Kochany Pamiętniczku :)
Warzywka, o dziwo, słowa dotrzymały i zamknęły się migusiem, aczkolwiek miałam orgazm, bo we wstępniaku ortograf był.
Korektorki tak mają, nie potrzebują faceta, dildo ani nic innego, zwykły ortograf i traaaach... orgazm :P
No a potem wylazła ze mnie SKS.
Starość, kurwa, starość.
Jako że zaplanowane było odebranie tłumaczenia aktu urodzenia Kalafiorkówny, wskoczyłam w autobus i scenariusze pisałam takie, że ojapierdole. Bo gdzie jest bankomat, bo mogę zapłacić tylko gotówką, a w portfelu mam 3 złote z groszami?
Nie, tego by żaden scenarzysta nie wymyślił, com nadziwowała.
Dotarłam do - a jakże - Santandera na rogu Św. Marcina i za to niebiosom dzięki. Bo miałam gdzie położyć okulary, które mi przeszkadzały, mogłam zdjąć rękawiczki i pogrzebać spokojnie w czeluściach niezbadanych mojej torby.
Pierwszy raz w życiu wsadziłam kartę odwrotnie do bankomatu, bo... normalnie mi nie wchodziła, więc pomyślałam, że hello, alzheimer, nic już nie pamiętam.
I sruuu... komunikat na monitorku, że coś się spieprzyło i nie ma kaski.
O dziwo, nie wpadłam w jeszcze większą panikę, okazuje się, że nic się nie stanie, jak wsadzę kartę nie tak.
Wsadzam odwrotnie i bankomat jest chętny do współpracy, daje mi moją kaskę.
Jak miło z jego strony :)
Karta w etui, kaska w przegródce, karta w swojej, rękawiczki, bryle, sprawdzanie czy nic nie zostało i w siną dal, w siną dal, lewa, prawa.
SKS.
Bo snieżek, taki fajny, seksowny prószy. Mógłby tak całą zimę prószyć, bo jest ojapierdolę, ale... na pasach ślisko, na każdej farbie ślisko i takie tam...
Więc pełzniemy, bo ani gips, ani żadne inne badziewie mi się nie uśmiecha...
Akt Kalafiorkówny odebrany i pani mi nawet 3 zł spuściła z ceny, choć dawałam końcóweczkę.
I o ile za Alienka zapłaciłam ponad 100 o ile dobrze pamiętam, za Kalafiorkównę policzyli mi złotych 73.
Cuda wianki, co nie? Bo akt urodzenia był identiko, no mniejsza z większym, zysk na 30 zł to już coś :D
A potem (potem to się śmierdzi, wiem) zaczęła się jazda na karuzeli bez trzymanki i zabezpieczeń.
W informacji pytam o to, gdzie, co i jak. Pokój 134, OK. No ale PESEL nie załatwię, bo nie. WTF?
Idę do pokoju 134, nawet długo nie czekam, bo jestem jedyna w kolejce.
I trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Nie zakładam aparatów, bo mi się nie chce, ale...
Mam poczekać na korytarzu. PESEL nie załatwię, nie ma opcji.
Pani nie wie na pewno, ale nie.
Idę poczekać i zakładam aparaty.
I dobrze, bo wezwana po jakiejś półgodzinie nie tylko muszę wypełnić pierdyliard podań, dyktowanych przez panią, ale i zostawić sporo kasy, dobrze, że można płacić kartą, to nie boli :p I telefon podać. I nie, pani nie może wysłać SMS, mogą tylko dzwonić. Pada na biedną Sikorę, jak zwykle, podaję jej numer, będą do niej dzwonić, a ona mi napisze, że mam leźć...
Co ja bym bez Sikoraska zrobiła [a BTW Sikora została po raz trzeci Mamą pięknej dziewuszki, ma więc na stanie dwie dziewczyny (przecudnej urody) i jednego mena (uroda powala na kolana). Dzieci mądre, grzeczne i kochane. Gratulacje dla Sikorki].
Ale PESEL|? Nie, pani radzi jednak zapytać w informacji again.
Jako że informacja na parterze, lezę i pytam. Nie, nie ma opcji, PESEL przy wyrabianiu dowodu albo paszportu nadają, a tego ja NIE MOGĘ załatwić, nawet mając upoważnienia od samego świętego Piotra. Nie ma opcji. Rodzice mogą, li i jedynie. To ja wiem, bo już przerabiałam to z Alienkiem. No ale dla Alienka wyrobiłam PESEL na placu Wolności... Pani patrzy na mnie jak na ufoludka i mówi, że musiało mi się coś pomylić, bo nie ma takiej opcji.
W tym momencie poległam.
To ten Austriak, który mi klucze chowa już się tak wycwanił?
Nic, tylko do Warty skakać.
Pani, zniesmaczona moim uporem, drukuje mi kolejny numerek do miejsca, gdzie wydają dowody i mam ich tam męczyć, skoro jestem tak uparta (a jeszcze kierownika nie wołałam, hahahaha).
Numerek szybko nadchodzi, ledwo zdążyłam i Inżyniera, i Synową zaalarmować, że dupa.
Pani w okienku 22 jest przyjazna i tłumaczy mi wszystko jak krowie na rowie.
Że przepisy się zmieniły, że nie ma opcji wyrobienia PESELU tak, jak kiedyś. Że można go zdobyć tylko w ten sposób. No i jak Inżnierostwo zaplanowali wyrabianie nie wiem czego - dowodu czy paszportu - przez konsulat, to po PESEL muszą jechać do... Warszawy.
Kurtyna.
Nie da się zacytować słów Inżyniera.
Moje ciśnienie osiągnęło maksimum, ale podziękowałam pani w okienku, bo co ona winna?
Inżynier będzie dzwonił do konsula, bo na stronie internetowej jest napisane co innego.
Wróciłam do domu oddychając w tytkę i mówiąc sobie, że wola boska i skrzypce.
Tylko odbiorę ten nieszczęsny akt urodzenia, wyślę do UK i nic więcej nie mogę.
A za to, że na angielskim akcie urodzenia nie ma nazwiska rodowego Inżyniera (który całe życie nazywał się tak, jak się nazywa) skasowali 39 zł.
I 17 zł za upoważnienie, które Inżynierostwo sami wydrukowali i podpisali, że mam wszelkie pełnomocnictwa.
Też tak chcę.
Autografów złożyłam milion pińset.
Na ile mam wycenić każdy?
Będę świnia i ściągnę z własnego dziecka.
A śnieżek cały czas prószył i prószył, ale się nie odkładał. Tylko na butach i na kółeczkach wózka wniosło się do mieszkania kilka ton piasku z solą, który musiałam więc migusiem sprzątnąć, żeby mi nie zeżarło toto paneli. No i w kapciach po tym jeździłam jak na lodzie.
Więc jest piątek wieczór. Gra radio Pogoda, a jakże.
Mieszkanie wycyckane, bo to już wolnym walcem poszło.
Śmieci z całego tygodnia wyniesione, te bio całkiem fajnie zamarzły w loggii (wracając do domu po 20 nie za bardzo miałam ochotę na marsz do śmietnika).
I już NIC nie muszę do poniedziałku, kiedy znów pomaszeruję w siną dal, w siną dal, lewa, prawa do ukochanej pracki, bo wciąż jestem potrzebna.
A jeszcze muszę na Sołacz skoczyć do pierwszej ukochanej pracki, która mnie kocha miłością wielką jak cały świat i wciąż ma mnie w funduszu socjalnym, chociaż nie pracuję tam do 1986 roku.
Taki to kraj.
Pojebany, co nie?
Ale skoro wychowałam dwójkę dzieci sama, bez alimentów, bez zasiłku rodzinnego, bo wciąż zarabiałam te 5 zyla za dużo, a emeryturę będę miała niedługo mniejszą, niż matki wychowujące czwórkę i nigdy niepracujące, to dlaczego nie?
Pokręcony ten kraj, ale i tak go kocham :D
piątek, 25 stycznia 2019
czwartek, 24 stycznia 2019
Życie
z wariatami, Kochany Pamiętniczku, do końca świata i jeden dzień dłużej.
Ale...
Ile bym nie narzekała, jest ciekawie, jest adrenalina, jest to coś.
I to, co spływa po wykreśleniu w harmonogramie kolejnego numeru (taki rytuał na szczęście, a co mi tam, cierpię, jak zapomnę).
I jak nieziemsko smakuje piwko po wszystkim.
Nawet jak w perspektywie tylko trzy dni przerwy i znów apiać od nowa...
I New Amsterdam, zjechany przez krytykę, ale...
Akurat TEN odcinek. Nie, nie utożsamiam się z nikim już od dawna. A to wiadomo- amerykański wyciskacz łez i takie tam.
Ale czasem trzeba i takie coś oglądnąć, żeby upewnić się, że i tak warto żyć.
Nawet gdy na co dzień pod górkę i pod wiatr, i po zapłaceniu w Biedronce kartą, w portfel zaplątuje się chusta zarzucona na ramiona i ni chuja nie można opanować torebek, tobołków, rękawiczek i wychodzi na to, że jestem stara, niedołężna, i pora umierać, żeby nie tamować kolejki, a w sklepie nagrzane na maksa, a ja dziś po raz pierwszy od 15 lat założyłam coś a la podkoszulek, których dawno się pozbyłam, bo wciąż mi było za gorąco, ale wczoraj na przystanku przy wiejącym wietrze czułam każdą nereczkę z osobna...
Starość, kurwa, starość, okrutna jest.
Ale i tak warto żyć.
Kiedyś przyjdzie wiosna i będzie w sam raz.
I będą bratki, a co?
Będą, Kochany Pamiętniczku, mam jeszcze dużo do załatwienia.
I niech to będzie jak amerykański film.
Bez shutdown :P
Ale...
Ile bym nie narzekała, jest ciekawie, jest adrenalina, jest to coś.
I to, co spływa po wykreśleniu w harmonogramie kolejnego numeru (taki rytuał na szczęście, a co mi tam, cierpię, jak zapomnę).
I jak nieziemsko smakuje piwko po wszystkim.
Nawet jak w perspektywie tylko trzy dni przerwy i znów apiać od nowa...
I New Amsterdam, zjechany przez krytykę, ale...
Akurat TEN odcinek. Nie, nie utożsamiam się z nikim już od dawna. A to wiadomo- amerykański wyciskacz łez i takie tam.
Ale czasem trzeba i takie coś oglądnąć, żeby upewnić się, że i tak warto żyć.
Nawet gdy na co dzień pod górkę i pod wiatr, i po zapłaceniu w Biedronce kartą, w portfel zaplątuje się chusta zarzucona na ramiona i ni chuja nie można opanować torebek, tobołków, rękawiczek i wychodzi na to, że jestem stara, niedołężna, i pora umierać, żeby nie tamować kolejki, a w sklepie nagrzane na maksa, a ja dziś po raz pierwszy od 15 lat założyłam coś a la podkoszulek, których dawno się pozbyłam, bo wciąż mi było za gorąco, ale wczoraj na przystanku przy wiejącym wietrze czułam każdą nereczkę z osobna...
Starość, kurwa, starość, okrutna jest.
Ale i tak warto żyć.
Kiedyś przyjdzie wiosna i będzie w sam raz.
I będą bratki, a co?
Będą, Kochany Pamiętniczku, mam jeszcze dużo do załatwienia.
I niech to będzie jak amerykański film.
Bez shutdown :P
środa, 23 stycznia 2019
Całe
życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku.
No ale dzień minął i znów tylko 10 godzin, nie dlatego, że lubię, ale dlatego że dla chleba, panie, dla chleba.
Myślałam, że zastępował mnie jakiś młokos, ale nie, ponoć stateczny pan w statecznym wieku, sporo się dowiedziałam.
Od koleżanki, której najbardziej na odcisk wlazł, bo czekałyśmy obie aż Boss ogarnie tę kuwetę i zaakceptuje...
Gość nawet komputera nie włączył, byłam zdziwiona po powrocie, że nie ma żadnych emilków, ale myślałam, że pracował w innym pomieszczeniu.
Ale nie.
OJAPIERDOLĘ.
Gość obie korekty robił na papierze.
To po co w ogóle komputery?
Tekst w komputerze można spokojnie poprawić, nie ma problemu, nieważne, czy to Word, czy program graficzny i tekst już złamany (dla laików: strona wygląda jak w gazecie, jest do tego program). I Word, i program graficzny mają taką opcję, że widać, kto po nas albo przed nami majstrował.
Oszczędza to pracy autorowi - widzi moje grzebanie, jak mu się nie podoba, ma opcję, że nie akceptuje tego.
A potem ja dostaję na wydruku do II korekty już w zasadzie gotowy tekst.
Z wydrukiem autor ma robotę, bo musi sam nanosić poprawki, nic mu się "samo" nie zrobi.
Ale pierwsza korekta na papierze? Mogiła. U mnie zazwyczaj, jak ktoś się zagapi to lecę i pytam, czy na pewno chce na papierze? Bo czasami tekst jest tak zachamęcony, że ja sama nie mogę znaleźć gdzie co poprawiałam.
No ale mniejsza z większym, przeżyli.
Nie potrafię jednak zrozumieć ludzi stroniących od ułatwień w życiu.
Tak samo miałam w pierwszej pracy, gdy byłam - jak pięknie to brzmi - młodszym bibliotekarzem.
Na stanie była jedna archaiczna maszyna do pisania, o kompikach wtedy się nikomu nawet nie śniło.
Maszynę okupowała szefowa, a jakże, pisząca na niej chujwico jednym palcem z wielkim mozołem.
A ja, jak ten niewolnik, katalogowałam książki w pocie czoła, wypisując czasem pierdyliard kart do jednej cienkiej broszurki, bo a to i tłumacz, i redaktor, i ilustrator, karta do katalogu alfabetycznego, do działowego, do dziesiętnego, odsyłacze do współautorów i inne takie tam, do dziś mam zimny pot na plecach :)
Rozpusta była, jak szefowa szła na urlop i dostawałam maszynę w swoje szpony: katalogowanie szło migusiem i w tydzień katalogowałam to, co szefowa na kupce przydzielała mi na miesiąc, a potem katalogowałam przydział koleżanek i miałyśmy dużo wolnego czasu.
Do dziś w szpargałach mam popsute karty katalogowe...
Nie wyrzucało się tego, na drugiej stronie można było coś zapisać, papier się ceniło wtedy.
A potem zupełnie nie rozumiałam koleżanek, które marudziły, że muszą się uczyć kolejnych programów na komputery do obsługi biblioteki. Taką SOWĘ to ja sobie sama ściągnęłam z neta, żeby sprawdzić, jak to działa i nie wiem, czego one się chciały tam uczyć.
To było jak budowa cepa. Proste i genialne.
Więc nie, nie znajduję usprawiedliwienia dla gościa, choć koleżanka mówiła o nim dziadyga, pewno ze złości, że jej tak namącił.
Obsługa Worda też jest prosta jak budowa cepa.
No a poza tym to mężczyzna, pan i władca stworzenia, mądry, wszystkowiedzący i dał się byle kompikowi zagiąć? Mięczak :P
No a mnie, jak zwykle, praca kocha. Niby już nie pracuję od jutra, ale tak jakoś wyszło, że od wtorku jestem przydasię.
Olałabym to ciepłym strumieniem moczu, ale żal mi kolegów.
I nawet nie idę się szarpać o te parę złotych. Szkoda moich nerwów. Mniej ich stracę, wpadając na gotowe do zrobienia na parę godzin. A czuję się zobowiązana za ten miesiąc, bo u nas nie ma opcji, ze ktoś dostaje cały miesiąc urlopu, wiem, niezgodne z Kodeksem pracy, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz? W PL nie ma jednak rynku pracownika, wbrew doniesieniom mediów. A ja w ciągu ośmiu lat dostałam dwa całe miesiące ciurkiem urlopu. Niby należały się, jak psu zupa, ale każdy ma prawo do szczęścia, ale nie każdy ma szczęście do prawa, co nie?
Zatem jeszcze jutro, a potem już będzie wolnym walcem i z górki :D
Żyję w innym czasie, bo za mną już luty, zamykam jutro lutowy numer, w lutym będę w czasie marcowym.
Takie tempo przyspieszone :D
No ale dzień minął i znów tylko 10 godzin, nie dlatego, że lubię, ale dlatego że dla chleba, panie, dla chleba.
Myślałam, że zastępował mnie jakiś młokos, ale nie, ponoć stateczny pan w statecznym wieku, sporo się dowiedziałam.
