dużo...
Ranek wstał znów letni, więc ociągając się (bo a to pasjansik, a to filmik, a to srutututtu, a to wrzucamy na luz i pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł i takie tam), dość późno poleciałam na Manhattan, bo w lodówce światło. A coś mi mówiło: gotuj makaron i nie idź... Ale poszłam. I co??
Same szkody z tego wyniknęły...
Bo... Złamałam się.
Wisiała i krzyczała: weź mnie, jam Twoja.
Na moje usprawiedliwienie powiem, że przeceniona była na 20 zł, a ostatnią torebkę kupiłam sobie w Paryżu, znaczy się, Inżynier w ramach dobroci serca mi zafundował, więc lekko licząc ma już ponad 2 lata :) Aaa... i ten tasak zakrwawiony dostałam na Gwiazdkę od Dziewczyny Inżyniera, zatem... Mogę się czuć usprawiedliwiona??
Jak już kupiłam, ogarnęły mnie wyrzuty sumienia i to wielkie, już chciałam oddawać, ale... podoba mi się... Każdy ma chwilę słabości...
No a potem to już z górki było, bo wszystko ze straganów się do mnie darło. I tylko zdrowemu rozsądkowi zawdzięczam, że kupiłam li i jedynie: jedną kalarepkę, jednego pora, 30 deko kwaszonej kapusty i kilo jabłek. No i chleb. Bo wszystko się darło. Z jabłkami jest przekręt, bo antonówki za 3 zł za kilo w momencie, gdy sadownicy nie mają ich komu sprzedać, to japierdole. No nic. W rezultacie mamy rosołek (na dwóch skrzydełkach, bo zwłok nie było, a włoszczyznę kupiłam ostatnio na targowisku kwiatowym), sałatkę warzywną (Baranie, wpadaj, taka jak lubisz), marchewkę z jabłuszkiem i kwaszoną kapustę z jabłuszkiem (bo marchwi było we włoszczyźnie chyba kilo). Brakuje tylko dwóch materiałów żrących, które zawsze wszystko zeżarły i stały przed lodówką, szukając co by tu jeszcze wciągnąć.... Nawet rodzinna zabawa była, jak jechaliśmy pociągiem (dzieci wcześnie nauczyły się czytać), zawsze jak któryś zobaczył tabliczkę z napisem: Zabrania się przewożenia materiałów wybuchowych, żrących i cuchnących darł się do brata: wysiadaj, nie przewożą materiałów żrących. Celował w tym żarciu Inżynier, który jak tylko pociąg ruszył pytał: mamo, jest coś do jedzenia???
Ale w międzyczasie dostałam SMS z pytaniem, kiedy będę w pracy. Odpisałam, że w poniedziałek, no i pytanie, czy mogę teraz zaraz już... Już chciałam rzucić wszystko i lecieć, ale że miałam inne plany, odetchnęłam głeboko i odpisałam: dziś nie dam rady, nawet z domu nie dam rady, wlecę jutro... To się asertywność nazywa i dobrze. Jutro wezmę kiijki, polecę do pracy, zrobię, co mam zrobić, podrzucę im trochę jedzenia, co się ma zmarnować i na kijkach wrócę Będzie przyjemne z pożytecznym, co nie?
Jak pomyślałam, tak zrobiłam i poleciałam dziś na zaplanowane łażenie i w rezultacie tadam... :)
Czas się nie zgadza, bo liczy stanie w kolejkach (przyjemne łączymy z pożytecznym), ale i tak fajnie :)
Zatem po kijkach żarełko się gotowało, a ja zaczęłam kombinować z biletami. Bo kupić trzeba, nie ma zmiłuj.
Pomyślałam, że może jednak Ryanair, mają lepsze godziny lotów. I wychodziło taniej. Ale... Tak się składa, że mam podwójne nazwisko z dywizem, błąd młodości). Wpisuję, a system mi marmoli, że błąd wpisu, nieodpowiedni znak. Dobrze, że nie mam polskich znaków w nazwiskach. Usuwam dywiz, jest OK. Ale... Kiedyś system właśnie w Ryanairze nie przyjął podwójnego nazwiska, bo... za długie było. Na lotnisku okazało się, że za poprawkę w bilecie muszę zapłacić: uwaga, uwaga - ponad 100 zł (nie pamiętam już dokładnie ile) i tylko dobroci serca pani w recepcji zawdzięczam darmową poprawkę, jako że było to przed Gwiazdką krótko i... zrobiła mi prezent. Piszę więc do Inżyniera, a ten każe iść do Wizzaira... Bo dla niego to lepsze lotnisko do odbioru kłopotliwego bagażu, znaczy się Starej Matki. Idę do Wizzaira, marudząc, że będzie 200 zł więcej, ale pan każe, sługa musi... Nosz, znów mi hasła nie przyjmuje, ale wysyła tymczasa na emilka i potem już z góry, wszystko mają zapisane w systemie (rzadko latam ostatnio Ryanairem). Przesunęłam loty z soboty na niedzielę (też wolne mają, więc mogą kłopotliwy bagaż zagospodarować) i tym pięknym sposobem za niecałe 600 zł mogę lecieć z 32 kilogramami rupieci. Nie polecę, bo fizycznie nie uciągnie tylu kg, nawet na kółkach.
Zatem... Co ma być, będzie, bilet kupiony :)
A teraz z innej beczki.
