można, siedzieć, bo nie ma autobusu. A autobus jedzie tam prawie godzinę, a jest to raptem  15 km :)
Więc pojadę jutro, bo wtedy jest autobus raz na godzinę. Na szczęście ichni przewoźnik nie ma sobotniego rozkładu jazdy przez cały tydzień, jak moje kochane MPK :)
Bzy kwitną jak szalone już...
Wyeksmitowałam na balkon amaryliska, zła, bo ledwo zakwitł, to zaraz padł, a czynszu nie płacił, więc mu wody żałowałam.
I co ja paczę któregoś dnia?
Odbił.
A dziś już

Same niespodzianki wokół.

Sprawa Alfiego skończyła się, zanim się zaczęła. Zmarł. Niech spoczywa w pokoju, w lepszym świecie.
Ale co się pod to podpięły wszystkie hieny, łącznie z Rutkowskim w ząbek czesanym, co sobie nabili punktów wszyscy mniej i więcej popaprani, tego się nie odzobaczy i nie odsłyszy.
A na co dzień nie widać nikogo, bieżącego z pomocą do takich ludzi, trzymających za rękę, pomagających.
Bez fleszy, bez huku, bez ścianek i bez wiadomości medialnych.
Bo nawet matka Teresa miała dobry PR, a i kasę ponoć na tym niezłą trzepała.
U nas zaś dalej walka niepełnosprawnych, no ale kasy nie ma, więc solidarnie kto ma się zrzucić? Naród.
A ojczulek z Torunia nie łaska?
Bo wszak Kościół jako instytucja ma owieczki swoje hołubić. I to nie tylko te ledwo poczęte, ale te, co się już na tym padole zameldowały.
Hołubić, chuchać, dbać.
Nie strzyc do gołej skóry.
Kiedyś tak było, w mrocznych czasach komuny, kiedy Kościół w PL był prześladowany.
W mojej rodzinnej wsi, gdzie psy dupami szczekały, było przedszkole. Kto je prowadził? Siostry zakonne. Nie mam zielonego pojęcia, jak wyglądała sprawa opłat za przedszkole, bom dziecięciem niewinnym wtedy była, ale było. I chodziła do niego cała wiocha, moja klasa jak jeden mąż i jedna niewiasta.

Łącznie z córką ówczesnego komendanta milicji w wiosce. Rok 1961. Ja na samym szczycie na tle zakonnicy. A ten młody przystojny ksiądz to odnalazł się po latach i do dziś jest w mojej (byłej, bo zrobili nam nową) parafii, już na emeryturze.
Punkt pielęgniarski, bo nie wiem, jak to nazwać też obsługiwała siostra zakonna. Robiła zastrzyki i inne takie tam. Bo we wsi był tylko felczer i ona.
I stała szpitalka. Stoi do dziś zresztą. Mieszkały tam staruszki z różną przeszłością. Każda miała swój pokój i kuchenkę. Rezydentki, dziś byśmy powiedzieli. Siostry się nimi opiekowały. Była tam też Agata bez nosa, z czarną przepaską, której panicznie się bały dzieci. Dziś wiem, że nie miała nosa, bo jej kiła czy inne paskudztwo wyżarło.
Ale i tacy ludzie nie byli zostawieni sami sobie.
A my, dzieci, chodziłyśmy ich tam odwiedzać w tej szpitalce.
I tak się życie toczyło, chociaż internetów nie było i nikt nie chwalił się zwykłym, codziennym miłosierdziem i pomocą bliźniemu.
Pewno, że i wtedy homo homini lupus był :)
Ale więcej było serca, dobroci i pracy u podstaw.
Zwykłej. Bez poklasku i oklasków.
W tym ciemnym czasie.
A książkę bym mogła napisać, ale kto to będzie czytał.
Tak mi się po prostu smęci :D

