przeleciało.
A że postawiłam wszystkich na baczność, to do domu wychodziłam wcześniej. A co, mam tę moc.
Zamknęłam dodatek i warzywka.
Chwile z Inżynierem, tylko moje i bezcenne.
Nasze.
Jak zawsze.
Może już ostatnie, bo nie wiem, jak już pisałam, jak będzie wyglądało z odwiedzinami po ślubie. Zobaczymy. Ale myślę pozytywnie, Pierworodny też czasem przylatuje sam.
Nie, że mam coś do Synowych, ale...
Czasem chcę być matką, li i jedynie.
Mieć chwile nasze, rodzinne.
Nie, nie uważam, że synowa to nie rodzina. Ale na moment chcę zatrzymać-cofnąć czas i być tylko ze swoim dzieckiem.
Chore to, wiem, ale :)
Nevermind.
Po zwłoki pobieżyłam na Manhattan, bo obiecałam na niedzielę rosołek, jako że dziś wieczorem w pubie spotyka się paczka ze studiów. Bo aczkolwiek Inżynier się postarzał i sporządniał, to jednak różnie bywa. A że jest już lubczyk młody, tom go zanabyła i przed wyjściem dziecko marudziło, że choć nie jest głodne, to rosół go do grobu wpędza. Ale nie dostał, bo niedogotowany.
Okoliczności pogody cudne były od wczoraj - tu wracanie popracowe
W drodze na Manhattan kaczusie z Dębiny się szlajają...
... ale pan uciekł od pani...
wiosna szaleje.
Gorąco było, a Inżynier niecnota przepędził mnie od Browaru przez Stare Miasto cztery razy, bo lakierków szukał. I tak na moje wyszło, kupił lakierki, które przymierzył w pierwszym sklepie, do którego weszliśmy. Był tam bardzo fajny, komunikatywny, a jednocześnie znający się na rzeczy młody sprzedawca, jakże różny od znudzonych panienek snujących się w sieciówkach i butikach. Nie miałam włączonego Endomondo, ale lekko licząc, 10 km nam strzeliło :) W środku wszystkiego rozpadało się i to tak, że kupiłam parasol (schodziły jak woda), bo bałam się, że aparaty mi zamokną.
I cały czas gadka-szmatka w stylu "matka do nogi", a gęby nam się nie zamykały.
Naładowałam akumulatory.
Na rynku siedziały
opalały się i czekały stęsknione na Zmorkę, no ale... :)
Szukaliśmy burgerowni, ale albo ją zlikwidowali, albo nie znaleźliśmy i w końcu wylądowaliśmy w meksykańskiej knajpie :)
Inżyniera jedzonko, moje się źle sfociło, zresztą jak wszystkie zdjęcia, nie lubię focić telefonem. Miałam zmieniaczki pieczone i grillowanego kurczaczka plus zielsko, mlask. Obsługa przemiła, a jubilatów napadał Zorro, który wpadał i krzesłami rzucał :) Płacąc rachunek zapytałam, czy mogę kartą dać napiwek, a kelnerka mówi, że owszem, i żeby tak wszyscy goście dawali napiwki. Skasowała, wyciągnęła z fartuszka pistolet i strzeliła :) Pytam, dlaczego, a ona, że straszy tych, co napiwków nie dają :)
Płaciłam, bo primo po pierwsze, Inżynier na obczyźnie zawsze za mnie płaci. Primo po drugie, bo ekstrakasa mi wleciała, przez półtora miesiąca nie płacę czynszu, właśnie mnie rozliczyli i mam sporą nadpłatę.
I lubię choć tak czasem dziecko popieścić.
Szkoda, że nie mam dosłownie nikogo w całej wiosce, z kim mogłabym tam na obiad wlecieć, a samej to jakoś nijako. Chodzę czasem sama, ale to nie jest zabawne. Wcale...
Tak więc Meksyk zaliczony tanim kosztem, teraz doczekać powrotu tej niecnoty z lumpki. Jutro już ostatki i da capo al fine...
I dowód, że nikt nie jest nieomylny, a ja sama jestem perełką. Nie, nie dlatego że nie puszczam błędów, bo puszczam, ale ortograficznego jeszcze nigdy nie puściłam w swojej karierze. A ten ortograf jest w... Wielkim słowniku ortograficznym, który korekciło ze spokojem kilkoro korektorów, nie ja jedna na kolanie i w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie :D
Poszukajcie sobie kotecka sami :) Miłej zabawy...
sobota, 16 kwietnia 2016
wtorek, 12 kwietnia 2016
Okoliczności
przyrody dzisiaj nieciekawe, padało tak rano, że pojechałam do pracy MPK. Ale ciepło jest. W pracy się przeciągnęło, nie wiem, chyba Boss pojechał im po bandzie, bo pracowali tak, że z moich 4 regulaminowych godzin zrobiło się 6, co mnie złościło, bo jutro przylatuje Inżynier i chciałam zakupy zrobić, i coś upichcić.
Ale i tak ogarnęłam tę kuwetę i choć z lekka kropiło, poszłam per pedes, i anioł stróż nade mną czuwał, bo w momencie, gdy weszłam do dom,u mżenie zamieniło się w ulewny deszcz.
Zdążyłam kupić żeberka wg zamówienia i właśnie w całym domu pachnie mięskiem, a ja słucham, jak śpiewa Andy Williams i...
Droga mnie zatkała. Szarobure tło, szare niebo, a na tym tle feeria bieli, żółci, pinku i zieleni w różnych odcieniach. Deszcz postrącał kwiaty z drzew, zresztą wiele już przekwita, więc na chodnikach śnieżne kobierce w morzu kałuż. I te zapachy, i ta zieleń, dosłownie buchająca. Widać jak rozwijają się liście, jak na filmie w zwolnionym tempie. Ta zieleń nówka nieśmigana jeszcze...
Aż boli, że tak krótko to wszystko trwa.
Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...
Ano.
Ale ad rem.
Odezwała się śpijmą nocą, jak już mnie skręciło do wypęku, że przyjadą.
Że wyjadą o 10.
To sobie poszłam w tango na Manhattan, 11 i cicho.
Piszę.
A, jeszcze nie wyjechali, zwijają się powoli.
I hate.
Nienawidzę czegoś takiego.
Ale zacisnęłam zęby i wzięłam się za pichcenie, przezornie nie sprzątając, bo po co.
Koło 13 przyjechali. Do mieszkania wkroczył Teść Syna (TS), dźwigając dumnie Papryczka i rzecze mu: idź do babci.
A Papryczek, skubaniec nieskrobany, banan na buzi i hyc do mnie! Zamarłam, bo widział mnie 4. raz w życiu, a Mała Wiedźma w takiej sytuacji podnosiła wrzask wniebogłosy, tak że sąsiedzi na policję dzwonili od razu. A ten Gagatek nic, banan i buziola mi funduje.
A potem było miło i z górki, Mała Wiedźma już oswojona, więc cud, mjut i orzeszki laskowe w polewie.
Coś we mnie pękło. Bo Papryczek strasznie przypomina Inżyniera z dzieciństwa. Jest taka sama przylepa, ma jego gesty (przytulaski i nadstawianie łebka do całowania), mizia się co 5 minut bez proszenia i bez łaski, i nie ma wdrukowanych żadnych zachowań niszczycielskich, nie interesują go kurzołapy, serwetki, kable, świecidełka, kwiatki, kanapy, krzesła, nic. Interesują go kulki (piłeczki), a tych mam od metra i dwie nowe mu kupiłam, zatem zajęty był kulkami, no i Mała Wiedźma od razu mu wytłumaczyła, że góra lodówki i magnesy na niej są babci i babcia łapki pourywa i łebek też, ale na dolnych drzwiczkach wszystkie magnesy są jej, ale ona się z nim podzieli - i zgodnie bawili się też magnesami, bo są w kształcie koła, a Papryczek lubi koła.
I tak minęło parę za krótkich godzin, a we mnie ten cały sopel topniał i... zaprosiłam ich po ślubie do mnie.
Sama.
Nikt mnie nie bił.
Po prostu chcę mieć trochę wnuki. Nawet jak będę musiała znów mieszkać w odrapanych ścianach. Trudno. Jak dobrze pójdzie, druga porcja Pieczywka będzie się tu zwalać, więc co ja mogę? Nic nie mogę, co nie?
A chodzi jak mała kaczuszka i dupsko mu się telepie, jak babci. I tańczą oboje, że nic, tylko do baletu ich dać. Mała Wiedźma wciąż szalona, ale to jej już tak chyba zostanie. I dobrze, coś po babci musi mieć.
jedyne co mnie martwi i przeraża, to zęby Małej Wiedźmy. Wszystkie trzonowce ma spróchniałe. Ponoć chodzą do dentysty, ale znając Pierworodnego i Synową wiem, że oni tego po prostu nie pilnują! Tragedia, bo w tym wieku! Zwróciłam grzecznie uwagę i zostałam zbyta.
W niedzielę ochrzan zebrałam za całokształt od Pana B. Że jak tak można, że blablabla...
Jak jeszcze raz mnie ochrzani, zakluczę bloga i może mnie w nos pocałować.
To, że ktoś jest szczęśliwy, nie znaczy, że inni też na siłę muszą.
I przykro mi, że zmieniłam się na tyle, że mnie nie poznaje.
Garb mi urósł. I jestem nieszczęśliwa. Na własne życzenie. A kto bogatemu zabroni?
A nawet nie mogę się wściec, bo... No właśnie. Bo się, kurde, o mnie troszczą. Bo są wspaniałe terapie, bo blablabla.
Tylko nawet jeżeli to jest prawdziwe, że te terapie są, są jeszcze bardziej niedostępne, jak te konwencjonalne, właśnie ze względów finansowych.
Więc cała ta otoczka, że "znamy rozwiązanie, zapraszamy do naszego sklepu internetowego, gdzie oferujemy cud, mjut i orzeszki, tym razem ziemne" to zwykłe pierdolenie o Szopenie.
Więc po prostu szkoda mi na to czasu. Nawet użalanie się nad sobą jest ciekawsze, jak słuchanie tych wszystkich recept i zaleceń.
Gdybym chciała to zastosować w życiu, zaorałabym się na śmierć, jedząc co 5 minut kolejny niezbędny mi do życia składnik i pijąc zalecane mikstury, wcierając jednocześnie olej, krem czy co tam jeszcze się nawinie w łysy łeb bądź zwiotczałą i suchą skórę. Nie mówiąc o tym, że na trzech etatach bym na to nie zarobiła. Kierownik Budowy swoje dorzuca, dokładając mi terapię na prostatę. Tak, prostata dokucza mi najbardziej ze wszystkiego.
A nie chcę, bo nie.
To się, kurwa, starość nazywa i dobrze, że młodzi wiedzą, że ich to czeka, cześć im i chwała. Jednak nie wiedzą, jak to jest. Jak poczują, będzie już za późno i zapewniam, że nic na to nie działa. Jeśli im się uda, będę się cieszyła. Z tej chmurki, na której wg zapewnień Zmorki, będę bujała nózią.
Nie wierzyłam, że mnie to dosięgnie, a teraz mnie przerasta. Bo moje własne ciało mnie nie słucha.
A najgorsza ta pieprzona grasica, która na wszelkie próby reaguje atakiem rechotu, a ja za Chiny Ludowe uśmiechnąć się nie mogę.
I tym optymistycznym akcentem kończę niniejszą notkę, Kochany Pamiętniczku.
Będę, jak wrócę.
Bo Inżynier.
Bo praca.
Bo deszcz.
Bo ojapierdolę.
Ale i tak ogarnęłam tę kuwetę i choć z lekka kropiło, poszłam per pedes, i anioł stróż nade mną czuwał, bo w momencie, gdy weszłam do dom,u mżenie zamieniło się w ulewny deszcz.
Zdążyłam kupić żeberka wg zamówienia i właśnie w całym domu pachnie mięskiem, a ja słucham, jak śpiewa Andy Williams i...
Droga mnie zatkała. Szarobure tło, szare niebo, a na tym tle feeria bieli, żółci, pinku i zieleni w różnych odcieniach. Deszcz postrącał kwiaty z drzew, zresztą wiele już przekwita, więc na chodnikach śnieżne kobierce w morzu kałuż. I te zapachy, i ta zieleń, dosłownie buchająca. Widać jak rozwijają się liście, jak na filmie w zwolnionym tempie. Ta zieleń nówka nieśmigana jeszcze...
Aż boli, że tak krótko to wszystko trwa.
Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...
Ano.
Ale ad rem.
Odezwała się śpijmą nocą, jak już mnie skręciło do wypęku, że przyjadą.
Że wyjadą o 10.
To sobie poszłam w tango na Manhattan, 11 i cicho.
Piszę.
A, jeszcze nie wyjechali, zwijają się powoli.
I hate.
Nienawidzę czegoś takiego.
Ale zacisnęłam zęby i wzięłam się za pichcenie, przezornie nie sprzątając, bo po co.
Koło 13 przyjechali. Do mieszkania wkroczył Teść Syna (TS), dźwigając dumnie Papryczka i rzecze mu: idź do babci.
A Papryczek, skubaniec nieskrobany, banan na buzi i hyc do mnie! Zamarłam, bo widział mnie 4. raz w życiu, a Mała Wiedźma w takiej sytuacji podnosiła wrzask wniebogłosy, tak że sąsiedzi na policję dzwonili od razu. A ten Gagatek nic, banan i buziola mi funduje.
A potem było miło i z górki, Mała Wiedźma już oswojona, więc cud, mjut i orzeszki laskowe w polewie.
Coś we mnie pękło. Bo Papryczek strasznie przypomina Inżyniera z dzieciństwa. Jest taka sama przylepa, ma jego gesty (przytulaski i nadstawianie łebka do całowania), mizia się co 5 minut bez proszenia i bez łaski, i nie ma wdrukowanych żadnych zachowań niszczycielskich, nie interesują go kurzołapy, serwetki, kable, świecidełka, kwiatki, kanapy, krzesła, nic. Interesują go kulki (piłeczki), a tych mam od metra i dwie nowe mu kupiłam, zatem zajęty był kulkami, no i Mała Wiedźma od razu mu wytłumaczyła, że góra lodówki i magnesy na niej są babci i babcia łapki pourywa i łebek też, ale na dolnych drzwiczkach wszystkie magnesy są jej, ale ona się z nim podzieli - i zgodnie bawili się też magnesami, bo są w kształcie koła, a Papryczek lubi koła.
I tak minęło parę za krótkich godzin, a we mnie ten cały sopel topniał i... zaprosiłam ich po ślubie do mnie.
Sama.
Nikt mnie nie bił.
Po prostu chcę mieć trochę wnuki. Nawet jak będę musiała znów mieszkać w odrapanych ścianach. Trudno. Jak dobrze pójdzie, druga porcja Pieczywka będzie się tu zwalać, więc co ja mogę? Nic nie mogę, co nie?
A chodzi jak mała kaczuszka i dupsko mu się telepie, jak babci. I tańczą oboje, że nic, tylko do baletu ich dać. Mała Wiedźma wciąż szalona, ale to jej już tak chyba zostanie. I dobrze, coś po babci musi mieć.
jedyne co mnie martwi i przeraża, to zęby Małej Wiedźmy. Wszystkie trzonowce ma spróchniałe. Ponoć chodzą do dentysty, ale znając Pierworodnego i Synową wiem, że oni tego po prostu nie pilnują! Tragedia, bo w tym wieku! Zwróciłam grzecznie uwagę i zostałam zbyta.
W niedzielę ochrzan zebrałam za całokształt od Pana B. Że jak tak można, że blablabla...
Jak jeszcze raz mnie ochrzani, zakluczę bloga i może mnie w nos pocałować.
To, że ktoś jest szczęśliwy, nie znaczy, że inni też na siłę muszą.
I przykro mi, że zmieniłam się na tyle, że mnie nie poznaje.
Garb mi urósł. I jestem nieszczęśliwa. Na własne życzenie. A kto bogatemu zabroni?
A nawet nie mogę się wściec, bo... No właśnie. Bo się, kurde, o mnie troszczą. Bo są wspaniałe terapie, bo blablabla.
