piękna niedziela, Kochany Pamiętniczku :)
U nas nawet śmietniki są monitorowane :D Totalna inwigilacja :D
Stałam po drugiej stronie tego napisu, nic dziwnego, że wszyscy się do mnie uśmiechali :P
Szacunek dla tych, którzy pierwsi dobiegli do mety i dla tych, którzy dobiegli ostatni. Wszystkim należy się uznanie i chwała :)
A do domu szłam...
Wiosennie.
To był dobry dzień.
I okulary słoneczne się znalazły, Miśków wina, schowały, Skubane :)
Teraz będzie ciężki tydzień, ale aby do brzegu :D
niedziela, 15 kwietnia 2018
piątek, 13 kwietnia 2018
Kurcgalopkiem
ten tydzień przeleciał, Kochany Pamiętniczku.
Rach ciach ciach i już okazało się, że jest piątek.
Pierwsze dwa dni pracowałam jak dziki osioł, ale wreszcie (chociaż raz) udało mi się technikę wychować. Zostały im dwie strony i zamiast mnie męczyć, powiedzieli, że jutro.
Choróbska poszły jak po maśle, tak że nie wnerwiałam się, a i powroty do domu piękne były, nawet potuptałam starą trasą drugi raz :)
Ciężko było, ale...
Chce się żyć :)
Chociaż mój pracowy grudzień mówi, że to nie koniec :)
Dostałam nową kartę do kasy, o której chłop nie wie, niepotrzebnie się na zapas martwiłam. Prawie wszystko mam tam spłacone, więc jak coś to jest na wybryki. I udało mi się bez zbędnych kłopotów aktywować ją w punkcie, bo przecież nie zadzwonię na infolinię.
Rozpędziłam się jak torpeda i do Enei wleciałam znienacka. Wreszcie przerejestrowałam licznik na siebie, nie bez zawracania dupy, bo to i trzy podania, klucz do mieszkania i fotografię pradziadka trzeba mieć. W sumie, jak powiedział mi przemiły konsultant, nieważne na czyje nazwisko jest, ważne, żeby kasa się zgadzała. Ale jak chłopcy będą kiedyś chcieli cos z tym fantem zrobić, musieliby wyciągać najpierw ojca z grobu, więc lepiej, że to już formalnie przepisane. Jeszcze w spółdzielni muszę do końca dopiąć, ale na samą myśl o spotkaniu z biurwą pierdzistołkową mam dreszcze. Zimne :P Ale załatwię, nie ma innej opcji. Ciekawe, ile będę płaciła czynszu, bo w kiwetniu mi podnieśli, a za własnościowe czynsz jest niższy ponoć.
I wisienka na torcie - dziś mi rozliczyli media za ubiegły rok.
Inżynier się tak rzucał, jak mówiłam o oszczędności wody, a dzięki oszczędzaniu i wody, i ogrzewania mam 2,5 miesiąca mieszkania za darmo i niższy o 50 zł czynsz od maja.
Chyba warto?
Inna para kaloszy, że znów finansowałam spółdzielnię, a odsetek mi nikt nie zwróci, ale mniejsza z większym, lepiej mieć nadpłatę, jak niedopłatę :)
I... Od lat chodzą za mną czerwone sandałki.
Ale z maciejkowych nigdzie mojego rozmiaru nie było.
Aż przypadkiem znalazłam na Alledrogo.
I w te pędy do Sikory, bo ja na Alledrogo jestem lajkonikiem i nie, nie ma opcji, że rozgryzę, zakładałam konto chyba z trzy razy i dupa :D
Sikora kochana była, kupiła i tadam :)
Mam dwie pary nówek nieśmiganych. Te niebieskie kupiłam pod koniec sezonu w ubiegłym roku, szkoda było mi je nosić, więc teraz mam dwie pary nowe.
Mieszkanie ogarnięte, poprane, gros zakupów zrobione, jeszcze tylko jutro Manhattan i hulaj dusza, piekła nie ma. Burza przeszła bokiem, a w Wielkopolsce w niektórych miejscach armagedon był.
A na niedzielę półmaraton planuję, koleżanka z pracy biegnie, chcę ją upolować.
Jakieś dziwne uczucie mam. To chyba zasługa czasu. Wiem, że czas leczy.
Eks mnie już tak nie boli. Nie mam już poczucia winy z tego powodu, że ja żyję, a on nie.
Czuję się tak, jakbym pewniej stała na ziemi.
Chociaż sny wciąż mam okropne i zakręcone, ale na to nic nie poradzę.
Od Pierworodnego przysłali film z knajpy, jak dzieci jedzą lody. Ojapierdolę, ręce załamałam. Papryczek ma prawie 3,5 roku a je jak świnia. Dosłownie.
Zero kindersztuby u obu :(
Pierworodny jest tak oderwany od życia, że pewno nawet tego nie zauważa.
A jej metod wychowawczych nie śmiem krytykować.
Zawsze wydawało mi się, że kindersztuba jest ważna.
Sama nie muszę się wstydzić, umiem się posługiwać sztućcami, chociaż akurat pałeczkami nie potrafię :) Nie chwaląc się, nawet u Elżuni bym się nie bała.
Ale zupełny brak kindersztuby, plus nieumiejętność używania słów: proszę, dziękuję, przepraszam, to mogiła.
Moja teściowa wciąż podkreślała, że ona przed wojną z ojcem u hrabiego w Kórniku na obiedzie była.
A jej osobiste dziecko, nie bacząc na to, że reszta ludzi je, odsuwało talerz, podnosiło okulary i... dłubało w nosie.
Na moją delikatną uwagę odpowiadała, że Jasiu jest młody i głupi. Jasiu miał wtedy 30 parę lat :)
Nie, to nie był mój Eks.
Inżynier był zawsze podziwiany przez gości, bo gdy to byli moi goście, to obsługę mieliśmy jak w pięciogwiazdkowym hotelu, łącznie z ręczniczkiem przerzuconym przez dłoń :) Skunks umiał robić wrażenie :)
Boję się o moje wnuki, a opcji lekcji grzeczności, która nie jest nauką łatwą ani małą nie ma...
C'est la vie...
Rach ciach ciach i już okazało się, że jest piątek.
Pierwsze dwa dni pracowałam jak dziki osioł, ale wreszcie (chociaż raz) udało mi się technikę wychować. Zostały im dwie strony i zamiast mnie męczyć, powiedzieli, że jutro.
Choróbska poszły jak po maśle, tak że nie wnerwiałam się, a i powroty do domu piękne były, nawet potuptałam starą trasą drugi raz :)
Ciężko było, ale...
Chce się żyć :)
Chociaż mój pracowy grudzień mówi, że to nie koniec :)
Dostałam nową kartę do kasy, o której chłop nie wie, niepotrzebnie się na zapas martwiłam. Prawie wszystko mam tam spłacone, więc jak coś to jest na wybryki. I udało mi się bez zbędnych kłopotów aktywować ją w punkcie, bo przecież nie zadzwonię na infolinię.
Rozpędziłam się jak torpeda i do Enei wleciałam znienacka. Wreszcie przerejestrowałam licznik na siebie, nie bez zawracania dupy, bo to i trzy podania, klucz do mieszkania i fotografię pradziadka trzeba mieć. W sumie, jak powiedział mi przemiły konsultant, nieważne na czyje nazwisko jest, ważne, żeby kasa się zgadzała. Ale jak chłopcy będą kiedyś chcieli cos z tym fantem zrobić, musieliby wyciągać najpierw ojca z grobu, więc lepiej, że to już formalnie przepisane. Jeszcze w spółdzielni muszę do końca dopiąć, ale na samą myśl o spotkaniu z biurwą pierdzistołkową mam dreszcze. Zimne :P Ale załatwię, nie ma innej opcji. Ciekawe, ile będę płaciła czynszu, bo w kiwetniu mi podnieśli, a za własnościowe czynsz jest niższy ponoć.
I wisienka na torcie - dziś mi rozliczyli media za ubiegły rok.
Inżynier się tak rzucał, jak mówiłam o oszczędności wody, a dzięki oszczędzaniu i wody, i ogrzewania mam 2,5 miesiąca mieszkania za darmo i niższy o 50 zł czynsz od maja.
Chyba warto?
Inna para kaloszy, że znów finansowałam spółdzielnię, a odsetek mi nikt nie zwróci, ale mniejsza z większym, lepiej mieć nadpłatę, jak niedopłatę :)
I... Od lat chodzą za mną czerwone sandałki.
Ale z maciejkowych nigdzie mojego rozmiaru nie było.
Aż przypadkiem znalazłam na Alledrogo.