Od koleżanki, której najbardziej na odcisk wlazł, bo czekałyśmy obie aż Boss ogarnie tę kuwetę i zaakceptuje...
Gość nawet komputera nie włączył, byłam zdziwiona po powrocie, że nie ma żadnych emilków, ale myślałam, że pracował w innym pomieszczeniu.
Ale nie.
OJAPIERDOLĘ.
Gość obie korekty robił na papierze.
To po co w ogóle komputery?
Tekst w komputerze można spokojnie poprawić, nie ma problemu, nieważne, czy to Word, czy program graficzny i tekst już złamany (dla laików: strona wygląda jak w gazecie, jest do tego program). I Word, i program graficzny mają taką opcję, że widać, kto po nas albo przed nami majstrował.
Oszczędza to pracy autorowi - widzi moje grzebanie, jak mu się nie podoba, ma opcję, że nie akceptuje tego.
A potem ja dostaję na wydruku do II korekty już w zasadzie gotowy tekst.
Z wydrukiem autor ma robotę, bo musi sam nanosić poprawki, nic mu się "samo" nie zrobi.
Ale pierwsza korekta na papierze? Mogiła. U mnie zazwyczaj, jak ktoś się zagapi to lecę i pytam, czy na pewno chce na papierze? Bo czasami tekst jest tak zachamęcony, że ja sama nie mogę znaleźć gdzie co poprawiałam.
No ale mniejsza z większym, przeżyli.
Nie potrafię jednak zrozumieć ludzi stroniących od ułatwień w życiu.
Tak samo miałam w pierwszej pracy, gdy byłam - jak pięknie to brzmi - młodszym bibliotekarzem.
Na stanie była jedna archaiczna maszyna do pisania, o kompikach wtedy się nikomu nawet nie śniło.
Maszynę okupowała szefowa, a jakże, pisząca na niej chujwico jednym palcem z wielkim mozołem.
A ja, jak ten niewolnik, katalogowałam książki w pocie czoła, wypisując czasem pierdyliard kart do jednej cienkiej broszurki, bo a to i tłumacz, i redaktor, i ilustrator, karta do katalogu alfabetycznego, do działowego, do dziesiętnego, odsyłacze do współautorów i inne takie tam, do dziś mam zimny pot na plecach :)
Rozpusta była, jak szefowa szła na urlop i dostawałam maszynę w swoje szpony: katalogowanie szło migusiem i w tydzień katalogowałam to, co szefowa na kupce przydzielała mi na miesiąc, a potem katalogowałam przydział koleżanek i miałyśmy dużo wolnego czasu.
Do dziś w szpargałach mam popsute karty katalogowe...
Nie wyrzucało się tego, na drugiej stronie można było coś zapisać, papier się ceniło wtedy.
A potem zupełnie nie rozumiałam koleżanek, które marudziły, że muszą się uczyć kolejnych programów na komputery do obsługi biblioteki. Taką SOWĘ to ja sobie sama ściągnęłam z neta, żeby sprawdzić, jak to działa i nie wiem, czego one się chciały tam uczyć.
To było jak budowa cepa. Proste i genialne.
Więc nie, nie znajduję usprawiedliwienia dla gościa, choć koleżanka mówiła o nim dziadyga, pewno ze złości, że jej tak namącił.
Obsługa Worda też jest prosta jak budowa cepa.
No a poza tym to mężczyzna, pan i władca stworzenia, mądry, wszystkowiedzący i dał się byle kompikowi zagiąć? Mięczak :P
No a mnie, jak zwykle, praca kocha. Niby już nie pracuję od jutra, ale tak jakoś wyszło, że od wtorku jestem przydasię.
Olałabym to ciepłym strumieniem moczu, ale żal mi kolegów.
I nawet nie idę się szarpać o te parę złotych. Szkoda moich nerwów. Mniej ich stracę, wpadając na gotowe do zrobienia na parę godzin. A czuję się zobowiązana za ten miesiąc, bo u nas nie ma opcji, ze ktoś dostaje cały miesiąc urlopu, wiem, niezgodne z Kodeksem pracy, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz? W PL nie ma jednak rynku pracownika, wbrew doniesieniom mediów. A ja w ciągu ośmiu lat dostałam dwa całe miesiące ciurkiem urlopu. Niby należały się, jak psu zupa, ale każdy ma prawo do szczęścia, ale nie każdy ma szczęście do prawa, co nie?
Zatem jeszcze jutro, a potem już będzie wolnym walcem i z górki :D
Żyję w innym czasie, bo za mną już luty, zamykam jutro lutowy numer, w lutym będę w czasie marcowym.
Takie tempo przyspieszone :D
wtorek, 22 stycznia 2019
Tylko
miodowe, światełka i radio Pogoda trzymają mnie przy zdrowych zmysłach, Kochany Pamiętniczku :D
Tak wyszło.
Niedziela leniwie minęła, albowiem przygotowywałam się do comiesięcznej orki.
W poniedziałek, o dziwo, light, hasta manana, do czasu.
Do czasu, gdy okazało się, że zamiast "mamy mało stron" ("tylko" 130) mamy bardzo dużo stron. 200. Znaczy się, ja mam 140 dodatkowych stron do ogarnięcia oprócz tych 260, z których może 130 było gotowe. I to nie na bank. No nic, tralala, hop i siup, wszak Stara Jędza jest nie do zdarcia, co nie?
A w przelocie na korytarzu, w drodze do kibli (tak, tak życie jest prozaiczne i wymaga chodzenia tam, gdzie nawet król popierdala piechotą i bez asysty), uścisk dłoni Bossa i przeciągły jęk, który wyrwał się z jego piersi: pani tu jeszcze pracuje.
No, kurwa, tak jakby.
Hahahahaha, co nie?
Obiadek miałam, więc przeżyłam.
Za to po powrocie na memłon domowy nie mogłam się na niczym skupić i nawet głupiego serialu jednego odcinka nie zmogłam.
Za to całą noc pisałam maturę z Matrixa, którego treści nichuchu nie pamiętałam...
No, ale ile lat już minęło, odkąd całego Matrixa wciągnęłam z zapartym tchem i z Inżynierem u boku?
Nastał wtorek, tak szalony, że wychodząc z pracy przez jakieś 200 metrów zastanawiałam się, jaki dziś dzień. Na pewno wtorek? A może jednak poniedziałek? A może jestem po drugiej stronie lustra i jest dopiero niedziela? A może nietrzeźwa jestem?
Mniejsza z większym. Gdyby przyznawano tytuł Naczelnego Destruktora, wiadomo, kto by go zdobył, a jakże.
Niezwłocznie, jak mówi mój ulubiony Grześ.
Poległam, autentycznie poległam pod stertą pierdyliardów emilków i wydruczków i na to triumfująco wkroczył Gość od Kaski, o której Chłop nie wie i z boleścią na twarzy i garścią wydruczków w ręku pierdolić zaczął jak potłuczony o bibelce i innych tam.
Parampampam.
Zamykają 31 stycznia.
No, kurwa, a kto w zeszłym tygodniu emilka spłodził, że w tym tygodniu SJ jest pod ochroną?
No kto, kurwa?
W emilkach zaś chmura się rozpieprzyła i sypnęło, bo i warzywka, kurwa, wzięły się do roboty.
Wzdech.
Rzuciłam tę brudną robotę, bo i sekretarka dostała zadanie (a jakże, wszyscy pracują, parampampam, nawet ci zwolnieni, a skoro nie pracują, bo mają na to wyjebane, to inni dostają ich przydział), a upierdliwa jest, bo nic nie wie i nie rozumie (taka tam blondi, że blondynki przy niej to gejzery intelektu) i nie ogarniała, dlaczego mi to rybka, że nie wytłumaczę jaśniej, bo to nie moja działka i mimo najlepszych chęci NIE WIEM, jak to działa...
Granat, granat, wysadzę to jak Ordon swą redutę, w pizdu.
Poszłam sobie odgrzać obiad, na szczęście zabrałam żarełko.
I nie było zmiłuj, że ktoś już nie może.
Bo ja też nie mogłam, albowiem i jęczmień był borowany. I temperatura na Ziemi rośnie o 2 stopnie w ciągu roku (czy ja, kurwa, muszę wszystko wiedzieć i negować wszystkie rewelacje ludzi, biorących za swoją pracę kasę większą jak ja? Może lepiej co miesiąc przeżywać śledztwo pod tytułem: kto to puścił? Bo co mnie to, jestem od przecinków, które Wszechwiedzący też poprawia, bo może) .
I nazwisko, powiedzmy Twardy, zapisane było Twarty przez samego autora.
Kurwa.
I parę innych zabawek takich tam.
Ale powoli dojechałam do brzegu, no co, ja nie dopłynę?
16.45 było ogarnięte to, za co mi płacą i jeszcze troszkę, co miało być na juterko.
O 18.30 była ogarnięta cała reszta, z tej kasy o której chłop nie wie plus warzywka.
Zostały wydruki, no ale nawet jak mi dobrze płacą, to nie aż tyle, bym zarywała noc.
Jutro też jest dzień, moje oczy nie mają ceny. A piwo się samo nie wypije, co nie? :)
Mieszkam w trzecim najbardziej zanieczyszczonym smogiem mieście na świecie.
Nic dziwnego, że zdycham, wchodząc pod górkę i nie, to nie wina tego, że jestem wielorybem.
W sumie, żebym nie bała się tego, że za kilka miesięcy nie będę miała z czego dokładać do życia, rzuciłabym tę brudną robotę i wzięłabym się za węgiel.
Tylko czy byłabym tak szczęśliwa, jak dziś, gdy wleciawszy do chaupki, pozapalałam te wszystkie takie tam, migające albo i nie, śmierdzące albo pachnące, zdarłam z siebie te ciuchy w całości oprócz gatek, wskoczyłam w dresy i...
Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja...
Bez godzin i bez kalendarzy - no to już licentia poetica, bo w kalendarz patrzeć muszę.
Do następnego ponarzekania, Kochany Pamiętniczku, nikt mnie nie rozumie tak jak ty :P
Tak wyszło.
Niedziela leniwie minęła, albowiem przygotowywałam się do comiesięcznej orki.
W poniedziałek, o dziwo, light, hasta manana, do czasu.
Do czasu, gdy okazało się, że zamiast "mamy mało stron" ("tylko" 130) mamy bardzo dużo stron. 200. Znaczy się, ja mam 140 dodatkowych stron do ogarnięcia oprócz tych 260, z których może 130 było gotowe. I to nie na bank. No nic, tralala, hop i siup, wszak Stara Jędza jest nie do zdarcia, co nie?
A w przelocie na korytarzu, w drodze do kibli (tak, tak życie jest prozaiczne i wymaga chodzenia tam, gdzie nawet król popierdala piechotą i bez asysty), uścisk dłoni Bossa i przeciągły jęk, który wyrwał się z jego piersi: pani tu jeszcze pracuje.
No, kurwa, tak jakby.
Hahahahaha, co nie?
Obiadek miałam, więc przeżyłam.
Za to po powrocie na memłon domowy nie mogłam się na niczym skupić i nawet głupiego serialu jednego odcinka nie zmogłam.
Za to całą noc pisałam maturę z Matrixa, którego treści nichuchu nie pamiętałam...
No, ale ile lat już minęło, odkąd całego Matrixa wciągnęłam z zapartym tchem i z Inżynierem u boku?
Nastał wtorek, tak szalony, że wychodząc z pracy przez jakieś 200 metrów zastanawiałam się, jaki dziś dzień. Na pewno wtorek? A może jednak poniedziałek? A może jestem po drugiej stronie lustra i jest dopiero niedziela? A może nietrzeźwa jestem?
Mniejsza z większym. Gdyby przyznawano tytuł Naczelnego Destruktora, wiadomo, kto by go zdobył, a jakże.
Niezwłocznie, jak mówi mój ulubiony Grześ.
Poległam, autentycznie poległam pod stertą pierdyliardów emilków i wydruczków i na to triumfująco wkroczył Gość od Kaski, o której Chłop nie wie i z boleścią na twarzy i garścią wydruczków w ręku pierdolić zaczął jak potłuczony o bibelce i innych tam.
Parampampam.
Zamykają 31 stycznia.
No, kurwa, a kto w zeszłym tygodniu emilka spłodził, że w tym tygodniu SJ jest pod ochroną?
No kto, kurwa?
W emilkach zaś chmura się rozpieprzyła i sypnęło, bo i warzywka, kurwa, wzięły się do roboty.
Wzdech.
Rzuciłam tę brudną robotę, bo i sekretarka dostała zadanie (a jakże, wszyscy pracują, parampampam, nawet ci zwolnieni, a skoro nie pracują, bo mają na to wyjebane, to inni dostają ich przydział), a upierdliwa jest, bo nic nie wie i nie rozumie (taka tam blondi, że blondynki przy niej to gejzery intelektu) i nie ogarniała, dlaczego mi to rybka, że nie wytłumaczę jaśniej, bo to nie moja działka i mimo najlepszych chęci NIE WIEM, jak to działa...
Granat, granat, wysadzę to jak Ordon swą redutę, w pizdu.
Poszłam sobie odgrzać obiad, na szczęście zabrałam żarełko.
I nie było zmiłuj, że ktoś już nie może.
Bo ja też nie mogłam, albowiem i jęczmień był borowany. I temperatura na Ziemi rośnie o 2 stopnie w ciągu roku (czy ja, kurwa, muszę wszystko wiedzieć i negować wszystkie rewelacje ludzi, biorących za swoją pracę kasę większą jak ja? Może lepiej co miesiąc przeżywać śledztwo pod tytułem: kto to puścił? Bo co mnie to, jestem od przecinków, które Wszechwiedzący też poprawia, bo może) .
I nazwisko, powiedzmy Twardy, zapisane było Twarty przez samego autora.
Kurwa.
I parę innych zabawek takich tam.
Ale powoli dojechałam do brzegu, no co, ja nie dopłynę?
16.45 było ogarnięte to, za co mi płacą i jeszcze troszkę, co miało być na juterko.
O 18.30 była ogarnięta cała reszta, z tej kasy o której chłop nie wie plus warzywka.
Zostały wydruki, no ale nawet jak mi dobrze płacą, to nie aż tyle, bym zarywała noc.
Jutro też jest dzień, moje oczy nie mają ceny. A piwo się samo nie wypije, co nie? :)
Mieszkam w trzecim najbardziej zanieczyszczonym smogiem mieście na świecie.
Nic dziwnego, że zdycham, wchodząc pod górkę i nie, to nie wina tego, że jestem wielorybem.
W sumie, żebym nie bała się tego, że za kilka miesięcy nie będę miała z czego dokładać do życia, rzuciłabym tę brudną robotę i wzięłabym się za węgiel.
Tylko czy byłabym tak szczęśliwa, jak dziś, gdy wleciawszy do chaupki, pozapalałam te wszystkie takie tam, migające albo i nie, śmierdzące albo pachnące, zdarłam z siebie te ciuchy w całości oprócz gatek, wskoczyłam w dresy i...
Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja...
Bez godzin i bez kalendarzy - no to już licentia poetica, bo w kalendarz patrzeć muszę.
Do następnego ponarzekania, Kochany Pamiętniczku, nikt mnie nie rozumie tak jak ty :P
piątek, 18 stycznia 2019
W zawieszeniu
jakimś jestem, Kochany Pamiętniczku.
Wciąż ze mnie to nie spłynęło, a przeraża mnie wylewająca się zewsząd rzeka nienawiści.
Obrzucania się gównem z lewa i z prawa, ze środka i z centrum.
I nawet jak stanę na środku miasta z transparentem "Ciszej nad tą trumną" - nie zmienię nic.
Więc co zrobić?
Nic. Żyć jak dotąd.
Prosto, starając się nikogo i niczego nie krzywdzić.
Nie komentuję nawet ani nie wrzucam memów na FB, co raczej do mnie niepodobne, ale nie, nie da się.
Nie ma we mnie zgody na zło. Ale też nie będę przeciwników obrzucała gównem, bo zniżę się do ich poziomu.
Nie warto.
Ale na wymioty zbiera mi się, gdy w wiosce widzę autobusy oklejone na tyłach cytatami z Wyszyńskiego, bannery na ulicach, bannerki w bimbach i autobusach, siedzenia w bimbach oklejone ABC Krucjaty Społecznej Miłości.
Ja PIERDOLĘ.
Wiadomo, zapłacone, ma prawo wisieć.
Wisi.
Ale kto to czyta, oprócz mnie, bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zdaniem moich dziecków czytam nawet dodupny papier, jeśli jest zadrukowany i znajduję na nim błędy.