Tylko nawet jeżeli to jest prawdziwe, że te terapie są, są jeszcze bardziej niedostępne, jak te konwencjonalne, właśnie ze względów finansowych.
Więc cała ta otoczka, że "znamy rozwiązanie, zapraszamy do naszego sklepu internetowego, gdzie oferujemy cud, mjut i orzeszki, tym razem ziemne" to zwykłe pierdolenie o Szopenie.
Więc po prostu szkoda mi na to czasu. Nawet użalanie się nad sobą jest ciekawsze, jak słuchanie tych wszystkich recept i zaleceń.
Gdybym chciała to zastosować w życiu, zaorałabym się na śmierć, jedząc co 5 minut kolejny niezbędny mi do życia składnik i pijąc zalecane mikstury, wcierając jednocześnie olej, krem czy co tam jeszcze się nawinie w łysy łeb bądź zwiotczałą i suchą skórę. Nie mówiąc o tym, że na trzech etatach bym na to nie zarobiła. Kierownik Budowy swoje dorzuca, dokładając mi terapię na prostatę. Tak, prostata dokucza mi najbardziej ze wszystkiego.
A nie chcę, bo nie.
To się, kurwa, starość nazywa i dobrze, że młodzi wiedzą, że ich to czeka, cześć im i chwała. Jednak nie wiedzą, jak to jest. Jak poczują, będzie już za późno i zapewniam, że nic na to nie działa. Jeśli im się uda, będę się cieszyła. Z tej chmurki, na której wg zapewnień Zmorki, będę bujała nózią.
Nie wierzyłam, że mnie to dosięgnie, a teraz mnie przerasta. Bo moje własne ciało mnie nie słucha.
A najgorsza ta pieprzona grasica, która na wszelkie próby reaguje atakiem rechotu, a ja za Chiny Ludowe uśmiechnąć się nie mogę.
I tym optymistycznym akcentem kończę niniejszą notkę, Kochany Pamiętniczku.
Będę, jak wrócę.
Bo Inżynier.
Bo praca.
Bo deszcz.
Bo ojapierdolę.
piątek, 8 kwietnia 2016
Dochodzi
dwudziesta.
Nic.
Ani SMS, ani Messengera, że jutro, w grudniu, po południu.
A zatem mam wyjebane.
Będzie normalna sobota. Znaczy się, mogę leżeć rozmemłana w barłogu z megakacem i nie widzieć dzwoniących dzwonków, co nie?
Tak miałam, jak dojeżdżałam do rodziny, stęskniona.
Fakt, nie było komórek, ale teraz są.
A w dupie wszystko mam.
Pyrkon jest, ale w tym roku nie chce mi się wlec i trzaskać fotek. Po co? Czym będą się różniły od ubiegłorocznych? I komu są do szczęścia niezbędne?
Starzeję się, powoli, ale nieubłagalnie. Nic mi się nie chce, bo w sumie po co? Skoro już nic nie zapiera tchu, nie widzę tego, co widziałam niedawno i już nigdy nie zobaczę? Najgorszy jest Facebook, chyba się z niego na wieki wieków amen wypiszę, bo co dzień mi przypomina szczęście, które BYŁO.
To, co było, nie wróci, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a to, co jest, w żaden sposób mi się nie podoba, choć robię dobrą minę do złej gry.
Po prostu wypadłam z obiegu, a jako że nic na siłę, wszystko młotkiem, nie ma się o co zabijać :P
Zmorka męczyła mnie o to pachnące drzewo, aż zgodnie doszłyśmy do wniosku, że to o drzewo oliwne chodziło i że kwitnie w czerwcu.
Jak dobrze pójdzie, zobaczę się z nią, bo wszak ma obiecane wąchanie i upicie się.
Zapachem, of course, jako że obie jesteśmy abstynentkami.
Ona nie wiem dlaczego, a mi po prostu alkohol nie smakuje, jak i wiele innych rzeczy :P
Oprócz tatara, od course.
Tydzień pracowy skończony, dla mnie na plusie, czyste biurko i czysta poczta. Ksotka. Ksotka mnie dzisiaj urzekła i wywołała mi banana na mordzie. Bo ksotka fajna jest. Skojarzyła mi się z psotką i na moment wszystko pojaśniało. I zgasło równie szybko. I potem było spod kuł. Hmmm.... Spod kół to tylko błoto pryska, ale żeby spod kuł to się nie spodziewałam. Nie tam :) Ale były :P
Działo się będzie od poniedziałku, ale na to też mam wyjebane.
I tak liczę, że za rok będę miała czyste konto i...
Mogę spokojnie wpaść do Warty, ewentualnie wleźć pod tramwaj czy inny autobus.
Nikt już na tym nie ucierpi, a mi będzie lżej. Bo zawsze płaciłam rachunki, swoje i cudze :P
Gdzieś zniknęły chwile zapierające dech.
I czuję tylko ciężar fartucha z ołowiu.
Taki fartuch założono eksperymentalnie nastolatkom w UK, by poczuły ciężar starości.
Czuję go bez fartucha.
I moja grasica za Chiny Ludowe i demokratyczne ze mną nie współpracuje i zamiast się do mnie uśmiechać, też ma na mnie wyjebane po całości.
Ano.
Zdrowy tryb życia nie dla mnie, bo nikt wiecznie nie żyje.
Aby jeszcze ten rok do plusa.
Nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand...
Nic.
Ani SMS, ani Messengera, że jutro, w grudniu, po południu.
A zatem mam wyjebane.
Będzie normalna sobota. Znaczy się, mogę leżeć rozmemłana w barłogu z megakacem i nie widzieć dzwoniących dzwonków, co nie?
Tak miałam, jak dojeżdżałam do rodziny, stęskniona.
Fakt, nie było komórek, ale teraz są.
A w dupie wszystko mam.
Pyrkon jest, ale w tym roku nie chce mi się wlec i trzaskać fotek. Po co? Czym będą się różniły od ubiegłorocznych? I komu są do szczęścia niezbędne?
Starzeję się, powoli, ale nieubłagalnie. Nic mi się nie chce, bo w sumie po co? Skoro już nic nie zapiera tchu, nie widzę tego, co widziałam niedawno i już nigdy nie zobaczę? Najgorszy jest Facebook, chyba się z niego na wieki wieków amen wypiszę, bo co dzień mi przypomina szczęście, które BYŁO.
To, co było, nie wróci, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a to, co jest, w żaden sposób mi się nie podoba, choć robię dobrą minę do złej gry.
Po prostu wypadłam z obiegu, a jako że nic na siłę, wszystko młotkiem, nie ma się o co zabijać :P
Zmorka męczyła mnie o to pachnące drzewo, aż zgodnie doszłyśmy do wniosku, że to o drzewo oliwne chodziło i że kwitnie w czerwcu.
Jak dobrze pójdzie, zobaczę się z nią, bo wszak ma obiecane wąchanie i upicie się.
Zapachem, of course, jako że obie jesteśmy abstynentkami.
Ona nie wiem dlaczego, a mi po prostu alkohol nie smakuje, jak i wiele innych rzeczy :P
Oprócz tatara, od course.
Tydzień pracowy skończony, dla mnie na plusie, czyste biurko i czysta poczta. Ksotka. Ksotka mnie dzisiaj urzekła i wywołała mi banana na mordzie. Bo ksotka fajna jest. Skojarzyła mi się z psotką i na moment wszystko pojaśniało. I zgasło równie szybko. I potem było spod kuł. Hmmm.... Spod kół to tylko błoto pryska, ale żeby spod kuł to się nie spodziewałam. Nie tam :) Ale były :P
Działo się będzie od poniedziałku, ale na to też mam wyjebane.
I tak liczę, że za rok będę miała czyste konto i...
Mogę spokojnie wpaść do Warty, ewentualnie wleźć pod tramwaj czy inny autobus.
Nikt już na tym nie ucierpi, a mi będzie lżej. Bo zawsze płaciłam rachunki, swoje i cudze :P
Gdzieś zniknęły chwile zapierające dech.
I czuję tylko ciężar fartucha z ołowiu.
Taki fartuch założono eksperymentalnie nastolatkom w UK, by poczuły ciężar starości.
Czuję go bez fartucha.
I moja grasica za Chiny Ludowe i demokratyczne ze mną nie współpracuje i zamiast się do mnie uśmiechać, też ma na mnie wyjebane po całości.
Ano.
Zdrowy tryb życia nie dla mnie, bo nikt wiecznie nie żyje.
Aby jeszcze ten rok do plusa.
Nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand...
czwartek, 7 kwietnia 2016
Odchodząc
z Auschwitz dostałam zegarek. Najpierw nie chciałam go nosić, bo przypominał mi o obozie, ale potem stwierdziłam, że jest do odmierzania nowych, dobrych godzin w moim życiu. Służy mi wiernie od 6 lat...
A dziś nieszczęśliwym trafem zahaczyłam poncho o kurzołapy na półce i... poleciało wszystko, z zegarka odpadła szybka :(
A kawa z 4-procentowym mlekiem prosto od krowy wygląda tak
Kawa irish whisky...
No ale zegarek...
Szłam do pracy zrozpaczona i nawet sielskie widoki mnie nie były w stanie pocieszyć...
U nas już fiołki kwitną :)
Cała aleja kwitnących drzew, a jak pachnie, zwariować można...
W pracy pracy nie było za dużo, więc zwinęłam się i poleciałam do zegarmistrza. Pan powiedział, że nic się nie stało, że to się da naprawić. I tu zagwozdka. Prosiłam o sprawdzenie baterii, sprawdził. O wyczyszczenie zegarka - drobiazg. Wszystko chciał zrobić na poczekaniu i... za frico.
Ja rozumiem, że ma dobre serce. Ale ja za frico nie mogę, to jego czas i jego zdrowie. Znam go odkąd się tu wprowadziłam, starzeje się tak jak ja, tyle że... Widać, że groszem nie śmierdzi, zębów mu niewiele zostało.
Pewno dlatego, że wszystko za frico robi...
Powiedziałam, że odbiorę zegarek w sobotę, bo zakupy miałam i nie chciało mi się czekać, żadnej ławeczki w okolicy.
Stanęło na sobocie, a ja mam zagwozdkę. Dać 20 zł? Dla mnie to nie jest tak dużo...
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami.
Do fryzjera wdepłam i ścięłam te nieliczne kłaki, co mi zostały na głupim łbie.
U fryzjera - nieszczęścia chodzą parami - upuściłam ajfonika. Myślałam, że na zawał zejdę. Rano zegarek, po południu ajfonik. Tak się kończy życie w trzeźwości! Na całe szczęście ajfonikowi nic się nie stało :D
A wieczorkiem podreptałam do Lidla (coraz drożej tam, niewiele kupiłam, a zostawiłam 40 zł, i nie, nie skusiłam się nawet na promocyjne piwo, zero alkoholu), a po wyjściu oszalało, zwariowało moje serce...
Nie widać za bardzo na zdjęciu, tam jest dom, o którym od dawna marzę. Wiem, że to staroć i rudera chyba już, ale... Wygląda jak mój rodzinny dom, którego już nie ma. Jak wygram w totolotka...
Tu niedawno było rżysko, teraz mamy San Francisco. Jak się tu wprowadzałam, szczere pole było i tu się kończyła moja wioska. A teraz? Sznyt, cud, mjót i orzeszki laskowe...
I nawet Rodzina500+ ma już swoją tabliczkę. Tyle, że ja się na to nie łapię, a pod nosem miałabym.
Zresztą nigdy nie łapałam się na zasiłek na dzieci, oprócz czasów za komuny. Zawsze o te 2-3 złote miałam za wysoki dochód :D
No cóż, życie...
Zła jestem jak osa, ale będę miała wyjebane.
Synowa plumkała, że chce wpaść w sobotę.
A teraz cisza w eterze. Nie wiem, czy wlecą na kawę, czy na obiad, ile sztuk i w ogóle.
I mam na to wyjebane. to tylko ja jestem taką idiotką, że zawsze dostosowuję się do ludzi, do których jadę, biorę pod uwagę ich plany i ich wymagania.
A do mnie jedzie się jak do knajpy i do hotelu - jak komu pasuje i się zasmrodzi.
Ale z tym koniec.
Na coraz więcej rzeczy mam wyjebane i dobrze.
Niech moc będzie ze mną.
Jak ktoś będzie głodny albo niezaopiekowany, life :)
Też mam swoje plany i nie widzę powodów, żeby je zmieniać.
Nigdzie już nie jeżdżę, więc nie ma problemu ze mną.
A wolność Tomku w moim domku.
Tym bardziej, że w sobotę (i dzięki niebiosom, że w sobotę!!) będą znów grzebać przy licznikach i wodomierzach...
Idę po tytkę, żeby pooddychać spokojnie.
A dziś nieszczęśliwym trafem zahaczyłam poncho o kurzołapy na półce i... poleciało wszystko, z zegarka odpadła szybka :(
A kawa z 4-procentowym mlekiem prosto od krowy wygląda tak
Kawa irish whisky...
No ale zegarek...
Szłam do pracy zrozpaczona i nawet sielskie widoki mnie nie były w stanie pocieszyć...
U nas już fiołki kwitną :)
Cała aleja kwitnących drzew, a jak pachnie, zwariować można...
W pracy pracy nie było za dużo, więc zwinęłam się i poleciałam do zegarmistrza. Pan powiedział, że nic się nie stało, że to się da naprawić. I tu zagwozdka. Prosiłam o sprawdzenie baterii, sprawdził. O wyczyszczenie zegarka - drobiazg. Wszystko chciał zrobić na poczekaniu i... za frico.
Ja rozumiem, że ma dobre serce. Ale ja za frico nie mogę, to jego czas i jego zdrowie. Znam go odkąd się tu wprowadziłam, starzeje się tak jak ja, tyle że... Widać, że groszem nie śmierdzi, zębów mu niewiele zostało.
Pewno dlatego, że wszystko za frico robi...
Powiedziałam, że odbiorę zegarek w sobotę, bo zakupy miałam i nie chciało mi się czekać, żadnej ławeczki w okolicy.
Stanęło na sobocie, a ja mam zagwozdkę. Dać 20 zł? Dla mnie to nie jest tak dużo...
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami.
Do fryzjera wdepłam i ścięłam te nieliczne kłaki, co mi zostały na głupim łbie.
U fryzjera - nieszczęścia chodzą parami - upuściłam ajfonika. Myślałam, że na zawał zejdę. Rano zegarek, po południu ajfonik. Tak się kończy życie w trzeźwości! Na całe szczęście ajfonikowi nic się nie stało :D
A wieczorkiem podreptałam do Lidla (coraz drożej tam, niewiele kupiłam, a zostawiłam 40 zł, i nie, nie skusiłam się nawet na promocyjne piwo, zero alkoholu), a po wyjściu oszalało, zwariowało moje serce...
Nie widać za bardzo na zdjęciu, tam jest dom, o którym od dawna marzę. Wiem, że to staroć i rudera chyba już, ale... Wygląda jak mój rodzinny dom, którego już nie ma. Jak wygram w totolotka...
Tu niedawno było rżysko, teraz mamy San Francisco. Jak się tu wprowadzałam, szczere pole było i tu się kończyła moja wioska. A teraz? Sznyt, cud, mjót i orzeszki laskowe...
I nawet Rodzina500+ ma już swoją tabliczkę. Tyle, że ja się na to nie łapię, a pod nosem miałabym.
Zresztą nigdy nie łapałam się na zasiłek na dzieci, oprócz czasów za komuny. Zawsze o te 2-3 złote miałam za wysoki dochód :D
No cóż, życie...
Zła jestem jak osa, ale będę miała wyjebane.
Synowa plumkała, że chce wpaść w sobotę.
A teraz cisza w eterze. Nie wiem, czy wlecą na kawę, czy na obiad, ile sztuk i w ogóle.
I mam na to wyjebane. to tylko ja jestem taką idiotką, że zawsze dostosowuję się do ludzi, do których jadę, biorę pod uwagę ich plany i ich wymagania.
A do mnie jedzie się jak do knajpy i do hotelu - jak komu pasuje i się zasmrodzi.
Ale z tym koniec.