I w te pędy do Sikory, bo ja na Alledrogo jestem lajkonikiem i nie, nie ma opcji, że rozgryzę, zakładałam konto chyba z trzy razy i dupa :D
Sikora kochana była, kupiła i tadam :)
Mam dwie pary nówek nieśmiganych. Te niebieskie kupiłam pod koniec sezonu w ubiegłym roku, szkoda było mi je nosić, więc teraz mam dwie pary nowe.
Mieszkanie ogarnięte, poprane, gros zakupów zrobione, jeszcze tylko jutro Manhattan i hulaj dusza, piekła nie ma. Burza przeszła bokiem, a w Wielkopolsce w niektórych miejscach armagedon był.
A na niedzielę półmaraton planuję, koleżanka z pracy biegnie, chcę ją upolować.
Jakieś dziwne uczucie mam. To chyba zasługa czasu. Wiem, że czas leczy.
Eks mnie już tak nie boli. Nie mam już poczucia winy z tego powodu, że ja żyję, a on nie.
Czuję się tak, jakbym pewniej stała na ziemi.
Chociaż sny wciąż mam okropne i zakręcone, ale na to nic nie poradzę.
Od Pierworodnego przysłali film z knajpy, jak dzieci jedzą lody. Ojapierdolę, ręce załamałam. Papryczek ma prawie 3,5 roku a je jak świnia. Dosłownie.
Zero kindersztuby u obu :(
Pierworodny jest tak oderwany od życia, że pewno nawet tego nie zauważa.
A jej metod wychowawczych nie śmiem krytykować.
Zawsze wydawało mi się, że kindersztuba jest ważna.
Sama nie muszę się wstydzić, umiem się posługiwać sztućcami, chociaż akurat pałeczkami nie potrafię :) Nie chwaląc się, nawet u Elżuni bym się nie bała.
Ale zupełny brak kindersztuby, plus nieumiejętność używania słów: proszę, dziękuję, przepraszam, to mogiła.
Moja teściowa wciąż podkreślała, że ona przed wojną z ojcem u hrabiego w Kórniku na obiedzie była.
A jej osobiste dziecko, nie bacząc na to, że reszta ludzi je, odsuwało talerz, podnosiło okulary i... dłubało w nosie.
Na moją delikatną uwagę odpowiadała, że Jasiu jest młody i głupi. Jasiu miał wtedy 30 parę lat :)
Nie, to nie był mój Eks.
Inżynier był zawsze podziwiany przez gości, bo gdy to byli moi goście, to obsługę mieliśmy jak w pięciogwiazdkowym hotelu, łącznie z ręczniczkiem przerzuconym przez dłoń :) Skunks umiał robić wrażenie :)
Boję się o moje wnuki, a opcji lekcji grzeczności, która nie jest nauką łatwą ani małą nie ma...
C'est la vie...
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
Chyłkiem
ukradkiem i znienacka przyszło lato, Kochany Pamiętniczku.
Zapieprzało tak, że wiosnę przegoniło i zaraz po zimie zrobiło się lato.
Wczoraj pod wieczór była pierwsza burza w tym roku i to nie byle jaka, poodłączałam wszystko od sieci, tak waliło :)
A dziś dobry duch mnie natchnął i podreptałam rano do pracy w sandałkach. Ci, co zauważyli, wielkie oczy robili, ale skoro małolaty całą zimę zaiwaniają bez skarpetek, to dlaczego ja nie mogę w sandałkach, skoro mi ciepło?
I wracając do domu, tadam, podskakiwałam radośnie, bo było mi lekko i nogi nie bolały, przemogłam lenia i poszłam starą droga na piechotę, tralalalalala, w stronę słońca. I w duchu śmiałam się z dźwigających zimowe kurteczki, płaszczyki i szaliki, czapeczki i inne owijacze, bo szłam zgrzana, spocona, zziajana, ale letnia, tylko spodnie miałam długie, bo jeszcze nie ma rybaczków na targu :P
24 stopnie to cos, co da się przeżyc. Jako że nie łaziłam od wieków, myślałam po drodze, że padnę, ale nie, nie padłam. W pełnych butach i skarpetkach usiadłabym pewno na krawężniku i zalała się rzewnymi łzami :)
A w sobotę kupiłam sobie na targu czerwone portki.
Wiem, powaliło mnie do reszty, ale co mi tam.
I za nowymi bluzkami muszę się rozejrzeć, w mojej ulubionej właśnie się materiał przetarł.
Tylko nie mam kiedy połazić po sklepach.
I dobrze, że mam zachomikowane nowiutkie sandałki, nówki nieśmigane.
Niech taka pogoda zostanie z nami na trochę :)
Zapieprzało tak, że wiosnę przegoniło i zaraz po zimie zrobiło się lato.
Wczoraj pod wieczór była pierwsza burza w tym roku i to nie byle jaka, poodłączałam wszystko od sieci, tak waliło :)
A dziś dobry duch mnie natchnął i podreptałam rano do pracy w sandałkach. Ci, co zauważyli, wielkie oczy robili, ale skoro małolaty całą zimę zaiwaniają bez skarpetek, to dlaczego ja nie mogę w sandałkach, skoro mi ciepło?
I wracając do domu, tadam, podskakiwałam radośnie, bo było mi lekko i nogi nie bolały, przemogłam lenia i poszłam starą droga na piechotę, tralalalalala, w stronę słońca. I w duchu śmiałam się z dźwigających zimowe kurteczki, płaszczyki i szaliki, czapeczki i inne owijacze, bo szłam zgrzana, spocona, zziajana, ale letnia, tylko spodnie miałam długie, bo jeszcze nie ma rybaczków na targu :P
24 stopnie to cos, co da się przeżyc. Jako że nie łaziłam od wieków, myślałam po drodze, że padnę, ale nie, nie padłam. W pełnych butach i skarpetkach usiadłabym pewno na krawężniku i zalała się rzewnymi łzami :)
A w sobotę kupiłam sobie na targu czerwone portki.
Wiem, powaliło mnie do reszty, ale co mi tam.
I za nowymi bluzkami muszę się rozejrzeć, w mojej ulubionej właśnie się materiał przetarł.
Tylko nie mam kiedy połazić po sklepach.
I dobrze, że mam zachomikowane nowiutkie sandałki, nówki nieśmigane.
Niech taka pogoda zostanie z nami na trochę :)
sobota, 7 kwietnia 2018
Farta
niesamowitego miałam, Kochany Pamiętniczku.
Rzepakiem się zajmując, skoczyłam w międzyczasie na to badanie, o czym oczywiście wszyscy wiedzieli, bo marudziłam, jak potępiona.
Zażywszy rano całą pigułę na nadciśnienie, zamiast pół.
Wchodzę, a tam pusto, tylko pod gabinetem, gdzie krew i mocz pobierają i prześwietlają kolejka zakręcona, jak świński ogonek.
A ja hyc na mierzenie ciśnienia, a aparat badziewny mają. Nawet źle nie wyszło, biorąc pod uwagę, że u lekarza mi zawsze rośnie :) Pyta, zwyczajowo, ile mierzę i ważę. Nosz, za tę kasę, co golą, powinni mieć wagę. A niby dlaczego ja mam mieć w domu i wiedzieć, ile ważę?
Czy palę i pierdolę i takie tam :)
Okulista.
Mam wizytę na 12.30. Jest 12.15. Wychodzi z gabinetu akurat, pytam, czy mogę. Ależ i owszem :)
Okazało się, że przez dwa lata mojemu wzrokowi nic się nie stanęło, mimo intensywnej i bezlitosnej eksploatacji, nawet ta pieprzona czarna kropka co lata mi czasami się schowała. Dno oka OK. Papierek, że należy mi się refundacja i do widzenia ślepa Genia :)
Jest 12.25...
Jeszcze ten, co pieczątkę dowala.
Drzwi od gabinetu otwarte.
Doktor, wyglądający jak bezrobotny małorolny je. I mówi, że zawoła. Wizytę mam na 13.10 :)
12.30 woła.
Wchodzę.
Kaszle jak gruźlik w ostatnim stadium galopujących suchot.
I krzyżyki stawia.
Nie maca.
Nie osłuchuje.
Zdolność na 3 lata, bo do 2021.
Pytam, czy nie można do śmierci. Nie, bo przepisy. No, rozumiem, że pan doktor też musi zarobić. To nie o to chodzi, żachnął się. Takie są przepisy.
Sranie w banie.
Rozumiem: lotnik, kontroler lotów, operator dźwigu, kierowca.
Ale ja, korektorka? Jakie ja zagrożenie dla kolegów z pracy stanowię? Jak mi banię zryje, a może, bo ta praca wszystko może, to mnie w kaftanie zwiną, niezależnie od medycyny pracy.