I miło mi, że na swojej drodze spotykam ludzi, myślących jak ja, hurtem dziękuję za wszystkie miłe komentarze pod poprzednią notką. Jestem zaszokowana, że ani jednego hejtu, ale widać nie nadaję się na celebrytkę, skoro nikt na mnie pomyj nie wylewa :D

czwartek, 26 kwietnia 2018

Wiedziałam

że jest za dobrze, Kochany Pamiętniczku.
Wracam ci ja, a w szparze unijnej pismo ze spółdzielni, że zapraszają do poleczki, zapraszają na trzy pas.
O spółdzielcze lokatorskie.
Będzie się jutro działo, bo i tak na jutro planowałam wpaść tam.
A dziś bladym świtem do Umarlaków pobieżyłam.
Na dworcu


srajda bez biletu. Już nie sfociłam, ale na słupach wisiały znaki zakazujące karmienia srajd... A zakonnica nawijała 15 minut...
Zaś

vis a vis niej bezpańskie tobołki i ładujący się telefon. I co? Straż kolejowa przechodziła i animrumrała, to i ja sobie pomyślałam, że wylecę, ale paniki siać nie będę.
Nie wyleciałam.
A pociąg był taki, jakim zawsze chciałam jechać, nie sfociłam, bo baterię oszczędzałam, Koleje Wielkopolskie :)

Elfik. Wi-Fi, kamera, kibelek całkiem całkiem, wiem, bo potuptałam.
Ja. do kibelka. Koniec świata. A to i tylko dlatego, że siedziałam obok przedziału maszynisty i pomyślałam, że jak jest monitoring, to nikt mi nie capnie dobytku. Nie capnął.  Nie był to superkuper, ale i za granicą w pociągach różnie bywa. Przeżyłam. Woda była, papier, mydło i ręczniki papierowe oraz suszarka.
K. przywitał mnie wiaterkiem, ale powoli tuptałam na cmentarz, bo czasu miała dość.
Na cmentarzu ciśnienie mi skoczyło. Przed świętami kuzynka łkała, że ktoś Cioci podprowadził znicze. Że kupiła znicz dla Cioci i dla moich Umarlaków. Ze sranie w banie. Spotkałyśmy się ostatnio przed Wszystkimi Świętymi i scenę balkonową zrobiła, że ona już jest inna, że to też jej matka chrzestna, bukiet kupiła (białe sztuczne chryzantemy), że chce wstawić i inne takie tam. I że grób umyła. Nosz, Ciocia też jej matką chrzestną była, jak sama rzekła, ja tego nawet nie wiedziałam. Chce, niech wstawia. Przecież nie będę nowych bukietów z grobu wywalała, nieważne, kto je wstawia.
Że zapali znicze na Wszystkich Świętych i w ogóle.
No to posłałam stówę, wychodząc z założenia, że jak Cioci chce palić, wolna wola, ale za moich Umarlaków to jednak płacę. Choć moja Mama to jej ciocia, siostra naszej Cioci, więc korona by jej z głowy nie spadła jak coś, tym bardziej, że po cholerę nowe znicze, jak wystarczy wkład. No ale stówa to ładna kasa, co nie?
A dziś co ja paczę?
Groby jak sieroty.
U moich Umarlaków na środku zeschnięte na amen wrzosy (kupiłam, wychodząc z założenia, że jak się tak poprawiła, to jak przyjdzie, zwiędłe badyle wywali, co to za problem?). Moje kwiaty jako tako wyglądały, bo zawsze kupuję takie, na których kurz i brud nie rzuca się w oczy. Ale te białe chryzantemy były czarne. U Cioci (i Dziadków, naszych wspólnych dziadków, bo mamy wspólnego dziadka, tylko babcie inne) jeden znicz, wielkanocny, a jakże, z badziewnymi baziami, wstążeczką, a bazie sypią się wokół gęsto, zaś u moich taki sam badziew i zatrzęsienie innych zniczy, chuj wi skąd. Pewno jacyś znajomi wpadli, czasem Mamy uczniowie zaglądają. Przecież mogła znicze poprzestawiać, wkłady włożyć, groszowa sprawa i git majonez. A nie płakać, że u Cioci zniczy nie ma...
Fuck...
Ogarnęłam tę kuwetę, a raczej te dwie :D