Na coraz więcej rzeczy mam wyjebane i dobrze.
Niech moc będzie ze mną.
Jak ktoś będzie głodny albo niezaopiekowany, life :)
Też mam swoje plany i nie widzę powodów, żeby je zmieniać.
Nigdzie już nie jeżdżę, więc nie ma problemu ze mną.
A wolność Tomku w moim domku.
Tym bardziej, że w sobotę (i dzięki niebiosom, że w sobotę!!) będą znów grzebać przy licznikach i wodomierzach...
Idę po tytkę, żeby pooddychać spokojnie.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
I nagle
wiosna przyszła.
Dobrze, że wyszłam z domu otulona poncho, wracałam już w t-shircie, i na całe szczęście nikt nie pytał, czy nie jest mi zimno. Niektórzy przechodnie pobili mnie, bo zasuwali już w krótkich spodenkach.
W cieniu było 21 stopni, więc wiosna, panie sierżancie.
Z przyjemnością założyłabym sandałki, ale pogoda kapryśna jest jeszcze.
Niespodziewanie w pracy było bardzo dużo pracy, co się chwali, a jeszcze więcej pracy dołożyły mi po południu warzywka.
Ale nic to, jaki poniedziałek, taki cały tydzień :D
Będzie dobrze! :)
A marzec podsumowuję tak:
To też mi się podoba :D
Dobrze, że wyszłam z domu otulona poncho, wracałam już w t-shircie, i na całe szczęście nikt nie pytał, czy nie jest mi zimno. Niektórzy przechodnie pobili mnie, bo zasuwali już w krótkich spodenkach.
W cieniu było 21 stopni, więc wiosna, panie sierżancie.
Z przyjemnością założyłabym sandałki, ale pogoda kapryśna jest jeszcze.
Niespodziewanie w pracy było bardzo dużo pracy, co się chwali, a jeszcze więcej pracy dołożyły mi po południu warzywka.
Ale nic to, jaki poniedziałek, taki cały tydzień :D
Będzie dobrze! :)
A marzec podsumowuję tak:
To też mi się podoba :D
niedziela, 3 kwietnia 2016
Leń
Śmierdzący z Niechciejem wczoraj u mnie zagościli. Zdobyłam się jedynie na rundkę po Manhattanie i wyprawę po słuchawki.
Zdjęłam okulary, omiotłam mieszkanie spojrzeniem i stwierdziwszy, że skoro przez tydzień żywa dusza tu nie zajrzała, nieżywa chyba też, to co się będę wysilała i sprzątała? Przecież nie ma kto bałaganić.
Dziś rano zaś, leżąc w cieplutkim łóżeczku oczami duszy widziałam całe zastępy krwiożerczych bakterii i całe pułki wirusów, maszerujące karnie w takt werbla, żeby mnie zeżreć.
Widziałam, jak z każdym dniem mieszkanie zarasta coraz bardziej i bardziej.
Zerwałam się z łózka jak ranna łania.
Słuchaweczki założyłam. Radio odpaliłam i tarararara.... błyskawicznie posprzątałam :)
Niewiele tego było, ale zawsze i sumienie się uspokoiło.
W sobotę może Mała Wiedźma wleci, będą w PL, ale tak pechowo, że są tu, jak ja pracuję. I nie, nie uniosę tego, bo nie. Będą akurat przez moje dwa tygodnie pracujące. A ostatnio kilka dni pod rząd wracałam o 22, więc nie, nie ogarnę.
Do tego jeszcze Papryczek już chodzi, więc... Tym bardziej, że badyle we wdzięcznych grupkach na podłodze stoją, bo na balkon ich jeszcze nie mogę wywalić.
To nie jest mieszkanie dla małych dzieci, przykro mi. W następną środę zaś przylatuje Inżynier, kwaterę zamówił już kilka miesięcy temu, bo on zorganizowany jest. Fakt, może iść do hotelu, ale...
Niestety, nie pomieszczę wszystkich razem, nawet jakbym materace zorganizowała. Operacja logistyczna nie do wykonania, tym bardziej, że nie ma drzwi.
Ale też założenie było takie: zostawiamy matkę i niech sobie sama radzi.
Ano, to sobie poradziła i poukładała swoje klocki po swojemu.
I nie chcę
Sama bywałam u mojej Teściowej, inna para kaloszy, że u niej było miejsce, mieliśmy dla siebie wypasioną komnatę z podwójnym małżeńskim łożem, w którym nasza czwórka mogła się kulać, osobną łazienkę i inne cuda wianki. Ale też przyjeżdżałam do bajzlu, zapchanego zlewu mimo zmywarki, bo naczynia ani nie chciały tam same wejść, ani wyjść, sterty brudów i innych takich tam, a wyjeżdżając zostawiałam lśniącą chatę. I gotowałam, zakupy robiłam, inne takie tam.
To była inna bajka.
A jak już pracowałam, to zapieprzałam z buta 4 km z przystanku autobusowego... Nie było komórek, nie miałam jak zadzwonić, żeby Eks po mnie wyjechał, bo też nigdy nie wiedziałam, o której wrócę. Pozostały zakres obowiązków bez zmian :) Tyle, że dzieci były już wtedy samoobsługowe, nawet w warsztacie pomagały.
Miło powspominać. :D
Zdjęłam okulary, omiotłam mieszkanie spojrzeniem i stwierdziwszy, że skoro przez tydzień żywa dusza tu nie zajrzała, nieżywa chyba też, to co się będę wysilała i sprzątała? Przecież nie ma kto bałaganić.
Dziś rano zaś, leżąc w cieplutkim łóżeczku oczami duszy widziałam całe zastępy krwiożerczych bakterii i całe pułki wirusów, maszerujące karnie w takt werbla, żeby mnie zeżreć.
Widziałam, jak z każdym dniem mieszkanie zarasta coraz bardziej i bardziej.
Zerwałam się z łózka jak ranna łania.
Słuchaweczki założyłam. Radio odpaliłam i tarararara.... błyskawicznie posprzątałam :)
Niewiele tego było, ale zawsze i sumienie się uspokoiło.
W sobotę może Mała Wiedźma wleci, będą w PL, ale tak pechowo, że są tu, jak ja pracuję. I nie, nie uniosę tego, bo nie. Będą akurat przez moje dwa tygodnie pracujące. A ostatnio kilka dni pod rząd wracałam o 22, więc nie, nie ogarnę.
Do tego jeszcze Papryczek już chodzi, więc... Tym bardziej, że badyle we wdzięcznych grupkach na podłodze stoją, bo na balkon ich jeszcze nie mogę wywalić.
To nie jest mieszkanie dla małych dzieci, przykro mi. W następną środę zaś przylatuje Inżynier, kwaterę zamówił już kilka miesięcy temu, bo on zorganizowany jest. Fakt, może iść do hotelu, ale...
Niestety, nie pomieszczę wszystkich razem, nawet jakbym materace zorganizowała. Operacja logistyczna nie do wykonania, tym bardziej, że nie ma drzwi.
Ale też założenie było takie: zostawiamy matkę i niech sobie sama radzi.
Ano, to sobie poradziła i poukładała swoje klocki po swojemu.
I nie chcę
Sama bywałam u mojej Teściowej, inna para kaloszy, że u niej było miejsce, mieliśmy dla siebie wypasioną komnatę z podwójnym małżeńskim łożem, w którym nasza czwórka mogła się kulać, osobną łazienkę i inne cuda wianki. Ale też przyjeżdżałam do bajzlu, zapchanego zlewu mimo zmywarki, bo naczynia ani nie chciały tam same wejść, ani wyjść, sterty brudów i innych takich tam, a wyjeżdżając zostawiałam lśniącą chatę. I gotowałam, zakupy robiłam, inne takie tam.
To była inna bajka.
A jak już pracowałam, to zapieprzałam z buta 4 km z przystanku autobusowego... Nie było komórek, nie miałam jak zadzwonić, żeby Eks po mnie wyjechał, bo też nigdy nie wiedziałam, o której wrócę. Pozostały zakres obowiązków bez zmian :) Tyle, że dzieci były już wtedy samoobsługowe, nawet w warsztacie pomagały.
Miło powspominać. :D
sobota, 2 kwietnia 2016
Wirtualny
paragon, to mi się podoba.
Słuchawki mi padły, com je od Inżyniera 2 lata temu dostała. W sumie półtora roku, czyli jeszcze na gwarancji. Jak ma paragon, dam mu je w kwietniu, ale nie sądzę, żeby się chciał z tym bawić.
Wlazł mi zaocznie do kompika, bom Bluetooth znalazła i mam te bezprzewodowe słuchawki, ale dupa, namęczył się i nie działa. Ten Bluetooth jakiś niekumaty od początku był.
Ruszyłam więc leniwe dupsko do Saturna i super :) Kossa kupiłam, a to dobre. I bez pałąka na głowie, co mnie pociesza, że więcej sobie łysiny wycierała nie będę, bo jak dostałam tamte, to mi właśnie nie pasował ten pałąk. Lepszy dźwięk jest w tych nowych, choć tamte były wypasione. Bywa. Wydałam 49,99 i mam dożywotnią gwarancję. I wirtualny paragon mają, czyli jak będę reklamowała, nie muszę szukać papierka. O, to znakomity pomysł :)
Może te bezprzewodowe uda się podłączyć do kompika, jak Inżynier wleci.
A jak coś to sobie nowe kupię, a kto bogatemu zabroni?
Wyrastam z t-shirtów, tzn. drą się powoli ze starości i wchodzę w epokę tunik, ale na razie nic ładnego nie widziałam, więc ciężko będzie. W sumie muszę rozglądnąć się za jakąś garderobą, bo zaczynam sobie uświadamiac, że wszystko mi z tyłka spada.
Szuszwol jestem.
Ale oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni?
Co ja się taka bogata zrobiłam, nie ogarniam tego :)
Dziś na obiad wpieprzyłam resztę wołowiny w charakterze tatara, na kolację sok pomidorowy, i o dziwo, głodu nie czuję.
Martwi mnie coraz bardziej sytuacja w kraju i dziękuję niebiosom, że nie muszę już się martwić o ciążę. Czekając w kolejce widziałam reklamy wkładek, założenie 10-letniej kosztuje 999 zł. Nie wiem, czy w tej cenie jest też sama wkładka, zabezpiecza na 10 lat. Czyli w sumie nie tak drogo, ale... Wkładka ma tę "zaletę", że może się nie przyjąć. I trzeba jeszcze mieć ten tysiąc na zbyciu, a jak się nie przyjmie, to w plecy... Wiem, bo moja koleżanka to kiedyś przerabiała.
A jak dobrze pójdzie, to z antykoncepcji zostanie szklanka wody zamiast, ewentualnie litania do świętego od spraw beznadziejnych.
I rzesza dzieci niechcianych, już na starcie pokaleczonych.
I czemu to ma służyć?
Nie usuwałam ciąży, nie będę się tym chwalić, jak niektóre znane panie, bo po prostu tego nie robiłam.
Nie musiałam.
Stosowałam antykoncepcję, bo taki był mój wybór.
Moje dzieci są dziećmi chcianymi do bólu.
Tak, miałam łatwe życie, bo zachodziłam w ciążę ot tak, bezproblemowo. Aczkolwiek świadomie.
I dziękuję losowi, że miałam taką możliwość.
Dziękuję mu też, że moje Synowe - aktualna i przyszła - mają możliwość decydowania o swoim życiu.
Bo tak, wszystkie dzieci nasze są.
Wiem jedno - gdybym zaszła w ciążę "przypadkiem". urodziłabym.
Bo odpowiadam za swoje czyny. Miałam szczęście, że nie stawałam przed takim dylematem.
Ale...
Szwagier spał na pieniądzach. My byliśmy biedni, jak te myszy kościelne.
Szwagier miał jedno dziecko, wywalczone, wyrwane śmierci spod łopaty (chłopak żyje do dziś i ma się znakomicie). Jego żona powiedziała: nigdy więcej dzieci. I...
Byłam w drugiej ciąży, z Inżynierem, to był sylwester. Czyli drugi miesiąc. Szwagier już nieźle podpity złapał mnie za rękę i pyta: ile ci twój stary zapłacił za to, że mu drugie dziecko urodzisz? Zastygłam z wrażenia i zaśmiawszy się odpowiedziałam: nic, chcieliśmy mieć drugie dziecko, żeby Pierworodny nie był sam na świecie... Ale nie macie pieniędzy - odrzekł. - Pieniądze nie mają znaczenia, z głodu nie umrzemy - odrzekłam. Nie uwierzył, drążył temat namiętnie, na szczęście teściowa mnie uratowała :)
A po latach dowiedziałam się, że szwagier - czasami nam pomagając - w sensie, że pozwalał nam pracować na lewo (a jakże, tłumacząc, że nie możemy pracować oficjalnie, bo bylibyśmy jako rodzina współwłaścicielami jego interesu, co też okazało się nieprawdą) miał na względzie to, że w razie gdyby jego syn potrzebował części zamiennych, moje dzieci mogłyby być dawcami...
A tak mi się to wszystko skojarzyło w związku z naszym wspaniałym rządem.
Pierworodny był zapatrzony w syna szwagra jak w tęczę, uważał go za idola i sądzę, że gdyby ta nerka była potrzebna, oddałby ją i dziś bez wahania, bo ten model tak ma. Nerka Inżyniera raczej przydatna by już nie była, bo to znany pijak jest. Ale gdyby, sądzę, że też by się nie zawahał. Bo oboje są w bankach danych, Inżynier mimo zawirowań życiowych oddaje krew i jest w banku dawców organów i szpiku.
Ale to są chciane dzieci, uczone poszanowania życia ludzkiego. Każdego.
Moje wnuki też są chciane, chociaż Mała Wiedźma była dla mnie szokiem.
Ale teraz oddałabym za nią wszystko co mam i nie mam.
Bo to takie paskudne bachory wszystko, że nic tylko się pochlastać.
W następnym życiu będziemy skrobać, aż miło :)
Co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
Słuchawki mi padły, com je od Inżyniera 2 lata temu dostała. W sumie półtora roku, czyli jeszcze na gwarancji. Jak ma paragon, dam mu je w kwietniu, ale nie sądzę, żeby się chciał z tym bawić.
Wlazł mi zaocznie do kompika, bom Bluetooth znalazła i mam te bezprzewodowe słuchawki, ale dupa, namęczył się i nie działa. Ten Bluetooth jakiś niekumaty od początku był.
Ruszyłam więc leniwe dupsko do Saturna i super :) Kossa kupiłam, a to dobre. I bez pałąka na głowie, co mnie pociesza, że więcej sobie łysiny wycierała nie będę, bo jak dostałam tamte, to mi właśnie nie pasował ten pałąk. Lepszy dźwięk jest w tych nowych, choć tamte były wypasione. Bywa. Wydałam 49,99 i mam dożywotnią gwarancję. I wirtualny paragon mają, czyli jak będę reklamowała, nie muszę szukać papierka. O, to znakomity pomysł :)
Może te bezprzewodowe uda się podłączyć do kompika, jak Inżynier wleci.
A jak coś to sobie nowe kupię, a kto bogatemu zabroni?
Wyrastam z t-shirtów, tzn. drą się powoli ze starości i wchodzę w epokę tunik, ale na razie nic ładnego nie widziałam, więc ciężko będzie. W sumie muszę rozglądnąć się za jakąś garderobą, bo zaczynam sobie uświadamiac, że wszystko mi z tyłka spada.
Szuszwol jestem.
Ale oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni?
Co ja się taka bogata zrobiłam, nie ogarniam tego :)
Dziś na obiad wpieprzyłam resztę wołowiny w charakterze tatara, na kolację sok pomidorowy, i o dziwo, głodu nie czuję.
Martwi mnie coraz bardziej sytuacja w kraju i dziękuję niebiosom, że nie muszę już się martwić o ciążę. Czekając w kolejce widziałam reklamy wkładek, założenie 10-letniej kosztuje 999 zł. Nie wiem, czy w tej cenie jest też sama wkładka, zabezpiecza na 10 lat. Czyli w sumie nie tak drogo, ale... Wkładka ma tę "zaletę", że może się nie przyjąć. I trzeba jeszcze mieć ten tysiąc na zbyciu, a jak się nie przyjmie, to w plecy... Wiem, bo moja koleżanka to kiedyś przerabiała.