Wychodzę z gabinetu 12.32. Ojapierdolę. Mogę być pojebana, chora na maksa, jak chcieli to stwierdzić w takim tempie i bez badań? Z moich pieknych oczu wyczytali?
A ja...
Sruu do mojego rzepaczku.
Wchodzę i wszyscy happy.
A ja: nie pracuję. Jak to nie? Bo nie mam zdolności.
Uwierzyli.
Powiedzieli, że nie ma opcji, że będę pracowała, bo innej nie chcą, że trzeba coś z tym zrobić. Już komitet w mojej obronie chcieli zakładać.
Ojapierdolę.
Nice, co nie?
W piątek zamknęłam rzepaczek dość wcześnie, ale melodii nie miałam, więc ległam.
I przypomniało mi się na moje nieszczęście, że mam ostatnią baterię do aparatu, a nie lubię bez aparatów pracować.
Zwlokłam więc szlachetne zwłoki i pojechałam po baterie, bo w sobotę wszystkie salony audio są zamknięte, a nie mam pojęcia, czy gdzie indziej dostanę takie cuś. I klęłam, bo miasto sparaliżowane, na przystankach dzikie tłumy, po dwa autobusy wypadają z kursu, a tramwaje tkwią w korkach (sic!). What the fuck?
Targi motoryzacyjne.
Łomatkozcórkom.
A na dokładkę wolna niedziela, niehandlowa.
Więc w sobotę muszę wszystko ogarnąć.
Rano wiadomość od Barana. Łajdak Kijankę sprzedał. I nowego grata kupił. Nie podoba mi się. Mówię Vader, ale protestuje.
Pytam, dlaczego przepił biedną Kijankę.
Bo już po gwarancji.
Focha strzelam z podtekstem, piszę, że ja też po gwarancji.
A ten mi kadzi: ale lepszego modelu od ciebie nie ma.
Pochlebca pieprzony się znalazł, ale...
Tak jak w pracy - nice.
Też Go kocham :)
Kolejne bratki posadziłam, chaupkę z grubsza ogarnęłam, a teraz ku pamięci notka i idę poczytać :)
Prawie lato jest, więc może jutro gdzieś prysnę.
Ciężki tydzień przede mną, a w następną niedzielę półmaraton.
Pobiegnie moja redakcyjna koleżanka i będę na nią polowała.
I tak dni lecą, jak głupie, robię już majowy numer.
A przecież dopiero niedawno był Nowy Rok...
Z koleżanką rozmawiałam, która jest optykiem. I jako że zgubiłam słoneczne okulary, chodzą za mną fotochromy. Poleca. Chyba się skuszę, choć to dość droga zabawka.
Ale w końcu dlaczego czasem siebie nie popieścić. Jak się sama nie popieszczę, nikt tego nie zrobi.
Jeszcze się prześpię ze ślimakami :)
Rzepakiem się zajmując, skoczyłam w międzyczasie na to badanie, o czym oczywiście wszyscy wiedzieli, bo marudziłam, jak potępiona.
Zażywszy rano całą pigułę na nadciśnienie, zamiast pół.
Wchodzę, a tam pusto, tylko pod gabinetem, gdzie krew i mocz pobierają i prześwietlają kolejka zakręcona, jak świński ogonek.
A ja hyc na mierzenie ciśnienia, a aparat badziewny mają. Nawet źle nie wyszło, biorąc pod uwagę, że u lekarza mi zawsze rośnie :) Pyta, zwyczajowo, ile mierzę i ważę. Nosz, za tę kasę, co golą, powinni mieć wagę. A niby dlaczego ja mam mieć w domu i wiedzieć, ile ważę?
Czy palę i pierdolę i takie tam :)
Okulista.
Mam wizytę na 12.30. Jest 12.15. Wychodzi z gabinetu akurat, pytam, czy mogę. Ależ i owszem :)
Okazało się, że przez dwa lata mojemu wzrokowi nic się nie stanęło, mimo intensywnej i bezlitosnej eksploatacji, nawet ta pieprzona czarna kropka co lata mi czasami się schowała. Dno oka OK. Papierek, że należy mi się refundacja i do widzenia ślepa Genia :)
Jest 12.25...
Jeszcze ten, co pieczątkę dowala.
Drzwi od gabinetu otwarte.
Doktor, wyglądający jak bezrobotny małorolny je. I mówi, że zawoła. Wizytę mam na 13.10 :)
12.30 woła.
Wchodzę.
Kaszle jak gruźlik w ostatnim stadium galopujących suchot.
I krzyżyki stawia.
Nie maca.
Nie osłuchuje.
Zdolność na 3 lata, bo do 2021.
Pytam, czy nie można do śmierci. Nie, bo przepisy. No, rozumiem, że pan doktor też musi zarobić. To nie o to chodzi, żachnął się. Takie są przepisy.
Sranie w banie.
Rozumiem: lotnik, kontroler lotów, operator dźwigu, kierowca.
Ale ja, korektorka? Jakie ja zagrożenie dla kolegów z pracy stanowię? Jak mi banię zryje, a może, bo ta praca wszystko może, to mnie w kaftanie zwiną, niezależnie od medycyny pracy.
Wychodzę z gabinetu 12.32. Ojapierdolę. Mogę być pojebana, chora na maksa, jak chcieli to stwierdzić w takim tempie i bez badań? Z moich pieknych oczu wyczytali?
A ja...
Sruu do mojego rzepaczku.
Wchodzę i wszyscy happy.
A ja: nie pracuję. Jak to nie? Bo nie mam zdolności.
Uwierzyli.
Powiedzieli, że nie ma opcji, że będę pracowała, bo innej nie chcą, że trzeba coś z tym zrobić. Już komitet w mojej obronie chcieli zakładać.
Ojapierdolę.
Nice, co nie?
W piątek zamknęłam rzepaczek dość wcześnie, ale melodii nie miałam, więc ległam.
I przypomniało mi się na moje nieszczęście, że mam ostatnią baterię do aparatu, a nie lubię bez aparatów pracować.
Zwlokłam więc szlachetne zwłoki i pojechałam po baterie, bo w sobotę wszystkie salony audio są zamknięte, a nie mam pojęcia, czy gdzie indziej dostanę takie cuś. I klęłam, bo miasto sparaliżowane, na przystankach dzikie tłumy, po dwa autobusy wypadają z kursu, a tramwaje tkwią w korkach (sic!). What the fuck?
Targi motoryzacyjne.
Łomatkozcórkom.
A na dokładkę wolna niedziela, niehandlowa.
Więc w sobotę muszę wszystko ogarnąć.
Rano wiadomość od Barana. Łajdak Kijankę sprzedał. I nowego grata kupił. Nie podoba mi się. Mówię Vader, ale protestuje.
Pytam, dlaczego przepił biedną Kijankę.
Bo już po gwarancji.
Focha strzelam z podtekstem, piszę, że ja też po gwarancji.
A ten mi kadzi: ale lepszego modelu od ciebie nie ma.
Pochlebca pieprzony się znalazł, ale...
Tak jak w pracy - nice.
Też Go kocham :)
Kolejne bratki posadziłam, chaupkę z grubsza ogarnęłam, a teraz ku pamięci notka i idę poczytać :)
Prawie lato jest, więc może jutro gdzieś prysnę.
Ciężki tydzień przede mną, a w następną niedzielę półmaraton.
Pobiegnie moja redakcyjna koleżanka i będę na nią polowała.
I tak dni lecą, jak głupie, robię już majowy numer.
A przecież dopiero niedawno był Nowy Rok...
Z koleżanką rozmawiałam, która jest optykiem. I jako że zgubiłam słoneczne okulary, chodzą za mną fotochromy. Poleca. Chyba się skuszę, choć to dość droga zabawka.
Ale w końcu dlaczego czasem siebie nie popieścić. Jak się sama nie popieszczę, nikt tego nie zrobi.
Jeszcze się prześpię ze ślimakami :)
środa, 4 kwietnia 2018
Diabeł
we mnie dziś wstąpił rano, Kochany Pamiętniczku.
Obudziłam się i stwierdziłam, że pójdę do spółdzielni dziś.
Odprawiwszy poranne rytuały, polazłam zatem, a słoneczko świeciło jak głupie i do biura weszłam zgrzana jak stara mysz, chociaż li i jedynie sweterek narzuciłam na się.
Biurwa pierdzistołkowa na mój widok wydała wzdech z głębi piersi.
Słyszałam, bom aparaty podkręciła.