Minosem i ręcznikami papierowymi, poszło raz dwa, tak że nawet deszczyk, który pokropił, nie zrobil mi krzywdy :P
Co ich tak wkurwiło, że mnie pokropili?
Minosa polecam. Właśnie znalazłam, że w Castoramie można kupić, bo ja zawsze w Lidlu przed wszystkimi Świętymi dopadałam. Tak mówię, że mycie to dla żywych, że Umarlakom wszystko jedno, ale fajnie zostawić wszystko czyste.
I nawet się nie zmachałam, nie licząc kurcgalopka do śmietnika. Ale... znów zostawiłam bagaż na łasce losu :D
Po prostu nie miałam siły dźwigać walizy i bajzlu z grobów...
Thank you, Lucy, za pomoc...
A po powrocie do domu od razu Messenger od Lucy, że jak to, byłam i się nie odezwałam, że na kawkę byśmy poszły.
Ja na to, że byłam w godzinach jej pracy :P
Już tak dałam kasę i koleżance, i Lucy. Ze złotych gór nawet kupka piasku nie została. W dupie to mam. Póki będę miała siłę, ogarnę sama. Mnie wyjazd też kosztuje. A porządny bukiet można już za 15 zł kupić. Więc za taką kasę kupiłabym i dwa bukiety, i znicze. Nie wymagam mycia grobów. Zatem w dupie to mam i niech Ciotka mnie co noc leje po papie, ale pojadę, jak znajdę moment, a cala reszta "pomocników" niech na drzewo fruwa :P
Jest nadzieja, bo Inżynier wróci, a jak go znam, przejmie pałeczkę. Bo w końcu i ja tam spocznę...
Ciocia go nieźle w te klocki wytresowała :D

Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pomaszerowałam wiosennymi uliczkami K.


Jeszcze załapałam się na magnolie, reszta szalała, bzy i takie tam, ale bateria leciała jak głupia.
I obiadek

Zacny. Sznycel po wiedeńsku. Za całość 11 zł :)
I nakupiłam de vollaile i innych cudów za 50 zł. Mam obiad na tydzień :D
Nic mi się nie przypomina i nic mnie nie boli. A pyry smakują tam, jak pyry z prawdziwej Wielkopolski.
Dzieciństwem.
Potem z powodu potrzeby czystego kibelka wlazłam do kafejki i szalałam dalej

czytając Helisę.
Szarlotka na ciepło z lodami, kawa...
18 zł.
W Poznaniu za samą kawę tyle zabulę.
Helisę polecam. Gorąco.
Coś mnie tknęło i poleciałam na dworzec dużo przed czasem.
I dobrze, bo w godzinie, gdybym szła, lunęło.
Z gradem.

Się skryłam w poczekalni. Śmierdziało. I co ja paczę?
Jest kibelek. Dlatego śmierdziało. Niezbyt czysty, ale... mam akcesoria, żel antybakteryjny i w razie czego mam gdzie siknąć!
Żadnego znaku, że w tej prowizorycznej poczekalni jest kibelek.
Taki duży, dla wózków inwalidzkich też.
Dla mnie to epokowe odkrycie, bo właśnie niemożność wysikania się przez kilka godzin czyni tę podróż drogą przez mękę.
A teraz nie jest już tak źle, choć nie jest idealnie.
Wracałam do domu zmęczona, ale szczęśliwa.
I tak miedzy deszczami, bo z lewej świeciło słońce, a z prawej kłębiły się burzowe chmury. I wszędzie było po ulewach.
Mam farta.
Pod samym K. wjechaliśmy parę razy w takie tumany nawozu z pól, bo piździło jak za cara na Skieletczyźnie, a właśnie rolnicy wysiewali nawozy, że nie było świata widać i jechaliśmy jak we mgle.
I tu potwierdza się moje lekceważenie eko.
Co z tego, że ktoś ma pole eko, jak mu nawieje chemii od sąsiada?
Nie dajmy się zwariować.