A jak dobrze pójdzie, to z antykoncepcji zostanie szklanka wody zamiast, ewentualnie litania do świętego od spraw beznadziejnych.
I rzesza dzieci niechcianych, już na starcie pokaleczonych.
I czemu to ma służyć?
Nie usuwałam ciąży, nie będę się tym chwalić, jak niektóre znane panie, bo po prostu tego nie robiłam.
Nie musiałam.
Stosowałam antykoncepcję, bo taki był mój wybór.
Moje dzieci są dziećmi chcianymi do bólu.
Tak, miałam łatwe życie, bo zachodziłam w ciążę ot tak, bezproblemowo. Aczkolwiek świadomie.
I dziękuję losowi, że miałam taką możliwość.
Dziękuję mu też, że moje Synowe - aktualna i przyszła - mają możliwość decydowania o swoim życiu.
Bo tak, wszystkie dzieci nasze są.
Wiem jedno - gdybym zaszła w ciążę "przypadkiem". urodziłabym.
Bo odpowiadam za swoje czyny. Miałam szczęście, że nie stawałam przed takim dylematem.
Ale...
Szwagier spał na pieniądzach. My byliśmy biedni, jak te myszy kościelne.
Szwagier miał jedno dziecko, wywalczone, wyrwane śmierci spod łopaty (chłopak żyje do dziś i ma się znakomicie). Jego żona powiedziała: nigdy więcej dzieci. I...
Byłam w drugiej ciąży, z Inżynierem, to był sylwester. Czyli drugi miesiąc. Szwagier już nieźle podpity złapał mnie za rękę i pyta: ile ci twój stary zapłacił za to, że mu drugie dziecko urodzisz? Zastygłam z wrażenia i zaśmiawszy się odpowiedziałam: nic, chcieliśmy mieć drugie dziecko, żeby Pierworodny nie był sam na świecie... Ale nie macie pieniędzy - odrzekł. - Pieniądze nie mają znaczenia, z głodu nie umrzemy - odrzekłam. Nie uwierzył, drążył temat namiętnie, na szczęście teściowa mnie uratowała :)
A po latach dowiedziałam się, że szwagier - czasami nam pomagając - w sensie, że pozwalał nam pracować na lewo (a jakże, tłumacząc, że nie możemy pracować oficjalnie, bo bylibyśmy jako rodzina współwłaścicielami jego interesu, co też okazało się nieprawdą) miał na względzie to, że w razie gdyby jego syn potrzebował części zamiennych, moje dzieci mogłyby być dawcami...
A tak mi się to wszystko skojarzyło w związku z naszym wspaniałym rządem.
Pierworodny był zapatrzony w syna szwagra jak w tęczę, uważał go za idola i sądzę, że gdyby ta nerka była potrzebna, oddałby ją i dziś bez wahania, bo ten model tak ma. Nerka Inżyniera raczej przydatna by już nie była, bo to znany pijak jest. Ale gdyby, sądzę, że też by się nie zawahał. Bo oboje są w bankach danych, Inżynier mimo zawirowań życiowych oddaje krew i jest w banku dawców organów i szpiku.
Ale to są chciane dzieci, uczone poszanowania życia ludzkiego. Każdego.
Moje wnuki też są chciane, chociaż Mała Wiedźma była dla mnie szokiem.
Ale teraz oddałabym za nią wszystko co mam i nie mam.
Bo to takie paskudne bachory wszystko, że nic tylko się pochlastać.
W następnym życiu będziemy skrobać, aż miło :)
Co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
piątek, 1 kwietnia 2016
Umarłam
na śmierć, Kochany Pamiętniczku.
TO było lepsze od seksu.
Seks jest stanowczo przereklamowany :)
Ale po kolei.
Zła jak osa, a nawet jak całe gniazdo os dotarłam wczoraj do redakcji po skierowanie na badania pracownicze. Ponieważ sekretarka mnie zna i wie, że mnie szlag, więc mówi, że nie muszę żadnych badań robić i jestem umówiona na godzinę.
- Zobaczymy - warknęłam i zła jak pół stada os poszłam w stronę słońca, bo właśnie wyszło.
I rozebrałam się do rosołu, bo grzało.
Ale i nielicho piździło, więc... Niewierząca w przeziębienie przeziębiłam się.
Po drodze wlazłam do Panoramy i
tralalalala, mam buty na ślub Inżyniera. Skusiłam się na platformę i tadam, tadam, tadam, są miękkie, wygodne i trzymają nogę. A że Baran jest szparagiem, to mu te moje parę centymetrów więcej różnicy nie zrobi :D Tylko torebkę muszę nową poszukać, bo butki są koralowe, a torebkę mam czerwoną, bo poprzednie, nienadające się do noszenia kupiłam czerwone. Z tym że wtedy nie miałam wyboru, bo było po sezonie letniego obuwia, a teraz jest początek sezonu. Pierwszy sklep, wlazłam, wlazły mi w oczy, pasowały i są. I nielicho przecenione, bo z 379 na 279. Nawet jak pic na wodę i fotomontaż, nie szkodzi :D Nadadzą się nawet na upały, a nie będę wyglądała jak szuszwol :P
Jeszcze zyłam.
I cieszyłam się, bo
pierwsze kwitnące drzewko po drodze znalazłam.
Talalalalala :) wiosna idzie zatem nieodwołalnie.
Wieczorkiem naszpikowałam się polopiryną, aż się upiekłam pod kordełką.
Wlazłam do łóżeczka i żeby mnie cholera nie miotała na myśl o jutrzejszym lekarzu tabletkę uspokajającą zażyłam.
Albowiem starą wariatką jestem i robienie czegoś pod przymusem, na co nie mam ochoty, a co jest bezsensowne - doprowadza mnie do białej gorączki.
Rankiem jeszcze dychałam, śniadanie zjadłam i stwierdziłam, że kolejna porcja tabletek uspokajających jest jak najbardziej na miejscu.
Zatem zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Kartkę w kalendarzu zmieniłam, ten miesiąc sponsoruje przystojniak, ciacho z tych nietuczących :)
Wizyta miała być na 15. Nie robiłam obiadu, bo zupełnie nie miałam apetytu.
A ponieważ zawsze czepiają się mojego nadciśnienia przy takich badaniach, jakbym już umierała (przypominam; od 16 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim ani jednego dnia!), drążąc, komentując i wkurwiając mnie, a na dociepkę mam tzw. nadciśnienie białego fartucha, więc choć zazwyczaj zażywam pół tabletki dziennie, rąbnęłam sobie drugą połówkę, bo kto bogatemu zabroni? Nie mierzyłam ciśnienia, bo od ucisku aparatu zbiera mi się na rzyganie. I co sobie będę żałowała, kolejne dwie tabletki uspokajające zażyłam.
W przychodni byłam pół godziny przed czasem i okazało się, że choć byłam umówiona na 15, lekarz najwcześniej przyjmie mnie o 15.30, bo ma poślizg.
Zatem do piguły, na wywiad i na mierzenie ciśnienia. Okulista, laryngolog i inne cuda wianki dzięki sekretarce mi darowano. W papciach ją do nieba wezmą. Mierzymy ciśnienie i okazuje się, że pani ma ciśnieniomierz dla anorektyczek. Nie obejmie mojego ramienia. Próbuje dociskać. Pomiar nie wychodzi. Pyta: i co teraz. A ja beztrosko: niech pani wpisze 130 na 80. Tyle mam, jak mnie nikt nie wkurwia. Wzrost i wagę też z dupy wpisała, bo nie miała przyrządów pomiarowych. A to prywatna klinika. renomowana.
A kij im w oko, bo...
Idę pod gabinet 18.
I kolęduję tam 1,5 godziny, zanim przychodzi moja kolej. Zębami bym zgrzytała, ale szkoda zębów, sporo na nie wydałam. Śmierdzi, jak w męskiej szatni po meczu. Z trudem wstrzymuję puszczenie pawia, sama nie wiem, czy to przeziębienie, co mnie rozbiera, czy smród. Ale raczej to drugie.
Wreszcie wchodzę do gabinetu.
Pan doktor z jednej strony głupio-mądry, z drugiej mający wszystko w pompie do bólu, typ nieszkodliwy. Po wymianie grzeczności, przyjmuje na wiarę wszystko co mówię, nawet to, że nie zażywam żadnych leków (nie ma ciśnieniomierza, zatem nie będzie mnie sprawdzał). Nie pyta, ile mam dzieci, ile ciąż i inne takie tam. Pyta, czy ma mi wpisać jakieś zalecenia do pracy typu okulary. Odpowiadam, że czytam zarówno w okularach, jak i bez, że to nie ma dla mnie znaczenia. No ale u okulisty pani nie była. Spokojnie stwierdzam, że o oczy zawsze dbam, bo to nie tylko moje narzędzie pracy, ale i mój słuch zastępczy. Pokiwał głową i rzecze: to ja pani na dwa lata podpiszę zdolność. Mało go nie ucałowałam, tadam :)
Wyleciałam, skrzydełka mi urosły, słonko świeciło, ale zaczęło mnie rozbierać.
I nie wiem, czy przeziębienie, czy gorąco, bo słonko nielicho grzało, ale piździło, a ja czułam się, jakbym szła na sprężynach. Hahahaha...
Ale jeszcze nie umarłam, tylko wskoczyłam do autobusu, zamiast koło Panoramy do domu leźć, tak jak z pracy, bo to w okolicy było.
W korkach utknęłam.
Ale nic to,
Po drodze wlazłam do rzeźnika i leżał ładny kawałek zrazowej górnej. Ale spory, jednak na tyle mały, że pani powiedziała, że na pół nie podzieli, bo nie sprzeda reszty. Zatem westchnąwszy, wzięłam całość. Zmieliła (zmełła, poprawnie mówiąc) i zapytała, czy dwa razy. Zdziwiona byłam, po co dwa? Bo jak na tatara, to dwa razy. Poprosiłam zatem, choć w planie miałam mielone.
Idę do domu, muzyczka gra, a na drzewach tu pąki, tam pąki i tralalala...
I w duszy też mi gra, bo znów jestem dzieckiem.
Dzieckiem będąc jako aniołek pokoju wysyłana byłam do knajpy po tatusia, który tam balował.
Bo ja byłam ukochaną córeczką tatusia, tak długo, póki mała byłam. Później też, ale później to publicznie w mordę mnie lał, jak z chłopakiem zobaczył, co też niejaką rozrywką było, bo chłopak rycerzem był... Ale mniejsza z większym. Mój brat, wysłany do knajpy zadowalał się łapówką w postaci oranżady i lizaka, żeby mówił mamie, że tatusia w knajpie nie ma. Ja zaś, niecna żmija od urodzenia, oranżadę i lizaki miałam w głebokim poważaniu, ja żądałam tatara. Którego dostawałam, konsumowałam z apetytem i robiłam ojcu scenę, wyciągając go siłą z knajpy (po tatarze miałam tę moc), za nic mając łapówkę...
A potem przyszły czasy, że wołowiny nie było (w niecnym, zamierzchłym PRL zawsze była, i to dobra), potem było BSE, salmonella w jajach i po tatarze słuch zaginął.
Aż do dziś.
Zaświtało mi, że w sumie wszystko mam.
Jajeczka od zielononóżek.
Więc wleciawszy do domu zrobiłam sobie inwalidę z jednym jajem.
Bo tak mówiliśmy w knajpianych czasach na tatara.
I teraz umieram, cicho i rozkosznie.
Seks jest naprawdę przereklamowany.
Tatara zrobiłam klasycznego, z maggi.
A maggi to inna bajka.
Moja mama miała taki maleńki słoiczek, a w nim kostki maggi w takim buraczkowym papierku. Sreberko i buraczkowa banderola. Dziecięciem niewinnym będąc zakradałam się i lizałam owo maggi, co było surowo zabronione.
Słoiczek mam do dziś. Mam w nim ziele angielskie, ale ile razy biorę go do ręki, widzę zakazane kostki maggi. Wiem, że są niezdrowe. Ale...
Przeżyłam tyle lat na niezdrowych rzeczach.
To teraz mogę umarnąć.
Z rozkoszy.
Ten tatar był niebiański :D
Czy w niebie mają tatara?? Bo jak nie, to chcę do piekła :P
TO było lepsze od seksu.
Seks jest stanowczo przereklamowany :)
Ale po kolei.
Zła jak osa, a nawet jak całe gniazdo os dotarłam wczoraj do redakcji po skierowanie na badania pracownicze. Ponieważ sekretarka mnie zna i wie, że mnie szlag, więc mówi, że nie muszę żadnych badań robić i jestem umówiona na godzinę.
- Zobaczymy - warknęłam i zła jak pół stada os poszłam w stronę słońca, bo właśnie wyszło.
I rozebrałam się do rosołu, bo grzało.
Ale i nielicho piździło, więc... Niewierząca w przeziębienie przeziębiłam się.
Po drodze wlazłam do Panoramy i
tralalalala, mam buty na ślub Inżyniera. Skusiłam się na platformę i tadam, tadam, tadam, są miękkie, wygodne i trzymają nogę. A że Baran jest szparagiem, to mu te moje parę centymetrów więcej różnicy nie zrobi :D Tylko torebkę muszę nową poszukać, bo butki są koralowe, a torebkę mam czerwoną, bo poprzednie, nienadające się do noszenia kupiłam czerwone. Z tym że wtedy nie miałam wyboru, bo było po sezonie letniego obuwia, a teraz jest początek sezonu. Pierwszy sklep, wlazłam, wlazły mi w oczy, pasowały i są. I nielicho przecenione, bo z 379 na 279. Nawet jak pic na wodę i fotomontaż, nie szkodzi :D Nadadzą się nawet na upały, a nie będę wyglądała jak szuszwol :P
Jeszcze zyłam.
I cieszyłam się, bo
pierwsze kwitnące drzewko po drodze znalazłam.
Talalalalala :) wiosna idzie zatem nieodwołalnie.
Wieczorkiem naszpikowałam się polopiryną, aż się upiekłam pod kordełką.
Wlazłam do łóżeczka i żeby mnie cholera nie miotała na myśl o jutrzejszym lekarzu tabletkę uspokajającą zażyłam.
Albowiem starą wariatką jestem i robienie czegoś pod przymusem, na co nie mam ochoty, a co jest bezsensowne - doprowadza mnie do białej gorączki.
Rankiem jeszcze dychałam, śniadanie zjadłam i stwierdziłam, że kolejna porcja tabletek uspokajających jest jak najbardziej na miejscu.
Zatem zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Kartkę w kalendarzu zmieniłam, ten miesiąc sponsoruje przystojniak, ciacho z tych nietuczących :)
Wizyta miała być na 15. Nie robiłam obiadu, bo zupełnie nie miałam apetytu.
A ponieważ zawsze czepiają się mojego nadciśnienia przy takich badaniach, jakbym już umierała (przypominam; od 16 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim ani jednego dnia!), drążąc, komentując i wkurwiając mnie, a na dociepkę mam tzw. nadciśnienie białego fartucha, więc choć zazwyczaj zażywam pół tabletki dziennie, rąbnęłam sobie drugą połówkę, bo kto bogatemu zabroni? Nie mierzyłam ciśnienia, bo od ucisku aparatu zbiera mi się na rzyganie. I co sobie będę żałowała, kolejne dwie tabletki uspokajające zażyłam.
W przychodni byłam pół godziny przed czasem i okazało się, że choć byłam umówiona na 15, lekarz najwcześniej przyjmie mnie o 15.30, bo ma poślizg.
Zatem do piguły, na wywiad i na mierzenie ciśnienia. Okulista, laryngolog i inne cuda wianki dzięki sekretarce mi darowano. W papciach ją do nieba wezmą. Mierzymy ciśnienie i okazuje się, że pani ma ciśnieniomierz dla anorektyczek. Nie obejmie mojego ramienia. Próbuje dociskać. Pomiar nie wychodzi. Pyta: i co teraz. A ja beztrosko: niech pani wpisze 130 na 80. Tyle mam, jak mnie nikt nie wkurwia. Wzrost i wagę też z dupy wpisała, bo nie miała przyrządów pomiarowych. A to prywatna klinika. renomowana.