Więc rzuciwszy torby na krzesło, wygrzebałam z nich skoroszyt pięknie, wiosennie zielony, a z niego papiery wszystkie.
Rozpaczliwie zamachała rękoma, że cała dokumentacja nie jest potrzebna i że miałam przyjść na podpisanie umowy.
Ale przyszłam teraz i podsuwam jej pod nos pismo z 2007 r., w którym spółdzielnia informuje mnie uprzejmie, że do uzyskania własnościowego spółdzielczego prawa do lokalu potrzebna jest zawrotna kwota 576 zł i 23 gr polskie.
Zatrzepotała łapkami jeszcze raz, ale już jej podsuwałam wydruk z banku, że w 2009 roku ową obłedną kwotę przelałam na rachunek spółdzielni, podany w piśmie z 2007 roku.
Ale jak to, ona nic nie wie.
To proszę, żeby się dowiedziała.
No bo w papierach nic nie ma.
Rączo chwyciła leżącą na jej biurku od wczoraj teczuszkę mojego mieszkania.
Już kiedyś potrzebowałam z tej teczuszki papierków i jak świchnęła ją na biurko, tak po miesiącu, gdy potrzebowałam jeszcze raz tych samych papierków nie mogła teczuszki znaleźć. Na moje nieśmiałe pokazanie palcem sterty na biurku znalazła... Taka to porządna biurwa jest... Pierdzi w stołek niesamowicie.
Rzuciła się do kompika i mówi, że takiej kasy nie ma na moim koncie.
Jak nie ma, jak nie zwrócono mi, a ja mam dowód wpłaty?
Pewno na czynsz poszła.
I znów jak krowie na rowie wykładam, że i owszem, ale dostałam wtedy pisemko, że mam nadpłatę w czynszu w wysokości 576 zł i 23 grosze i że rzeczona kwota jest na wkład, a nie na czynsz i pani z ksiegowości ją wycofala i już więcej nie dostałam pisma, że mam taką nadpłatę, więc kto się nie bał i zajebał?
Westchnęła i podreptała do księgowości.
Wróciła i rzekła, że księgowość nie ma, ale będzie szukać.
W skroni waliły mi młoteczki, ciśnienie rosło, nerwy grały, a ona wzdychała, że jestem najgorszą i najupierdliwsza lokatorką w całej spółdzielni.
Wiedziałam. Wiedziałam, że jestem dobra, ale nie wiedziałam, że aż tak.
Upierałam się, że kasa ma się znaleźć, bo to moja kasa.
Podreptała znów do księgowości i tadam :)
Kasa jest.
Na koncie kwot umorzonych, cokolwiek to nie znaczy.
Czyli znaczy to, że mam zapłacone do końca (ale pani, czekać od 2009 roku!) i że podpiszą ze mną umowę o własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu, nie lokatorskie :)
No ale jak chcę mieć do końca, to muszę u notariusza.
To wiem.
Nie załatwiałam tego, wychodząc z założenia, że jak nie ruszę gówna, to nie będzie śmierdziało. Na bank zostałabym wyeksmitowana pod most, gdybym to ruszała. I nie, nie przez Eksa, przez szwagra, który już wtedy założył sprawę w sądzie o wyeksmitowanie mnie, argumentując, że to nie moje mieszkanie, ale Eksa. Nie brał pod uwagę tego, że mieszkanie dostaliśmy będąc małżeństwem i nie z książeczki Eksa, która do dziś gdzieś bytuje, ale za gotówkę. I że starczyło nam na lokatorskie, nie własnościowe. Co też uwzględnił sąd, stwierdzając, że mam prawo do mieszkania, a Eks ma cała chałupę... I rozeszło się po kościach.
Przez te lata dopłacałam, nie doprowadzając sprawy do końca, bo musiałabym mieć ich zgodę.
A teraz mam i kasę na notariusza, i niczyjej zgody nie potrzebuję.
Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo nie wiadomo, czy chłopcy nie będą się musieli zrzec swojej części, co powiedziała właśnie ta biurwa.
Że jutro będzie ich radca prawny i on dokładnie powie, co mamy załatwić.
Bo dałam akt notarialny, a nie akt zgonu.
Poprosiła o akt, to dałam, co miałam w teczce akurat :)
Ale nie szkodzi. Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
I tak chcieli się tego zrzec, pomijając już fakt, że to znów będzie kosztowało, ale przynajmniej w spółdzielni jest kolejna podkładka i dobrze.
A mając własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu zatrzymam mieszkanie dla dzieci. Bo wtedy dziedziczą prawo do lokalu i nie ma już żadnej łaski ze strony spółdzielni, że im pozwoli zamieszkać czy też wynająć.
Może uda mi się wykupić na pełną własność, nawet jak nie, nie będę płakała.
Dzieci coś dostaną, a o to chodziło.
Biurwa mówi: pani zadzwoni. A ja spokojnie po raz tysięczny w tych murach: ja nie dzwonię, ja emilki piszę.
No tak, z panią same kłopoty.
No tak, ale to ja pani płacę za rozwiązywanie kłopotów, które sprawiam :)
Do pracy pojechałam w dobrym humorze i nawet się nie wściekłam, gdy okazało się, że wali się wszystko, że zamiast małej pracki jest wielka robota, w środku tej wielkiej roboty jeszcze wyprawa do lekarza, z którym znów będę się wykłócała, że jestem zdolna do pracy. Bo już mi się ostatnio trafiają geniusze, mówiący, że ze względu na słuch nie powinnam mieć podpisanej zdolności do pracy.
Chore to, kurwa...
Zatem aby jutro przeżyć :)
A potem się zobaczy :)
Obudziłam się i stwierdziłam, że pójdę do spółdzielni dziś.
Odprawiwszy poranne rytuały, polazłam zatem, a słoneczko świeciło jak głupie i do biura weszłam zgrzana jak stara mysz, chociaż li i jedynie sweterek narzuciłam na się.
Biurwa pierdzistołkowa na mój widok wydała wzdech z głębi piersi.
Słyszałam, bom aparaty podkręciła.
Więc rzuciwszy torby na krzesło, wygrzebałam z nich skoroszyt pięknie, wiosennie zielony, a z niego papiery wszystkie.
Rozpaczliwie zamachała rękoma, że cała dokumentacja nie jest potrzebna i że miałam przyjść na podpisanie umowy.
Ale przyszłam teraz i podsuwam jej pod nos pismo z 2007 r., w którym spółdzielnia informuje mnie uprzejmie, że do uzyskania własnościowego spółdzielczego prawa do lokalu potrzebna jest zawrotna kwota 576 zł i 23 gr polskie.
Zatrzepotała łapkami jeszcze raz, ale już jej podsuwałam wydruk z banku, że w 2009 roku ową obłedną kwotę przelałam na rachunek spółdzielni, podany w piśmie z 2007 roku.
Ale jak to, ona nic nie wie.
To proszę, żeby się dowiedziała.
No bo w papierach nic nie ma.
Rączo chwyciła leżącą na jej biurku od wczoraj teczuszkę mojego mieszkania.
Już kiedyś potrzebowałam z tej teczuszki papierków i jak świchnęła ją na biurko, tak po miesiącu, gdy potrzebowałam jeszcze raz tych samych papierków nie mogła teczuszki znaleźć. Na moje nieśmiałe pokazanie palcem sterty na biurku znalazła... Taka to porządna biurwa jest... Pierdzi w stołek niesamowicie.
Rzuciła się do kompika i mówi, że takiej kasy nie ma na moim koncie.
Jak nie ma, jak nie zwrócono mi, a ja mam dowód wpłaty?
Pewno na czynsz poszła.
I znów jak krowie na rowie wykładam, że i owszem, ale dostałam wtedy pisemko, że mam nadpłatę w czynszu w wysokości 576 zł i 23 grosze i że rzeczona kwota jest na wkład, a nie na czynsz i pani z ksiegowości ją wycofala i już więcej nie dostałam pisma, że mam taką nadpłatę, więc kto się nie bał i zajebał?
Westchnęła i podreptała do księgowości.
Wróciła i rzekła, że księgowość nie ma, ale będzie szukać.
W skroni waliły mi młoteczki, ciśnienie rosło, nerwy grały, a ona wzdychała, że jestem najgorszą i najupierdliwsza lokatorką w całej spółdzielni.
Wiedziałam. Wiedziałam, że jestem dobra, ale nie wiedziałam, że aż tak.
Upierałam się, że kasa ma się znaleźć, bo to moja kasa.
Podreptała znów do księgowości i tadam :)
Kasa jest.
Na koncie kwot umorzonych, cokolwiek to nie znaczy.