I często słyszę: skąd wiesz?
Ano stąd, że czytam.
Nawet papier dodupny.
Żeby chociaż co drugi katolik stosował to wszystko, co w jego imieniu i pod jego adresem jest wszędzie wywieszane, mielibyśmy raj na Ziemi.
Co ja mówię, żeby chociaż Pismo św. ze zrozumieniem ludzie czytali.
Ze zrozumieniem.
No nic, pomarzyć można.
Napisałam do szwagierki, tej, co mi papiery dostarczyła delegowana przez tego hmmm... Zamilknę.
Okazało się, że choruje, jak mniemam, na nowotwór, ale nie chce o tym mówić.
OK, ma prawo. Sympatyczna korespondencja kwitnie. I poinformowała TEGO o Kalafiorkównie, a jakże, pogratulował, zapewnił o swojej chęci nieustannej pomocy dla mnie.
Nosz, wielki chrześcijanin. Najpierw okradł moje dzieci, a teraz chce mi pomagać?
Nie, dziękuję, postoję.
I jak mam jej wytłumaczyć, że to nie jest dobry człowiek?
Nic, zamilknę. Uśmiechnę się, jak będzie chciała i potrzebowała spotkam się z nią.
Nic, kurwa, nie będę tłumaczyła komuś, kto nie ogarnia rzeczy oczywistych.
Błogosławiona w swej niewiedzy czy zwyczajnie głupia?
A może kieruje się właśnie wskazaniami niniejszej krucjaty?
Chociaż w sumie bliżej jej do czarnej magii jak do chrześcijaństwa, bo to i feng shui, i numerologia, i inne czary mary.
Zdaniem numerologii, o czym nie omieszkała mnie poinformować, Kalafiorkówna to bardzo mocna wiedźma.
A czego się spodziewać po wnuczce Starej Jędzy?
Zatem wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, w wiosce się dzieje
Bo to i zamieć, że ojapierdolę, świata nie widać.
I złoto wszędzie...
... i diamenty, a jakże...
... i prawie już wiosna, tak słoneczko grzeje, ale ponoć zima będzie jeszcze atakować.
No cóż, wolno jej, wszak styczeń mamy.
Wczoraj kolęda była, ale olałam. Po prostu uwinęłam się ze wszystkim migiem, zamknęłam drzwi i nie zareagowałam na dzwonek.
Gdzie mnie pochowają, to już nie moje zmartwienie.
Od lat nie byłam w kościele, ostatni raz na pogrzebie Eksa, a i to tylko dlatego, że była msza.
Nie bo nie. I już. Po godzinie rozpoczęcia kolędy i po liczbie mieszkań oraz po godzinie dzwonka do moich drzwi obliczyłam, że średnio duszpasterz gościł w mieszkaniu niecałe 10 minut. Więc w dupie mam taką wizytę kogoś obcego u mnie.
Obcego, bo ani ja go nie znam, ani on mnie, a ostatni, którego "gościłam" potraktował mnie jak niedorozwiniętą idiotkę.
Może i nią jestem, ale nie aż tak niedorozwinięta.
Nevermind :p
Niespodziewajkę zaś znalazłam w szparze unijnej. Grubo przed czasem, bo w zeszłym roku doszła po terminie.
Alienek sam wykleił, a Kalafiorkówna dorzuciła w gratisie zdjęcie z dnia, kiedy się urodziła :D Bo kleić jeszcze nie potrafi, guła jedna, mimo że Alienek nad nią usilnie pracuje, dokształcając ją wszechstronnie.
I jakie słodkie życzenia podyktowali matce do napisania, jako że są jeszcze niepiśmienni, analfabeci jedni :D
Miło. Cokolwiek mam do synowej, miło, że pamięta. Nie wnikam w intencje, doceniam. Że jestem prawie jak kotełki, które dostają tort w swoje urodziny. No, wiem, że daleko mi do kotecków, ale doceniam :)
A z pracowego frontu niespodziewajka dziś, że ojapierdolę.
Jako że po powrocie nikt specjalnie entuzjastycznie mnie nie witał, poczułam się z leksza niedopieszczona, no ale cóż, poza tym emilkiem od Bossa, który ganił zespół za całokształt, zaczęły mnie nachodzić myśli, że są jednak lepsi ode mnie i pora szukać powoli kartonu na swoje zabawki. Badyle, of course, zostaną jako wspomnienie po mnie, albowiem nie ma opcji zmieszczenia ich w chaupce, nie mówiąc już o ich przewiezieniu.
I tak sobie siedzę dziś, gdy wtem wparowuje do mej samotni pani M., z obłędem w oczach, z pianą na ustach, i rzecze w te słowa: Pani SJ, jak dobrze, ze pani jest. Niech mi pani obieca, że już pani nie będzie brała urlopu na cały miesiąc. WTF? Pogięło kobietę, czy cuś?
Nie, nie pogięło, nie miała czasu na pogawędki, seminaria i takie tam. Awansowała tak jakby, mniejsza z większym, ma coraz więcej na głowie, no cóż, tak to jest, jak się drapie na szczyty.
A mój zastępca, hmmmm... To był gość, który kiedyś korekcił już wydrukowaną gazetę, no i cała afera była.
Wiem dlaczego, powiem krótko: co innego jest czytać gazetkę już dwa razy wygładzoną, w zaciszu domowego fotela, z terminem dwutygodniowym, a co innego robić cuda od ręki, w cztery dni, a i to niecałe.
Nieważne.
Pani M. była zbulwersowana, bo mało, że robił wolno i kazał na siebie czekać, poprawiał fachowe rzeczy, o których nie miał zielonego pojęcia, to jeszcze, jej słowa: z PiS-u był, wtrącał się merytorycznie w nasze teksty, mówił, że nie można cytować autentycznych wypowiedzi rolników...
Zostawiła mi gazetę z prośbą, żebym rzuciła na nią okiem.
Do głowy mi nie przyszło takie sprawdzanie, bo chuj mnie wydrukowana gazeta...
Ale...
Przeczytałam tylko wstępniak, nad którym zawsze na baczność pracuję, bo wiadomo, wstępniak.
Już w tytule był błąd. Brak przecinka, ewentualnie myślnika :)
A potem z górki, nie puściłabym szefowi takie tekstu, chociaż kosztowałoby mnie to kilka minut - delikatnie mówiąc - polemiki i udowadniania moich racji.
Uświadomiłam panią M., że w sumie to ja już stara jestem i...
Zbladła, wyjęczała: ale jest pani zdrowa i niech pani pracuje...
To się nazywa dobrze życzyć drugiemu, co nie?
Nie powiem, cieszy mnie, że jestem.
Że jestem wciąż komuś potrzebna.
Chociażby Baranowi do picia, a tak biedak musi pić sam, do lusterka.
Dobrze, że je ma, bo moje wszystkie już popękały :D
Wciąż ze mnie to nie spłynęło, a przeraża mnie wylewająca się zewsząd rzeka nienawiści.
Obrzucania się gównem z lewa i z prawa, ze środka i z centrum.
I nawet jak stanę na środku miasta z transparentem "Ciszej nad tą trumną" - nie zmienię nic.
Więc co zrobić?
Nic. Żyć jak dotąd.
Prosto, starając się nikogo i niczego nie krzywdzić.
Nie komentuję nawet ani nie wrzucam memów na FB, co raczej do mnie niepodobne, ale nie, nie da się.
Nie ma we mnie zgody na zło. Ale też nie będę przeciwników obrzucała gównem, bo zniżę się do ich poziomu.
Nie warto.
Ale na wymioty zbiera mi się, gdy w wiosce widzę autobusy oklejone na tyłach cytatami z Wyszyńskiego, bannery na ulicach, bannerki w bimbach i autobusach, siedzenia w bimbach oklejone ABC Krucjaty Społecznej Miłości.
Ja PIERDOLĘ.
Wiadomo, zapłacone, ma prawo wisieć.
Wisi.
Ale kto to czyta, oprócz mnie, bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zdaniem moich dziecków czytam nawet dodupny papier, jeśli jest zadrukowany i znajduję na nim błędy.
I często słyszę: skąd wiesz?
Ano stąd, że czytam.
Nawet papier dodupny.
Żeby chociaż co drugi katolik stosował to wszystko, co w jego imieniu i pod jego adresem jest wszędzie wywieszane, mielibyśmy raj na Ziemi.
Co ja mówię, żeby chociaż Pismo św. ze zrozumieniem ludzie czytali.
Ze zrozumieniem.
No nic, pomarzyć można.
Napisałam do szwagierki, tej, co mi papiery dostarczyła delegowana przez tego hmmm... Zamilknę.
Okazało się, że choruje, jak mniemam, na nowotwór, ale nie chce o tym mówić.
OK, ma prawo. Sympatyczna korespondencja kwitnie. I poinformowała TEGO o Kalafiorkównie, a jakże, pogratulował, zapewnił o swojej chęci nieustannej pomocy dla mnie.
Nosz, wielki chrześcijanin. Najpierw okradł moje dzieci, a teraz chce mi pomagać?
Nie, dziękuję, postoję.
I jak mam jej wytłumaczyć, że to nie jest dobry człowiek?
Nic, zamilknę. Uśmiechnę się, jak będzie chciała i potrzebowała spotkam się z nią.
Nic, kurwa, nie będę tłumaczyła komuś, kto nie ogarnia rzeczy oczywistych.
Błogosławiona w swej niewiedzy czy zwyczajnie głupia?
A może kieruje się właśnie wskazaniami niniejszej krucjaty?
Chociaż w sumie bliżej jej do czarnej magii jak do chrześcijaństwa, bo to i feng shui, i numerologia, i inne czary mary.
Zdaniem numerologii, o czym nie omieszkała mnie poinformować, Kalafiorkówna to bardzo mocna wiedźma.
A czego się spodziewać po wnuczce Starej Jędzy?
Zatem wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, w wiosce się dzieje
Bo to i zamieć, że ojapierdolę, świata nie widać.
I złoto wszędzie...
... i diamenty, a jakże...
... i prawie już wiosna, tak słoneczko grzeje, ale ponoć zima będzie jeszcze atakować.
No cóż, wolno jej, wszak styczeń mamy.
Wczoraj kolęda była, ale olałam. Po prostu uwinęłam się ze wszystkim migiem, zamknęłam drzwi i nie zareagowałam na dzwonek.
Gdzie mnie pochowają, to już nie moje zmartwienie.
Od lat nie byłam w kościele, ostatni raz na pogrzebie Eksa, a i to tylko dlatego, że była msza.
Nie bo nie. I już. Po godzinie rozpoczęcia kolędy i po liczbie mieszkań oraz po godzinie dzwonka do moich drzwi obliczyłam, że średnio duszpasterz gościł w mieszkaniu niecałe 10 minut. Więc w dupie mam taką wizytę kogoś obcego u mnie.
Obcego, bo ani ja go nie znam, ani on mnie, a ostatni, którego "gościłam" potraktował mnie jak niedorozwiniętą idiotkę.
Może i nią jestem, ale nie aż tak niedorozwinięta.
Nevermind :p
Niespodziewajkę zaś znalazłam w szparze unijnej. Grubo przed czasem, bo w zeszłym roku doszła po terminie.
Alienek sam wykleił, a Kalafiorkówna dorzuciła w gratisie zdjęcie z dnia, kiedy się urodziła :D Bo kleić jeszcze nie potrafi, guła jedna, mimo że Alienek nad nią usilnie pracuje, dokształcając ją wszechstronnie.
I jakie słodkie życzenia podyktowali matce do napisania, jako że są jeszcze niepiśmienni, analfabeci jedni :D
Miło. Cokolwiek mam do synowej, miło, że pamięta. Nie wnikam w intencje, doceniam. Że jestem prawie jak kotełki, które dostają tort w swoje urodziny. No, wiem, że daleko mi do kotecków, ale doceniam :)
A z pracowego frontu niespodziewajka dziś, że ojapierdolę.
Jako że po powrocie nikt specjalnie entuzjastycznie mnie nie witał, poczułam się z leksza niedopieszczona, no ale cóż, poza tym emilkiem od Bossa, który ganił zespół za całokształt, zaczęły mnie nachodzić myśli, że są jednak lepsi ode mnie i pora szukać powoli kartonu na swoje zabawki. Badyle, of course, zostaną jako wspomnienie po mnie, albowiem nie ma opcji zmieszczenia ich w chaupce, nie mówiąc już o ich przewiezieniu.
I tak sobie siedzę dziś, gdy wtem wparowuje do mej samotni pani M., z obłędem w oczach, z pianą na ustach, i rzecze w te słowa: Pani SJ, jak dobrze, ze pani jest. Niech mi pani obieca, że już pani nie będzie brała urlopu na cały miesiąc. WTF? Pogięło kobietę, czy cuś?
Nie, nie pogięło, nie miała czasu na pogawędki, seminaria i takie tam. Awansowała tak jakby, mniejsza z większym, ma coraz więcej na głowie, no cóż, tak to jest, jak się drapie na szczyty.
A mój zastępca, hmmmm... To był gość, który kiedyś korekcił już wydrukowaną gazetę, no i cała afera była.
Wiem dlaczego, powiem krótko: co innego jest czytać gazetkę już dwa razy wygładzoną, w zaciszu domowego fotela, z terminem dwutygodniowym, a co innego robić cuda od ręki, w cztery dni, a i to niecałe.
Nieważne.
Pani M. była zbulwersowana, bo mało, że robił wolno i kazał na siebie czekać, poprawiał fachowe rzeczy, o których nie miał zielonego pojęcia, to jeszcze, jej słowa: z PiS-u był, wtrącał się merytorycznie w nasze teksty, mówił, że nie można cytować autentycznych wypowiedzi rolników...
Zostawiła mi gazetę z prośbą, żebym rzuciła na nią okiem.
Do głowy mi nie przyszło takie sprawdzanie, bo chuj mnie wydrukowana gazeta...
Ale...
Przeczytałam tylko wstępniak, nad którym zawsze na baczność pracuję, bo wiadomo, wstępniak.
Już w tytule był błąd. Brak przecinka, ewentualnie myślnika :)
A potem z górki, nie puściłabym szefowi takie tekstu, chociaż kosztowałoby mnie to kilka minut - delikatnie mówiąc - polemiki i udowadniania moich racji.
Uświadomiłam panią M., że w sumie to ja już stara jestem i...
Zbladła, wyjęczała: ale jest pani zdrowa i niech pani pracuje...
To się nazywa dobrze życzyć drugiemu, co nie?
Nie powiem, cieszy mnie, że jestem.
Że jestem wciąż komuś potrzebna.
Chociażby Baranowi do picia, a tak biedak musi pić sam, do lusterka.
Dobrze, że je ma, bo moje wszystkie już popękały :D
wtorek, 15 stycznia 2019
Nie mam słów
Kochany Pamiętniczku.
To już nie jest mój kraj.
Nie musimy się kochać
nie musimy się lubić
całkiem inne powody
mieć możemy do chluby
To już nie jest mój kraj.
Nie musimy się kochać
nie musimy się lubić
całkiem inne powody
mieć możemy do chluby
Maszerować możemy
W przeciwstawnych pochodach
nie musimy też sobie
nawet ręki chcieć podać
Nic nie musi nas łączyć
spać możemy osobno
I inaczej oceniać
czego robić nie wolno
Nie musimy obchodzić
nigdy tych samych rocznic
I w tych samych kościołach
Poszukiwać wyroczni
Nie musimy się zgadzać
Kto jest lepszym Polakiem
Kto zasłużył na deser
Kto jest z prawem na bakier
Nie musimy orgazmów
czuć w tych samych momentach
nie musimy wysyłać
sobie kartek na święta
Nie musimy na fejsie
być w gronie znajomych
i z tych samych powodów
ze wzruszenia łzy ronić
Lecz ze względu na przyszłość
i dla przodków szacunek
wciąż musimy próbować
aby siebie zrozumieć
Rafal Bryndal
W przeciwstawnych pochodach
nie musimy też sobie
nawet ręki chcieć podać
Nic nie musi nas łączyć
spać możemy osobno
I inaczej oceniać
czego robić nie wolno
Nie musimy obchodzić
nigdy tych samych rocznic
I w tych samych kościołach
Poszukiwać wyroczni
Nie musimy się zgadzać
Kto jest lepszym Polakiem
Kto zasłużył na deser
Kto jest z prawem na bakier
Nie musimy orgazmów
czuć w tych samych momentach
nie musimy wysyłać
sobie kartek na święta
Nie musimy na fejsie
być w gronie znajomych
i z tych samych powodów
ze wzruszenia łzy ronić
Lecz ze względu na przyszłość
i dla przodków szacunek
wciąż musimy próbować
aby siebie zrozumieć
Rafal Bryndal
niedziela, 13 stycznia 2019
Kochałam się
w nim, odkąd pamięcią sięgam, Kochany Pamiętniczku.
