dzisiaj chciałam w Warcie, Kochany Pamiętniczku.
A tak fajnie zapowiadał się dzień.
Od paru dni dojechanie do pracy to jak loteria. Dziś widząc tłumy drepcące na przystanku, który o tej porze powinien być już pusty, wybrałam drogę okrężną i jak los pokazał - trafnie. Spóźniłam się do pracy tylko 4 minuty, a już w drzwiach wszyscy: Boss pyta o panią. Kurwa. Wysłał tekst o 7.25, zaczynamy pracę o 9. Jak jestem wcześniej, to gniję i w nosie dłubię.
No nic.
Skorekciłam.
Polazłam do kuchni po herbatkę, wychodzę, a Boss leci od ucha do ucha uśmiechnięty, z grabą. A ja w jednej ręce mam gorącą herbatę, a w drugiej zapasowy kubek. Bo ja mam najfajniejsze kubaski w całej redakcji i zawsze mi ktoś podprowadza. A ja nie lubię, jak ktoś z mojego kubka pije. Mam półlitrowe, w wszyscy mają małe, standardowe. Więc pożyczają. Zatem wyciągam ręce, że sorry, a ten mnie ojapierdolę, tuli. I o zdrowie, kurwa, pyta.
Już wiedziałam, że będą schody, ma się tego nosa.
Gala będzie.
Dostaję plakat, o dziwo.
Nie zgadzam się z tekstem i sruuu, do Bossa.
A ten się czepia, że mu coś tam poprawiłam, a poprawiłam dobrze. Kufa, Świat dużą literą pisze w środku zdania. On wszystko dużą, nawet Redaktor Naczelny :P
Ugiął się. Zmianę w plakacie zaakceptował.
I pojechał.
Godzinę później, gdy praca szła jak strumyk płynący z wolna, Długorzęsa Szczapa mówi, że Boss dzwonił. że poszedł błąd w chlewie.
Idę poszukać okeja, jest błąd. Mój błąd. I zastanawiam się, co mnie wygło, że takie coś puściłam? Jakim cudem? Coś mi nie pasowało, bo to nie była literówka, ale niespójne zdanie.
Zmartwiona mówię, że wezmę ten kamień, co w jednym pokoju leży i sruuu do Warty.
Pocieszać zaczęli, ale byłam niepocieszona. Kombinowałam, gdzie się rzucić, z mostu, czy z brzegu.
I tak czas płynął.
Odezwał się Pierworodny, że przyleci w październiku i zostanie do pojechania na cmentarz. Bo będzie SEP robił.I nie przyjadą na Gwiazdkę do PL bo nie dostał urlopu.
To mi pasuje. Bo nikt nie będzie się po chaupce plątał, jak mnie nie będzie. Kierownik Budowy będzie miał wstęp wzbroniony. Kwiatki podrzucę sąsiadom. Koniec, kropka :)
Znów robota.
Myślałam, że koniec, na śmierć zapomniawszy, że jeszcze z targów będzie relacja, ale los strzegł. Bo poszedłby koszmarek. Tłumy przyciągał magnez. Kurwa. Teraz mam tak wszystko popieprzone, że już sama nie jestem na sto procent pewna, jak poszło, ale... Nic to, jutro sprawdzę. Pierdolę wszystko.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, zwijając do domu, gdy wtem wpada Długorzęsa i mówi: Boss dzwoni, że w gali znów błąd.
Kurwa.
Czytałam to 4 razy, żeby błędu nie puścić, a błąd jest. Pora karierę skończyć.
Czytam. Znajduję błąd, ale kurwa, tego nie było tu. Mam pamięć wzrokową, zamykam oczy i widzę.
Biorę Worda. Jest inne zdanie, tego nie ma.
Drążę dalej. A, ktoś wyrzucił i nowe wrzucił, ale do korekty już nie dał. No i szło Euroropean, czego nikt nie widział, bo oni znają niemiecki, a nie angielski. Ja nie znam ani jednego, ani drugiego.
Poprawiłam.
I mordę drę, w sensie, że się wywnętrzam, bo muszę, inaczej się uduszę.
I coś mnie tyka.
Idę jeszcze raz do chlewa i biorę II korektę. A nie OK. I tak, to, co poszło źle to nie mój błąd. Po prostu koleżanka zmieniła słowa, ale nie wyrzuciła niepotrzebnych, które zaznaczyłam, żeby wyrzucić.
Ksero.
Kseruję. Nie robiłam tego nigdy, zawsze biorę wszystko na klatę. Nie drążę, kto, co, jak, błądzić jest rzeczą ludzką.