I dalej w temacie zwariowania.
Sprawa Alfiego Evansa.
Nie włączam się na fejsie, bo nie chcę zostać obiektem hejtu.
Tu zawsze mogę zamknąć i po sprawie.
Nawet moja starsza Synowa się włączyła w akcję ratowania Alfiego...
A ja mam inne podejście do sprawy.
Nieludzkie. Wiem, ale jestem Wiedźmą Złowrogą.
Na to wszystko nakłada się strajk opiekunów osób niepełnosprawnych.
Jestem hmmm.... Nie tyle niewierząca, co sceptyczna wobec Kościoła.
A nawet JP II odmawiał uporczywej terapii.
Kto chce, niech w internetach szuka.
Wyznaję zasadę, że prawdziwa miłość pozwala odejść.
Bo walczenie o życie z góry skazane na cierpienie jest nieludzkie.
Chylę czoła przed opiekującymi się latami dziećmi niepełnosprawnymi. Jestem wdzięczna losowi, że nie skazał mnie na taką próbę. Ale... Gdybym miała takie dziecko, kochałabym je - w to nie wątpię. Ale nie ratowałabym go za wszelką cenę. Mam tu na myśli, że nie zezwoliłabym na reanimację, podłączanie do aparatury. Pozwoliłabym odejść. Bo jak się kocha, pozwala się na odejście. Tak, wiem, Hawkins, inne takie tam, autentyczne, amerykańskie wyciskacze łez. Ale ja nie chciałabym siedzieć na wózku, robić pod siebie i nie wiedzieć, jak się nazywam. Hawkins to inna bajka - miał sprawny umysł. Nie neguję prawa do życia wszystkich - tych ze sprawnym umysłem i tych upośledzonych. Ale jestem za DNR. Bo co z tego, że po raz setny ratuje się dziecko z upośledzeniem umysłowym, niewiedzące nawet, że żyje, w imię ratowania życia?  Że to ubogaca? Kogo?
W co?
Że Łazarz i inne takie tam?
Myślę, że modlitwa "od nagłej a niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie" jest nieporozumieniem.
Rozumiem, że odchodząc nagle zawalam inne światy, ale to nie jest nic, czego nie można ogarnąć.
Ale świadomość, że cofnę się, że któryś z moich chłopców będzie mi musiał zmieniać pampersy, albo zrezygnować z życia, bo będzie płacić za zmienianie mi pampersów latami (odpukać, padłoby na Inżyniera) - pytam: qui bono?
Tak, zmieniałam im pieluchy. Ale zmieniałam, bo taki był mój wybór, bo sama ich na ten świat sprowadziłam.
Jak mądrze rzekł kiedyś Pierworodny w pyskówce: ale ja się na świat nie prosiłem (za co oberwał w pysk, jeden jedyny raz, czego do dziś żałuję, ale NIE MIAŁ RACJI i to był cios poniżej pasa. Co podsumował Inżynier, siedzący pod oknem, bo kłótnia była w kuchni: nie martw się, w następnym życiu matka cię wyskrobie... Na co oburzony Pierworodny rzekł: ale ja nie chcę być wyskrobany... Inżynier zaś stoicko: to nie denerwuj matki...), więc tak, byłam za nich odpowiedzialna, bo się nie prosili...
A ja nie chcę się tego świata na siłę trzymać.
Nie za wszelką cenę.
I dlatego uważam, że ratowanie za wszelką cenę ma sens tylko wtedy, gdy dodaje się do tego jakość życia.
Bo ratowanie tylko po to, żeby reszta życia upłynęła w charakterze rośliny - dziękuję, postoję.

Chylę czoła przed ludźmi, latami pielęgnującymi swoich bliskich.
Nie wiem, jak sama bym postąpiła.
Ale dla mnie miłość jest pozwoleniem na odejście.

Może dlatego jestem sama?
A może dlatego, że jestem tak całkowicie bez serca i wyprana ze wszystkich uczuć?

Podczas okupacji członkowie ruchu oporu mieli tabletki z cyjankiem.
Też bym chciała mieć taką opcję.
Bo nie stać mnie na dobrą śmierć w Szwajcarii, za biedna jestem.
Nie chcę rzucać się pod pociąg, bo mam sumienie i myślę o maszyniście.
Z tego powodu odpada też samochód.
Nie mam samochodu, by rąbnąć w drzewo...
Nie chcę się topić, bo to nieestetyczne po kilku dniach.
Nie mam wyboru, a chciałabym mieć.

Nie dla siebie.
Dla innych.
I nie, nie mam myśli samobójczych, nic z tych rzeczy, cieszę się kolejną wiosną...

Ale skoro usypiamy kotki, pieski, bo cierpią i nic już nie można zrobić, skoro strzelamy w łeb koniom z połamanymi nogami, dlaczego jesteśmy tak okrutni wobec naszych współbraci?
Tych, którzy cierpią bez końca i tych, którzy cierpią z cierpiącymi.
Co nic nie wnosi do życia.