I tak mi zostało do dziś.
Śmieszne, prawda?
Bo tak naprawdę to bajka...
Mój ojciec zawsze się ze mnie śmiał i mówił: Sama nie wiesz, gdzie leży przyczyna, gustujesz w brunecie, wzdychasz do blondyna.
I nazywał go świńskim blondynem.
No i proszę, lata przeleciały, a on wciąż ma gęstą blond czuprynę (zazdroszczę, kurde, zazdroszczę, nie tego, że blond, ale że gęsta).
I kocham go wciąż miłością wielką jak cały świat.
I chciałabym się tak pięknie zestarzeć, jak on.
I nie, nie gustowałam nigdy w brunecie, ale życie potoczyło się tak, jak się potoczyło i z moim brunetem, w którym nie gustowałam, o oczach ciemnych jak najczarniejsza rozpacz mam dwójkę wspaniałych dzieci. I tak, jeszcze raz popełniłabym ten sam błąd. I dzieci mam czarnookie, czarnowłose, choć już czupryny mają poprzetykane siwizną. A mój szalony brunet osiwiał pięknie w tempie amerykańskim, siwiuteńki jak gołąbek był, a kudły miał wciąż takie, że garściami można mu było wyrywać, a i tak śladu by nie było :P
A mój blondyn o niebieskich ślepiach?
To tylko marzenie. Jestem rozsądną osobą i nigdy nie padło mi na mózg.
To było tylko marzenie i... to przecież dobrze mieć marzenia, co nie?
On nawet nie słyszał nigdy o mnie, ale wiedział, że jestem :D
Bo takich psycholek, jak ja miał na pęczki.
Właśnie skonsumowałam dwa jego ostatnie filmy: Nasze noce i Gentlemen z rewolwerem,
Prawda, że jest jak wino: im starszy, tym lepszy?
Mało jest takich ludzi :)
A na pociechę - ja też kiedyś miałam bujną czuprynę...
Ano, miałam :)
Każde z nas do swoich spraw, odmiennych spraw...
Bo życie to niejebajka :D
I tak mi zostało do dziś.
Śmieszne, prawda?
Bo tak naprawdę to bajka...
Mój ojciec zawsze się ze mnie śmiał i mówił: Sama nie wiesz, gdzie leży przyczyna, gustujesz w brunecie, wzdychasz do blondyna.
I nazywał go świńskim blondynem.
No i proszę, lata przeleciały, a on wciąż ma gęstą blond czuprynę (zazdroszczę, kurde, zazdroszczę, nie tego, że blond, ale że gęsta).
I kocham go wciąż miłością wielką jak cały świat.
I chciałabym się tak pięknie zestarzeć, jak on.
I nie, nie gustowałam nigdy w brunecie, ale życie potoczyło się tak, jak się potoczyło i z moim brunetem, w którym nie gustowałam, o oczach ciemnych jak najczarniejsza rozpacz mam dwójkę wspaniałych dzieci. I tak, jeszcze raz popełniłabym ten sam błąd. I dzieci mam czarnookie, czarnowłose, choć już czupryny mają poprzetykane siwizną. A mój szalony brunet osiwiał pięknie w tempie amerykańskim, siwiuteńki jak gołąbek był, a kudły miał wciąż takie, że garściami można mu było wyrywać, a i tak śladu by nie było :P
A mój blondyn o niebieskich ślepiach?
To tylko marzenie. Jestem rozsądną osobą i nigdy nie padło mi na mózg.
To było tylko marzenie i... to przecież dobrze mieć marzenia, co nie?
On nawet nie słyszał nigdy o mnie, ale wiedział, że jestem :D
Bo takich psycholek, jak ja miał na pęczki.
Właśnie skonsumowałam dwa jego ostatnie filmy: Nasze noce i Gentlemen z rewolwerem,
Prawda, że jest jak wino: im starszy, tym lepszy?
Mało jest takich ludzi :)
A na pociechę - ja też kiedyś miałam bujną czuprynę...
Ano, miałam :)
Każde z nas do swoich spraw, odmiennych spraw...
Bo życie to niejebajka :D
sobota, 12 stycznia 2019
Na geny
nie ma rady, Kochany Pamiętniczku.
Jeszcze nikt z nimi nie wygrał.
Moja mama myła okna raz w miesiącu.
Mamy siostra takoż.
Myję i ja.
I choć wyrzekałam się, że nie, że zimno, że kaszelek, że sranie w banie - umyłam dziś wszystkie.
Mieszkanie od razu jest bardziej mojsze.
Nie mam firan, a okna myłam ostatni raz w listopadzie, w grudniu nie miałam jak.
I...
Pomijając smog, sąsiadów mam ze wsi i to takiej, gdzie psy dupami szczekają.
Na moim parapecie lądują resztki jedzenia, wiadomo, dla biednych ptaszków, kurwa.
Pety, popiół.
A w tym roku wylądowało na nim pełno igliwia, a i szyby w kuchni były czymś lepkim obklejone. Pewno choinkę przez okno wywalali, żeby sobie sprzątania zaoszczędzić. Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy.
Też jestem ze wsi, ale z porządnej, wielkopolskiej, nie z jakiegoś zadupia. U nas co sobotę każdy zamiatał ulicę przed swoją chatą.
Rzucenie papierka na chodnik to była zbrodnia,karana potępiającym wzrokiem całej wsi.
Teraz czuję, że wróciłam do codziennego rytmu.
Jest dobrze.
Musi być...
Jeszcze nikt z nimi nie wygrał.
Moja mama myła okna raz w miesiącu.
Mamy siostra takoż.
Myję i ja.
I choć wyrzekałam się, że nie, że zimno, że kaszelek, że sranie w banie - umyłam dziś wszystkie.
Mieszkanie od razu jest bardziej mojsze.
Nie mam firan, a okna myłam ostatni raz w listopadzie, w grudniu nie miałam jak.
I...
Pomijając smog, sąsiadów mam ze wsi i to takiej, gdzie psy dupami szczekają.
Na moim parapecie lądują resztki jedzenia, wiadomo, dla biednych ptaszków, kurwa.
Pety, popiół.
A w tym roku wylądowało na nim pełno igliwia, a i szyby w kuchni były czymś lepkim obklejone. Pewno choinkę przez okno wywalali, żeby sobie sprzątania zaoszczędzić. Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy.
Też jestem ze wsi, ale z porządnej, wielkopolskiej, nie z jakiegoś zadupia. U nas co sobotę każdy zamiatał ulicę przed swoją chatą.
Rzucenie papierka na chodnik to była zbrodnia,karana potępiającym wzrokiem całej wsi.
Teraz czuję, że wróciłam do codziennego rytmu.
Jest dobrze.
Musi być...
piątek, 11 stycznia 2019
Dni
popierdoliły mi się kompletnie, Kochany Pamiętniczku.
Pojechałam znów do jednego tekstu, bo obiecałam, zrobiłam i spieprzyłam w podskokach, albowiem szklankę i opady śniegu zapowiadali.
Pierdalca miałam na mycie okien, bo brud widać na nich nawet bez okularów, ale los strzegł, albowiem kaszlę, jak w ostatnim stadium galopujących suchot, jak Waryński w celi w Szlisselburgu nie przymierzając.
Do Biedronki pobieżyłam chyżo, uświadomiwszy sobie, że jutro sobota, a niedziela niehandlowa i będzie się działo.
Kiedy z niej wylazłam, śnieg padał, więc koncepcja mycia okien umarła śmiercią naturalną. Po prostu spuściłam rolety i w dupie mam brudne szyby.
Karp był przepyszny, a śledzie w oleju wyszły takie, że ojapierdolę.
Światełka świecą, mieszkanie niesprzątnięte - ogarnę to jutro, kto bogatemu zabroni, zresztą patrząc na miesiąc w W. nadal jest czysto, porządnie, nawet kurzu jest niewiele.
Pieścichłopów mam już trzy bukiety, zapisać w kajeciku: nie kupować badyli, bo zbankrutuję.
Dwa dni nie muszę wychodzić z domu.
Serial nowy odkryłam, porzuciłam dla niego Greenleaf, a i Netflix mi nowy podsuwa, specjalnie dla mnie, ale czas nie z gumy.
Sikora leży w szpitalu na patologii ciąży i czeka, to już czas, no ale nic się nie dzieje.
Zmorka bloga zamknęła, ale moje hasło działa, więc jak coś, chociaż wspomnienia poczytam.
Radio Pogoda, Casillero del Diablo, przez pomyłkę czerwone, ale i tak kocham...
Ciepło.
Tęskno za "apija, apija", ale cóż. Nie można mieć wszystkiego, i nie na wszystko człowiek ma siły.
Nawet Inżynier rzekł, że cieszy się z powrotu do pracy po dwóch tygodniach tacierzyńskiego, o co bym go nigdy nie podejrzewała.
Życie bezustannie zaskakuje...
Pojechałam znów do jednego tekstu, bo obiecałam, zrobiłam i spieprzyłam w podskokach, albowiem szklankę i opady śniegu zapowiadali.
Pierdalca miałam na mycie okien, bo brud widać na nich nawet bez okularów, ale los strzegł, albowiem kaszlę, jak w ostatnim stadium galopujących suchot, jak Waryński w celi w Szlisselburgu nie przymierzając.
Do Biedronki pobieżyłam chyżo, uświadomiwszy sobie, że jutro sobota, a niedziela niehandlowa i będzie się działo.
Kiedy z niej wylazłam, śnieg padał, więc koncepcja mycia okien umarła śmiercią naturalną. Po prostu spuściłam rolety i w dupie mam brudne szyby.
Karp był przepyszny, a śledzie w oleju wyszły takie, że ojapierdolę.
Światełka świecą, mieszkanie niesprzątnięte - ogarnę to jutro, kto bogatemu zabroni, zresztą patrząc na miesiąc w W. nadal jest czysto, porządnie, nawet kurzu jest niewiele.
Pieścichłopów mam już trzy bukiety, zapisać w kajeciku: nie kupować badyli, bo zbankrutuję.
Dwa dni nie muszę wychodzić z domu.
Serial nowy odkryłam, porzuciłam dla niego Greenleaf, a i Netflix mi nowy podsuwa, specjalnie dla mnie, ale czas nie z gumy.
Sikora leży w szpitalu na patologii ciąży i czeka, to już czas, no ale nic się nie dzieje.
Zmorka bloga zamknęła, ale moje hasło działa, więc jak coś, chociaż wspomnienia poczytam.
Radio Pogoda, Casillero del Diablo, przez pomyłkę czerwone, ale i tak kocham...
Ciepło.
Tęskno za "apija, apija", ale cóż. Nie można mieć wszystkiego, i nie na wszystko człowiek ma siły.
Nawet Inżynier rzekł, że cieszy się z powrotu do pracy po dwóch tygodniach tacierzyńskiego, o co bym go nigdy nie podejrzewała.
Życie bezustannie zaskakuje...
czwartek, 10 stycznia 2019
Kurde
mol, Kochany Pamiętniczku, no kurde...
Łażę jak ta głupia cipa do pracy i denerwuję się, że mam średnio jeden tekst dziennie, a za tydzień zamykanie.
I co się dziś okazuje? Że pstro. Że Boss zmienił harmonogram, nie informując o tym większości załogi i jak głupia niepotrzebnie nerwy tracę. I niepotrzebnie cały tydzień dylałam, ale trudno, za to przyszły tydzień też lajtowo połażę, bo jeden mam już zaliczony. Zamykamy za dwa tygodnie, i dobrze, rozkręcę się wreszcie i jet lag mi przejdzie, bo wciąż mnie twardo trzyma.
Kalafiorkówna rośnie przepisowo, Alienek niańczy ją z miłością wielką, tak ogromną, że na czas kąpieli trzeba go udupiać, sadzając na Puppy, bo trudno go upilnować, żeby dziewuszki czasem nie utopił, a w ogóle jest nią zafascynowany i zakochany w niej na amen.
Czyli same dobre nowiny.
A ja sobie wreszcie zgrałam fotki i trochę ku pamięci wrzucę.
St Albans, gdzie byliśmy na spacerze, na jarmarku świątecznym i w knajpie na moich urodzinach.
Najstarszy pub w Anglii. Kilka lat temu byłam tu z Inżynierem na obiedzie, jeszcze wtedy był singlem.
Takie tam wiosenne prawie z przyzamkowego parku.
I tu można wysłać list do Gwiazdora, ale jako że do Santa Clausa, to podziękowałam, bo dla mnie tylko Gwiazdor się liczy :D
Taki talerz owoców morza dostałam, zamiast tych fish and chips :) Zeżarłam wszystko, było przepyszne :P
I takie tam światełka na wieży, 23 days to go Christmas...
Pomagał, pomagał, rwał się do pomagania, że ojapierdolę...
A na drodze do parku rosły pięknie zagajniki pokrzyw, ale osikane przez psy, tak że na sałatkę się nie nadawały :)
A park wielki piękny, szkoda, że taki pagórkowaty :D
I w drugim parku w W. z wycieczką byliśmy, prawie jak na Dębinie się czułam, tylko na Dębinie nie ma kanału i barek mieszkalnych :D
A tu na chwilę, na moment, moja Trójka (jeszcze trójka) na urodzinach Papryczka...
I już ponoworoczny spacer w R., większość dekoracji już była zdjęta...
Ale jelonek stał i tak jak w ubiegłym roku zdziwiony na mnie zerkał z niedowierzaniem: Dorota? Again? ;)
Wróciłam bogatsza o
Czekam na natchnienie, żeby zrobić w kolekcji porządek, a jednocześnie chodzi za mną mycie okien, bo brudne są jak cholera, ale nie sprzyja pogoda, a i mnie wciąż kaszel męczy, więc na razie spasuję.
Zgodnie z planem wywaliłam stare gary (na razie na balkon, bo kombinuje, że jednak można w nich ogródek ziołowy zrobić), te stalowe to do gotowania na parze są.
Ciekawa jestem jak długo te emaliowane wytrzymają niepoobijane, ale w sumie nie ma ich kto obijać, chyba że łapy koślawe SJ coś upuszczą :D
I plany mam, bo i załatwianie aktu urodzenia mnie czeka, ale nie dostałam jeszcze oryginału, i do AR z papierami, no i domowego ogarniania, planowanego od dawna sporo. Co z tego wyniknie - nie wiadomo.
Pocieszył mnie dziś kolega, bo wciąż w niepewności tkwię, jako że nie ma nikogo prawie, a ci, co są, zalatani tacy. Poszłam do niego z wątpliwościami, bo "rolnośrodowiskowy" odkąd tam pracuję, zawsze piszemy tak, a w jego tekście było rolno-środowiskowy i to cały czas. Pytam, co się stanęło, bo przecież geniusz w grudniu pracował (pupilek Bossa), więc może ja źle piszę? Kolega westchnął i rzecze: co też pani mówi, do pięt pani nie dorastał. Dobrze, że pani wróciła, ktoś pilnuje interesu.
Ano, i nie lata z każdym gównem do Bossa.
Jak rząd kiedyś latał do Związku Radzieckiego.
To też się czasem liczy, taką mam nadzieję :D
Łażę jak ta głupia cipa do pracy i denerwuję się, że mam średnio jeden tekst dziennie, a za tydzień zamykanie.
I co się dziś okazuje? Że pstro. Że Boss zmienił harmonogram, nie informując o tym większości załogi i jak głupia niepotrzebnie nerwy tracę. I niepotrzebnie cały tydzień dylałam, ale trudno, za to przyszły tydzień też lajtowo połażę, bo jeden mam już zaliczony. Zamykamy za dwa tygodnie, i dobrze, rozkręcę się wreszcie i jet lag mi przejdzie, bo wciąż mnie twardo trzyma.
Kalafiorkówna rośnie przepisowo, Alienek niańczy ją z miłością wielką, tak ogromną, że na czas kąpieli trzeba go udupiać, sadzając na Puppy, bo trudno go upilnować, żeby dziewuszki czasem nie utopił, a w ogóle jest nią zafascynowany i zakochany w niej na amen.
Czyli same dobre nowiny.