Ale hola, hola, nie wszystko na korektę. Pora zacząć pracować, nie na wariackich papierach, nie ja wszystko wiem lepiej. Bo ja nie wiem. I mam w sobie dużo pokory. I wiem, że robię błędy. Ale nie oskarżam nikogo i nie robię cyrków.
Bronić się jednak będę.
Bo to nie pierwsza taka akcja. Już kiedyś ktoś z zewnątrz dostał gotowy egzemplarz do skorekcenia, no i oczywiście - w tym fachu tak jest, że jeden rabin mówi tak, drugi rabin mówi nie. Ten ktoś miał na to 2 tygodnie :) Dwa tygodnie na taką robotę, w zaciszu domowym, bez to jest pilniejsze, ja zaraz wyjeżdżam i bez grzebania po mnie - biorę!
To była akcja poniżej pasa, jak i szukanie, ile robię, łącznie z drukowaniem Wordów i inne pierdoły.
Musiałam. Połaziłam z wydruczkami, pozwoliłam się pogłaskać po łysej główce i wysłuchałam: a nie mówiliśmy, nawet powiedziałam, że szkoda, że Warta nie wystąpi z brzegów, boby się trochę podlało. Zaprzeczali, ale ja swoje wiem :) Ja i ten kamolek - wylew rzeki murowany :)
Październikowy numer z głowy.
Jutro warzywka, ale warzywka to oaza spokoju. Wyśpię się i pojadę, jak będzie mi się chciało.
Dziękuję, życie, że wciąż mam siłę na takie fiki-miki, chociaż coraz trudniej to znoszę.
Musisz sie wyprostowac, bo "na pochyle drzewo…" :)
OdpowiedzUsuńNie jestem korektorka, ale w ksiazce zawsze znajduje jakies bledy, wala mnie po oczach ze srodka strony. Nie moja broszka i psow na korekcie nie wieszam, bo: dzisiaj pisalam komentarz i dziesiec razy zastanawialam sie jak sie pisze "rzadko", nie pasowalo mi ani z z kropka, ani erzet! Musialam do wujka gugla zadzwonic….
Starzeje sie niestety :(((
Oj, ja też mam czasem takie dylematy, zdawałoby się, że na bank wiem, czy pisze się na pewno :) To nie starość, to przemęczenie. Błędy będą zawsze, niekoniecznie to wina korekty, ale na ten temat można księgę napisać. Fakt faktem, że wydawnictwa są niedochodowe i tną koszty tam, gdzie najłatwiej. Czyli na korekcie. Ale to temat rzeka... :)
UsuńNie miałam pojęcia, że to taka stresująca praca. Bym przeżywała, jak chłop sianokosy ;)
OdpowiedzUsuńŚlę uściski, bo od dawna czytam, ale nie komentowałam. Teraz na emeryturze wreszcie będę głos zabierać.
To bardzo miłe z Twojej strony, komentuj jak najczęściej, zapraszam. Zaczynając pracę w korekcie mówiłam, że robię to, co lubię i jeszcze mi za to płacą. Fakt pozostaje faktem. Z tym, że nie pracuję w wydawnictwie książkowym ani w gazecie codziennej (kłania się piękny serial Zdarzyło się jutro, nie do końca to, ale w czasach przedinternetowych i dwóch programów TV wiedziałam, co będzie szlagierem jutro), teksty nudne czasami jak flaki z olejem... Ale płacą, mam pracę, co w dzisiejszych czasach też nie jest takie oczywiste. I stres jest. I to duży, bo w wydawnictwach po wydrukowaniu zawsze jest akcja: komu przypierdolić panowie :) Niby powinnam mieć na to wy..., ale nie mam. Zależy mi na pracy przede wszystkim ze względów finansowych. A na rynku pełno młodej konkurencji. Wiem, że nie doceniam siebie, ale... Long story :)
UsuńMnie się zdaje, ba, pewna jestem, że jesteś nie do zastąpienia. I masz mocne nerwy. No i zorganizowana jesteś, że tylko pozazdrościć :)
UsuńOj tam zaraz sie topic z powodu byle gowna. Jak juz robic za topielice to powod musi byc powazniejszy:)
OdpowiedzUsuńStardust, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Zależy mi na utrzymaniu pracy. Jakbyś źle obsługiwała klientki, też nie zarobiłabyś, a tak wciąż je masz :) Popatrz na to z tego punktu widzenia. Chcę być do końca niezależna od nikogo :)
UsuńRozumiem, ale tez wiesz, ze jestes dla nich najlepsza jaka moga miec. Jak obserwuje to mysle, ze naprawde nie masz powodu do obaw.
Usuń