poniedziałek, 1 września 2014

Trzy po ósmej

mam autobus pod prackę. Jedzie bezpośrednio, 17 minut. Wprawdzie nie musiałam być o 9, ani punktualnie, ale... o 7.41 łaziłam jeszcze w piżamce, ale jak się spięłam to zdążyłam na autobus, chociaż musiałam jeden przystanek przelecieć na piechotę, bo bezpośrednio z osiedla ten autobus nie jedzie.
I co??
Zdążyłam. Idąc do pracy pomyliłam ulice i skręciałam nie tam, gdzie trzeba, trafiłam na blotko, bo całą noc padało, ale i tak doszłam. I znów kwiatki na moim oknie uratowały mi dupę, bo wszystkie biurowce takie same, a numerów na nich nie ma :)
Pierwszy kasztanek znalazłam :)
Dobrze,  że byłam w pracy, bo sieć miałam, ale Internetu nie, a akurat był informatyk, to go zgwałciłam :)
Boss miał dziś urodziny, jednak  opierdalając go słusznie nie wiedziałam, że ma :)
Potem już nie męczyłam, widziałam w jego oczach skruchę. Olać.
Skorekciłam  kalendarze, rzygając z nudów. Jeśli komuś wydaje się, że nie da się tam błędu zrobić, myli się okrutnie. Zaś liczenie dni 12 razy przyprawia o mdłości.
Tablicę korkową powiesiłam, zabrałam z domu, Inżynierowa, ale gnila od roku w kącie, bo na co mi w domu tablica?
Wracając do domu miałam lenia i chciałam na MPK, ale huknęłam na siebie groźnie i znienacka, kopnęłam się w kostkę, poprawiłam w tłusty kubański tyłek (niestety, nie sięgam już tam kopytkiem) i ruszyłam w stronę słońca, a raczej w stronę czarnych chmur. I znów zabładziłam i wlazłam w jeszcze większe roztopy, ale wydostałam się, udało mi się nie utonąć w kałużach i wytrwale szłam do celu :) Dziś wybiły 4 równe kilometry w 55 minut... :)
A pokus po drodze co niemiara...
Świat Whisky jest...
Nie zrobiłam fotki, ale zrobię :0
Rzut beretem dalej


Nie licząc Żabek, Krecików, Biedronek i innej drobnicy...
I jak tu trzeźwo żyć, jak żyć?? :)
A na straganie na Manhattanie stały karnie na baczność, w wielkim pęku ONE :) Pamiętacie Allo, allo i pory, które zabierały dziewczyny??
No to kupiłam.

Kiedyś zajadałam się porami, ale to były tylko te białe części i takie cienkie, delikatne, robiłam je jak szparagi. Przez dłuższy czas ktoś teściowej przywoził, a że ona nie przepadała, dawała mi. Nie było wtedy Internetu, to i przepisów za wiele nie miałam.
Ostatnio Baran coś plumknął o porach i zaczęły za mną chodzić.
Ten zaś był tak wielki, że grzechem było jeść tylko część białą, poszperałam więc w necie i tadam...
Pokroiłam na kawałki, obgotowałam 10 minut w wodzie ze solą i pieprzem, zrobiłam zasmażkę z mąki, masła, skropiłam cytryną, dodałam kostkę brązowego cukru, rozprowadziłam wodą od porów, wrzuciłam pory i poddusiłam i ojapierdolę.
Omniomniomnmiomnmiom,,,
Zjadłam całego :)
Jutro dentysta apiać, again :)
A reszta w praniu.
I bilety trzeba kupić, ale mi się nie chce. Nie lubię. Ale Inżynier płaci, więc muszę...
Dorwałam wczoraj Pierworodnego po tej krówce co zleciała, u niego OK, ale rozmawiałam jak z kimś obcym albo nierozgarnietym i sama nie wiem, czyja to wina... Pinkowa Panienka w środę idzie do szkoły, pewno znów będzie przemądrzała... Tęsknię za nią, ale co poradzić??
No nic...

2 komentarze:

  1. Nie jadłam jeszcze porów jako osobne danie.
    Wina pewnie niczyja, żyje Pierworodny zakręcony w swoim świecie.Wzdech

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, są zdrowe, poszukaj na Googlu. I smaczne też są, w każdej postaci :) Taki jego urok...

      Usuń