A teraz czekam na hejt.






środa, 25 kwietnia 2018

Oszalało

wszystko w tym roku, Kochany Pamiętniczku.
Ze szczętem, do ostatka, do szału, do dna.
Ale już powoli statecznieje.


Japońska wiśnia już przekwita i okrywa się tymi wyjątkowymi liśćmi.

Tu na tle zieleni widać ich urok.

Dziś kasztanowce już mają kwiaty, ale nie sfociłam :) Matura, matura, jak co roku matura...

Pieścichłopy, już te ogrodowe, nie szklarniowe wymoczki. Już zostaje po nich wspomnienie i w domu, i w ogrodach...

Forsycje już zielone, za to wszędzie żółto od mleczy. Mniszki moje kochane, znienawidzone przez szwagra, bo mu trawnik psuły. I za to je kocham, poniekąd. Żałuję, że nie mam gdzie ich w okolicy nazbierać, by wykorzystać ich leczniczą siłę. Życie...

Kierownik Budowy wleciał, wzbogacił moją kolekcję o naparstek z Madrytu :) No i jak zawsze nagadał, nawywijał, nakombinował. Jednak coraz krzywiej ma pod kapturkiem, nad czym bardzo boleję. A najgorzej, że jest Kradziejka... Ech...

Do spółdzielni poszłam, z duszą na ramieniu, bo biurwa. Specjalnie odczekałam parę godzin po otwarciu, żeby nie drażnić w poniedziałek :) Powitała mnie pretensjami, że emilka nie napisałam. WTF? Jak pisałam, to nie odpisywała, więc po prostu poczekałam aż będę miała wolne :D Nie dogodzisz. Radca prawny powiedział jej to, co ja proponowałam, że zabiorę akt notarialny, a dam akt zgonu. Bo w sumie spółdzielnię gówno obchodzi, czyje jest mieszkanie, co nie? :) Więc musiałam wrócić do domu po akt zgonu, akt notarialny odzyskałam, ale... Umowę podpiszą ze mną za parę dni. Powiedziałam, że wlecę w piątek... Co sobie pospacerowałam, to moje, pogoda cudna była :D

We wtorek ruszyłam kostropaty tyłek i w szafie w kuchni posprzątałam. Grzecznie, na drabince, żeby znów nie zlecieć. I okazało się, że te robale, co fruwają, to nie z moich zapasów, bo te mam szczelnie w puszkach pozamykane. Nie wiem, jakim cudem zalęgły się w... grzybach... Fuj, ile tam tego było, wszystkie wywaliłam, bo mało, że motyle, to jeszcze robale w stadium gąsienicy. Trudno. Ale grzyby od Sikory nówki nieśmigane, bo w innym miejscu schowane. Widocznie bardziej serdecznie dane, bo mam od niej od dawna i nigdy nic się nie ulęgło.
Tak więc kuchnia ogarnięta, nic już nie fruwa.
A i pokój przy okazji przeleciałam, bo taki misz-masz był w szafie, jakby ktoś granat wrzucił...
I git majonez.

A potem...

Do ciebie szłam, przez puste ulice,
Do ciebie szłam, znaczona księżycem,
Do ciebie szłam po usta i serce,
Do ciebie szłam, by nie iść już więcej.

Od ciebie szłam, przez łzy nic nie widząc,
Dla ciebie to był tylko epizod,
Od ciebie szłam, bez ciebie szłam przez pusty świat,
Bez ciebie - jak od lat...










Dziś planowałam wyjście, ale praca mnie dorwała. A miało jej nie być, no ale była. Nic mnie nie kocha tak, jak praca.
Dobrze, że chociaż ona.
Pogoda taka niezdecydowana, ale już dłużej nie mogę. Pojechałam na dworzec, bilet zanabyłam, nie bez stania w kolejce, dlatego dziś jechałam. I jeszcze 25% zaoszczędziłam, bo gość biurw okienkowo-pierdzistołkowy nawet się nie zająknął, że mi się zniżka należy. Gdy zapytałam o nią, rzekł: faktycznie, po czym okienko z wdziękiem zatrzasnął, a z kolejki za mną rozległ się jęk rozpaczy, bo zostały tylko dwa okienka czynne...
Zatem jutro do Umarlaków jadę.
Mam mus i tyle.