Dora ostrzegała mnie przed korzonkami, a ja to lata temu przerabiałam na własnej skórze. Młodą matką dwojga pacholąt będąc, dostałam ataku korzonków i chodziłam zgięta jak babulinka. Eks wylądował wtedy w szpitalu i mało, że musiałam wszędzie z buta zapieprzać, bo prawa jazdy nie miałam (w rodzinie, w naszej wiosce było wtedy lekko licząc, z 6-8 samochodów i wszyscy mieli prawo jazdy, ale nie było mowy o tym, żeby ktoś mnie podwiózl, bo to przecież "tylko Stara Jędza"...). Zapieprzałam więc ze śrubką w dupie, a wieczorem telefon: fajki mi się skończyły, przywieź... Były to czasy "fajek na kartki", więc znów ze śrubką w dupie leciałam z fajkami (2 godziny tam i z powrotem, jak nic nie wypadło, z dzieckiem kombinatorem i dzieckiem u cycka), no bo jak to... Musiał palić. Jak dałam więcej, częstował wszystkich i znów telefon... I do tego wszystkiego szwagrowi-wyzyskiwaczowi zastrajkowali pracownicy, bo... miał nieoczekiwaną dostawę na Ukrainę, nie płacił ekstra, a to były wolne dni. Jak myślicie, kto przygotował transport do wysyłki?? Stara Jędza, a kto... "Stara Jędza zrobi, ona nie ma co robić, Eks jest w szpitalu"... I myślicie, że ktoś mnie przywiózł z domu do warsztatu?? Nie, zapierdalałam MPK... I podmiejskim :) Teraz bym się nie dała, ale wtedy taka sierota byłam. Więc w takiej sytuacji nawet jak bolało, to nie mogło boleć, bo jak to?? A praca u szwagra była fizyczna :) Wynagrodzenie śmiech na sali, no bo jak to, szwagrowi nie pomożesz?? Szwagier mercedesem wtedy jeździł :) Patrząc wstecz śmieję się sama z siebie, ale takie było ze mnie malowane cielę. Szwagier śpi na kasie, ma posiadłość jak z Dynastii, a ja?? Nie mam źle. Jestem jak dotąd, panią swojego losu i niech tak zostanie. Ponieważ życie nie rozpieszczało mnie nigdy, i nie mogłam na nikogo liczyć, czymże jest taka błahostka, jak korzonki? Wiem, kiedy się zaczyna i robię wszystko, żeby nie zakwitły :) I udało się. Balsam koński umałego na nogi postawi. Nie wiem, czy teraz poszłabym po zwolnienie. Chyba nie, w najgorszym przypadku pracowałabym online. Trza być kwardym, a nie miętkim :D
Zatem jesień nadchodzi wielkimi krokami, bo liście w tym roku wyjątkowo szybko zaczęły opadać.
Cieszę się każdym dniem, a już niedługo, bo za niecałe trzy miesiące zobaczę znów na żywo moich najbliższych, najmilszych, kochanych.
Może będzie ich więcej.
Pinkowa Panienka poszła dziś do szkoły, ale fotek wciąż nie mam, choć obiecali :)
Sikora juz na wylocie i lada chwila chyba będzie Little Owl...
Życie pędzi coraz prędzej :)


aż nie chce mi się wierzyć że taka "uległa" byłaś, najważniejsze że się wyleczyłaś
OdpowiedzUsuńu nas też już liście spadają, takie suche że jak wiatr je porywa do lotu to głośno szurają po asfalcie nawet przez zamknięte drzwi słyszę
Zazdroszczę słuchu, choć taki czasem jest przekleństwem :) Wiesz, kiedyś myślałam, że im więcej z siebie dam, tym będę bardziej kochana. Dawałam, nie dostając nic w zamian. Więc pokochałam siebie i dobrze mi z tym :P
UsuńNo jest slysze jak pajak idzie po scianie.
UsuńCzasami tez pomagam innym ale tylko takim ktorym warto, nie to ze sie maja odwdzieczac tylko ze docenia w jakis sposob a nie uwazaja ze to moj obowiazek.
Przypominasz moją Mamę, też taki słuch miała. Inżynier też tak ma, choć matkę głuchą ma ;) Biedactwa z Was :D
UsuńI jeszcze raz sprawdza sie powiedzenie:
OdpowiedzUsuńNie rob nikomu dobrze a nie bedzie ci zle,....cos w tym jest.
aaaaaaaaa!!!!,bom zapomniala
OdpowiedzUsuńTorebusia sliczna,bardzo lubie zielony,ja wlasciwie to wszystkie kolory lubie:)
Dziękuję, Mago :) Ano, tak jest :)
Usuńno proszę ja też taka głupia byłam , czasem się łapię jeszcze teraz na tej głupocie i wtedy szybko stopuję ! a seledynową torebusię takoż posiadam widzisz ile mamy wspólnego ;-)
OdpowiedzUsuńNo bo my jak łyse konie, Zmorko :)
UsuńCudny spacer!!!
OdpowiedzUsuńU mnie goraco tak, ze wychodze tuz po 6tej rano, a i tak mi pot oczy zalewa jak robie te 4km. Wieczorem powtorka, w tym upale nie da sie zrobic wiecej;/
A torebka super i nie miej wyrzutow sumienia. Wyrzuty sumienia to emocja dziecinstwa, a juz jestes duza dziewczynka:)))
Skoro i Ty mnie rozgrzeszasz, to OK, nie jojczę więcej. U nas właśnie zaczęły się piękne dni - jest ciepło, ale nie ma już upałów, a w nocy orzeźwiający chłód. I muszę te dni dobrze wykorzystać. A i Tobie życzę nadejścia lepszych dni - w ogóle lepszych :)
Usuń