Czyli znaczy to, że mam zapłacone do końca (ale pani, czekać od 2009 roku!) i że podpiszą ze mną umowę o własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu, nie lokatorskie :)
No ale jak chcę mieć do końca, to muszę u notariusza.
To wiem.
Nie załatwiałam tego, wychodząc z założenia, że jak nie ruszę gówna, to nie będzie śmierdziało. Na bank zostałabym wyeksmitowana pod most, gdybym to ruszała. I nie, nie przez Eksa, przez szwagra, który już wtedy założył sprawę w sądzie o wyeksmitowanie mnie, argumentując, że to nie moje mieszkanie, ale Eksa. Nie brał pod uwagę tego, że mieszkanie dostaliśmy będąc małżeństwem i nie z książeczki Eksa, która do dziś gdzieś bytuje, ale za gotówkę. I że starczyło nam na lokatorskie, nie własnościowe. Co też uwzględnił sąd, stwierdzając, że mam prawo do mieszkania, a Eks ma cała chałupę... I rozeszło się po kościach.
Przez te lata dopłacałam, nie doprowadzając sprawy do końca, bo musiałabym mieć ich zgodę.
A teraz mam i kasę na notariusza, i niczyjej zgody nie potrzebuję.
Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo nie wiadomo, czy chłopcy nie będą się musieli zrzec swojej części, co powiedziała właśnie ta biurwa.
Że jutro będzie ich radca prawny i on dokładnie powie, co mamy załatwić.
Bo dałam akt notarialny, a nie akt zgonu.
Poprosiła o akt, to dałam, co miałam w teczce akurat :)
Ale nie szkodzi. Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
I tak chcieli się tego zrzec, pomijając już fakt, że to znów będzie kosztowało, ale przynajmniej w spółdzielni jest kolejna podkładka i dobrze.
A mając własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu zatrzymam mieszkanie dla dzieci. Bo wtedy dziedziczą prawo do lokalu i nie ma już żadnej łaski ze strony spółdzielni, że im pozwoli zamieszkać czy też wynająć.
Może uda mi się wykupić na pełną własność, nawet jak nie, nie będę płakała.
Dzieci coś dostaną, a o to chodziło.
Biurwa mówi: pani zadzwoni. A ja spokojnie po raz tysięczny w tych murach: ja nie dzwonię, ja emilki piszę.
No tak, z panią same kłopoty.
No tak, ale to ja pani płacę za rozwiązywanie kłopotów, które sprawiam :)
Do pracy pojechałam w dobrym humorze i nawet się nie wściekłam, gdy okazało się, że wali się wszystko, że zamiast małej pracki jest wielka robota, w środku tej wielkiej roboty jeszcze wyprawa do lekarza, z którym znów będę się wykłócała, że jestem zdolna do pracy. Bo już mi się ostatnio trafiają geniusze, mówiący, że ze względu na słuch nie powinnam mieć podpisanej zdolności do pracy.
Chore to, kurwa...
Zatem aby jutro przeżyć :)
A potem się zobaczy :)
wtorek, 3 kwietnia 2018
Zanosi
się na jazdy bez trzymanki, Kochany Pamiętniczku.
Przed pracą poleciałam do urzędu skarbowego, żeby popitolić. I jahhhhhhhhhhhhhhhhhhaaaaaaaaa, parę osób tylko stało w kolejce.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam. Pit roczny sruu, poszedł, ale przy spadkowym biurwa się zacięła. Nie ten urząd, bo spadkodawca mieszkał na Nowym Mieście. Urząd skarbowy Nowe Miasto zatem. Zamarłam, bo muszę złożyć do 18, a nie wiem, czy mi papiery znów obrócą z UK. Nie pomyślałam, że wystarczy tylko pierwszą kartę zmienić, a że wypełniane w PDF, a nie ręcznie, to żaden problem. I mówię, że przeciez pani w informacji mówiła, że Wilda...
Biurwa woła koleżankę.
Nowe Miasto, bo zamieszkanie za granicą, a to Nowe Miasto.
Nieśmiało protestuję, ale nie.
Mam iść jeszcze raz do informacji...
Na szczęście mój numerek wyświetla się błyskawicznie, ale jestem już mokrzuteńka i ciśnienie pewno mam ze 200.
Gość z informacji mówi Wilda, ale upewnia się u koleżanki.
I idzie ze mną do biura podawczego i mówi, że brać i nie marudzić.
Biurwy: ale...
Wilda, bo mieszkanie jest na Wildzie, a chodzi o mieszkanie, a nie o żadne inne bajki.
Biurwa bierze papiery, ja oddech i spadam do pracy.
Mija spokojnie, ale...
Myślę sobie, że jak już, to wolnym walcem.
Chcę kupić sieciówkę, ale jest akurat autobus, a mogę jeszcze cztery dni jeździć.
Więc wskakuję i...
Ląduję w okolicach spółdzielni.
Raz kozie śmierć.
Włażę.
Biurwa pierdzistołkowa na słowa "mąż zmarł i..." robi się tak uprzejma, że ojapierdolę.
Okazuje się, że muszę mieć akt dziedziczenia, co mam.
Więc kseruje i mówi, że się odezwą, żeby podpisać ze mną umowę.
Ale... Nie mają nic, że mieszkanie miało zmienianą własność. Tłumaczę, że nie notarialnie, bo nie dokończyłam, ale że zapłaciłam.
Ale ona nic nie ma.
Ale ja mam.
Będzie ciężko, ale może się uda. Bo faktycznie nie jest załatwione jak być powinno, ale zapłacone jest, a gdzie oni kasę zgubili, buk liściasty wie. Bo zaksięgowali mi to jako nadpłatę czynszu. Po mojej interwencji, że to nie nadpłata, tylko inna opłata powiedzieli, że przepiszą. A nie przepisali. Ale później już nie miałam nadpłaty :P
Kazała przyjść z papierami, jak będzie umowa.
No to przyjdę.
Ojapierdolę, jak ja kocham bajzel i papiery.
Potrwa to jeszcze, więc poszukam jeszcze pisma z nadpłatą. Gdzieś jest. Papierów ci u mnie dostatek, a mnie kurwica strzela.
W najgorszym przypadku Inżynier ma tu zameldowanie, a ja mam zamiar jeszcze pożyć, co najwyżej dostaną wkład, czyli nic :D
Trudno.
Inaczej tego wtedy nie mogłam załatwić. To był 2009 rok.
Życie.
A w czwartek do medycyny pracy, kolejna sraczka i stracony czas.
Ciekawe, co tam wymyślą, bo z góry powiedziałam, że żadnych badań ani analiz nie zrobię, bo nie.
Bo nie dojadę na czczo, a i sikać do kubeczka nie będę.
Pierdolę :)
Przed pracą poleciałam do urzędu skarbowego, żeby popitolić. I jahhhhhhhhhhhhhhhhhhaaaaaaaaa, parę osób tylko stało w kolejce.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam. Pit roczny sruu, poszedł, ale przy spadkowym biurwa się zacięła. Nie ten urząd, bo spadkodawca mieszkał na Nowym Mieście. Urząd skarbowy Nowe Miasto zatem. Zamarłam, bo muszę złożyć do 18, a nie wiem, czy mi papiery znów obrócą z UK. Nie pomyślałam, że wystarczy tylko pierwszą kartę zmienić, a że wypełniane w PDF, a nie ręcznie, to żaden problem. I mówię, że przeciez pani w informacji mówiła, że Wilda...
Biurwa woła koleżankę.
Nowe Miasto, bo zamieszkanie za granicą, a to Nowe Miasto.
Nieśmiało protestuję, ale nie.
Mam iść jeszcze raz do informacji...
Na szczęście mój numerek wyświetla się błyskawicznie, ale jestem już mokrzuteńka i ciśnienie pewno mam ze 200.
Gość z informacji mówi Wilda, ale upewnia się u koleżanki.
I idzie ze mną do biura podawczego i mówi, że brać i nie marudzić.
Biurwy: ale...
Wilda, bo mieszkanie jest na Wildzie, a chodzi o mieszkanie, a nie o żadne inne bajki.
Biurwa bierze papiery, ja oddech i spadam do pracy.
Mija spokojnie, ale...
Myślę sobie, że jak już, to wolnym walcem.
Chcę kupić sieciówkę, ale jest akurat autobus, a mogę jeszcze cztery dni jeździć.
Więc wskakuję i...
Ląduję w okolicach spółdzielni.
Raz kozie śmierć.
Włażę.
Biurwa pierdzistołkowa na słowa "mąż zmarł i..." robi się tak uprzejma, że ojapierdolę.
Okazuje się, że muszę mieć akt dziedziczenia, co mam.