A jeszcze dziś

kotecka przyłapałam. Mnóstwo kotecków, ale wiał wiatr i telefonem niełatwo je upolować. A to-to kwitnie koło oliwnika, do którego wąchania przymierza się Zmorka. A który w tym roku dostał na łeb, jak wszystko.

Zatem time to say goodbye...


czwartek, 19 kwietnia 2018

Pssstttt...

niech to się zbyt szybko nie spieprzy, Kochany Pamiętniczku.
Jakoś  bezboleśnie wszystko minęło, aż mi się wierzyć nie chce.
Warzywka nałożyły się na prackę, a i tak okazało się, że już o 15 jestem wolna, aczkolwiek nie do końca, bo jeszcze jutro wstępniak i spis treści, ale to już online.
15 i koniec balu panno Lalu?
Tego najstarsi górale nie pamiętają, a już na pewno nie ja.
Wciąż mam w oczach pizzę na Reymonta o 21...
I już majowy numer za mną i tak się szczęśliwie składa, że dopiero 7 maja wrócę do pracy, bo wcześniej jest bez sensu. Po prostu i tak nie będzie dla mnie roboty.
Znikam.
Znaczy się, z realnego życia znikam.
Nie ma mnie dla nikogo.
Bo tak.
Bo mam plany na bycie sama ze sobą i mam nadzieję, że nikt mi ich nie śmie zakłócić. Wprawdzie było parę plumknięć o spotkanie, ale skończyło się na plumknięciu, więc mam gotową odpowiedź: nie dałaś(eś) znać, więc poszłam na inny układ.
A plany mam fajne, chcę do Umarlaków skoczyć, bo ich zaniedbałam.
I do Eksa zobaczyć, jak tam ogarnęli.
Co nie znaczy, że mam zamiar tam cokolwiek ogarniać, ale pogadać z Nim mi nikt nie zabroni, co nie?
Mecenas mówi, że na razie ma odpowiedź z dwóch banków, że tam nic nie ma.
Stawiam dolary przeciw orzechom, że nigdzie nic nie będzie.
Tylko chłopaków mi żal, ale cóż.
Wiem, że i Eks, i teść chcieli inaczej, bo teść w jednym z liścików pisał, że "chce Ekswoi pomóc, bo zdaje sobie sprawę z tego, że Eks niewiele może dla dzieci...".
Ale co z tego?
Dałam im wykształcenie, co mnie cieszy, bo sama swoje zdobywałam własnymi pazurami.
I miłość, nieograniczone pokłady uczucia, może czasem aż za dużo? Może powinnam być twardsza i nie prostować wszystkich ścieżek?
Nie wiem.
Każdy ma prawo do popełniania błędów, mam i ja.
Nie wstydzę się tego, co robiłam.
I niech tak zostanie, bo nie wiadomo, czy nie będę się jeszcze wstydziła tego, co robię.
A teraz będę leżeć, pachnieć i robić to, na co mam ochotę, hulaj dusza, piekła nie ma.
Listy nie wyszczególniam, bo wiadomo, że jak ktoś chce Pana Boga rozśmieszyć, opowiada mu o swoich planach :P
Parę klocków do dociśnięcia w życiowej układance zostało.