A ja sobie wreszcie zgrałam fotki i trochę ku pamięci wrzucę.
St Albans, gdzie byliśmy na spacerze, na jarmarku świątecznym i w knajpie na moich urodzinach.
Najstarszy pub w Anglii. Kilka lat temu byłam tu z Inżynierem na obiedzie, jeszcze wtedy był singlem.
Takie tam wiosenne prawie z przyzamkowego parku.
I tu można wysłać list do Gwiazdora, ale jako że do Santa Clausa, to podziękowałam, bo dla mnie tylko Gwiazdor się liczy :D
Taki talerz owoców morza dostałam, zamiast tych fish and chips :) Zeżarłam wszystko, było przepyszne :P
I takie tam światełka na wieży, 23 days to go Christmas...
Pomagał, pomagał, rwał się do pomagania, że ojapierdolę...
A na drodze do parku rosły pięknie zagajniki pokrzyw, ale osikane przez psy, tak że na sałatkę się nie nadawały :)
A park wielki piękny, szkoda, że taki pagórkowaty :D
I w drugim parku w W. z wycieczką byliśmy, prawie jak na Dębinie się czułam, tylko na Dębinie nie ma kanału i barek mieszkalnych :D
A tu na chwilę, na moment, moja Trójka (jeszcze trójka) na urodzinach Papryczka...
I już ponoworoczny spacer w R., większość dekoracji już była zdjęta...
Ale jelonek stał i tak jak w ubiegłym roku zdziwiony na mnie zerkał z niedowierzaniem: Dorota? Again? ;)
Wróciłam bogatsza o
Czekam na natchnienie, żeby zrobić w kolekcji porządek, a jednocześnie chodzi za mną mycie okien, bo brudne są jak cholera, ale nie sprzyja pogoda, a i mnie wciąż kaszel męczy, więc na razie spasuję.
Zgodnie z planem wywaliłam stare gary (na razie na balkon, bo kombinuje, że jednak można w nich ogródek ziołowy zrobić), te stalowe to do gotowania na parze są.
Ciekawa jestem jak długo te emaliowane wytrzymają niepoobijane, ale w sumie nie ma ich kto obijać, chyba że łapy koślawe SJ coś upuszczą :D
I plany mam, bo i załatwianie aktu urodzenia mnie czeka, ale nie dostałam jeszcze oryginału, i do AR z papierami, no i domowego ogarniania, planowanego od dawna sporo. Co z tego wyniknie - nie wiadomo.
Pocieszył mnie dziś kolega, bo wciąż w niepewności tkwię, jako że nie ma nikogo prawie, a ci, co są, zalatani tacy. Poszłam do niego z wątpliwościami, bo "rolnośrodowiskowy" odkąd tam pracuję, zawsze piszemy tak, a w jego tekście było rolno-środowiskowy i to cały czas. Pytam, co się stanęło, bo przecież geniusz w grudniu pracował (pupilek Bossa), więc może ja źle piszę? Kolega westchnął i rzecze: co też pani mówi, do pięt pani nie dorastał. Dobrze, że pani wróciła, ktoś pilnuje interesu.
Ano, i nie lata z każdym gównem do Bossa.
Jak rząd kiedyś latał do Związku Radzieckiego.
To też się czasem liczy, taką mam nadzieję :D
niedziela, 6 stycznia 2019
A place
to call home, Kochany Pamiętniczku.
Oglądając, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest oparta na prawdziwym życiu.
Wciągnęła mnie, bo i lata powojenne, trauma wojny i problem bycia innym w społeczeństwie.
Problem homoseksualizmu.
Nie, nie jestem less, a czasami żałuję.
Ale film wyrwał mi kawałek serca i...
Sześć sezonów.
Świat jakże inny od dzisiejszego, ale...
Odnalazłam tam wiele z siebie, aczkolwiek nie mam możliwości rozwiązania moich popierdolonych problemów w żaden z zalecanych tam sposobów.
Może jednak powinnam iść do psychiatry?
Chociaż z życiowego doświadczenia mam z nimi same złe wspomnienia.
Moje życie to nie amerykański czy inny "zagramaniczny" film.
Więc i tak jestem z tym wszystkim sama i wątpię.
Wątpię też mamy, ale tę grę słów ogarniają tylko moje dzieci.
Jak wiele rzeczy odchodzi z nami, gdy nie ma już nikogo, kto to wszystko rozumie bez słów, albo jednym słowem.
Taki, jak na przykład lawenda.
Dziś był obiad bez lawendy, ale i tak był smaczny.
A jutro poniedziałek i trzeba do pracy, czego się obawiam, albowiem emilka znalazłam na poczcie od jednej z dziennikarek.
Zastanawiającego, bo dziewczyna mądra i wiedząca, czego chce.
Nie odpowiedziała wprost, dlaczego jej już nie będzie.
Mogę się tylko domyślać.
A nie lubię domysłów, wolę suche fakty.
No nic, nie wybiegajmy ze scenariuszami w przyszłość, bo czasem nie warto.
Zdjęć nie zgrałam, bo skoro pojawiły się hurtem napisy, nie miałam innego wyjścia, jak ogarnąć sezon końcowy. Ponoć to uzależnienie i się to leczy, niekoniecznie skutecznie jednak :D
Oglądając, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest oparta na prawdziwym życiu.
Wciągnęła mnie, bo i lata powojenne, trauma wojny i problem bycia innym w społeczeństwie.
Problem homoseksualizmu.
Nie, nie jestem less, a czasami żałuję.
Ale film wyrwał mi kawałek serca i...
Sześć sezonów.
Świat jakże inny od dzisiejszego, ale...
Odnalazłam tam wiele z siebie, aczkolwiek nie mam możliwości rozwiązania moich popierdolonych problemów w żaden z zalecanych tam sposobów.
Może jednak powinnam iść do psychiatry?
Chociaż z życiowego doświadczenia mam z nimi same złe wspomnienia.
Moje życie to nie amerykański czy inny "zagramaniczny" film.
Więc i tak jestem z tym wszystkim sama i wątpię.
Wątpię też mamy, ale tę grę słów ogarniają tylko moje dzieci.
Jak wiele rzeczy odchodzi z nami, gdy nie ma już nikogo, kto to wszystko rozumie bez słów, albo jednym słowem.
Taki, jak na przykład lawenda.
Dziś był obiad bez lawendy, ale i tak był smaczny.
A jutro poniedziałek i trzeba do pracy, czego się obawiam, albowiem emilka znalazłam na poczcie od jednej z dziennikarek.
Zastanawiającego, bo dziewczyna mądra i wiedząca, czego chce.
Nie odpowiedziała wprost, dlaczego jej już nie będzie.
Mogę się tylko domyślać.
A nie lubię domysłów, wolę suche fakty.
No nic, nie wybiegajmy ze scenariuszami w przyszłość, bo czasem nie warto.
Zdjęć nie zgrałam, bo skoro pojawiły się hurtem napisy, nie miałam innego wyjścia, jak ogarnąć sezon końcowy. Ponoć to uzależnienie i się to leczy, niekoniecznie skutecznie jednak :D
sobota, 5 stycznia 2019
Wróciłam
Kochany Pamiętniczku na stare śmieci.
Baran zapakował mnie na podgrzewane siedzenie w Ropus... w Robaczku, sorry, i odwiózł na Luton. Tam porzucił bezlitośnie, a ja szłam i szłam labiryntami, takimi że ojapierdolę, aż stanęłam pod tablicą, na której były gate do wszystkich lotów oprócz Koziołkowa i Katowic.
Ale i te w ostatniej chwili wyskoczyły i pomaszerowałam w siną dal, wróć...
Na macanko.
Ojapierdolę.
Tak, jak mnie tym razem wymacano po staniu w długaśnej kolejce, tak mnie ani mąż, ani kochanek nigdy nie macali.
Podejrzewam, że to kocia sierść tak zadziałała, albowiem spodni (sztuk jeden, pozostałe dwa numery za małe) nie wyprałam u Barana, obawiając się, że nie wyschną :)
Macająca mało, że prześwietliła mnie rentgenem z rękoma podniesionymi do góry (wciąż się zastanawiam, jak to wpłynęło na moje aparaty), bo założyłam stare, te "nie prześwietlamy" (niestety, nie będę się wdawała w dyskusję z angielską służbą bezpieczeństwa), to jeszcze w ramach macania musiałam wywalać z kolejnych kieszeni osmarkane chusteczki higieniczne, a jako że mam katar, a w okolicy nie było koszy, miałam ich niezły zapas. W tylnej kieszeni dżinsów zaś ukrywałam chytrze tabletki z tymiankiem i podbiałem, dzięki którym nie zemdlałam, pełzając do kontroli, jako że picia nie miałam na stanie, a na lotnisku jest jak jest.
No nic.
Nóżka na narysowany odcisk stopy, chusteczki do nereczki, po nereczce jechała pani jakims ustrojstwem, rączka na rączce coś a la rączka do rowerka... Ojapierdolę.
I hej siup, zmiana, nie nie dup, nóg.
I kolejne chusteczki z kolejnej kieszonki.
Zaczęłam to w dupie mieć, albowiem jestem (byłam) czysta jak łza.
Dojeżdża kuweta w moimi zabawkami i druga, z walizką.
Dwie panie.
Uzgadniają, że walizka nie stanowi zagrożenia.
Był w niej kalendarz z młodymi męskimi piersiami, który tradycyjnie od lat dostaję od Barana i spółki, oraz kubek wielki prawie jak mój garnek do rosołu, też prezent :)
Obmacali mi again: iPada z nową klawiaturą, netbuczka, oraz starą klawiaturę od iPada. I kable :P Wszystko wyłożone jak względy bezpieczeństwa każą.
Kurwa.
Aparatu fotograficznego i pierdyliarda splątanych kabli nie zaszczycili nawet spojrzeniem. Na leki nie spojrzeli, a była ich cała sterta w foliowym woreczku, albowiem wożę zapasy i takie tam :D
A na baterię przydasi, perfumy, tusz do rzęś (nieużywany), nikt, kurwa, nikt nawet okiem nie rzucił.
No nic.
No nic.
W pierwszym sklepie kupiłam wodę mineralną, przepłacając jak zwykle, ale były kasjerki i nic nie musiałam skanować.
Polazłam na departues i jak nigdy dotąd mi PRZELECIAŁO.
Ledwo siknąć zdążyłam (seksowny Hindus umył specjalnie dla mnie kabinę po ostatniej sikającej, więc sik zakończyłam PRAWIE orgazmem) i już na tablicy wołali do bramki :)
A potem jak błyskawica...
I już PZ...
Taryfiarz lamentował, że stał dwie godziny na lotnisku w oczekiwaniu na kurs i jojczał całą drogę, ale walizki niósł, więc zanapiwkowałam :p
A potem
HOME, SWEET HOME.
Nie, nie żałuję ani minuty z czasu, który minął.
Mimo sierściuchów.
Mimo kawy z sierścią i innych potraw.
Mimo tego, że ani Baranem, ani Postmanem nie nacieszyłam się tak naprawdę...
Chociaż ich kocham.
Tak jakoś wyszło.
Chociaż nie nacieszyłam się tak naprawdę, tak jak chciałabym wszystkimi - moimi dziećmi i wnukami.
Chociaż Alienek dał mi popalić, jak żadne moje dziecko.
Niczego nie żałuję.
Cieszę się moim szczęściem, szczęściem moich dzieci i przyjaciół.
Że moje dzieci mają to, co chciały, a Przyjaciele realizują swoje marzenia i że wciąż, mimo tego, że jestem coraz starsza, grubsza i upierdliwsza - mam tam swoje miejsce.
Piękne, doceniam je i jestem za nie wdzięczna. Im, i życiu.
Ale...
Miśki na łeb dostały na mój widok :D Ciapka nie mogłam uspokoić, tak, tak będę z nim znów spała :D
A tak serio...
Bukiet pieścichłopów, to było to, co pierwsze wrzuciłam do koszyka. I trzy hiacynty.
Bo...
Mogę.
Chcę.
Kocham swoją wolność, co z tego, że przepijam kasę? Mogę :)
W słuchawkach znów radio Pogoda, niesłyszane od ponad miesiąca.
I Inżynierowy Netflix działa, aczkolwiek musiałam pokazać, że jestem matką mojego syna :P
I nieważne to, co minęło, bo nie wróci, a dobrze się skończyło, bo jest Kalafiorkówna.
Pojutrze do pracy i to jest też piękne, że jest praca.
I że są - nieliczni, ale zawsze - którzy za mną tęsknią.
Jako i ja za nimi :)
Życie czasem zapiera dech :*
Za zdjątka zabiorę się może jutro.
Bo mam dużo planów.
Ale najpierw muszę się wyspać, bo praktycznie nie spałam dziś.
Dom. Mój dom.
Nie muszę nosić aparatów i innych zabawek.
Mogę bałaganić.
Mogę śmierdzieć paczulą (i śmierdzę, podgrzewałam ją przed wyjazdem, czyli przeszło miesiąc temu i nadal śmierdzi).
Mogę, cokolwiek zapragnę i niczym się nie muszę martwić :) Mogę nawet bąki puszczać, jak mi się zapierdzi :P
I dlatego NIGDZIE WIĘCEJ NIE LATAM, to jest moje postanowienie noworoczne :P
Baran zapakował mnie na podgrzewane siedzenie w Ropus... w Robaczku, sorry, i odwiózł na Luton. Tam porzucił bezlitośnie, a ja szłam i szłam labiryntami, takimi że ojapierdolę, aż stanęłam pod tablicą, na której były gate do wszystkich lotów oprócz Koziołkowa i Katowic.
Ale i te w ostatniej chwili wyskoczyły i pomaszerowałam w siną dal, wróć...
Na macanko.
Ojapierdolę.
Tak, jak mnie tym razem wymacano po staniu w długaśnej kolejce, tak mnie ani mąż, ani kochanek nigdy nie macali.
Podejrzewam, że to kocia sierść tak zadziałała, albowiem spodni (sztuk jeden, pozostałe dwa numery za małe) nie wyprałam u Barana, obawiając się, że nie wyschną :)
Macająca mało, że prześwietliła mnie rentgenem z rękoma podniesionymi do góry (wciąż się zastanawiam, jak to wpłynęło na moje aparaty), bo założyłam stare, te "nie prześwietlamy" (niestety, nie będę się wdawała w dyskusję z angielską służbą bezpieczeństwa), to jeszcze w ramach macania musiałam wywalać z kolejnych kieszeni osmarkane chusteczki higieniczne, a jako że mam katar, a w okolicy nie było koszy, miałam ich niezły zapas. W tylnej kieszeni dżinsów zaś ukrywałam chytrze tabletki z tymiankiem i podbiałem, dzięki którym nie zemdlałam, pełzając do kontroli, jako że picia nie miałam na stanie, a na lotnisku jest jak jest.
No nic.
Nóżka na narysowany odcisk stopy, chusteczki do nereczki, po nereczce jechała pani jakims ustrojstwem, rączka na rączce coś a la rączka do rowerka... Ojapierdolę.
I hej siup, zmiana, nie nie dup, nóg.
I kolejne chusteczki z kolejnej kieszonki.
Zaczęłam to w dupie mieć, albowiem jestem (byłam) czysta jak łza.
Dojeżdża kuweta w moimi zabawkami i druga, z walizką.
Dwie panie.
Uzgadniają, że walizka nie stanowi zagrożenia.
Był w niej kalendarz z młodymi męskimi piersiami, który tradycyjnie od lat dostaję od Barana i spółki, oraz kubek wielki prawie jak mój garnek do rosołu, też prezent :)
Obmacali mi again: iPada z nową klawiaturą, netbuczka, oraz starą klawiaturę od iPada. I kable :P Wszystko wyłożone jak względy bezpieczeństwa każą.
Kurwa.
Aparatu fotograficznego i pierdyliarda splątanych kabli nie zaszczycili nawet spojrzeniem. Na leki nie spojrzeli, a była ich cała sterta w foliowym woreczku, albowiem wożę zapasy i takie tam :D
A na baterię przydasi, perfumy, tusz do rzęś (nieużywany), nikt, kurwa, nikt nawet okiem nie rzucił.
No nic.
No nic.
W pierwszym sklepie kupiłam wodę mineralną, przepłacając jak zwykle, ale były kasjerki i nic nie musiałam skanować.
Polazłam na departues i jak nigdy dotąd mi PRZELECIAŁO.
Ledwo siknąć zdążyłam (seksowny Hindus umył specjalnie dla mnie kabinę po ostatniej sikającej, więc sik zakończyłam PRAWIE orgazmem) i już na tablicy wołali do bramki :)
A potem jak błyskawica...