A kij im w oko, bo...
Idę pod gabinet 18.
I kolęduję tam 1,5 godziny, zanim przychodzi moja kolej. Zębami bym zgrzytała, ale szkoda zębów, sporo na nie wydałam. Śmierdzi, jak w męskiej szatni po meczu. Z trudem wstrzymuję puszczenie pawia, sama nie wiem, czy to przeziębienie, co mnie rozbiera, czy smród. Ale raczej to drugie.
Wreszcie wchodzę do gabinetu.
Pan doktor z jednej strony głupio-mądry, z drugiej mający wszystko w pompie do bólu, typ nieszkodliwy. Po wymianie grzeczności, przyjmuje na wiarę wszystko co mówię, nawet to, że nie zażywam żadnych leków (nie ma ciśnieniomierza, zatem nie będzie mnie sprawdzał). Nie pyta, ile mam dzieci, ile ciąż i inne takie tam. Pyta, czy ma mi wpisać jakieś zalecenia do pracy typu okulary. Odpowiadam, że czytam zarówno w okularach, jak i bez, że to nie ma dla mnie znaczenia. No ale u okulisty pani nie była. Spokojnie stwierdzam, że o oczy zawsze dbam, bo to nie tylko moje narzędzie pracy, ale i mój słuch zastępczy. Pokiwał głową i rzecze: to ja pani na dwa lata podpiszę zdolność. Mało go nie ucałowałam, tadam :)
Wyleciałam, skrzydełka mi urosły, słonko świeciło, ale zaczęło mnie rozbierać.
I nie wiem, czy przeziębienie, czy gorąco, bo słonko nielicho grzało, ale piździło, a ja czułam się, jakbym szła na sprężynach. Hahahaha...
Ale jeszcze nie umarłam, tylko wskoczyłam do autobusu, zamiast koło Panoramy do domu leźć, tak jak z pracy, bo to w okolicy było.
W korkach utknęłam.
Ale nic to,
Po drodze wlazłam do rzeźnika i leżał ładny kawałek zrazowej górnej. Ale spory, jednak na tyle mały, że pani powiedziała, że na pół nie podzieli, bo nie sprzeda reszty. Zatem westchnąwszy, wzięłam całość. Zmieliła (zmełła, poprawnie mówiąc) i zapytała, czy dwa razy. Zdziwiona byłam, po co dwa? Bo jak na tatara, to dwa razy. Poprosiłam zatem, choć w planie miałam mielone.
Idę do domu, muzyczka gra, a na drzewach tu pąki, tam pąki i tralalala...
I w duszy też mi gra, bo znów jestem dzieckiem.
Dzieckiem będąc jako aniołek pokoju wysyłana byłam do knajpy po tatusia, który tam balował.
Bo ja byłam ukochaną córeczką tatusia, tak długo, póki mała byłam. Później też, ale później to publicznie w mordę mnie lał, jak z chłopakiem zobaczył, co też niejaką rozrywką było, bo chłopak rycerzem był... Ale mniejsza z większym. Mój brat, wysłany do knajpy zadowalał się łapówką w postaci oranżady i lizaka, żeby mówił mamie, że tatusia w knajpie nie ma. Ja zaś, niecna żmija od urodzenia, oranżadę i lizaki miałam w głebokim poważaniu, ja żądałam tatara. Którego dostawałam, konsumowałam z apetytem i robiłam ojcu scenę, wyciągając go siłą z knajpy (po tatarze miałam tę moc), za nic mając łapówkę...
A potem przyszły czasy, że wołowiny nie było (w niecnym, zamierzchłym PRL zawsze była, i to dobra), potem było BSE, salmonella w jajach i po tatarze słuch zaginął.
Aż do dziś.
Zaświtało mi, że w sumie wszystko mam.
Jajeczka od zielononóżek.
Więc wleciawszy do domu zrobiłam sobie inwalidę z jednym jajem.
Bo tak mówiliśmy w knajpianych czasach na tatara.
I teraz umieram, cicho i rozkosznie.
Seks jest naprawdę przereklamowany.
Tatara zrobiłam klasycznego, z maggi.
A maggi to inna bajka.
Moja mama miała taki maleńki słoiczek, a w nim kostki maggi w takim buraczkowym papierku. Sreberko i buraczkowa banderola. Dziecięciem niewinnym będąc zakradałam się i lizałam owo maggi, co było surowo zabronione.
Słoiczek mam do dziś. Mam w nim ziele angielskie, ale ile razy biorę go do ręki, widzę zakazane kostki maggi. Wiem, że są niezdrowe. Ale...
Przeżyłam tyle lat na niezdrowych rzeczach.
To teraz mogę umarnąć.
Z rozkoszy.
Ten tatar był niebiański :D
Czy w niebie mają tatara?? Bo jak nie, to chcę do piekła :P
środa, 30 marca 2016
Święta
święta i po świętach :)
wizyta u Kierownika Budowy całkiem spokojnie, miło i serdecznie, aczkolwiek...
Hmm. Moje najczarniejsze obawy się krystalizują. I oby nie. Bo zaczynają się tarcia na tle. Była Jego teściowa, w sumie spoko kobieta, ale... Każdy ma jakieś tam, ona ma swoje zdrowie. No i zostałyśmy wywołane do raportu, obie, że niby Żona Kierownika za dużo na telefonie klepie. Widzę tu replay z mojej Synowej, która też karmiąc piersią, non stop wisi na telefonie. Z tym, że Pierworodny, delikatnie mówiąc, ma na to wyjebane i wisi na swoim. I tak sobie wiszą. Zaś Kierownik, niebędący od wiszenia też daleko, chce, by jak on nie wisi, ona też nie wisiała. I co mam rzec? Wsiałam na książce, nawet karmiąc czytałam, ale to chyba jednak inna bajka, niż wiszenie na forach i "gadanie" z innymi, nierealnymi w sumie.
Takie czasy, takie sprawy, takie problemy.
Mnie osobiście drażni i to bardzo to reklamowane karmienie piersią na żądanie. I niech mi się tu nikt nie obraża, dla mnie to jest po prostu wymówka do nicnierobienia. Call The Midway właśnie skończyłam i tam też, a to dociągnęło do lat 60. do całej tej afery z talidomidem, po którym rodziły się dzieci bez kończyn, karmiono dzieci wprawdzie piersią - ale co cztery godziny i żadnego cyca w międzyczasie. Sama miałam dzieci w latach, kiedy też przywiązywano wagę do regularnych godzin karmienia i nie dawano między posiłkami nic, prócz herbatki. Nie narzekałam na swoje dzieci, godziny karmienia były święte, ale też miałam te cztery godziny między karmieniami, kiedy ogarniałam tę kuwetę, zakupy zrobiłam, pranie, inne takie tam. I zakupy to była batalia, bo wszystko trzeba było albo zdobyć, albo wystać w kolejkach, nie jak dziś, że idę do sklepu i wybieram z pierdyliarda rzeczy. Prałam też w rękach na początku, potem dostaliśmy "Franię", a przy Inżynierze los się zlitował i dorobiłam się automatu na pożyczkę dla młodych małżeństw. Eks stał po automat dwa tygodnie w kolejce.
Mieszkaliśmy na 16 m kwadratowych, gdzie jeszcze chałupnictwo robiłam w owym czasie, a to sztuczne kwiaty, a to malowanie na tkaninach, a to elektrody do EKG. Ale nigdy nie było bajzlu, bo się nie dało. Inaczej nie mogłabym nic zrobić, gdyby bajzel był.
I nie piszę tego po to, by sobie pomnik postawić, z sentymentem wspominam tamte dni.
Bieda była, ale była miłość.
I co dzień lazłam do kiosku Ruchu (na dobry początek dnia), gdzie jedna z pierwszych w kolejce, dopchawszy się do okienka recytowałam (do dziś litanię pamiętam): Głos, Poznańska, Ekspres, Kurier - i potem w zależności od dnia tygodnia: Polityka, Dookoła świata, Kobieta i Życie, Filipinka, Świat Młodych, Bajtek, Zwierciadło i inne, których już nie pamiętam. I wszystkie były od deski do deski przeczytane. Oprócz tego byłam zapisana do biblioteki i tak ze 4 książki tygodniowo łykałam.
Gotując, piorąc, zakupując, pracując, pomagając teściowej w warsztacie, załatwiając jej sprawy po urzędach.
Na obiady często wpadała teściowa, mój ojciec i brat.
W niedzielę była cała hołota.
Nie wiem, może dni były dłuższe?
Ze strony Eksa nie miałam żadnej pomocy, taki luksusowy model mi się trafił. Ale kochałam gada, więc nawet nie narzekałam :D
Dziś nie mam żadnych obowiązków w sumie. Praca marzenie, wyłączając dni zamykania, ale to w sumie co najwyżej tydzień w miesiącu.
Mieszkanie sprzątam raz na tydzień.
Pranie to zabawa.
Zakupy żaden problem.
Nie czytam nic. Z gazet ostała mi się tylko Polityka, a i często tylko po tytułach polecę. Wersja elektroniczna.
Nie czytam, bo po 24 latach pracy w korekcie nienawidzę czytania (tak to miłość zamieniła się w nienawiść).
Wyborczej nie czytam, bo albo idę do pracy, a idąc trudno czytać, albo jadę z takimi przesiadkami, że gazety nie zdążę otworzyć. Zresztą nie mam jej gdzie kupić, na osiedlu nie ma takiej opcji.
Ale... Nie wyobrażam sobie, że mając małe dzieci zajmowałabym się non stop ich karmieniem, wyłączona z życia, bo dziecko znów płacze i trzeba je nakarmić. Nieważne, że nie było wtedy Internetu ani komórek z netem. Też mogłam lec i czytać, bo czytałam wszędzie. Wszędzie były porozkładane gazety, książki. Czytałam gotując, piorąc, przewijając. Dziesięć rzeczy naraz i ogarniałam. Ale... Nieważne ile czytałam, wszystko było zrobione. A te dziewczyny, jak tak z boku patrzę, wykorzystują fakt, że karmią na wytłumaczenie, że: nie ugotowały, nie wyprały, nie zrobiły, bo... musiały karmić i nosić, bo płakało. Nasze też płakały, ząbkowały, chorowały. Ale jakoś się to ogarniało. I nie miałyśmy chust ani nosidełek (jeżu kolczasty, jak nie serce boli, jak widzę chusty i nosidełka, oszalałabym z radości mając takie coś). Dzisiaj mają, ale... O to się buntował i KB, i Pierworodny - mają, nie używają. Nie używają, bo... I tu pierdyliard wymówek.
Nauczyłam się zaciskać zęby, choć wciąż ciśnie mi się na usta: bo ja...
No wiadomo, ja, Stara Jędza, ideał, wzór.
Nie, to nie tak.
Inne czasy, inni ludzie.
Moja mama, mimo że pracowała, że w zasadzie utrzymywała dom, bo ojciec potrafił z wrodzonym wdziękiem całą wypłatę (a zarabiał 3 razy tyle, co ona) przepić w jeden dzień, jak miał fantazję, a miewał ją często, wciąż nie widziała życia bez mężczyzny u boku, mimo że nawet mieszkanie było jej. Ale zdążyła mi powiedzieć: ucz się, żebyś nigdy nie była od nikogo zależna, a już na pewno nie od mężczyzny. I tego się trzymam.
Staram się moje życie utrzymać w ryzach. Sama. Na nikogo nie licząc.
Nie mówię, że mężczyzna nie może być partnerem. Może. Ale nie można działać w drugą stronę i robić z niego takiego kozła ofiarnego, jakim byłyśmy my, kobiety, kiedyś.
Że ma pracować i w domu robić, i jeszcze wszystko znosić.
Nie trafiają do mnie argumenty: nie mogłam nic zrobić, bo dziecko.
Znam też dzielne kobiety, takie jak Sikora, co robią więcej niż ja teraz, z uśmiechem. Mimo dwójki półdiabląt (słodkich, ale ząbkujących jednocześnie) na karku.
Można.
Trzeba po prostu znać proporcje.
Ano.
I sorry Winnetou, nie nadaję się do rozstrzygania, kto ma rację w tym sporze.
Mam na ten temat swoje zdanie, uważam, że większość dziewczyn po prostu wykorzystuje fakt, że w karmieniu cycem mężczyźni nie mają szans, do tego, żeby wykręcić się od prozy życia.
A tak BTW, nawet mi nudzi się całodzienne sterczenie i wiszenie na kompie.
Nawet jeżeli na cycku mi nic nie wisi :D
Zła jestem, bo muszę w piątek iść znów na badania okresowe. I zastanawiałam się nad sceną balkonową, ale w sumie? Co mi to da. Dobrze, że mnie wysyłają, znaczy się, nie chcą się mnie pozbyć. Wkurw kierować na dupne przepisy, nie na zakład pracy. Ano. Że w moim wolnym czasie? Oj tam :D Odbiję sobie. Więc nerwy w konserwy i na eksport.
A teraz prywata i śledztwo.
Szanowne Czytaczki: dziękuję serdecznie i pięknie za prześliczną kartkę z życzeniami, którą dziś ze szpary unijnej wywlekłam. (Bo wczoraj nawet z domu nie wyszłam, musiałam Call The Midway skończyć). Na kopercie cudny napis, że to nie pomyłka, aczkolwiek P.S. z kropkami :) Nie wnikam, kto sprzedał moje namiary, dziękuję autorce przepięknej kartki, ale... choć domyślam się, kto to, nie mam stuprocentowej pewności :) Będzie mnie to po nocach gryzło, podgryzało i męczyło :P
No i popatrz, Kochany Pamiętniczku, pora do pracy wracać chyba, bo znów ze mnie wychodzi erotomanka gawędziarka.
Ale mnie gryzie to wszystko i nie mogę tego ogarnąć...
A bratkom zimno nie przeszkadza, a mi tak! To nie jest pogoda na włóczęgę i na delektowanie się wiosną. O nie!
wizyta u Kierownika Budowy całkiem spokojnie, miło i serdecznie, aczkolwiek...
Hmm. Moje najczarniejsze obawy się krystalizują. I oby nie. Bo zaczynają się tarcia na tle. Była Jego teściowa, w sumie spoko kobieta, ale... Każdy ma jakieś tam, ona ma swoje zdrowie. No i zostałyśmy wywołane do raportu, obie, że niby Żona Kierownika za dużo na telefonie klepie. Widzę tu replay z mojej Synowej, która też karmiąc piersią, non stop wisi na telefonie. Z tym, że Pierworodny, delikatnie mówiąc, ma na to wyjebane i wisi na swoim. I tak sobie wiszą. Zaś Kierownik, niebędący od wiszenia też daleko, chce, by jak on nie wisi, ona też nie wisiała. I co mam rzec? Wsiałam na książce, nawet karmiąc czytałam, ale to chyba jednak inna bajka, niż wiszenie na forach i "gadanie" z innymi, nierealnymi w sumie.
Takie czasy, takie sprawy, takie problemy.
Mnie osobiście drażni i to bardzo to reklamowane karmienie piersią na żądanie. I niech mi się tu nikt nie obraża, dla mnie to jest po prostu wymówka do nicnierobienia. Call The Midway właśnie skończyłam i tam też, a to dociągnęło do lat 60. do całej tej afery z talidomidem, po którym rodziły się dzieci bez kończyn, karmiono dzieci wprawdzie piersią - ale co cztery godziny i żadnego cyca w międzyczasie. Sama miałam dzieci w latach, kiedy też przywiązywano wagę do regularnych godzin karmienia i nie dawano między posiłkami nic, prócz herbatki. Nie narzekałam na swoje dzieci, godziny karmienia były święte, ale też miałam te cztery godziny między karmieniami, kiedy ogarniałam tę kuwetę, zakupy zrobiłam, pranie, inne takie tam. I zakupy to była batalia, bo wszystko trzeba było albo zdobyć, albo wystać w kolejkach, nie jak dziś, że idę do sklepu i wybieram z pierdyliarda rzeczy. Prałam też w rękach na początku, potem dostaliśmy "Franię", a przy Inżynierze los się zlitował i dorobiłam się automatu na pożyczkę dla młodych małżeństw. Eks stał po automat dwa tygodnie w kolejce.