Więc kseruje i mówi, że się odezwą, żeby podpisać ze mną umowę.
Ale... Nie mają nic, że mieszkanie miało zmienianą własność. Tłumaczę, że nie notarialnie, bo nie dokończyłam, ale że zapłaciłam.
Ale ona nic nie ma.
Ale ja mam.
Będzie ciężko, ale może się uda. Bo faktycznie nie jest załatwione jak być powinno, ale zapłacone jest, a gdzie oni kasę zgubili, buk liściasty wie. Bo zaksięgowali mi to jako nadpłatę czynszu. Po mojej interwencji, że to nie nadpłata, tylko inna opłata powiedzieli, że przepiszą. A nie przepisali. Ale później już nie miałam nadpłaty :P
Kazała przyjść z papierami, jak będzie umowa.
No to przyjdę.
Ojapierdolę, jak ja kocham bajzel i papiery.
Potrwa to jeszcze, więc poszukam jeszcze pisma z nadpłatą. Gdzieś jest. Papierów ci u mnie dostatek, a mnie kurwica strzela.
W najgorszym przypadku Inżynier ma tu zameldowanie, a ja mam zamiar jeszcze pożyć, co najwyżej dostaną wkład, czyli nic :D
Trudno.
Inaczej tego wtedy nie mogłam załatwić. To był 2009 rok.
Życie.
A w czwartek do medycyny pracy, kolejna sraczka i stracony czas.
Ciekawe, co tam wymyślą, bo z góry powiedziałam, że żadnych badań ani analiz nie zrobię, bo nie.
Bo nie dojadę na czczo, a i sikać do kubeczka nie będę.
Pierdolę :)
niedziela, 1 kwietnia 2018
Ulało
wylało, przelało, wyrzygało się, Kochany Pamiętniczku.
Zapłaciłam za to srogo, poniekąd z własnej głupoty.
Było, minęło i mam nadzieję, że se ne vrati :)
I jakkolwiek dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, mam nadzieję, że jednak wyjdę na prostą.
Jeszcze.
Kolejny raz.
Szczęście jest w samotności i wbrew twierdzeniu, że człowiek nie jest samotną wyspą - jestem nią.
Oczywiście, doceniam ludzi będących w moim życiu, zarówno realnie, jak i wirtualnie (tych ostatnich, o dziwo, czasem jest więcej), ale najlepiej czuję się sama w swoim towarzystwie :)
No bo jak mogę źle czuć się z kimś, kto zna mnie do szpiku kości i kto nigdy, przenigdy mnie nie opuścił, zwłaszcza wtedy, gdy niebo spadało mi na głowę?
Więc było, minęło.
Wczoraj nie wróci, jutro jest pełne niewiadomego i może go nie być.
A ja jestem tu i teraz i teraz mnie boli.
Tego mi nikt nie zabierze, to jest tylko moje.
Ale wracając do naszych baranów...
Zaopatrzenie uzupełniłam, nawet w gratisie dostałam drugie zwłoki, z upchnięciem których miałam kłopot, bowiem zamrażalnik pełny. Ale upchnęłam, bo więcej już nie popełnię błędów w gotowaniu i nie będę tydzień jadała na okrągło tego samego. Tylko malutki garnuszek rosołu popełniłam, z włoszczyzny sałatkę, a reszta na pohybel wrogom. Miałam robić faszerowane jajka, ale stwierdziłam, że co za różnica, czy będę faszerować, czy wciągnę wszystko razem, w żołądku się samo wymiesza, a roboty i zmywania mniej.
Tort daquoise kupiłam i skusiłam się na kawałek pleśniaka i sernika z wiśniami. Sernik jeszcze nietknięty, dużo tego, zobaczymy co się zje :D
Zero wędlin, zup, mięs.
Jak na coś mam ochotę, to sobie zrobię.
I herbaty, morze herbat.
Jako że w serialach posucha odświeżam Czarodziejki, głupie, ale jak duszę koi.
I radio Pogoda, moje kochane, jedyne, do bólu.
Melodie, które budzą wspomnienia. Lepsze, gorsze, ale zawsze ciepłe.
W sobotę poleciałam tylko po pieścichłopy i do wujka Mietka ze światełkiem. Wróciłam rozebrana w sensie, że mnie zmogło, bo piździ wciąż jak za cara, więc Eks musi się zadowolić światełkiem wspólnym.
We wtorek muszę być w pracy, silna, zwarta, gotowa.
A i tak szklanki wody nikt mi nie poda, jak się rozłożę do reszty, więc pierdolę wszystko :)
Siedzę w dresach i w polarku. Ja w polarku. Koniec świata pani Popiołkowa.
Rabanek w tym roku z foremki uciekł, może dlatego, że masło było ekologiczne ;)
Trochę kaprawy, ale jest i pilnuje interesu :)
Do święconki nie poszłam, jako żem rozłożona, nie po drodze mi coś ostatnio z tym wszystkim. Jak patrzę, co się wywija, to trafają do mnie słowa Franciszka, że piekła nie ma, a źli ludzie po prostu przepadną. To przepadnę i ja i już mi nikt po mordzie za całokształt nie nałoży. Zasłużenie zresztą byłoby takie mordobicie, więc może lepiej, że się wywinę?
I nic już mnie nie będzie bolało?
A czekają na mnie tacy tam między innymi
Dziś obchodziliby 65. rocznicę ślubu. Tak, brali ślub 1 kwietnia i to też była Wielkanoc. Czas zatacza koła. Ojciec był 7 lat młodszy od Mamy. Ja też lubię młodszych, ale mi się jakoś żaden nie nawija :D
Są jak z przedwojennego filmu, nieprawdaż?
A ja takie niewydarzone cuś :D Życie :)
Ale za to wnuki :)
Strzeliły sobie dziś fotkę na prośbę babci, bo spotkali się w podobnych okolicznościach, co na Gwiazdkę, tylko babci nie było. I dobrze.
A Alienek na roczek wybrał książkę (wiadomo, mój wnuk, ale i mamę ma książkoholiczkę, więc się geny wymieszały, Inżynier czytał to co mu było do życia potrzebne, lektor kijem nie tykał, obecnie jak ja mam czytaniowstręt, czasu nie ma. Synowa w którymś momencie rzekła do mnie, że jak na kogoś, kto tak mało czyta jest bardzo inteligentny. Seriously? Miał inne wyjście, mając taką matkę?). Potem sięgnął po pieniądz, kieliszkiem wzgardził, a różańca mu nie dali, bo są niewierzący.
Chociaż kazali poszukać i dałam :) Tak więc rośnie nam nowy Einstein :P
W czwartek przeklinałam znów ich wizytę, bo wynosząc mi rzeczy z półek spowodowali, że nic nie leżało na swoim miejscu. A miałam kupkę ze sprawami spadkowymi i... wsiąkł mi akt notarialny. Co ja się tego naszukałam, mało na zawał nie zeszłam. Zginęły też moje okulary słoneczne, a to duża strata, bo mam korekcyjne i nie zastąpię ich tak łatwo innymi, a korekcyjne to zawsze spory wydatek. Trudno. Kupię sobie nowe oprawki, chodzą za mną takie modne, duże, kolorowe. Po powrocie do pracy znalazłam kopertę na biurku. Myślę: premia, a w środku skierowanie na badania okresowe. Mam je co dwa lata i chuj mnie strzela. Ale tym razem mi na rękę, bo dostanę zaświadczenie, że mam mieć okulary do kompa, więc należy mi się 200 zł dopłaty z firmy, zawsze to coś. Ostatnio pisałam do prezesa i zrefundowali mi całość. Ale i 200 zł piechotą nie chodzi. Więc OK. Na koncie oko mi zbielało, szczypałam się. Wiedziałam, że ma być premia, ale... Chyba jednak dołożył do tego zaległą kasę, nie będę drążyła, bo ładna sumka. Więc jednak okulary kupię :P
Ale...
Przyjechała do pracy dziewczyna, która niedawno urodziła dziecko. Pracowała parę lat, wciąż na śmieciówce. W końcu wywalczyła umowę na rok. I zaszła wkrótce w ciążę. Nie, że celowo, po prostu zaszła. A że jest już po trzydziestce, stwierdziła, że urodzi. Umowa jej się kończy, więc ją wezwali. I... nie przedłużyli, bo szczery do bólu Boss orzekł, że mu się nie opłaca.
Nie wiem, jak z ojcem dziecka, ona nie mówi, ja nie pytam.
Ale moim zdaniem to po prostu nieludzkie.