I już PZ...
Taryfiarz lamentował, że stał dwie godziny na lotnisku w oczekiwaniu na kurs i jojczał całą drogę, ale walizki niósł, więc zanapiwkowałam :p
A potem
HOME, SWEET HOME.
Nie, nie żałuję ani minuty z czasu, który minął.
Mimo sierściuchów.
Mimo kawy z sierścią i innych potraw.
Mimo tego, że ani Baranem, ani Postmanem nie nacieszyłam się tak naprawdę...
Chociaż ich kocham.
Tak jakoś wyszło.
Chociaż nie nacieszyłam się tak naprawdę, tak jak chciałabym wszystkimi - moimi dziećmi i wnukami.
Chociaż Alienek dał mi popalić, jak żadne moje dziecko.
Niczego nie żałuję.
Cieszę się moim szczęściem, szczęściem moich dzieci i przyjaciół.
Że moje dzieci mają to, co chciały, a Przyjaciele realizują swoje marzenia i że wciąż, mimo tego, że jestem coraz starsza, grubsza i upierdliwsza - mam tam swoje miejsce.
Piękne, doceniam je i jestem za nie wdzięczna. Im, i życiu.
Ale...
Miśki na łeb dostały na mój widok :D Ciapka nie mogłam uspokoić, tak, tak będę z nim znów spała :D
A tak serio...
Bukiet pieścichłopów, to było to, co pierwsze wrzuciłam do koszyka. I trzy hiacynty.
Bo...
Mogę.
Chcę.
Kocham swoją wolność, co z tego, że przepijam kasę? Mogę :)
W słuchawkach znów radio Pogoda, niesłyszane od ponad miesiąca.
I Inżynierowy Netflix działa, aczkolwiek musiałam pokazać, że jestem matką mojego syna :P
I nieważne to, co minęło, bo nie wróci, a dobrze się skończyło, bo jest Kalafiorkówna.
Pojutrze do pracy i to jest też piękne, że jest praca.
I że są - nieliczni, ale zawsze - którzy za mną tęsknią.
Jako i ja za nimi :)
Życie czasem zapiera dech :*
Za zdjątka zabiorę się może jutro.
Bo mam dużo planów.
Ale najpierw muszę się wyspać, bo praktycznie nie spałam dziś.
Dom. Mój dom.
Nie muszę nosić aparatów i innych zabawek.
Mogę bałaganić.
Mogę śmierdzieć paczulą (i śmierdzę, podgrzewałam ją przed wyjazdem, czyli przeszło miesiąc temu i nadal śmierdzi).
Mogę, cokolwiek zapragnę i niczym się nie muszę martwić :) Mogę nawet bąki puszczać, jak mi się zapierdzi :P
I dlatego NIGDZIE WIĘCEJ NIE LATAM, to jest moje postanowienie noworoczne :P
wtorek, 1 stycznia 2019
I tak
Uczynię, Kochany Pamiętniczku, jak postanowiłam: wybić wszystkie serca bicia i żyć pełnią swego życia.
Nie martwić się na zapas, bo i tak co ma być, będzie.
Doceniać każdy dzień i każdą sekundę :)
Sylwester był wspaniały, jak zawsze z nimi. Była też para ich znajomych, dobre jedzonko, tańce i spokój.
Tylko w nocy męczyły mnie skurcze mięśni, bardzo bolesne, ale to wina tutejszej wody - wszyscy piją filtrowaną. Niedługo uzupełnię wszystkie braki, więc spoko wodza.
Małej Kalafiorkówny wczoraj było już całe 10 deko więcej do kochania, więc wszystko jest na dobrej drodze, dziewczyna rośnie jak szalona i niedługo wybierzemy się razem na piwo, nie ma innej opcji :)
Dzień piękny, wiosenny, obsługa jak w pięciogwiazdkowym hotelu (pamiętać o zostawieniu solidnego napiwku), pchają żarcie w człowieka tak, że jeszcze troche, a moje zgubione 5 kilo wróci z naddatkiem, więc dobrze, że wracam.
Tęsknię, co tu ukrywać :)
Tylko o dziwo - nie tęsknię za pracą jak zawsze.
Jestem więc na dobrej drodze do zrobienia ze mnie normalnego człowieka :)
Brzmi jak plan, nieprawdaż? :)
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Czasami o tym zapominałam ostatnio, a szkoda :)
Nie mogę na tym ustrojstwie odpowiadać na Wasze komentarze, bo coś mu się wygło :(
Nie martwić się na zapas, bo i tak co ma być, będzie.
Doceniać każdy dzień i każdą sekundę :)
Sylwester był wspaniały, jak zawsze z nimi. Była też para ich znajomych, dobre jedzonko, tańce i spokój.
Tylko w nocy męczyły mnie skurcze mięśni, bardzo bolesne, ale to wina tutejszej wody - wszyscy piją filtrowaną. Niedługo uzupełnię wszystkie braki, więc spoko wodza.
Małej Kalafiorkówny wczoraj było już całe 10 deko więcej do kochania, więc wszystko jest na dobrej drodze, dziewczyna rośnie jak szalona i niedługo wybierzemy się razem na piwo, nie ma innej opcji :)
Dzień piękny, wiosenny, obsługa jak w pięciogwiazdkowym hotelu (pamiętać o zostawieniu solidnego napiwku), pchają żarcie w człowieka tak, że jeszcze troche, a moje zgubione 5 kilo wróci z naddatkiem, więc dobrze, że wracam.
Tęsknię, co tu ukrywać :)
Tylko o dziwo - nie tęsknię za pracą jak zawsze.
Jestem więc na dobrej drodze do zrobienia ze mnie normalnego człowieka :)
Brzmi jak plan, nieprawdaż? :)
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Czasami o tym zapominałam ostatnio, a szkoda :)
Nie mogę na tym ustrojstwie odpowiadać na Wasze komentarze, bo coś mu się wygło :(
poniedziałek, 31 grudnia 2018
Żyję
Kochany Pamiętniczku, złego diabli nie biorą, a jakże :)
To był długi i ciekawy miesiąc, a działo się i działo.
Większość czasu chodziłam zła, nadęta i wkurwiona na maksa, bo tak. Bo czułam się jak koń w kieracie, jak lew w klatce i jak małpa na łańcuszku, tańcząca w takt katarynki.
Zdjątek nie będzie, wrzucę je hurtowo jak wrócę do domu, bo zgrywanie na netbooka jest ponad moje siły.
Więc tylko ku pamięci „W pustyni i w puszczy” napiszę.
W niedzielę zaraz pojechaliśmy do St. Albans na jarmark świąteczny i potem do restauracji rybnej na moje małe urodzinowe co nieco. Jeszcze przed wylotem do UK Inżynier dał mi namiary na knajpę i miałam sobie obczaić menu. Zażyczyłam sobie fish and chips, choć naprawdę zjadłabym homara, ale nie wiedziałam, jak się do niego zabrać. Inżynier powiedział, że w pracy obśmiali mój wybór, aż echo niosło. Wobec tego zamówiłam talerz owoców morza i naprawdę było przepyszne :) I toaścik był, więc spoko wodza.
Jednak w same urodziny synowa się nawet słowem życzenia nie zająknęła, aczkolwiek z zakupów przywieźli balon okolicznościowy, którym z zachwytem bawił się i Alienek, i Edek. Wyrywali go sobie nawzajem.
A i torcik był, aczkolwiek bez świeczek, nie powiem więc - obiektywnie - ani słowa złego.
W niedzielę zaś tydzień później wpadliśmy do Pierworodnych z wizytą urodzinową u Papryczka, zostawiając przy okazji prezenty gwiazdkowe - jak się później okazało, była to bardzo mądra decyzja :) Wizyta była udana, świetna, aczkolwiek Papryczek mnie przeraża z lekka, bo mówi po angielsku (TV, leci u nich non stop i przedszkole), mimo upomnień Małej Wiedźmy, że ma do mnie mówić po polsku. Mówi zaś po angielsku tak niewyraźnie, że nie rozumie go nawet Inżynier, który język zna perfekt. Biedne dziecko, ale cóż...
No a potem leciały szare, zwykłe dni, a we mnie narastała z każdym z nich frustracja i ślepa furia.
Wszystko robiłam źle i nie tak, ale już mi się nawet wyliczać nie chce, zapominam, wykreślam, wymazuję, bo po co rozpamiętywać.
Ale jedno mnie zastanowiło: to ja cały miesiąc miałam Alienka na wyłączność i to nie dlatego, że musiałam, ale po prostu chciałam. Chciałam ją odciążyć, a i o Inżynierze myślałam, bo to on w galopie robił wszystko po powrocie z pracy. Więc od chwili, gdy rankiem obejmowały mnie za szyję te małe łapinki, często klejkie i natarczywe, z ostrymi pazurkami, aż do 22-23, kiedy nieśpiącego, a padającego ze zmęczenia zabierali do małżeńskiego łoża, żeby go uśpić, wszystko robiłam ja. Bo mogłam :) Najfajniejszy moment dnia to zawsze była kąpiel. Wywalczyłam płyn do kąpieli i od tej chwili była to jeszcze większa frajda, bo oczy mu się śmiały ze szczęścia, gdy widział, że mnie ochlapał. Kieckę miałam zazwyczaj mokrzuteńką, ale tam gorąco, 24 stopnie, to schło jak na psie. Problemem było karmienie, bo godzinę po posiłku stał przed lodówką albo szafką i jęczał rozdzierająco. Za to kupiszony walił, że ojapierdolę :) I jednego takiego sprzątałam kąpiąc, bo inaczej się nie dało. A Synowa, że ona by w życiu nie dotknęła kupy gołą ręką... Że to odrażające... WTF?? U dziecka? U bliskiego? Już wiem, że z okna skoczę jak coś. Zamknęłam jadaczkę zaciskając zęby, ale w środku mi grało, no bo jak to? Kotom dupę podcierają, koty prosto z kuwety siadają im na stole, na blacie kuchennym, sadzają dupę obok żarcia, kubka i jest spoko, a kupa dziecka to odrażające? I nie, Inżynier nie ma takich zahamowań.
Nauczyłam się przeżuwać złość w milczeniu, bo szkoda jęzora na głoszenie spraw oczywistych. Że dawanie dziecku wszystkich tych eko i organic, sranic, nie jest dobre. Że kurwa, można owoc umyć. Obrać i podać, a nie dawać gotowca z marketu, trzymanego w plastiku i krojonego nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo. Że gotowe paluszki rybne to nie cuda wianki, ale syf. I tu nawet Inżynier mnie wyśmiewał, że się nie znam. Więc morda w kubeł, bo po co kopać się z koniem?
Wigilię zaczęliśmy robić na ostatni gwizdek i zaczęła się jazda, bo wszystko w polu, a ona musi do szpitala. No cóż, pojechali. Nakarmiłam dziecko normalnie, bo przecież mu bigosu ani śledzi nie dam, a tylko to było. Ze szpitala wrócili, bo nic się nie działo, ale miała się w samą Wigilię zgłosić na oddział. To pojechali znów, na głupiego jasia, nawet prezentów dla dziecka nie miałam, bo nie miałam zielonego pojęcia, gdzie schowane. Wrócili, bo na oddziale nie było miejsc. Więc była i wigilia, i prezenty, choć o 20 :)
25 z rana pojechali do szpitala, a 26 po południu urodziła się Kalafiorkówna, cud miód malina dziewczyna. Niestety, kupsko do wód płodowych strzeliła i w związku z tym dostała antybiotyk i posiedzieli w szpitalu do soboty. Badania nic nie wykazały, więc wypisali ich w sobotę, ale w związku ze świętym Biurokracym zlądowali w domu przed 20 dopiero.
Moje sam na sam z Alienkiem było survivalem, w sensie że... koty :)
Samo dziecko, samo ze mną (ojciec wpadał jak po ogień, wykąpać się i zakupy podrzucić, mają dziwny sposób kupowania, mniejsza z większym, w pobliżu nie ma nic, w czym mogłabym chociażby chleb kupić) funkcjonowało prawie jak szwajcarski zegarek, aczkolwiek żebranina o jedzenie była porażająca. I nie, nie głodziłam Alienka, zwanego też roboczo Pyzą, po prostu dostawał attacus histericus po każdej odmowie słodyczy z „tej” szafki. Bo skoro na drugie śniadanie zjadał solidną porcję szarlotki, własnoręcznie upieczonej przez ojca (dwa standardowe trójkąciki) plus dwa banany i opakowanie malin, to chyba nie miał prawa 1,5 godziny później konać w męczarniach z głodu? A darł się tak, jakby go ze skóry obdzierano i zastanawiam się, czy sąsiedzi są głusi? Bo spodziewałam się w każdej chwili desantu z ichniego MOPS-u i ciary mi po skórze chodziły :)
Noc to inna bajka. Prędzej czy później zasypiał ze mną w małżeńskim łożu, słuchając kołysanek z telefonu i buntując się, że ja oglądam Dynastię czy inny badziew, bo on chciał „Puppy”, znaczy się, Psi Patrol, który ja rzygałam... Bo to na TV leciało, jak musiałam coś upichcić, żeby trzymać małego „daj, babcia, pomogę” z dala od noży, kubków, garnków i innych atrakcji, a zwłaszcza od gorącego piekarnika. Mają kuchnię połączoną z livingiem i nie ma innej opcji na udupienie dziecka, które nie ma południowej drzemki, a jak już pada, to koło 17 i potem może do rana wędrować. Łoże olbrzymiaste, ale mały wędrowiec spał tak, że miałam mniej miejsca dla siebie niż na sofie w kuchni. Ale przesypiał całe noce i rano budził się wypoczęty, rzucając się na mnie po wypierzeniu się i obśliniając moją mordę okrutnie.
Fajne to było, ale...
Na wysokości mojego nosa, niecały metr od niego stała kocia kuweta. Ojaciepierdolę, nawet gdy była sprzątnięta, zapach żwirku powodował u mnie ból głowy. A mnie głowa nie boli. Pierwszej nocy o 23 Edek zesrał się tak, że nie wiedziałam, co otworzyć, żeby smród wywietrzyć. Drugiej nocy zamknęłam już drzwi od sypialni i w dupie miałam koty, ale... coś mnie tknęło i gdy Alienek zasnął, wstałam. Znów kupsko.
Mówię Inżynierowi o tym, a ten, że biedne kotki to pewnie Alienek stresuje, przepędzając je.
Zero zrozumienia dla mnie, a i myślę, jako że większość bywalców tu jest kotowata, że przesmradzam. Nie, nie przesmradzam, trzeba było, to sprzątnęłam, życie. Ale ja się tu nie prosiłam, po prostu zostałam w to wrobiona zrządzeniem losu. I wytrzymałam cały miesiąc w kłębach kociej sierści, w brudzie, bo przez cały miesiąc nie była myta podłoga, bo nie. Jak dla mnie to niekomfortowe warunki, i nie, sierść sierściuchów w moich świeżo wypranych gaciach mnie nie rajcuje i nie kręci. I nie, nie doładowuję się emocjonalnie, głaszcząc sierściuchy i trzymając je na kolanach. A pchały się na mnie, jebane, nawet kocica, która ludzi omija kołem. Nie wiedziały, głupie, że ja złą kobietą jestem?
Jęczą, że nie mają miejsca, a mieszkanie zagracone dwoma potężnym drapakami, na których koty nigdy prawie nie leżą, a jeśli już Edek ośmieli się wejść, to dostaje lanie aż miło. Edek zatem egzystuje na krzesłach pod stołem, o ile go stamtąd Alienek radośnie nie wypłoszy, albo w wannie, skąd nie chce wyleźć za Chiny Ludowe i trzeba siłą wywlekać 8 kilo żywego kota. Arya zaś siedzi na szafie, gdzie jej nie widać (com ja się kota naszukała, bo miałam przykazane sprawdzać co parę godzin, czy koty żyją, jakby jebane ani myślały zdychać. Dwa małe drapaczki stoją też bezużytecznie, albowiem koty upatrzyły sobie moje walizki, dając spokój kanapie. I łażąc po mnie bezkarnie kilka razy w nocy, bo przez kanapę wiodła droga do wodopoju w formie fontanny, który zajmuje jakieś 60 cm blatu kuchennego :) Synowa zaś zawsze PODKREŚLA, że jej kłęby sierści nie przeszkadzają w życiu. Jako że mi nie przeszkadzały nigdy sterty gazet i książek, które przeszkadzały mojej teściowej, morda w kubeł. I w milczeniu cierpiałam okrutnie :)
Nie przeszkadzało mi już nic, nigdzie i tylko ja wiem, jak mi się wścieklizna uszami wylewała, zwłaszcza w sobotę, gdy nie było wiadomo, czy wyjdą wreszcie. A Baran mógł mnie odebrać tylko w weekend, bo pracuje.