Mieszkaliśmy na 16 m kwadratowych, gdzie jeszcze chałupnictwo robiłam w owym czasie, a to sztuczne kwiaty, a to malowanie na tkaninach, a to elektrody do EKG. Ale nigdy nie było bajzlu, bo się nie dało. Inaczej nie mogłabym nic zrobić, gdyby bajzel był.
I nie piszę tego po to, by sobie pomnik postawić, z sentymentem wspominam tamte dni.
Bieda była, ale była miłość.
I co dzień lazłam do kiosku Ruchu (na dobry początek dnia), gdzie jedna z pierwszych w kolejce, dopchawszy się do okienka recytowałam (do dziś litanię pamiętam): Głos, Poznańska, Ekspres, Kurier - i potem w zależności od dnia tygodnia: Polityka, Dookoła świata, Kobieta i Życie, Filipinka, Świat Młodych, Bajtek, Zwierciadło i inne, których już nie pamiętam. I wszystkie były od deski do deski przeczytane. Oprócz tego byłam zapisana do biblioteki i tak ze 4 książki tygodniowo łykałam.
Gotując, piorąc, zakupując, pracując, pomagając teściowej w warsztacie, załatwiając jej sprawy po urzędach.
Na obiady często wpadała teściowa, mój ojciec i brat.
W niedzielę była cała hołota.
Nie wiem, może dni były dłuższe?
Ze strony Eksa nie miałam żadnej pomocy, taki luksusowy model mi się trafił. Ale kochałam gada, więc nawet nie narzekałam :D
Dziś nie mam żadnych obowiązków w sumie. Praca marzenie, wyłączając dni zamykania, ale to w sumie co najwyżej tydzień w miesiącu.
Mieszkanie sprzątam raz na tydzień.
Pranie to zabawa.
Zakupy żaden problem.
Nie czytam nic. Z gazet ostała mi się tylko Polityka, a i często tylko po tytułach polecę. Wersja elektroniczna.
Nie czytam, bo po 24 latach pracy w korekcie nienawidzę czytania (tak to miłość zamieniła się w nienawiść).
Wyborczej nie czytam, bo albo idę do pracy, a idąc trudno czytać, albo jadę z takimi przesiadkami, że gazety nie zdążę otworzyć. Zresztą nie mam jej gdzie kupić, na osiedlu nie ma takiej opcji.
Ale... Nie wyobrażam sobie, że mając małe dzieci zajmowałabym się non stop ich karmieniem, wyłączona z życia, bo dziecko znów płacze i trzeba je nakarmić. Nieważne, że nie było wtedy Internetu ani komórek z netem. Też mogłam lec i czytać, bo czytałam wszędzie. Wszędzie były porozkładane gazety, książki. Czytałam gotując, piorąc, przewijając. Dziesięć rzeczy naraz i ogarniałam. Ale... Nieważne ile czytałam, wszystko było zrobione. A te dziewczyny, jak tak z boku patrzę, wykorzystują fakt, że karmią na wytłumaczenie, że: nie ugotowały, nie wyprały, nie zrobiły, bo... musiały karmić i nosić, bo płakało. Nasze też płakały, ząbkowały, chorowały. Ale jakoś się to ogarniało. I nie miałyśmy chust ani nosidełek (jeżu kolczasty, jak nie serce boli, jak widzę chusty i nosidełka, oszalałabym z radości mając takie coś). Dzisiaj mają, ale... O to się buntował i KB, i Pierworodny - mają, nie używają. Nie używają, bo... I tu pierdyliard wymówek.
Nauczyłam się zaciskać zęby, choć wciąż ciśnie mi się na usta: bo ja...
No wiadomo, ja, Stara Jędza, ideał, wzór.
Nie, to nie tak.
Inne czasy, inni ludzie.
Moja mama, mimo że pracowała, że w zasadzie utrzymywała dom, bo ojciec potrafił z wrodzonym wdziękiem całą wypłatę (a zarabiał 3 razy tyle, co ona) przepić w jeden dzień, jak miał fantazję, a miewał ją często, wciąż nie widziała życia bez mężczyzny u boku, mimo że nawet mieszkanie było jej. Ale zdążyła mi powiedzieć: ucz się, żebyś nigdy nie była od nikogo zależna, a już na pewno nie od mężczyzny. I tego się trzymam.
Staram się moje życie utrzymać w ryzach. Sama. Na nikogo nie licząc.
Nie mówię, że mężczyzna nie może być partnerem. Może. Ale nie można działać w drugą stronę i robić z niego takiego kozła ofiarnego, jakim byłyśmy my, kobiety, kiedyś.
Że ma pracować i w domu robić, i jeszcze wszystko znosić.
Nie trafiają do mnie argumenty: nie mogłam nic zrobić, bo dziecko.
Znam też dzielne kobiety, takie jak Sikora, co robią więcej niż ja teraz, z uśmiechem. Mimo dwójki półdiabląt (słodkich, ale ząbkujących jednocześnie) na karku.
Można.
Trzeba po prostu znać proporcje.
Ano.
I sorry Winnetou, nie nadaję się do rozstrzygania, kto ma rację w tym sporze.
Mam na ten temat swoje zdanie, uważam, że większość dziewczyn po prostu wykorzystuje fakt, że w karmieniu cycem mężczyźni nie mają szans, do tego, żeby wykręcić się od prozy życia.
A tak BTW, nawet mi nudzi się całodzienne sterczenie i wiszenie na kompie.
Nawet jeżeli na cycku mi nic nie wisi :D
Zła jestem, bo muszę w piątek iść znów na badania okresowe. I zastanawiałam się nad sceną balkonową, ale w sumie? Co mi to da. Dobrze, że mnie wysyłają, znaczy się, nie chcą się mnie pozbyć. Wkurw kierować na dupne przepisy, nie na zakład pracy. Ano. Że w moim wolnym czasie? Oj tam :D Odbiję sobie. Więc nerwy w konserwy i na eksport.
A teraz prywata i śledztwo.
Szanowne Czytaczki: dziękuję serdecznie i pięknie za prześliczną kartkę z życzeniami, którą dziś ze szpary unijnej wywlekłam. (Bo wczoraj nawet z domu nie wyszłam, musiałam Call The Midway skończyć). Na kopercie cudny napis, że to nie pomyłka, aczkolwiek P.S. z kropkami :) Nie wnikam, kto sprzedał moje namiary, dziękuję autorce przepięknej kartki, ale... choć domyślam się, kto to, nie mam stuprocentowej pewności :) Będzie mnie to po nocach gryzło, podgryzało i męczyło :P
No i popatrz, Kochany Pamiętniczku, pora do pracy wracać chyba, bo znów ze mnie wychodzi erotomanka gawędziarka.
Ale mnie gryzie to wszystko i nie mogę tego ogarnąć...
A bratkom zimno nie przeszkadza, a mi tak! To nie jest pogoda na włóczęgę i na delektowanie się wiosną. O nie!
niedziela, 27 marca 2016
Wielkanocnie
się z Państwem, i Tobą, Kochany Pamiętniczku witam.
Wczoraj na Manhattanie i w sklepach pustki, nie do wiary. Zmieniło się, ludzie nie robią już zakupów w sobotę, ale w piątek. Zapisać w kajeciku - jak nie będzie czasu, to w sobotę na spokojnie. Ale też i wybór był mniejszy, resztki już, a ceny nie drgnęły ani odrobinkę.
Poleciałam do wujka Mietka, bo dawno nie byłam, myślę, że się Umarlaki ucieszyły ze świeczuszki, bo do K. nie dotarłam, niestety.
Książek nakupiłam po drodze, a kto bogatemu zabroni? Jedną bajkę chcę przeczytać sama Małej Wiedźmie, bo to o nas bajka, o Starej Jędzy, która miotłę zamieniła na taką z GPS... Życiowa bajka :)
Kawę też kupiłam, a co? Kto bogatemu zabroni?
Czas na herbatę, więc kawę wypijemy :) Za niedługo zrecenzuję, bo kupiłam w ziarnach, a na razie mam jeszcze zmieloną zwykłą, a nie mam wolnej puszki.
Do święconki poszłam do mojego starego kościoła, okazało się, że nie ja jedna z osiedla olewam nową parafię. I dobrze. Święcił były proboszcz, ksiądz, którego znam od dziecka, bo w mojej rodzinnej wsi był wikarym. Pamiętam go jako młodego, przystojnego faceta, przygotowywał mnie do I Komunii. A teraz też jest przystojny i trzyma się nieźle. I dobry z niego człowiek. Myślami wróciłam do chwil, gdy szliśmy do święconki najpierw w trójkę, potem w czwórkę, potem znów w trójkę, jak spotykaliśmy Słonko z Mężem... Potem we dwójkę, a teraz od lat kilku solo. I zamarzyło mi się, że kiedyś jeszcze pójdę z jakimś Pieczywkiem Małym do święconki.
Małe marzenie, a jakie wielkie.
Może się spełni, może nie, ale mam cel.
Pieczywko do święconki dostałoby mały, maleńki koszyczek...
A baranek w tym roku kaleką był, dupkę mu ujebało, ale nic to. Poświęcony został jak należy :) Inwalida też człowiek, co nie? :)
A od święconki wracałam tak
I znów serce trzepało mi jak głupie, i cieszyłam się, że jeszcze żyję, bo dla takich chwil warto. Nawet jeżeli przeżywa się je samotnie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku. Bo zawsze jest nadzieja na Pieczywko. Z powidłami, of course :D
A jeszcze wcześniej na drodze spotkałam
Zdesperowana byłam, żeby pocałować, bo a nuż by się coś wykluło, ale że włóczyła się skubana koło Lidla, to ją ludzie przestraszyli i z kissów nic nie wyszło. A szkoda. A może i nie? Bo jakby się okazał zrzędą i pierdołą to co bym biedna z nim poczęła? Powtórnie by się nie zżabił, więc może jednak dobrze.
Poszłam spać z rączkami na kordełce grzecznie, a rano o 5 co ja paczę? Dziecko na śniadanie wbija o 9 mojego czasu. Wiadomość wysłana o 1 w nocy. Pogięło go? Wszak cofamy zegarki. Więc piszę, że nie nada, że później, że ma się wyspać. Ale już nie mogłam spać, bo za chwilę i słoneczko zaczęło pukać po roletkach, więc wstałam, doprowadziłam szanowne zwłoki do porządku i śniadanko wszamałam. Dziecko w osobie Inżyniera wpadło, a jakże, punktualnie. Tak to jest, jak rozmawiając z matką sprawdza się pocztę i inne zabawki. Nie dotarło do niego, że w świat bez plecaczka, a z pół litrem idę później :) No cóż. Jajeczko święcone podzieliliśmy, a jakże. Znaczy się, ja podzieliłam, ale nie chciało się w światłowód wepchnąć, więc musiał się zadowolić nieświęconym u siebie. Z ketchupem je jadł, bleeee... Pogadaliśmy miło, kotki dostaną prezenty, a on nie :) Hahahahaha, chcę być ich kotkiem w następnym życiu.
I tak się miło zaczął dzień, wiem, wiem, nie należy chwalić przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam :)
Niech te święta będą dla wszystkich radością, spokojem, oderwaniem od codzienności. Niech będą życiem, nie tylko napychaniem żołądka, bo to w sumie mało ważne. Niech koło każdego będzie drugi człowiek. Dobry człowiek.
Wczoraj na Manhattanie i w sklepach pustki, nie do wiary. Zmieniło się, ludzie nie robią już zakupów w sobotę, ale w piątek. Zapisać w kajeciku - jak nie będzie czasu, to w sobotę na spokojnie. Ale też i wybór był mniejszy, resztki już, a ceny nie drgnęły ani odrobinkę.
Poleciałam do wujka Mietka, bo dawno nie byłam, myślę, że się Umarlaki ucieszyły ze świeczuszki, bo do K. nie dotarłam, niestety.
Książek nakupiłam po drodze, a kto bogatemu zabroni? Jedną bajkę chcę przeczytać sama Małej Wiedźmie, bo to o nas bajka, o Starej Jędzy, która miotłę zamieniła na taką z GPS... Życiowa bajka :)
Kawę też kupiłam, a co? Kto bogatemu zabroni?
Czas na herbatę, więc kawę wypijemy :) Za niedługo zrecenzuję, bo kupiłam w ziarnach, a na razie mam jeszcze zmieloną zwykłą, a nie mam wolnej puszki.
Do święconki poszłam do mojego starego kościoła, okazało się, że nie ja jedna z osiedla olewam nową parafię. I dobrze. Święcił były proboszcz, ksiądz, którego znam od dziecka, bo w mojej rodzinnej wsi był wikarym. Pamiętam go jako młodego, przystojnego faceta, przygotowywał mnie do I Komunii. A teraz też jest przystojny i trzyma się nieźle. I dobry z niego człowiek. Myślami wróciłam do chwil, gdy szliśmy do święconki najpierw w trójkę, potem w czwórkę, potem znów w trójkę, jak spotykaliśmy Słonko z Mężem... Potem we dwójkę, a teraz od lat kilku solo. I zamarzyło mi się, że kiedyś jeszcze pójdę z jakimś Pieczywkiem Małym do święconki.
Małe marzenie, a jakie wielkie.
Może się spełni, może nie, ale mam cel.
Pieczywko do święconki dostałoby mały, maleńki koszyczek...
A baranek w tym roku kaleką był, dupkę mu ujebało, ale nic to. Poświęcony został jak należy :) Inwalida też człowiek, co nie? :)
A od święconki wracałam tak
I znów serce trzepało mi jak głupie, i cieszyłam się, że jeszcze żyję, bo dla takich chwil warto. Nawet jeżeli przeżywa się je samotnie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku. Bo zawsze jest nadzieja na Pieczywko. Z powidłami, of course :D
A jeszcze wcześniej na drodze spotkałam
Zdesperowana byłam, żeby pocałować, bo a nuż by się coś wykluło, ale że włóczyła się skubana koło Lidla, to ją ludzie przestraszyli i z kissów nic nie wyszło. A szkoda. A może i nie? Bo jakby się okazał zrzędą i pierdołą to co bym biedna z nim poczęła? Powtórnie by się nie zżabił, więc może jednak dobrze.
Poszłam spać z rączkami na kordełce grzecznie, a rano o 5 co ja paczę? Dziecko na śniadanie wbija o 9 mojego czasu. Wiadomość wysłana o 1 w nocy. Pogięło go? Wszak cofamy zegarki. Więc piszę, że nie nada, że później, że ma się wyspać. Ale już nie mogłam spać, bo za chwilę i słoneczko zaczęło pukać po roletkach, więc wstałam, doprowadziłam szanowne zwłoki do porządku i śniadanko wszamałam. Dziecko w osobie Inżyniera wpadło, a jakże, punktualnie. Tak to jest, jak rozmawiając z matką sprawdza się pocztę i inne zabawki. Nie dotarło do niego, że w świat bez plecaczka, a z pół litrem idę później :) No cóż. Jajeczko święcone podzieliliśmy, a jakże. Znaczy się, ja podzieliłam, ale nie chciało się w światłowód wepchnąć, więc musiał się zadowolić nieświęconym u siebie. Z ketchupem je jadł, bleeee... Pogadaliśmy miło, kotki dostaną prezenty, a on nie :) Hahahahaha, chcę być ich kotkiem w następnym życiu.
I tak się miło zaczął dzień, wiem, wiem, nie należy chwalić przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam :)
Niech te święta będą dla wszystkich radością, spokojem, oderwaniem od codzienności. Niech będą życiem, nie tylko napychaniem żołądka, bo to w sumie mało ważne. Niech koło każdego będzie drugi człowiek. Dobry człowiek.