Dlatego nie pójdę walczyć o podwyżkę, bo można się spodziewać ciosu poniżej pasa. A mi zależy na pracy. Na etat, nie na zlecenie, bo jednak emerytura mi rośnie, niewiele, ale rośnie, a przy tych kwotach każda setka się liczy.
I co innego pierdolenie o obronie zygoty, a co innego życie.
Wiem, Boss to nie rząd.
Ale świństwo takie samo.
Jednak moje pokolenie miało ochronę. Ja po skończeniu urlopu macierzyńskiego po Inżynierze przeszłam na rentę ze względu na słuch. Nie dlatego, że musiałam, ale że mogłam. Frustrowały mnie cośrodowe dyżury w czytelni, gdzie musiałam odbierać książki. Ludzie nie mówią wyraźnie swoich nazwisk, a ja wtedy nie byłam gotowa na podsunięcie karteczki i prośbę o napisanie nazwiska. Teraz bym zrobiła to bez zmrużenia oka, ale wtedy nie było opcji. Zresztą teraz są karty biblioteczne i komputery, czytniki i inne bajki (nad czym moje koleżanki boleją). Więc skorzystałam z okazji, a ze renta III grupy była prawie równa pensji, miałam zabezpieczenie, mogłam spokojnie wychowywać dzieci, a i jeszcze Eksa niańczyć :) W tym czasie skończyliśmy spłacać kredyt dla młodych małżeństw. Połowę. Drugą połowę spłacał zakład - takie były warunki. No ale że już tam nie pracowałam, a inflacja wtedy już szalała, spłaciłam hurtem drugą połowę, wychodząc z założenia, że zakład nic nie musi. I... bank odesłał mi kasę z powrotem, bo zakład musiał tak czy siak :) A moja macierzysta uczelnia do dziś mam mnie pod opieką, refundując mi co roku wczasy, jak dzieci były małe, dostawały paczki na święta. Budżetówka i wszystko jasne, ale... Komuny już dawno nie ma, oni mają budżet jaki mają, ale zawsze jest tam miejsce dla człowieka.
I dlatego uważam, że kiedyś było lepiej, mimo biedy i szarości.
Pojemniki na bioodpady wreszcie wstawili, ja na to jak na lato, bo mnie to akurat bawi. No i oddzielam pracowicie moje bio, idę wywalić i co ja paczę? W Bio pełno bio, a jakże, ale... w folii. no i cały pogrzeb na nic, bo miało tam być tylko bio :) Ja wywalam też z folii, bo mam pojemnik na bio wyłożony foliówką, żeby go nie myć na okrągło, ale wywalam odpady z folii, a folię do ogółu. I jak to u nas, znów nie wyszło.
Czytaczom, stałym i okazyjnym, wesołych, spokojnych świąt życzę. Takich, o jakich każdy z Was marzy :)
Upływa szybko życie - tak mi śpiewa właśnie radio...
Zapłaciłam za to srogo, poniekąd z własnej głupoty.
Było, minęło i mam nadzieję, że se ne vrati :)
I jakkolwiek dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, mam nadzieję, że jednak wyjdę na prostą.
Jeszcze.
Kolejny raz.
Szczęście jest w samotności i wbrew twierdzeniu, że człowiek nie jest samotną wyspą - jestem nią.
Oczywiście, doceniam ludzi będących w moim życiu, zarówno realnie, jak i wirtualnie (tych ostatnich, o dziwo, czasem jest więcej), ale najlepiej czuję się sama w swoim towarzystwie :)
No bo jak mogę źle czuć się z kimś, kto zna mnie do szpiku kości i kto nigdy, przenigdy mnie nie opuścił, zwłaszcza wtedy, gdy niebo spadało mi na głowę?
Więc było, minęło.
Wczoraj nie wróci, jutro jest pełne niewiadomego i może go nie być.
A ja jestem tu i teraz i teraz mnie boli.
Tego mi nikt nie zabierze, to jest tylko moje.
Ale wracając do naszych baranów...
Zaopatrzenie uzupełniłam, nawet w gratisie dostałam drugie zwłoki, z upchnięciem których miałam kłopot, bowiem zamrażalnik pełny. Ale upchnęłam, bo więcej już nie popełnię błędów w gotowaniu i nie będę tydzień jadała na okrągło tego samego. Tylko malutki garnuszek rosołu popełniłam, z włoszczyzny sałatkę, a reszta na pohybel wrogom. Miałam robić faszerowane jajka, ale stwierdziłam, że co za różnica, czy będę faszerować, czy wciągnę wszystko razem, w żołądku się samo wymiesza, a roboty i zmywania mniej.
Tort daquoise kupiłam i skusiłam się na kawałek pleśniaka i sernika z wiśniami. Sernik jeszcze nietknięty, dużo tego, zobaczymy co się zje :D
Zero wędlin, zup, mięs.
Jak na coś mam ochotę, to sobie zrobię.
I herbaty, morze herbat.
Jako że w serialach posucha odświeżam Czarodziejki, głupie, ale jak duszę koi.
I radio Pogoda, moje kochane, jedyne, do bólu.
Melodie, które budzą wspomnienia. Lepsze, gorsze, ale zawsze ciepłe.
W sobotę poleciałam tylko po pieścichłopy i do wujka Mietka ze światełkiem. Wróciłam rozebrana w sensie, że mnie zmogło, bo piździ wciąż jak za cara, więc Eks musi się zadowolić światełkiem wspólnym.
We wtorek muszę być w pracy, silna, zwarta, gotowa.
A i tak szklanki wody nikt mi nie poda, jak się rozłożę do reszty, więc pierdolę wszystko :)
Siedzę w dresach i w polarku. Ja w polarku. Koniec świata pani Popiołkowa.
Rabanek w tym roku z foremki uciekł, może dlatego, że masło było ekologiczne ;)
Trochę kaprawy, ale jest i pilnuje interesu :)
Do święconki nie poszłam, jako żem rozłożona, nie po drodze mi coś ostatnio z tym wszystkim. Jak patrzę, co się wywija, to trafają do mnie słowa Franciszka, że piekła nie ma, a źli ludzie po prostu przepadną. To przepadnę i ja i już mi nikt po mordzie za całokształt nie nałoży. Zasłużenie zresztą byłoby takie mordobicie, więc może lepiej, że się wywinę?
I nic już mnie nie będzie bolało?
A czekają na mnie tacy tam między innymi
Dziś obchodziliby 65. rocznicę ślubu. Tak, brali ślub 1 kwietnia i to też była Wielkanoc. Czas zatacza koła. Ojciec był 7 lat młodszy od Mamy. Ja też lubię młodszych, ale mi się jakoś żaden nie nawija :D
Są jak z przedwojennego filmu, nieprawdaż?
A ja takie niewydarzone cuś :D Życie :)
Ale za to wnuki :)
Strzeliły sobie dziś fotkę na prośbę babci, bo spotkali się w podobnych okolicznościach, co na Gwiazdkę, tylko babci nie było. I dobrze.
A Alienek na roczek wybrał książkę (wiadomo, mój wnuk, ale i mamę ma książkoholiczkę, więc się geny wymieszały, Inżynier czytał to co mu było do życia potrzebne, lektor kijem nie tykał, obecnie jak ja mam czytaniowstręt, czasu nie ma. Synowa w którymś momencie rzekła do mnie, że jak na kogoś, kto tak mało czyta jest bardzo inteligentny. Seriously? Miał inne wyjście, mając taką matkę?). Potem sięgnął po pieniądz, kieliszkiem wzgardził, a różańca mu nie dali, bo są niewierzący.
Chociaż kazali poszukać i dałam :) Tak więc rośnie nam nowy Einstein :P
W czwartek przeklinałam znów ich wizytę, bo wynosząc mi rzeczy z półek spowodowali, że nic nie leżało na swoim miejscu. A miałam kupkę ze sprawami spadkowymi i... wsiąkł mi akt notarialny. Co ja się tego naszukałam, mało na zawał nie zeszłam. Zginęły też moje okulary słoneczne, a to duża strata, bo mam korekcyjne i nie zastąpię ich tak łatwo innymi, a korekcyjne to zawsze spory wydatek. Trudno. Kupię sobie nowe oprawki, chodzą za mną takie modne, duże, kolorowe. Po powrocie do pracy znalazłam kopertę na biurku. Myślę: premia, a w środku skierowanie na badania okresowe. Mam je co dwa lata i chuj mnie strzela. Ale tym razem mi na rękę, bo dostanę zaświadczenie, że mam mieć okulary do kompa, więc należy mi się 200 zł dopłaty z firmy, zawsze to coś. Ostatnio pisałam do prezesa i zrefundowali mi całość. Ale i 200 zł piechotą nie chodzi. Więc OK. Na koncie oko mi zbielało, szczypałam się. Wiedziałam, że ma być premia, ale... Chyba jednak dołożył do tego zaległą kasę, nie będę drążyła, bo ładna sumka. Więc jednak okulary kupię :P
Ale...