Jednak wyszli. Kalafiorkówna jest, no co tu dużo gadać, jest moją wnuczką, więc nie ma innej opcji, jak być cudna, jedyna, słodka, złota i kochana. Taki paskudny los jej przypadł w udziale i będzie musiała z tym żyć.
Wieczór był zwariowany, bo Alienek oszalał z radości, czemu dał wyraz, waląc w Kalafiorkównę klockiem, a następnie rzucając się na nią z nożem. Serio. Plastikowym. Bo on to, co kocha, tnie na plasterki, żeby było więcej :) Na szczęście udało nam się ją ocalić, ale Alienek zwariował, po prostu zwariował z radości. I następnego ranka, gdy chciałam się nim zająć, by rodzice mogli pospać, bo Kalafiorkówna odżyła w nocy i żyła intensywnie do 5.30, lament pod niebiosy podniósł, że nie babcia. No cóż, skreślił mnie, ale mu wybaczam, bo to było pierwsze w jego życiu tak długie rozstanie z obojgiem rodziców i na dokładkę przywieźli do domu jakieś nowe dziecko, które nie chce się z nim bawić :)
Oj, będą mieli nielekko.
Aczkolwiek podkreślić muszę, że podoba mi się ich stosunek do dzieci w tym momencie: wyważony, bez faworyzowania, bez mówienia: ustąp, zostaw, bo jest mniejsza.Jest przytulany i uczony obsługi małej. Sama siedziałam trzy godziny ze śpiącą na mnie Kalafiorkówną (lubi na mnie spać, mam odpowiedni stopień tłustości i miękkości, aczkolwiek kości mnie okrutnie potem bolały), a ona w tym czasie bawiła się cierpliwie z Alienkiem, dozując mu nowe zabawki, przezornie po świętach zachomikowane.
I... Szok. Podziękowała mi za wszystko, że nie spodziewała się, że wytrwam z Alienkiem, a tym bardziej tak długo. Widać, że mnie zupełnie nie zna, ale mniejsza z większym. Z Alienkiem wytrwałabym jeszcze więcej, ale nie z kotami. I zrobiłam to dla mojego dziecka, bo i bez tego ma ciężko w życiu. Pytałam, czy mam zostać do końca, ale sami podkreślali, że jednak trochę muszę odpocząć, a i oni muszą sobie poukładać.
Z jednej strony serce się rwało, bo nowa zabawka, noworodki takie są do piekarnika wprost, a i ketchup, i sos czosnkowy był. I z Alienkiem trudno się rozstać, co mam ukrywać, wnuczę, z którym jestem najbliżej, bo najwięcej je miałam. Nawet Mała Wiedźma nie była w sumie ze mną tak długo przez te lata, ani nie była w moich szponach indywidualnie. No ale jest jak jest i też mi się serce w tę drugą stronę wyrywało.
Schudłam 5 kilo bez wyrzeczeń.
A po południu przyjechała po mnie moja wymarzona i wytęskniona ekipa i zabrali mnie do raju :)
Do krainy, gdzie jestem obsługiwana jak w hotelu pięciogwiazdkowym, koty, piękne, zwłaszcza takie jedno rude cudo widuję tylko za oknem, gdzie ręczniki są suche jak pieprz, panuje błoga cisza, nie trzeba patrzeć, gdzie się stawia kubek z wrzątkiem, a za oknem kwitną cyklameny, hiacynty i magnolia już ma nabrzmiałe pąki...
Cisza, półmrok, wszyscy w pracy, ja sama w domu. Z podłogi można jeść. Okruchów próżno szukać.
Wszystkie moje rzeczy wyprane i bez śladu kociej sierści.
Tylko trochę żal „apija, apija, puppy, puppy”, jak robi wilk, jak robi foczka, jak robi babcia, i mama ze specjalnym akcentem, który słyszę nawet ja, bo on na tatę mówi też mama :) I tych klejkich łap, umorusanej buzi i „akyszania”. I innych takich tam.
Stara, głupia wariatka której trudno dogodzić.
I Inżynier, i Synowa jeszcze pisali, że dziękują. Aż opierdoliłam.
A Inżynier wczoraj napisał, że nie może się odnaleźć w czasie kąpieli, bo mu dziecko jakoś urosło i takie ciężkie się zrobiło... Że się dziwnie czuje. No cóż, a mi brakuje mokrego łacha.
Życie.
A jutro zacznie się nowy rok.
Oby przyniósł nam wszystkim tylko dobre chwile i jak najmniej trosk. Spełnienie marzeń - tych wielkich i tych małych.
Szczęśliwego nowego roku!
sobota, 15 grudnia 2018
Poszli
Do kina, Kochany Pamiętniczku, więc na szybko i na gorąco. Kalafiorkównie się nie spieszy na ten najpiękniejszy ze światów, a ja liczę już nawet nie dni, ale godziny dzielące mnie od powrotu do domu. A dużo tych godzin, jak cholera.
Alienek i reszta wnuków są super. Z Alienkiem jesteśmy jak Armia Radziecka, nie do zwyciężenia.
Ale reszta..
Long story, dławię się we wszystkim.
Opiszę, jak wrócę, nie mogę nic zmienić, ale czuję się jak w potrzasku.
Jem makaron, bo ona nie lubi ziemniaków. A ja nie cierpię makaronu. Mogę zjeść raz i drugi, ale stale? Wkurwiłam się dziś i na kolejną propozycję obiadu z makaronem zażyczyłam sobie sera i pyrów. Umiem sama gotować. Moje gotowanie jest niedobre, więc się nia pcham. Inna para kaloszy, że dziecko i tak ponad połowę zostawia na talerzu i je tylko gotowe przekąski, paluszki, chrupki i inne wynalazki. Nawet owoce ma gotowce obrane ze sklepu.
Sierść od sierściuchów jest wszędzie. Zaścieła wszystko grubą warstwą. Przejść nie można, nie obijając sobie nóg, bo dwie kuwety, dwa ogromne drapaki, a sierściuch i tak ostrzy sobie pazury na mojej walizce, której nie ma gdzie schować. Na moje protesty slyszę, że to tylko kotełek. Sierść na moich zabawkach i nie, kurwa, nie dam sobie wmówić, że skoro ich sprzętowi to nie szkodzi, to mojemu nie zaszkodzi też. Nie przywiozłam go do zabawy, ja na nim pracuję. I nie przyjechałam wpychając się, jestem, bo mnie potrzebują.
Zdziwiona, że nie mam siły na rajdy i wciąganie ciężkiego wózka na pierwsze piętro, łącznie z ważącym 13 kilo dzieckiem i plecakiem z chujwiczym. Trudno, mam swoje lata, w domu mam windę, jestem gruba i nie mam kondycji.
Obraza, bo ubieram dziecko w kurtkę na korytarzu. W mieszkaniu bez włączonego ogrzewania są 24 stopnie i zdycham, mocując sie w swoim wyjściowym ubraniu z niesfornym dzieckiem.
Chcę do domu, do mojego domu, nawet do Barana już nie chcę.
Mam dość, dość uwag, że wszystko robię źle, bo nie tak, bo teraz się robi tak.
Chcę do domu.
Alienek tylko mnie trzyma, bo lgnie do mnie, jest paskudny, ale kochany. No ale ja nie siedzę cały dzień na necie, mam dla niego czas i dobre słowo. Mamy swój język, tam, gdzie nie umie jeszcze powiedzieć, wystarczy jeden gest.
Ale chcę do domu, chce robić to, co chcę, a nie to, co mi kto każe.
Nie chcę czuć się intruzem, bo siedzę nie na tym miejscu kanapy, na którym powinnam.
I nie, kurwa, nie przemawiają do mnie mądrości z forów.
Nigdy więcej nie wyjadę z domu. Nigdzie.
Nie ma opcji. My home is my castle.
Alienek i reszta wnuków są super. Z Alienkiem jesteśmy jak Armia Radziecka, nie do zwyciężenia.
Ale reszta..
Long story, dławię się we wszystkim.
Opiszę, jak wrócę, nie mogę nic zmienić, ale czuję się jak w potrzasku.
Jem makaron, bo ona nie lubi ziemniaków. A ja nie cierpię makaronu. Mogę zjeść raz i drugi, ale stale? Wkurwiłam się dziś i na kolejną propozycję obiadu z makaronem zażyczyłam sobie sera i pyrów. Umiem sama gotować. Moje gotowanie jest niedobre, więc się nia pcham. Inna para kaloszy, że dziecko i tak ponad połowę zostawia na talerzu i je tylko gotowe przekąski, paluszki, chrupki i inne wynalazki. Nawet owoce ma gotowce obrane ze sklepu.
Sierść od sierściuchów jest wszędzie. Zaścieła wszystko grubą warstwą. Przejść nie można, nie obijając sobie nóg, bo dwie kuwety, dwa ogromne drapaki, a sierściuch i tak ostrzy sobie pazury na mojej walizce, której nie ma gdzie schować. Na moje protesty slyszę, że to tylko kotełek. Sierść na moich zabawkach i nie, kurwa, nie dam sobie wmówić, że skoro ich sprzętowi to nie szkodzi, to mojemu nie zaszkodzi też. Nie przywiozłam go do zabawy, ja na nim pracuję. I nie przyjechałam wpychając się, jestem, bo mnie potrzebują.
Zdziwiona, że nie mam siły na rajdy i wciąganie ciężkiego wózka na pierwsze piętro, łącznie z ważącym 13 kilo dzieckiem i plecakiem z chujwiczym. Trudno, mam swoje lata, w domu mam windę, jestem gruba i nie mam kondycji.
Obraza, bo ubieram dziecko w kurtkę na korytarzu. W mieszkaniu bez włączonego ogrzewania są 24 stopnie i zdycham, mocując sie w swoim wyjściowym ubraniu z niesfornym dzieckiem.
Chcę do domu, do mojego domu, nawet do Barana już nie chcę.
Mam dość, dość uwag, że wszystko robię źle, bo nie tak, bo teraz się robi tak.
Chcę do domu.
Alienek tylko mnie trzyma, bo lgnie do mnie, jest paskudny, ale kochany. No ale ja nie siedzę cały dzień na necie, mam dla niego czas i dobre słowo. Mamy swój język, tam, gdzie nie umie jeszcze powiedzieć, wystarczy jeden gest.
Ale chcę do domu, chce robić to, co chcę, a nie to, co mi kto każe.
Nie chcę czuć się intruzem, bo siedzę nie na tym miejscu kanapy, na którym powinnam.
I nie, kurwa, nie przemawiają do mnie mądrości z forów.
Nigdy więcej nie wyjadę z domu. Nigdzie.
Nie ma opcji. My home is my castle.
piątek, 30 listopada 2018
Żegnam się
z Tobą, Kochany Pamiętniczku, nie wiem, na jak długo.
Niestety, wszelkie działania przy Alienku są raczej niemożliwie, wczoraj oskalpował matce lalki, a ona zbiera jakieś tam wypasione, zamykane w szklanej szafce i drogie jak cholera :) Więc nie, nie będzie czasu na pisanie :)
Poza tym już mówiłam, że nie chcę, żeby Synowa wiedziała, że piszę, a że prowadzić będziemy życie stadne, to jednak nie ma opcji. Przedtem mialam azyl w małym pokoju, teraz to zaanektowane przez Alienka i takie małe, że nie ma tam nawet na czym usiąść.
Może to i dobrze, że będzie taka przerwa?
Nosi mnie, bo pogoda niepewna.
Wykorzystałam po raz pierwszy cały limit bagażu, i liczbowy i wagowy, przerażona jestem.
Dobrze, że mam walizkę gabarytową do podręcznego, nie spakowałabym się inaczej. A nazbierało się ciężarów, bo wiozę pełno książek :D
Trudno.
Nerwy latają, bo ma padać śnieg albo marznący deszcz w nocy.
I takie tam.
No nic, spadam pospać, bo jak się po północy obudzę, to już się nie położę, bo nie słyszę budzika, więc...
Wspominajcie mnie czule i tęsknijcie trochę :D
Będzie mi miło :P
Niestety, wszelkie działania przy Alienku są raczej niemożliwie, wczoraj oskalpował matce lalki, a ona zbiera jakieś tam wypasione, zamykane w szklanej szafce i drogie jak cholera :) Więc nie, nie będzie czasu na pisanie :)
Poza tym już mówiłam, że nie chcę, żeby Synowa wiedziała, że piszę, a że prowadzić będziemy życie stadne, to jednak nie ma opcji. Przedtem mialam azyl w małym pokoju, teraz to zaanektowane przez Alienka i takie małe, że nie ma tam nawet na czym usiąść.
Może to i dobrze, że będzie taka przerwa?
Nosi mnie, bo pogoda niepewna.
Wykorzystałam po raz pierwszy cały limit bagażu, i liczbowy i wagowy, przerażona jestem.
Dobrze, że mam walizkę gabarytową do podręcznego, nie spakowałabym się inaczej. A nazbierało się ciężarów, bo wiozę pełno książek :D
Trudno.
Nerwy latają, bo ma padać śnieg albo marznący deszcz w nocy.
I takie tam.
No nic, spadam pospać, bo jak się po północy obudzę, to już się nie położę, bo nie słyszę budzika, więc...
Wspominajcie mnie czule i tęsknijcie trochę :D
Będzie mi miło :P
czwartek, 29 listopada 2018
Ojapierdolę
Kochany Pamiętniczku.
Znów budzenie się w półśnie, półjawie, niechętne otwieranie oczu, aczkolwiek sen nie koszmar, ale dziwaczny i nagle... Czasem jest taki, że chcę w nim trwać, bo choć boli i rani, no... takie uczucie, że może zabije i już nie będę musiała się dalej męczyć. Takie zawieszenie, chce się żyć, ale i umrzeć warto. Jak bardzo jestem porąbana w skali od jednego do dziesięciu?
Kurde, dziś zamykanie maszynek.
Skok do łazienki i...
Plan.
Najpierw śniadanko, w piżamce, a kto bogatemu zabroni.
Próba wyłączenia lodówki z kontaktu, ale nie, tłusta rączka nie wchodzi w szparę. Mogę wtyczkę wyciągnąć, ale... Kto ją z powrotem wetknie? (Lodówka rozmrażała się całkowicie do szesnastej :) )
Wyłączyłam wyłącznikiem, Pierworodny twierdzi, że nic się nie będzie działo.
Z zamrażalnika wszystko wylądowało w worku, worek koło śmietnika, a po godzinie go nie było. Mam nadzieję, że temu, co zabrał, nic nie zaszkodzi.
Zostawiłam tylko mięso z K., miałam obiad na dziś i na jutro, lekko :)
Sery w lodówce popleśniały, jakoś tak :P
W domu mam na przeżycie na dwa dni, a i tak resztki wyniosę kolo śmietnika. Co się dało, dałam sąsiadce od kluczy.
Dobrze, że sprawdziłam klucze - wsiąkł jeden z kluczy dorabianych rok temu, a ten co został, nie otwiera zamka. Miśki hurtem dostały wpierdol, ale nie pomogło, klucz musiałam dorobić. Nie przyznały się do schowania klucza, jak zawsze, bandyci.
Maszynki udało mi się zamknąć o 13. Jednak moje stanowcze, że o 13 wychodzę, zadziałało. W sumie mogłabym pracować online, ale to niezdrowe z wielu względów, może jak mi umysł ocaleje, a ciało padnie, poproszę o taką opcję. Ale oni to wykorzystają i będę pracowała 24 godziny na dobę za tę samą kasę, bo jak to, skoro z domu nie wychodzę :P
Polazłam zatem do fryzjera, w międzyczasie wściekając się, bo był SMS, że jedzie do mnie paczka.
Jaka, kurwa, paczka, skoro aż tyle nie piję, by zamawiać po pijaku chuj wie co?
Piszę do Postmana, nie odpisuje.
Piszę do Barana, uspokaja. Twierdzi, że nic nie wie.
A ja patrzę na stertę na kanapie, na bajzel ogólny i...
Nie, ciśnienie mi nie rośnie, wzięłam leki :P
Dorabiam klucz. U fryzjera jestem druga.
