piątek, 22 sierpnia 2014

Again

na listku bobkowym dumnie spoczęłam. Po nocy, podczas której przeżyłam wybuch atomowy i inne cuda wianki zerwalam się raźno rankiem (otworzywszy balkon, żeby nawdychać się świeżego, rześkiego powietrza, temperatura oscylowała koło siedmiu stopni i aż chcialo się żyć. Więc wziąwszy kąpiel poleciałam na Manhattan, zahaczając o ogrodnika i Rossmanna i leząc apiać do Lidla. Jak do Lidla lazłam, to co ja paczę??





Ciepło już było, wręcz gorąco i ochrona najnowszego biurowca w mojej wiosce jakąś lekturą się na ławeczce zajmowała, wygrzewając kosteczki w słońcu. Dobrze, że banku tu nie ma, ale przecież i banki ochraniają takie "ochrony"... Oj tam, oj tam, co warta złotówka?? ;)
Z Lidla wróciwszy nastawiłam powidła dla Postmana, com mu je obiecała




inaugurując tym samym sezon jesieni i zapraw....
Lodówkę umyłam.
Do dentysty polecialam.
W poczekalni dostałam SMS, że mam lecieć na słodkie do pracy, ale szczerze mówiąc nie za bardzo mi się chciało, więc odpisalam, że kibluję u zębologa w kolejce. Prawdę napisałam i choć poszło w miarę szybko, nie chciało mi się już jechać, bo nie wiadomo, czy jeszcze pracowali na cukrzycę, czy wrócili do pakowania i do pracy.
Zatem wpadłam do domu, rosołku pojadłam, powidełka (MLASK, bez cukru, choć Postman Maruda jękolił "mało cukru daj, pliiizzzz", ha, nie zna moich powideł, nie wie, że czarodziejską starodawną sztuczką są słodkie, ale bezcukrowe :P) , piekąc cyc indorzy w zalewie śliwkowej rzuciłam się do mycia okien. Ojapierdolę.
Umyłam wszystkie.
Chapeau bas :)
I wzdechłam, że zdycham, ale oj tam, oj tam, trza być kwardym, a nie miętkim. Ogarnęłam balkon :)






bajzel tam był nieziemski, liście, kłaki, pióra, wywalając zeżarte przez mszyce, sadząc wrzosy i wiatraczek :)
Kupiłam sobie, a co, kto bogatemu zabroni?? :)
Balkon też dopominał się o sprzątanie, winobluszcz o cięcie i tak zeszło.
A potem (się śmierdzi, wiem, wiem), tu musnęłam

(nie czepiamy się kabla, to zmora KB, a taki mój design), inaugurując jesień dynią hokkaido...
i włażąc na listek bobkowy.
Juterko się coś wymyśli.
Ma padać, ale zobaczymy.
I tak piątek mi minął, choć mam wrażenie, że to sobota :D
Zatem sobota będzie niedzielą.

Coraz mniej brak mi ludzi. A może coraz więcej?? Nie wiem.

4 komentarze:

  1. Odwaliłaś kawał porządnej roboty! Dyńki widziałam, planujemy kupić w przyszłym tygodniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedzę i napatrzyć się nie mogę, zastanawiając się, co robić ;)

      Usuń
  2. Okna! Znowu!? Ja umyłam w to święto, które niedawno było (bodajże 15 sierpnia) i już się proszą! Nienawidzę ich za to! Niech Klara szybko rośnie, to czarną robotę zwalę na nią :))) Póki co, bardzo się rwie do pomagania, pewnie z wiekiem jej przejdzie!
    O i przypomniałaś mi, że wrzosy miałam kupić!
    mamaKlary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te nowe okna o kant dupy potłuc... Stare się tak nie brudziły :P U mnie nikt nigdy nie mył okien, zawsze ja :)

      Usuń