środa, 23 marca 2016
Podczas
ostatniej wizyty Inżyniera, czyli ponad miesiąc temu znalazłam w lodówce ser z Sierpca, który uwielbiam, nierozpakowany, ale spleśniały w środku, choć datę przydatności miał jeszcze daleko przed sobą. Napisałam emilka do Sierpca i pani z laboratorium tłumaczyła mi, że niekoniecznie z ich winy. Drugie opakowanie tegoż sera było OK. Po dłuższym czasie, bo to mleczarnia nie miała kogo wysłać, a to u mnie nie miał kto odebrać, dziś jak lukstorpeda zlądowała pani z Sierpca i w ramach gratisu dostałam trzy opakowania sera.
Mała rzecz, a cieszy :)
I dobrze świadczy o formie moim zdaniem.
A sery mają wyśmienite, jedne z najlepszych w PL :)
Cieszę się, że wczoraj umyłam okno, Dziś poranek obudził mnie słońcem, za chwilę była już mgła, potem szaro-buro, a teraz leje.
Nieładny ten marzec w tym roku.
A kompik, Kochany Pamiętniczku, takie humorki ma, że ojapierdolę.
Zła jestem.
No nic.
Trzeba będzie i tak żyć, co nie?
Więc, Kochany Kompiczku, jeszcze trochę, prosz...
Mała rzecz, a cieszy :)
I dobrze świadczy o formie moim zdaniem.
A sery mają wyśmienite, jedne z najlepszych w PL :)
Cieszę się, że wczoraj umyłam okno, Dziś poranek obudził mnie słońcem, za chwilę była już mgła, potem szaro-buro, a teraz leje.
Nieładny ten marzec w tym roku.
A kompik, Kochany Pamiętniczku, takie humorki ma, że ojapierdolę.
Zła jestem.
No nic.
Trzeba będzie i tak żyć, co nie?
Więc, Kochany Kompiczku, jeszcze trochę, prosz...
wtorek, 22 marca 2016
Znowu
miałam moment załamania i zwątpiłam w siebie.
A mianowicie, Kochany Pamiętniczku, śmierdzę leniem i robię wszystko, żeby nic nie robić, więc do P&P po to masło wybrałam się dopiero o 11. Przedtem pograłam, kąpiel wzięłam, śniadanko zjadłam, ogarnęłam odcinek Call The Midwife. Jeżeli ktoś szuka dobrego serialu, to polecam. Anglia, lata 50. XX stulecia i one: położne. Zachód widziałam zawsze bardziej z perspektywy amerykańskich filmów, gdzie lata 50. to kolorowe stroje, piękne samochody. A tu Londyn okazuje się jeszcze większym zaściankiem momentami, jak PRL w tamtych czasach. I jak widać, niewiele się tam zmieniło do dziś, porównując jakość budownictwa tam i u nas. Ale opieka nad kobietami w ciąży tam i u nas - niebo i piekło, nie do porównania. Sama rodziłam w latach 80., ale nie miałam nawet w połowie takiej opieki. Po porodzie do Pierworodnego położna nigdy nie dotarła, a do Inżyniera przyszła taka, żeśmy ją po prostu wyprosili. Ale nieważne. Serial jest super, i do tego muzyka z epoki. Wciąga jak chodzenie po bagnach.
Dla mnie tym ciekawsze, że znam angielskie realia też ze względu na Synową. Polecam. Sama jestem zachwycona.
Tak więc po zakupy wybrałam się w południe, wciąż się rozgrzeszając, że pogoda nie na mycie okien. Wsiadam do autobusu - ulewa. Myślę więc - wrócę i klapnę.
Wracam.
Jak to ja, ze słuchawkami, z torbą. Kierowca był tak uprzejmy, ze poczekał, jak biegłam, więc OK. Klapię na siedzenie, odbijam kartę, a z siedzenia po drugiej stronie dziadyga jakaś mówi do mnie: słyszy pani, co do pani mówię? Guzik słyszałam, ale widziałam co mówi. Sądzę, że gdybym słyszała normalnie, nie odpowiedziałabym, bo i motor i inne hałasy, no ale mam tę moc. Mówię więc: słyszę. A on: co pani mówi? TO po kija mnie zaczepia, jak nie słyszy co ja mówię :) A on: jak pani będzie słuchała tak na słuchawki, to pani słuch straci. Nie chciało mi się z dziadem dyskutować, więc spojrzałam na niego bazyliszkowato i wgapiłam się w okno. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Sam nie słyszy w autobusie, a głuchą opierdala :)
W domu szparę unijną bebeszę i o, są kartki :) Od Słonka, hahahaha. Sama zrobiła i przysłała mi z zaleceniem pokolorowania i odesłania zdjęcia gotowca. Nie wie, że ze wszystkich robót najbardziej nienawidzę robótek plastycznych i technicznych. Nie wiem, czy jej to napisać, czy nie? Tak samo nienawidzę planszówek :D
Kolorowanie czegoś takiego, brrr... :)
No i druga kartka, która spowodowała, że zwątpiłam w swoje władze umysłowe. Stempel: Katowice. Znam parę osób ze Śląska, ale Katowice? Otwieram kopertę. Standardowy druczek i podpis; Janina. Ojapierdolę. Nie znam żadnej Janiny ze Śląska. Znam dwie Teresy, Asię, Imbirellę, Żabę znam, ale Janina? Ki czort. Pisma też nie znam. Zaczynam szukać namiarów na lekarza geriatrę, gdy wtem: TADAM :) Napisała do mnie Pszepani. W ciągu tych dwóch wspólnie spędzonych tygodni nie mówiłyśmy sobie po imieniu, ona parę razy się pomyliła i pojechała mi imieniem, ale ni choinki nie chciała przejść na ty, więc ja zostałam przy pani. I to nie tak, jak w pracy, że mówię: pani Marysiu, ale pani i koniec, kropka. Dała mi swój adres i mówiła, że będzie kartki słała. Ojapierdolę. Dobrze, że mam kartkę i znaczki, jutro wyślę. Ale co mi taka znajomość, że mam wysyłać kartki drukowane, podpisane imieniem? No nic. Rozumiem, że jest staroświecka, SMS nie obsłuży i takie tam, że ona dzwoni, a ja nie dzwonię, ale to nie ma znaczenia, jak jest chemia. A chemii nie było, więc? No nic. Kartkę wyślę.
I kamol z serca, że nie jestem jeszcze alzheimerowcem.
Belgię przeżywam. Nie mogę tego ot tak, z głowy wyrzucić, chodziło za mną i dręczyło, więc żeby się zrelaksować, jednak umyłam te cholerne okna i dzięki temu mam kolejną rzecz z głowy. Ray Charles pomógł.
Jeżeli nie mam na coś wpływu, to zamartwianie się jest bezcelowe, tylko się nakręcam.
I zagwozdka ze świętami. Bardzo lubię Kierownika Budowy i jestem mu wdzięczna za zaproszenie, ale też mnie to wszystko przeraziło. On ma warunki, jakie ma, jeden pokój i małe dziecko, do tego zaprasza teściów. Ja z kolei umówiłam się już z Inżynierem, tradycyjnie, na Skype, na świąteczne śniadanko. I biedna Żona Kierownika, miotająca się między kuchnią a dzieckiem. Pomogłabym, ale kuchnię mają dokładnie jak moja, że jedna osoba w niej to tłum. I stół maleńki. Na szczęście zwyciężyła koncepcja, że zjedzą śniadanie u siebie z teściami, potem wleci po mnie. Ufff... Wino mam, dokupię coś dla Małej i spoko. Organizując zaś śniadanie u mnie to ja bym się utyrała, jak koń podczas westernu i nie pogadała z Inżynierem. No i te tony jedzenia, tradycyjnego, a ja mam zero tradycyjnych potraw, nie licząc jajeczek :D
Wiem, wiem, z jednej strony tak źle, jak człowiek sam, z drugiej też niedobrze :)
Gadrełko mnie boli, ale tak to jest, jak się okna w zimnie myje :P Ale nic to, Kochany Pamiętniczku, herbatka z imbirem i cytryną oraz miodem umarlaka na nogi postawi.
Będzie dobrze, musi być...
A mianowicie, Kochany Pamiętniczku, śmierdzę leniem i robię wszystko, żeby nic nie robić, więc do P&P po to masło wybrałam się dopiero o 11. Przedtem pograłam, kąpiel wzięłam, śniadanko zjadłam, ogarnęłam odcinek Call The Midwife. Jeżeli ktoś szuka dobrego serialu, to polecam. Anglia, lata 50. XX stulecia i one: położne. Zachód widziałam zawsze bardziej z perspektywy amerykańskich filmów, gdzie lata 50. to kolorowe stroje, piękne samochody. A tu Londyn okazuje się jeszcze większym zaściankiem momentami, jak PRL w tamtych czasach. I jak widać, niewiele się tam zmieniło do dziś, porównując jakość budownictwa tam i u nas. Ale opieka nad kobietami w ciąży tam i u nas - niebo i piekło, nie do porównania. Sama rodziłam w latach 80., ale nie miałam nawet w połowie takiej opieki. Po porodzie do Pierworodnego położna nigdy nie dotarła, a do Inżyniera przyszła taka, żeśmy ją po prostu wyprosili. Ale nieważne. Serial jest super, i do tego muzyka z epoki. Wciąga jak chodzenie po bagnach.
Dla mnie tym ciekawsze, że znam angielskie realia też ze względu na Synową. Polecam. Sama jestem zachwycona.
Tak więc po zakupy wybrałam się w południe, wciąż się rozgrzeszając, że pogoda nie na mycie okien. Wsiadam do autobusu - ulewa. Myślę więc - wrócę i klapnę.
Wracam.
Jak to ja, ze słuchawkami, z torbą. Kierowca był tak uprzejmy, ze poczekał, jak biegłam, więc OK. Klapię na siedzenie, odbijam kartę, a z siedzenia po drugiej stronie dziadyga jakaś mówi do mnie: słyszy pani, co do pani mówię? Guzik słyszałam, ale widziałam co mówi. Sądzę, że gdybym słyszała normalnie, nie odpowiedziałabym, bo i motor i inne hałasy, no ale mam tę moc. Mówię więc: słyszę. A on: co pani mówi? TO po kija mnie zaczepia, jak nie słyszy co ja mówię :) A on: jak pani będzie słuchała tak na słuchawki, to pani słuch straci. Nie chciało mi się z dziadem dyskutować, więc spojrzałam na niego bazyliszkowato i wgapiłam się w okno. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Sam nie słyszy w autobusie, a głuchą opierdala :)
W domu szparę unijną bebeszę i o, są kartki :) Od Słonka, hahahaha. Sama zrobiła i przysłała mi z zaleceniem pokolorowania i odesłania zdjęcia gotowca. Nie wie, że ze wszystkich robót najbardziej nienawidzę robótek plastycznych i technicznych. Nie wiem, czy jej to napisać, czy nie? Tak samo nienawidzę planszówek :D
Kolorowanie czegoś takiego, brrr... :)
No i druga kartka, która spowodowała, że zwątpiłam w swoje władze umysłowe. Stempel: Katowice. Znam parę osób ze Śląska, ale Katowice? Otwieram kopertę. Standardowy druczek i podpis; Janina. Ojapierdolę. Nie znam żadnej Janiny ze Śląska. Znam dwie Teresy, Asię, Imbirellę, Żabę znam, ale Janina? Ki czort. Pisma też nie znam. Zaczynam szukać namiarów na lekarza geriatrę, gdy wtem: TADAM :) Napisała do mnie Pszepani. W ciągu tych dwóch wspólnie spędzonych tygodni nie mówiłyśmy sobie po imieniu, ona parę razy się pomyliła i pojechała mi imieniem, ale ni choinki nie chciała przejść na ty, więc ja zostałam przy pani. I to nie tak, jak w pracy, że mówię: pani Marysiu, ale pani i koniec, kropka. Dała mi swój adres i mówiła, że będzie kartki słała. Ojapierdolę. Dobrze, że mam kartkę i znaczki, jutro wyślę. Ale co mi taka znajomość, że mam wysyłać kartki drukowane, podpisane imieniem? No nic. Rozumiem, że jest staroświecka, SMS nie obsłuży i takie tam, że ona dzwoni, a ja nie dzwonię, ale to nie ma znaczenia, jak jest chemia. A chemii nie było, więc? No nic. Kartkę wyślę.
I kamol z serca, że nie jestem jeszcze alzheimerowcem.
Belgię przeżywam. Nie mogę tego ot tak, z głowy wyrzucić, chodziło za mną i dręczyło, więc żeby się zrelaksować, jednak umyłam te cholerne okna i dzięki temu mam kolejną rzecz z głowy. Ray Charles pomógł.
Jeżeli nie mam na coś wpływu, to zamartwianie się jest bezcelowe, tylko się nakręcam.
I zagwozdka ze świętami. Bardzo lubię Kierownika Budowy i jestem mu wdzięczna za zaproszenie, ale też mnie to wszystko przeraziło. On ma warunki, jakie ma, jeden pokój i małe dziecko, do tego zaprasza teściów. Ja z kolei umówiłam się już z Inżynierem, tradycyjnie, na Skype, na świąteczne śniadanko. I biedna Żona Kierownika, miotająca się między kuchnią a dzieckiem. Pomogłabym, ale kuchnię mają dokładnie jak moja, że jedna osoba w niej to tłum. I stół maleńki. Na szczęście zwyciężyła koncepcja, że zjedzą śniadanie u siebie z teściami, potem wleci po mnie. Ufff... Wino mam, dokupię coś dla Małej i spoko. Organizując zaś śniadanie u mnie to ja bym się utyrała, jak koń podczas westernu i nie pogadała z Inżynierem. No i te tony jedzenia, tradycyjnego, a ja mam zero tradycyjnych potraw, nie licząc jajeczek :D
Wiem, wiem, z jednej strony tak źle, jak człowiek sam, z drugiej też niedobrze :)
Gadrełko mnie boli, ale tak to jest, jak się okna w zimnie myje :P Ale nic to, Kochany Pamiętniczku, herbatka z imbirem i cytryną oraz miodem umarlaka na nogi postawi.
Będzie dobrze, musi być...
poniedziałek, 21 marca 2016
Bolało
jak zwlekałam zwłoki z łóżka, ale głupia cipa zamówiłam u kolegi ser i musiałam poleźć do pracy odebrać. Wprawdzie deklarował, że jak coś, to podleci i poda, ale sama perspektywa czekania na kogoś znów mnie przerosła, więc wolałam sama polecieć do pracy.
Nawet się nie zdziwili, że już jestem :) Przekonani, że ja do roboty :)
A ja serki wzięłam, życzenia pożyczyłam i spadłam, po drodze włażąc do Carrefoura.
I na blaszkę maciupką się natknęłam, w sam raz do babeczki.
Niedrogo.
I kupiłam, głupia cipa.
W domu ciasto ukręciłam i właśnie w piekarniku siedzi po bokach spalone na węgiel, a w środku zakalec na palec.
A kij z tym, dwa jajka w plecy, a cukier mam jeszcze z czasów kartkowych.
Przeżyję.
I zapisujemy w kajeciku: ciasta są w cukierniach i w Faworze.
Kiedyś, dawno, dawno temu, tak dawno, że to już nieprawda, piekłam co dzień.
I wychodziło mi to nieźle, za drzwi musiałam wyrzucać hołotę, która żebrała o wylizywanko. O wylizanie gałki. Mąż zawsze gałkę wylizywał, wyrzucając chłopaków i tłumacząc im, że nie mogą gałki lizać, bo będą mieli łyse żony. On tak z premedytacją lizał, teraz to wiem. Sam ma bujną czuprynę, pięknie siwą, a ja łysa i myszowata!
Drań!
Obrzydliwa larwa i szczeżuja...
Potem, w którymś momencie żadne ciasta mi się nie udawały, nie wiem, czy to wina pieca, że się zestarzał, czy urok jakiś, czy sraczka.
Od lat miewam zrywy, i niestety - zakalec albo inna klęska żywiołowa.
Zatem w foremkach będziemy zapiekać, a ciasta będziemy kupować.
Trochę się zaoszczędzi, co nie? :)
Okna wciąż kwitną. ale trudno, siłą do pracy zmuszła się nie będę. Przy brudnych będą takie same święta, jak przy idealnie czystych.
