przeleciał super. Cynober o dziwo wleciał, jak obiecał i przegadaliśmy cały dzień, Moja opowieść to proza życia, jego skrzyżowanie układu zamkniętego z Jamesem Bondem. Aż czasami trudno to ogarnąć. Najważniejsze, że jego ojciec wydobrzał, a widząc go wtedy na OIOM straciłam wszelką nadzieję. Podziwiam tych, co walczyć chcą. Ja nie chcę. Choć sam Cynober przyznał, że był moment, kiedy go to wszystko przerosło. Ale... ma znajomości i rodzina ma kasę. Wyciągnięcie ojca z choroby kosztowało ich 25 tysięcy. A on był przekonany, że "to wszystko na Fundusz" :) O święta naiwności. No i znajomości ma nie byle jakie. Osobiście nie mam opcji, więc kapituluję jak coś na starcie. Nikt nie będzie płakał i ja też nie.
Dowiedziałam się również, że zmarła wdowa po Cynoberze, tak ją nazywaliśmy. To była jego pierwsza kwatera w wiosce, a ona zawsze pytała o niego, lata po tym, jak się wyprowadzil.
Jak nagle odchodzą ludzie...
A z weselszych rzeczy
kotecka dorwaliśmy na spacerze na Dębinie... Na piwko się nie załapał, ale jak się wyspał, to przywlókł ciałko
na naszą ławeczkę, a Cynober go dopieszczał. Potem, jak odholowałam go na autobus też dorwał jakiegoś kocurka na pieszczotki. Twierdził, że domowy, bo miał obrożę przeciwpchelną, ale nie miałam nawet ajfonika, więc dupa :)
Zabalowaliśmy co nieco
na szczęście nie doszło do rękoczynów z użyciem ostrego narzędzia :) Choć trzy winiacze padły, ale co to na takiego chłopa, jak Cynober i taką alkoholiczkę jak ja :)
Umówiliśmy się na zaś, ale co wyjdzie - nie wiadomo.
A dziś wrrrrrrrrrrrrrrrrr............
Koleżanka nie tak dawno awansowała na zastępczynię. W ogóle na początku, zanim ją poznałam, wydawało się, że do rany przyłóż, a się zagoi. Trochę trwało, zanim rozgryzłam, ale za stary ze mnie wróbel na takie plewy. Jak coś potrzebuje, to jestem Jędzuleńką, jak nic nie trzeba, to Jędzą. A wyrachowana, że ojapierdolę. I dziś w całym młynie zamykaniowym, kiedy nikt nic nie wie, wszyscy marzą o gwałcie, iskry idą, pierze się sypie, wkracza ona do mnie i oznajmia, że zgodnie z procedurami blablabla... Procedury procedurami, ale opierdalałam się dwa tygodnie, wyjąc z nudów i błagając i pracę na prawo i lewo, żeby dziś dowiedzieć się, że do jutra mam ogarnąć książkę??? WTF?? Poszłam do Bossa, a ten, jak w tej srającej piramidce zachowuje się tak, jakby nie wiedział, jak to działa. "Skoro było już w druku, jest OK, w czym problem".... Powiedziałam, że nie mam czasu i wyszłam. W wolnej chwili zajrzałam do "bezproblemu" i okazało się, że "już wydrukowane", ale nie po moim oku, nasza firma, ale inna gałąź, roi się od błędów. Więc działo się; jak to możliwe i co jest grane...
Mnie już to nie rusza. Mam wszystko na piśmie, na taśmie, na wydruku. Asekuruję dupę. Bo błędy, drodzy państwo, to nie wina korekty, ale chochlików drukarskich i takich oburzonych pań redaktorek.
Oj tam, oj tam :)
Uczciwie przepracowałam 10 godzin, o 18 rzuciłam tę brudną robotę i wzięłam się za węgiel, znaczy się, poszłam do domu.
Bo na oczy nie widziałam i przeżyłam dzień o 2 herbatach, pomidorze i malinach, na więcej czasu nie starczyło.
Pętla w wiosce ma ten urok, że ma 3 przejazdy kolejowe. Kiedyś były tu takie drewniane schody, obecnie ich nie ma, bo... się rozpadły ze starości. Zatem albo można przełazić przed spuszczonymi szlabanami, albo iść naokoło, zależnie co jest otwarte, albo kiblować. I dziś na szlabanie utknął elektrowóz ze składem towarowym. A że wszystkie rzeczone przejazdy są remontowane, przekopywane, zielskiem zarosłe i inne takie tam, działo się... Ludzie wózki z dziećmi przenosili po rozjechanym błocie przed stojącą, jakby ją wmurowało lokomotywą. Maszynista, nieboże, na pewno nic nie widział!!! Lało, i tylko dlatego foty nie ma, bo bałam się, że szlag ajfoniczka trafi... O siebie też się bałam, że ruszy, wyląduję na wózeczku, więc.... Poszłam naokoło, przeczekałam jeszcze jeden jadący InterCity na innym przejściu. A koło pętli towarowy wrastał, zakwitał, a tłum gęstniał.
Zahaczając o dentystę, w ulewie dotarłam do domu i teraz czekam, aż się wypiernie, powieszę i spadam spać.
Dobrze, że zimno jest.
Zmarzłam lekuchno :)
Kocham zimno :)






NA JAKIEJ SZEROKOSCI GEOGRAFICZNEJ CZLOWIEK BY NIE ZYL TO SLUZBA ZDROWIA DOI(doji,nie wiem,bo ja nikogo nie doje;)) OJ DOI PACJENTA AZ MILO.
OdpowiedzUsuńJak nie moga upuscic krwi to skutecznie oprozniaja portfele swoim pacjentom.
Ale przezywaja tylko ci, ktorzy maja z czego byc dojeni. Dlatego nie chodze do lekarza :)
OdpowiedzUsuńFajne spotkanie! No i koteczek przytulasty,ach, pregowiec pospolity,ale jaki kochany
OdpowiedzUsuńCynober to koci tata jest, teraz kota nie ma, ale miał kiedyś i rozpieszczał go, że to nieporozumienie :) Zastanawialiśmy się, skąd tam kot, bo to las, a on wyglądał na domowego, nie dzikiego. Może z leśniczówki pobliskiej :)
Usuń