A teraz z innej beczki.
Czasami myślę, że ta moja Synowa jest pojebana nie dlatego, że jest pojebana, ale po prostu tak wyszło. Jej ojciec, znaczy się teść Inżyniera, zameldował się na fejsbuniu. Zaproszenie wysłał, a jakże. Zaakceptowałam, bo gościa znam, aczkolwiek jak miałabym mieć taką rodzinę, sierotą zupełną wolałabym zostać (czego nie zmienia fakt, że od dawna jestem zupełną sierotą, hahahaha).
Teść I. odzywki ma takie, że ojapierdolę. Córka jego, znaczy się, żona Inżyniera, wrzuca focię sweet, a dziewczyna buzię ma ładną. Tatulek pisze: nie poznałem cię, jak nie ty, tak ładnie wyszłaś. Ojapierdolę.
Jako że nasze poglądy polityczne są skrajnie różne, a tatuńcio wrzucać chyba nic nie umie, bawią mnie jego komcie, bo tak.
Nie odpowiadam na nie, bo nie kopię się z idiotami, sprowadzą mnie tylko do swojego poziomu.
Ostatnio wrzuciłam wypowiedź Jarka K. o związkach partnerskich.
I znów bluzgnął tatuńcio, że takich zboków to blablabla...
Olałam. Tylko do Inżyniera się podlizałam o głaska za moją powściągliwość. I o dziwo, Inżynier, który zawsze jest w stylu: matka do nogi, pogłaskał i w te słowa rzecze, że jego teść jest niewychowany i nie tylko pieprzy, co mu ślina na jęzor przyniesie, a pieprzy, potwierdzam, ale i co mu palce na klawiaturze wystukają...
Ano...
Dziwna rodzina. Sądzimy, że siostra S. jest les. I rybka nam to. Ale przestałam się dziwić, że nie wychodzi z szafy. Ja bym też nie wyszła, mając takiego tatusia.
Ironia losu i chichot historii, jak w przypadku mojej teściowej, nienawidzącej Żydów, pedałów i korekty :D Dwoje z jej wnuków okazało się gejami: ten najukochańszy (wyszedł z szafy) i ten najmniej kochany (o czym wszyscy wiedzieli, że go nie lubi), który do dziś w szafie siedzi tak głęboko, że nawet jego rodzice o tym nie wiedzą...
Teść Inżyniera prawie scenę balkonową zaliczył na ich ślubie. Po pierwsze, nie mógł się pogodzić z tym, że nie zapraszamy Eksa. Prawie włosy z głowy rwał i nie docierało do niego, że nie bo nie.
Jak już dotarło, kolejna scena o to, że nie będzie siedział przy stole z młodą parą. Tak sobie zaplanowali i chuj...
I ja też byłam wrogiem, bo jak to, nie chcę tam siedzieć i nie protestuję?
A mnie po prostu zapytali, z kim chcę siedzieć i było wiadomo: Pierworodni, Baran z asystą i Słoneczko z Wąsaczem.
Dlaczego miałam się męczyć z młodymi, do których wszyscy się dobijali, skoro miałam mieć tak doborowe towarzystwo tylko dla mnie?
I na dokładkę Baran obiecał mi tańce, a asysta nie protestowała :P
No i nikt tam za kołnierz nie wylewał...
Kolejna propozycja teścia I.: że będę z nim, bo jego dzieci nie zgadzają się na jego nową flamę...
WTF?
Podziękowałam, mówiąc, że jednak mam starych przyjaciół do ogarnięcia :D
Tekst do Inżyniera: pozwalasz, żeby matka się zadawała z małolatami?
A Inżynier przytomnie: co mam matce na stare lata żałować...
I jeden jedyny taniec z teściem I., zaczęty macaniem po mojej kubańskiej dupie...

Może i nie ma na mnie amatora, ale od dania mu w mordę powstrzymało mnie tylko to, że nie chciałam Inżynierostwu psuć balangi...

Więc tak patrząc z boku na wszystko, na to, co wiem o matce Synowej, może nie powinnam być dla niej taka surowa? Może ona po prostu ma taki mechanizm obronny? Jak i ja swoje mam?
Sama jako DDA mam wiele za uszami, nic dla mnie nie jest takie proste i łatwe, ale może ona miała jeszcze gorzej?
I dlatego jest taka nie do końca poukładana? A ja jestem? Chyba nie bardzo, a może nawet bardziej nie :P

Rzecz do przemyślenia, aczkolwiek i tak żal mi Inżyniera...
Bo idzie moim śladem...



niedziela, 15 kwietnia 2018

To była

piękna niedziela, Kochany Pamiętniczku :)




 U nas nawet śmietniki są monitorowane :D Totalna inwigilacja :D











































 Stałam po drugiej stronie tego napisu, nic dziwnego, że wszyscy się do mnie uśmiechali :P










 Szacunek dla tych, którzy pierwsi dobiegli do mety i dla tych, którzy dobiegli ostatni. Wszystkim należy się uznanie i chwała :)
A do domu szłam...



Wiosennie.
To był dobry dzień.
I okulary słoneczne się znalazły, Miśków wina, schowały, Skubane :)
Teraz będzie ciężki tydzień, ale aby do brzegu :D