Przechodziłam koło mojego starego kościoła i odezwał się we mnie duch przekory. Nie chodzę do kościoła od lat, od lat tylko do święconki idę. W tym roku założyłam, że ją zignoruję (Baran na przykład u siebie w domu nigdy nie miał święconki i żyje), bo... Nie po drodze mi z nową parafią, a koperta na daninę diecezjalną w skrzynce to dla mnie szczyt chamstwa.
No i wlazłam do przedsionka i ogłoszenia parafialne czytając o mało rzewnie nie zapłakałam. Bo... koperty na daninę diecezjalną wciąż leżą pod chórem i nikt nie wtyka ich do skrzynek.
Więc sobie rzekłam, że pod prąd, pójdę do starego kościoła. Pod prąd, bo całe osiedle chodzi grzecznie do nowego. Ale tylko gówno płynie z prądem. I kto Starej Jędzy zabroni chodzić gdzie chce? Kościół to kościół. I tym pięknym sposobem rabanek mój będzie poświęcony, jak trzeba. Ha, tako i uczynię.
Czeka mnie jeszcze wyprawa do P&P, bo nigdzie w okolicy nie ma irlandzkiego masła. Tzn. w jednym sklepie jest, ale ich pogięło, bo po 9 zł kostka. Opłaci mi się wydać na bilet i jechać do P&P. Ciasta nie piekę, mam już zamówione w Faworze, wafle dziś kupiłam, mam masę kajmakową, dawno nie jadłam wafli. To zamiast mazurka, mazurki są przereklamowane i twarde :p
I tort daquoise, o ile dostanę, to kupię, bo na daquoise nie przyjmowali zapisów. Ale szaleć nie będę, jak nie dostanę.
Mam masę dobrych seriali i filmów. Właśnie przerabiam Maggie Smith, ona jest jedyna i niedopodrobienia. Kocham ją i uwielbiam.
Mam voucher do kina i jakby mi się udało dostać na Damę w vanie, byłoby super. Zobaczymy.
Narzeczona Inżyniera zdała część teoretyczną egzaminu na prawo jazdy. Będę umierała ze strachu, bo teraz ona będzie prowadziła samochód.
No nic, to racja, jeżeli nie mam na coś wpływu to na nic nie zda się zamartwianie. A na to akurat nie mam wpływu, bo taki mają plan...
I tak, Kochany Pamiętniczku, w następnym życiu wyskrobiemy potomstwo, a kupimy sobie kotka albo pieska.
Mam nadzieję, że wtedy będzie mniej zmartwień... :)
Nawet się nie zdziwili, że już jestem :) Przekonani, że ja do roboty :)
A ja serki wzięłam, życzenia pożyczyłam i spadłam, po drodze włażąc do Carrefoura.
I na blaszkę maciupką się natknęłam, w sam raz do babeczki.
Niedrogo.
I kupiłam, głupia cipa.
W domu ciasto ukręciłam i właśnie w piekarniku siedzi po bokach spalone na węgiel, a w środku zakalec na palec.
A kij z tym, dwa jajka w plecy, a cukier mam jeszcze z czasów kartkowych.
Przeżyję.
I zapisujemy w kajeciku: ciasta są w cukierniach i w Faworze.
Kiedyś, dawno, dawno temu, tak dawno, że to już nieprawda, piekłam co dzień.
I wychodziło mi to nieźle, za drzwi musiałam wyrzucać hołotę, która żebrała o wylizywanko. O wylizanie gałki. Mąż zawsze gałkę wylizywał, wyrzucając chłopaków i tłumacząc im, że nie mogą gałki lizać, bo będą mieli łyse żony. On tak z premedytacją lizał, teraz to wiem. Sam ma bujną czuprynę, pięknie siwą, a ja łysa i myszowata!
Drań!
Obrzydliwa larwa i szczeżuja...
Potem, w którymś momencie żadne ciasta mi się nie udawały, nie wiem, czy to wina pieca, że się zestarzał, czy urok jakiś, czy sraczka.
Od lat miewam zrywy, i niestety - zakalec albo inna klęska żywiołowa.
Zatem w foremkach będziemy zapiekać, a ciasta będziemy kupować.
Trochę się zaoszczędzi, co nie? :)
Okna wciąż kwitną. ale trudno, siłą do pracy zmuszła się nie będę. Przy brudnych będą takie same święta, jak przy idealnie czystych.
Przechodziłam koło mojego starego kościoła i odezwał się we mnie duch przekory. Nie chodzę do kościoła od lat, od lat tylko do święconki idę. W tym roku założyłam, że ją zignoruję (Baran na przykład u siebie w domu nigdy nie miał święconki i żyje), bo... Nie po drodze mi z nową parafią, a koperta na daninę diecezjalną w skrzynce to dla mnie szczyt chamstwa.
No i wlazłam do przedsionka i ogłoszenia parafialne czytając o mało rzewnie nie zapłakałam. Bo... koperty na daninę diecezjalną wciąż leżą pod chórem i nikt nie wtyka ich do skrzynek.
Więc sobie rzekłam, że pod prąd, pójdę do starego kościoła. Pod prąd, bo całe osiedle chodzi grzecznie do nowego. Ale tylko gówno płynie z prądem. I kto Starej Jędzy zabroni chodzić gdzie chce? Kościół to kościół. I tym pięknym sposobem rabanek mój będzie poświęcony, jak trzeba. Ha, tako i uczynię.
Czeka mnie jeszcze wyprawa do P&P, bo nigdzie w okolicy nie ma irlandzkiego masła. Tzn. w jednym sklepie jest, ale ich pogięło, bo po 9 zł kostka. Opłaci mi się wydać na bilet i jechać do P&P. Ciasta nie piekę, mam już zamówione w Faworze, wafle dziś kupiłam, mam masę kajmakową, dawno nie jadłam wafli. To zamiast mazurka, mazurki są przereklamowane i twarde :p
I tort daquoise, o ile dostanę, to kupię, bo na daquoise nie przyjmowali zapisów. Ale szaleć nie będę, jak nie dostanę.
Mam masę dobrych seriali i filmów. Właśnie przerabiam Maggie Smith, ona jest jedyna i niedopodrobienia. Kocham ją i uwielbiam.
Mam voucher do kina i jakby mi się udało dostać na Damę w vanie, byłoby super. Zobaczymy.
Narzeczona Inżyniera zdała część teoretyczną egzaminu na prawo jazdy. Będę umierała ze strachu, bo teraz ona będzie prowadziła samochód.
No nic, to racja, jeżeli nie mam na coś wpływu to na nic nie zda się zamartwianie. A na to akurat nie mam wpływu, bo taki mają plan...
I tak, Kochany Pamiętniczku, w następnym życiu wyskrobiemy potomstwo, a kupimy sobie kotka albo pieska.
Mam nadzieję, że wtedy będzie mniej zmartwień... :)
piątek, 18 marca 2016
Co dzień
rano patrzy na mnie z lustra coraz bardziej obca kobieta.
Strasznie szybko to idzie i nie wiem, dlaczego.
Co dzień mam mniej włosów, mimo że włosy mi nie wypadają jako takie, bo nie znajduję ich nigdzie, tak jak kiedyś.
Po prostu ich nie ma, znikają po cichu, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
Zastanawiam się, jak pójdę na ślub Inżyniera?
W peruce?
Nie umiem zaakceptować tej nowej, starej mnie.
Trudno.
Nie mam apetytu na życie.
Ani trochę.
Choć nic mi w nim nie brakuje, mam co jeść, dach nad głową, ulubione zabawki.
Zastanawiam się, co ze mną nie tak?
Bo że kierowniczkę proszą o złotówkę żule, to norma.
Kierowniczka nie nosi złotówek, ma kartę.
Ale w Galerii zaczepił mnie był młodzieniec. Hmmm. Za dużo powiedziane. Gimbaza. Siedzieli w grupie na korytarzu Galerii, gdzie wlazłam po kwiaty po pracy. Podszedł do mnie, ledwo mi do nosa sięgał. Takie chłopię w rurkach, z czapką z daszkiem nasuniętą na nos. I zdziwiony wielce, że nie rozumiem, co do mnie mówi. Tykał mnie. No ojaciepierdolę. Gówniarz, ile mógł mieć? Jakbym się mocno uparła, mógłby być moim wnukiem. Złotówkę chciał. Czego oczekiwał? Że wyciągnę portfel, z którym on zwieje? W naszej wsiowej galerii nie ma ochrony. Uśmiechnęłam się niewinnie i rzekłam (głupia cipa), że ja tylko kartę mam. A potem przez ramię patrzyłam, bo co szkodzi już w ciemności wyciągnąć mi kartę i wydobyć ze mnie PIN? A moje dzieci za 2,50 na godzinę pracowały, w czasach, gdy po 2,50 nie za bardzo opłacało się schylać. Niezłych dupków wychowałam, co nie?
Dziś po raz kolejny, tym razem na ulicy, zaczepił mnie facet w wieku moich chłopaków, długo i zawile mi tłumacząc, że potrzebuje pieniędzy i czy mogę mu pomóc.
Pieniądze miałam na samym dnie wózeczka, więc nie, nie pomogłam.
Czy ja, kurwa, wyglądam na Matkę Teresę?
A może wyglądam na ofiarę losu?
Nie wiem.
I znów, jak życie da, zwlokę rano z łóżka tę tłustą dupę, w korytarzu w lustrze, w drodze do łazienki zobaczę tę starą, łysą kobietę. bardziej łysą niż wczoraj...
Staram się.
Bratki posadziłam, chatę ogarnęłam, badyle poprzesadzałam, lodówkę umyłam, ale jaki to ma sens?
I na dole pięknie dynda zając od Dory :P
A jeden amarylis zrobił mi niespodziewajkę i kwitnie podwójnie. Nie pamiętam takiego...
Powinnam się cieszyć życiem, ale nie umiem.
Wstanę, spojrzę w lustrze na tę obcą babę i zapytam: po cholerę toto żyje?
I nie, że potrzebuję zapewnień, że jestem potrzebna.
Nie jestem.
I o tym wiem...
Strasznie szybko to idzie i nie wiem, dlaczego.
Co dzień mam mniej włosów, mimo że włosy mi nie wypadają jako takie, bo nie znajduję ich nigdzie, tak jak kiedyś.
Po prostu ich nie ma, znikają po cichu, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
Zastanawiam się, jak pójdę na ślub Inżyniera?
W peruce?
Nie umiem zaakceptować tej nowej, starej mnie.
Trudno.
Nie mam apetytu na życie.
Ani trochę.
Choć nic mi w nim nie brakuje, mam co jeść, dach nad głową, ulubione zabawki.
Zastanawiam się, co ze mną nie tak?
Bo że kierowniczkę proszą o złotówkę żule, to norma.
Kierowniczka nie nosi złotówek, ma kartę.
Ale w Galerii zaczepił mnie był młodzieniec. Hmmm. Za dużo powiedziane. Gimbaza. Siedzieli w grupie na korytarzu Galerii, gdzie wlazłam po kwiaty po pracy. Podszedł do mnie, ledwo mi do nosa sięgał. Takie chłopię w rurkach, z czapką z daszkiem nasuniętą na nos. I zdziwiony wielce, że nie rozumiem, co do mnie mówi. Tykał mnie. No ojaciepierdolę. Gówniarz, ile mógł mieć? Jakbym się mocno uparła, mógłby być moim wnukiem. Złotówkę chciał. Czego oczekiwał? Że wyciągnę portfel, z którym on zwieje? W naszej wsiowej galerii nie ma ochrony. Uśmiechnęłam się niewinnie i rzekłam (głupia cipa), że ja tylko kartę mam. A potem przez ramię patrzyłam, bo co szkodzi już w ciemności wyciągnąć mi kartę i wydobyć ze mnie PIN? A moje dzieci za 2,50 na godzinę pracowały, w czasach, gdy po 2,50 nie za bardzo opłacało się schylać. Niezłych dupków wychowałam, co nie?
Dziś po raz kolejny, tym razem na ulicy, zaczepił mnie facet w wieku moich chłopaków, długo i zawile mi tłumacząc, że potrzebuje pieniędzy i czy mogę mu pomóc.
Pieniądze miałam na samym dnie wózeczka, więc nie, nie pomogłam.
Czy ja, kurwa, wyglądam na Matkę Teresę?
A może wyglądam na ofiarę losu?
Nie wiem.
I znów, jak życie da, zwlokę rano z łóżka tę tłustą dupę, w korytarzu w lustrze, w drodze do łazienki zobaczę tę starą, łysą kobietę. bardziej łysą niż wczoraj...
Staram się.
Bratki posadziłam, chatę ogarnęłam, badyle poprzesadzałam, lodówkę umyłam, ale jaki to ma sens?
I na dole pięknie dynda zając od Dory :P
A jeden amarylis zrobił mi niespodziewajkę i kwitnie podwójnie. Nie pamiętam takiego...
Powinnam się cieszyć życiem, ale nie umiem.
Wstanę, spojrzę w lustrze na tę obcą babę i zapytam: po cholerę toto żyje?
I nie, że potrzebuję zapewnień, że jestem potrzebna.
Nie jestem.
I o tym wiem...
czwartek, 17 marca 2016
Rączka
mi się omsknęła, Kochany Pamiętniczku i się zamkło.
W sumie cud, że żyję, ale za to teraz pożyję, bo mam wolne do 4 kwietnia.
Miałabym dłużej, ale znów będzie akcja dziewczyny na traktory.
A tymczasem borem lasem jak na razie bratki cudnie co rano się do mnie uśmiechają, a i nowe cuda wianki rosną
A i na Manhattanie znów stoi Pan od Pomidorów i Badylków, więc polecę zobaczyć, co ma.
Będzie mi tylko trochę brakowało
Prawda, że pięknie w takiej scenerii wracać, choć niestety, powietrze nieświeże mocno jest i duszę się coraz bardziej... Ale będzie mi tych widoków brakowało...
Polecam. Na razie mam służbowy, ale łamię się i chyba kupię sobie do domu... Jest po prostu cudowny i waży 1,76 kg. Uczę się go na pamięć, a co? :) Każdy jakieś hobby ma. I zboczenie, of course...
Dziewczyna Inżyniera dziś odebrała. Im się podobają, a to najważniejsze. Dla mnie niczym się nie wyróżniają, ale na targach widziałam tyle, że ojapierdolę i dobrze, że nie musiałam kiedyś wybierać :P
I o kciuki proszę, przez co najmniej tydzień i dobre fluidy.
Potrzebne.
Bardzo...
A juterko zaczyna się orka. Balkon muszę ogarnąć, bo chlew się tam zrobił, badylki oczywiście, no i okna. Głośno o pomstę do nieba wołają.
A potem już będzie z górki :P
W sumie cud, że żyję, ale za to teraz pożyję, bo mam wolne do 4 kwietnia.
Miałabym dłużej, ale znów będzie akcja dziewczyny na traktory.
A tymczasem borem lasem jak na razie bratki cudnie co rano się do mnie uśmiechają, a i nowe cuda wianki rosną
A i na Manhattanie znów stoi Pan od Pomidorów i Badylków, więc polecę zobaczyć, co ma.
Będzie mi tylko trochę brakowało
Prawda, że pięknie w takiej scenerii wracać, choć niestety, powietrze nieświeże mocno jest i duszę się coraz bardziej... Ale będzie mi tych widoków brakowało...
Polecam. Na razie mam służbowy, ale łamię się i chyba kupię sobie do domu... Jest po prostu cudowny i waży 1,76 kg. Uczę się go na pamięć, a co? :) Każdy jakieś hobby ma. I zboczenie, of course...
Dziewczyna Inżyniera dziś odebrała. Im się podobają, a to najważniejsze. Dla mnie niczym się nie wyróżniają, ale na targach widziałam tyle, że ojapierdolę i dobrze, że nie musiałam kiedyś wybierać :P
I o kciuki proszę, przez co najmniej tydzień i dobre fluidy.
Potrzebne.
Bardzo...
A juterko zaczyna się orka. Balkon muszę ogarnąć, bo chlew się tam zrobił, badylki oczywiście, no i okna. Głośno o pomstę do nieba wołają.
A potem już będzie z górki :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