Przede mną matrona. Z tych ąęć, bułkę przez bibułkę. Damski zamknięty. Nie wiem, dlaczego, może personel chory? Może nierentowny. Nie pytam. Ąę gęba się nie zamyka. Ma swój ręcznik, swoją folię i inne takie tam. Kobieta na oko po siedemdziesiątce. Z tych lepszych. Nie oceniam, nie analizuję, ale z urywków rozmów ojapierdolę. Obsługa trwa prawie 1,5 godziny, żeby nie to, że to moja fryzjerka i że nie mam innej opcji, poszłabym w pizdu. Trzech facetów poszło. Nie wiem, czy pani ĄĘ dała napiwek, bo ja dałam, i to solidny. Zasmrodziła cały zakład swoim lakierem, oburzona była, gdy na pytanie, dlaczego wyszłam na korytarz odpowiedziałam, że przeszkadza mi lakier. Kazała się tak sikać lakierem, że wszędzie był lakier (sama zasłaniała twarz swoim ręczniczkiem), że cieszyłam się, że poszłam w płaszczu, w którym chyba nie pojadę. Zanim usiadłam na fotelu, w zakładzie zlądowało trzech młodzieńców.
Nawet nie wiedzą, jakie mieli szczęście, że na fotelu siedzę ja :)
Bo ja jestem prosta w obsłudze.
20 minut i po ptakach, nówka nieśmigana ze mnie :P
A pani ĄĘ siedziała wciąż i suszyła lakier. Po czym zażyczyła sobie potrzymania płaszczyka, ale żaden z młodzieży dupy nie ruszył i płaszczyk podawała jej fryzjerka...
Tak wiem...
Wredna jestem :D
Ale jak ktoś chce pieszczotek, szuka damskiego fryzjera, gdzie są zapisy i cuda wianki.
I tak, można być samotnym.
Vide: ja.
Ale to nie powód, by gadać u fryzjera godzinami. Bo jak suszyła lakier, nawijała jak zepsuty kołowrotek.
Mam nadzieję nie dożyć takiego stanu :p
Dałam sąsiadce klucze, ogarnęłam z grubsza tę kuwetę. Jutro apiać od nowa i pakowanie na maksa.
I dalej nerwy, bo w wiosce ma być w nocy śnieg.
Taki life u mnie, co nie?
A.
I po drodze wlazłam, na swoje nieszczęście do galerii.
A tam Hebe.
I w sumie
No co.Nie, nie wszystko z Hebe. Ale zrobiłam zdjęcie grupowe. Angel i Obssesion z Rossmanna :P
Uwielbiam pachnieć smrodem, jak kiedyś nieletni Inżynier określił.
Nie tapetuję się, ale wyjście z domu bez perfum, to dla mnie jak łażenie na golasa.
To premia za cały rok zapierdalania ze wszystkim i za to, że ze wszystkim sobie poradziłam :P I prezenty, których już nigdy od nikogo nie dostanę, bo wszyscy mają swoje wydatki. Zatem mam i ja, bo kiedy mam zadbać o siebie, jak nie teraz?
Stara wariatka ze mnie :)
Znów budzenie się w półśnie, półjawie, niechętne otwieranie oczu, aczkolwiek sen nie koszmar, ale dziwaczny i nagle... Czasem jest taki, że chcę w nim trwać, bo choć boli i rani, no... takie uczucie, że może zabije i już nie będę musiała się dalej męczyć. Takie zawieszenie, chce się żyć, ale i umrzeć warto. Jak bardzo jestem porąbana w skali od jednego do dziesięciu?
Kurde, dziś zamykanie maszynek.
Skok do łazienki i...
Plan.
Najpierw śniadanko, w piżamce, a kto bogatemu zabroni.
Próba wyłączenia lodówki z kontaktu, ale nie, tłusta rączka nie wchodzi w szparę. Mogę wtyczkę wyciągnąć, ale... Kto ją z powrotem wetknie? (Lodówka rozmrażała się całkowicie do szesnastej :) )
Wyłączyłam wyłącznikiem, Pierworodny twierdzi, że nic się nie będzie działo.
Z zamrażalnika wszystko wylądowało w worku, worek koło śmietnika, a po godzinie go nie było. Mam nadzieję, że temu, co zabrał, nic nie zaszkodzi.
Zostawiłam tylko mięso z K., miałam obiad na dziś i na jutro, lekko :)
Sery w lodówce popleśniały, jakoś tak :P
W domu mam na przeżycie na dwa dni, a i tak resztki wyniosę kolo śmietnika. Co się dało, dałam sąsiadce od kluczy.
Dobrze, że sprawdziłam klucze - wsiąkł jeden z kluczy dorabianych rok temu, a ten co został, nie otwiera zamka. Miśki hurtem dostały wpierdol, ale nie pomogło, klucz musiałam dorobić. Nie przyznały się do schowania klucza, jak zawsze, bandyci.
Maszynki udało mi się zamknąć o 13. Jednak moje stanowcze, że o 13 wychodzę, zadziałało. W sumie mogłabym pracować online, ale to niezdrowe z wielu względów, może jak mi umysł ocaleje, a ciało padnie, poproszę o taką opcję. Ale oni to wykorzystają i będę pracowała 24 godziny na dobę za tę samą kasę, bo jak to, skoro z domu nie wychodzę :P
Polazłam zatem do fryzjera, w międzyczasie wściekając się, bo był SMS, że jedzie do mnie paczka.
Jaka, kurwa, paczka, skoro aż tyle nie piję, by zamawiać po pijaku chuj wie co?
Piszę do Postmana, nie odpisuje.
Piszę do Barana, uspokaja. Twierdzi, że nic nie wie.
A ja patrzę na stertę na kanapie, na bajzel ogólny i...
Nie, ciśnienie mi nie rośnie, wzięłam leki :P
Dorabiam klucz. U fryzjera jestem druga.
Przede mną matrona. Z tych ąęć, bułkę przez bibułkę. Damski zamknięty. Nie wiem, dlaczego, może personel chory? Może nierentowny. Nie pytam. Ąę gęba się nie zamyka. Ma swój ręcznik, swoją folię i inne takie tam. Kobieta na oko po siedemdziesiątce. Z tych lepszych. Nie oceniam, nie analizuję, ale z urywków rozmów ojapierdolę. Obsługa trwa prawie 1,5 godziny, żeby nie to, że to moja fryzjerka i że nie mam innej opcji, poszłabym w pizdu. Trzech facetów poszło. Nie wiem, czy pani ĄĘ dała napiwek, bo ja dałam, i to solidny. Zasmrodziła cały zakład swoim lakierem, oburzona była, gdy na pytanie, dlaczego wyszłam na korytarz odpowiedziałam, że przeszkadza mi lakier. Kazała się tak sikać lakierem, że wszędzie był lakier (sama zasłaniała twarz swoim ręczniczkiem), że cieszyłam się, że poszłam w płaszczu, w którym chyba nie pojadę. Zanim usiadłam na fotelu, w zakładzie zlądowało trzech młodzieńców.
Nawet nie wiedzą, jakie mieli szczęście, że na fotelu siedzę ja :)
Bo ja jestem prosta w obsłudze.
20 minut i po ptakach, nówka nieśmigana ze mnie :P
A pani ĄĘ siedziała wciąż i suszyła lakier. Po czym zażyczyła sobie potrzymania płaszczyka, ale żaden z młodzieży dupy nie ruszył i płaszczyk podawała jej fryzjerka...
Tak wiem...
Wredna jestem :D
Ale jak ktoś chce pieszczotek, szuka damskiego fryzjera, gdzie są zapisy i cuda wianki.
I tak, można być samotnym.
Vide: ja.
Ale to nie powód, by gadać u fryzjera godzinami. Bo jak suszyła lakier, nawijała jak zepsuty kołowrotek.
Mam nadzieję nie dożyć takiego stanu :p
Dałam sąsiadce klucze, ogarnęłam z grubsza tę kuwetę. Jutro apiać od nowa i pakowanie na maksa.
I dalej nerwy, bo w wiosce ma być w nocy śnieg.
Taki life u mnie, co nie?
A.
I po drodze wlazłam, na swoje nieszczęście do galerii.
A tam Hebe.
I w sumie
No co.Nie, nie wszystko z Hebe. Ale zrobiłam zdjęcie grupowe. Angel i Obssesion z Rossmanna :P
Uwielbiam pachnieć smrodem, jak kiedyś nieletni Inżynier określił.
Nie tapetuję się, ale wyjście z domu bez perfum, to dla mnie jak łażenie na golasa.
To premia za cały rok zapierdalania ze wszystkim i za to, że ze wszystkim sobie poradziłam :P I prezenty, których już nigdy od nikogo nie dostanę, bo wszyscy mają swoje wydatki. Zatem mam i ja, bo kiedy mam zadbać o siebie, jak nie teraz?
Stara wariatka ze mnie :)
środa, 28 listopada 2018
Brzydkie
słowo bym znów rzekła, Kochany Pamiętniczku.
Miałam wczoraj wolne i dobrze, że miałam.
I tak gówno zrobili.
A dziś miało być do 14 i fajrant, ale gdzie tam, nie ma opcji.
Natrzepał mi na pocztę wszystko, co mu w rękę wpadło, nie wiem, chyba dlatego, że uważa, że za dużo mi płaci. Ten typ tak ma, że nawet jak w umowie mam dwukrotną korektę, to znajdzie pierdyliard powodów, żeby mi dać wszystko do nauczenia się na pamięć.
Dlatego zaśpiewałam tyle, ile zaśpiewałam i po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że to i tak za mało za moje zszargane nerwy.
Nienawidzę ludzi, którzy nie szanują cudzego czasu. A ja znów pół z tego straconego dnia spędziłam na czekaniu na pracę i na głupich gadkach, że jutro, w grudniu, po południu.
Łamacz oznajmił, że 16.30 wychodzi, bo musi, a ja dowiedziałam się, że może i jutro będę potrzebna, i może w piątek.
Postawiłam się. Jak ja mówię, że muszę, to wszyscy tracą słuch, albo są oburzeni, że śmiem mieć życie pozapracowe.
Jutro owszem, poczekam w domu do 13, później wychodzę i mnie już nie będzie. Kurwa mać. Mieć dwa dni wolne, zaplanować je, a potem usłyszeć, że hola, hola, ale nam się wygło?
Odkreślać na bibelce (chuj z bibelką, to zwykła makieta, no ale przecież to bibelka), ktora się miliard razy zmienia? Co mnie obchodzi numeracja stron, skoro nie mam na nią wpływu i nie dostaję ostatecznej makiety? I co z tego, że pracowicie skreślam przerobione artykuły, skoro one do mnie wracają jak zły szeląg, bo nikt tego nie pilnuje?
Wychodząc, dostałam kubek z cukierkami. Nosz, kurwa, w ramach nagrody za dobrą pracę. I że nie chcą do kolejnego mumeru innej korektorki, bo im się dobrze pracuje.
Im tak, mnie nie. I jak mam sobie tak szarpać nerwy, to przemyślę.
Do chlebaka pojechałam, bo musiałam kupić przejściówkę do netbooka. W sumie powinien mi to zabezpieczyć Inżynier, ale mniejsza z większym.
Tylko się zagrzałam do granic możliwości, ale za to kupiłam sobie dwa kawałki pizzy w Pizza Hut i zimne w domu zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Do rodzinnej gazetki nie mają nikogo.
I jedyną osobą, którą to martwi, jestem ja :)
Bossa nie było, podpytywali, czy aby nie.
Nie, nie, nawet na SMS nie odpiszę jak coś.
Nie ma mowy, nie ma opcji, nie ma takiej możliwości.
Jestem NIEKOMPATYBILNA z pracą w grudniu.
I chuj :)
Właśnie skończyłam polemikę, choć trudno to nazwać polemiką, na Fejsbuczku. Z teściową Pierworodnego. Nie dziwię się, że córka na nią patrzeć nie może. Dobra kobieta, ale tępa dzida i nic się z tym nie da zrobić. Nie, żebym ja jakaś bystra była. Ale mniejsza z większy, ma prawo do swoich poglądów i sympatii oraz antypatii. Chociaż czasami nóż się człowiekowi wbija w dupę, jak sięw kieszeni otworzy po tak kretyńskich tekstach. Zaskakuje mnie ich odnoszenie się do siebie. Ona do matki mówi "ty". Jestem na ty nawet z ludźmi młodszymi od moich dzieci. Ale dzieci zawsze mówią do mnie "mamo". Nie "mamusiu". Mamo. Mamo to, mamo tamto, niech mama wciśnie ten guziczek. Albo po prostu: matka do nogi. Albo: niech się mama puknie w ten głupi łeb.
I nie zamienię tego na nic innego.
No ale ja, wiadomo, głupia jestem.
Miałam wczoraj wolne i dobrze, że miałam.
I tak gówno zrobili.
A dziś miało być do 14 i fajrant, ale gdzie tam, nie ma opcji.
Natrzepał mi na pocztę wszystko, co mu w rękę wpadło, nie wiem, chyba dlatego, że uważa, że za dużo mi płaci. Ten typ tak ma, że nawet jak w umowie mam dwukrotną korektę, to znajdzie pierdyliard powodów, żeby mi dać wszystko do nauczenia się na pamięć.
Dlatego zaśpiewałam tyle, ile zaśpiewałam i po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że to i tak za mało za moje zszargane nerwy.
Nienawidzę ludzi, którzy nie szanują cudzego czasu. A ja znów pół z tego straconego dnia spędziłam na czekaniu na pracę i na głupich gadkach, że jutro, w grudniu, po południu.
Łamacz oznajmił, że 16.30 wychodzi, bo musi, a ja dowiedziałam się, że może i jutro będę potrzebna, i może w piątek.
Postawiłam się. Jak ja mówię, że muszę, to wszyscy tracą słuch, albo są oburzeni, że śmiem mieć życie pozapracowe.
Jutro owszem, poczekam w domu do 13, później wychodzę i mnie już nie będzie. Kurwa mać. Mieć dwa dni wolne, zaplanować je, a potem usłyszeć, że hola, hola, ale nam się wygło?
Odkreślać na bibelce (chuj z bibelką, to zwykła makieta, no ale przecież to bibelka), ktora się miliard razy zmienia? Co mnie obchodzi numeracja stron, skoro nie mam na nią wpływu i nie dostaję ostatecznej makiety? I co z tego, że pracowicie skreślam przerobione artykuły, skoro one do mnie wracają jak zły szeląg, bo nikt tego nie pilnuje?
Wychodząc, dostałam kubek z cukierkami. Nosz, kurwa, w ramach nagrody za dobrą pracę. I że nie chcą do kolejnego mumeru innej korektorki, bo im się dobrze pracuje.
Im tak, mnie nie. I jak mam sobie tak szarpać nerwy, to przemyślę.
Do chlebaka pojechałam, bo musiałam kupić przejściówkę do netbooka. W sumie powinien mi to zabezpieczyć Inżynier, ale mniejsza z większym.
Tylko się zagrzałam do granic możliwości, ale za to kupiłam sobie dwa kawałki pizzy w Pizza Hut i zimne w domu zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Do rodzinnej gazetki nie mają nikogo.
I jedyną osobą, którą to martwi, jestem ja :)
Bossa nie było, podpytywali, czy aby nie.
Nie, nie, nawet na SMS nie odpiszę jak coś.
Nie ma mowy, nie ma opcji, nie ma takiej możliwości.
Jestem NIEKOMPATYBILNA z pracą w grudniu.
I chuj :)
Właśnie skończyłam polemikę, choć trudno to nazwać polemiką, na Fejsbuczku. Z teściową Pierworodnego. Nie dziwię się, że córka na nią patrzeć nie może. Dobra kobieta, ale tępa dzida i nic się z tym nie da zrobić. Nie, żebym ja jakaś bystra była. Ale mniejsza z większy, ma prawo do swoich poglądów i sympatii oraz antypatii. Chociaż czasami nóż się człowiekowi wbija w dupę, jak sięw kieszeni otworzy po tak kretyńskich tekstach. Zaskakuje mnie ich odnoszenie się do siebie. Ona do matki mówi "ty". Jestem na ty nawet z ludźmi młodszymi od moich dzieci. Ale dzieci zawsze mówią do mnie "mamo". Nie "mamusiu". Mamo. Mamo to, mamo tamto, niech mama wciśnie ten guziczek. Albo po prostu: matka do nogi. Albo: niech się mama puknie w ten głupi łeb.
I nie zamienię tego na nic innego.
No ale ja, wiadomo, głupia jestem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