Przyjechała do pracy dziewczyna, która niedawno urodziła dziecko. Pracowała parę lat, wciąż na śmieciówce. W końcu wywalczyła umowę na rok. I zaszła wkrótce w ciążę. Nie, że celowo, po prostu zaszła. A że jest już po trzydziestce, stwierdziła, że urodzi. Umowa jej się kończy, więc ją wezwali. I... nie przedłużyli, bo szczery do bólu Boss orzekł, że mu się nie opłaca.
Nie wiem, jak z ojcem dziecka, ona nie mówi, ja nie pytam.
Ale moim zdaniem to po prostu nieludzkie.
Dlatego nie pójdę walczyć o podwyżkę, bo można się spodziewać ciosu poniżej pasa. A mi zależy na pracy. Na etat, nie na zlecenie, bo jednak emerytura mi rośnie, niewiele, ale rośnie, a przy tych kwotach każda setka się liczy.
I co innego pierdolenie o obronie zygoty, a co innego życie.
Wiem, Boss to nie rząd.
Ale świństwo takie samo.
Jednak moje pokolenie miało ochronę. Ja po skończeniu urlopu macierzyńskiego po Inżynierze przeszłam na rentę ze względu na słuch. Nie dlatego, że musiałam, ale że mogłam. Frustrowały mnie cośrodowe dyżury w czytelni, gdzie musiałam odbierać książki. Ludzie nie mówią wyraźnie swoich nazwisk, a ja wtedy nie byłam gotowa na podsunięcie karteczki i prośbę o napisanie nazwiska. Teraz bym zrobiła to bez zmrużenia oka, ale wtedy nie było opcji. Zresztą teraz są karty biblioteczne i komputery, czytniki i inne bajki (nad czym moje koleżanki boleją). Więc skorzystałam z okazji, a ze renta III grupy była prawie równa pensji, miałam zabezpieczenie, mogłam spokojnie wychowywać dzieci, a i jeszcze Eksa niańczyć :) W tym czasie skończyliśmy spłacać kredyt dla młodych małżeństw. Połowę. Drugą połowę spłacał zakład - takie były warunki. No ale że już tam nie pracowałam, a inflacja wtedy już szalała, spłaciłam hurtem drugą połowę, wychodząc z założenia, że zakład nic nie musi. I... bank odesłał mi kasę z powrotem, bo zakład musiał tak czy siak :) A moja macierzysta uczelnia do dziś mam mnie pod opieką, refundując mi co roku wczasy, jak dzieci były małe, dostawały paczki na święta. Budżetówka i wszystko jasne, ale... Komuny już dawno nie ma, oni mają budżet jaki mają, ale zawsze jest tam miejsce dla człowieka.
I dlatego uważam, że kiedyś było lepiej, mimo biedy i szarości.
Pojemniki na bioodpady wreszcie wstawili, ja na to jak na lato, bo mnie to akurat bawi. No i oddzielam pracowicie moje bio, idę wywalić i co ja paczę? W Bio pełno bio, a jakże, ale... w folii. no i cały pogrzeb na nic, bo miało tam być tylko bio :) Ja wywalam też z folii, bo mam pojemnik na bio wyłożony foliówką, żeby go nie myć na okrągło, ale wywalam odpady z folii, a folię do ogółu. I jak to u nas, znów nie wyszło.
Czytaczom, stałym i okazyjnym, wesołych, spokojnych świąt życzę. Takich, o jakich każdy z Was marzy :)
Upływa szybko życie - tak mi śpiewa właśnie radio...
wtorek, 27 marca 2018
Jeszcze
mi się do końca nie ulało, Kochany Pamiętniczku.
Bo tak do końca nie poznaje Inżyniera.
Zawsze był uparty jak osioł, nic dziwnego, po takiej mamusi.
Ale tym razem przeszedł samego siebie.
Bo...
Kąpię Alienka. Inżynier wpada z inspekcją, czy czasem gada nie topię i puszcza wodę. Więc proszę, żeby nie puszczał więcej.
I afera na całego, bo dziecku wody żałuję. Dziecko miało wody dość, a ja wodę oszczędzam.
No i zaczęła się pyskówka, że jak ich pobyt generuje koszty, to on mi stówę da, tylko nie mam żałować Alienkowi wody.
Kurwa.
Trzy osoby przez okrągły tydzień. Z tego dwie napuszczające pełną wannę.
Sama pełną napuszczam rzadko, kąpię się codziennie, przy mojej suchej skórze moczenie nie jest wskazane. Oprócz nich przyjeżdżają też Pierworodni, to też trzy wanny dziennie (bo dzieci kąpią się na razie razem).
Nie wytrzymałam, wyszczekałam mu podwyżkę, która mu nie wystarcza. Podwyżkę w wysokości moich dwuletnich zarobków.
Dla mnie dopłata 1000 zł do czynszu (bo zazwyczaj tyle mam niedopłaty), to więcej niż połowa mojej pensji.
Nie zrozumiał.
Że jego stówą mogę sobie dupę podetrzeć. On mi da stówę.
Fuck.
I krytykowanie mojej kuchni do upadłego. Że nieergonomiczna, że za mało blatów, że jak żyć, kurwa, jak żyć, pani matko w takiej kuchni?
Seriously?
Czuję się w niej znakomicie, chociaż czasem nie ogarniam tej kuwety. To moja kuchnia, moje mieszkanie. Nikt mi nie pomagał przy remoncie, oprócz Kierownika Budowy, który działał jak działał.
Trudno, żebym pomagał z 1500 km dalej - odpowiedź Inżyniera.
Seriously?
To zamknij pysk, dziecko...
I kretyńskie pytanie, czy 5 lipca 2009 roku był dla mnie dniem, w którym poczułam się wolna i odżyłam.
Nie, kurwa, miałam wtedy uczucie, że drugie pisklę wyfrunęło z gniazda, zadowolone z życia. Kosztowało mnie sporo ułożenie sobie życia na nowo, poukładałam sobie świat i nie zostawię tego już. Do dziś brakuje mi dziecka, czekającego na mnie na murku na Garbarach w piątek. Wiernie. Bo czekał wiernie, szliśmy na zakupy, później na obiad do knajpy, a później szedł w długą. Ale czekał na tym pieprzonym murku wiernie. Nawet wtedy, gdy założył sobie kolczyk na brew, za własną kasę, bo ja nie dałabym na to grosza. Gdy wstał, a ja rzekłam: seksownie wyglądasz. Później opowiadał na prawo i lewo, jak matka mu zepsuła wejście. Bo liczył na scenę balkonową za ten kolczyk, na opierdol, na jazdę bo bandzie. A matka nic, tylko że seksownie wygląda. Do dziś nie wie, ile mnie to kosztowało :)
Dziecko straciłam 21 maja 2016 roku. Tak do końca. Drugie. Zaczęło mu się w mózgu pierdolić i proces postępuje. Straszne dzieciństwo miał, bo wbrew jego marzeniom nie dostał ani pieska, ani kotka. Dostał żółwie, bo miało być jakiekolwiek zwierzątko. Żółwie po miesiącu spadły na matki łeb. Kolejne były rybki, które też wkrótce wylądowały na moim łbie. Nikt nie pytał mnie, czy mam czas na oprzątanie gadziny. Kotka nie było, bo nie, a pieska nie, bo lekarz nie zalecał ze względu na chorobę Eksa. Ponoć to są wykręty z mojej strony. Maybe. Ale dziękowałam niebiosom, wstając do pracy i widząc przez okno wyprowadzane pieski. Bo musiałabym wstać pół godziny wcześniej. Co najmniej. A później? Nad tym już nie miałam kontroli.
Takie są fakty, nic tego nie zmieni.
Wracają (w planach do PL). Co sprowadza się do tego, że po każdym spotkaniu ze znajomymi rzucają się śpijmą nocą do kompa i analizują, gdzie kupią dom. Kolejne spotkanie, jazda taksówką. Taksiarz biznesmen, wynajmuje multum mieszkań. I rzucają się do kompa...
Ojapierdolę.
Zredukowali liczbę wnucząt do dwójki. Ze względu na trudy wychowania potomstwa.
Alleluja. Trudy? Jakie trudy? Dzieci same rosną, nie trzeba się o nic starać.
I krzywdę mu uczyniłam, nie szczepiąc. Nieważne, że wyciągnęłam z powikłań poszczepiennych po polio, że chodzi normalnie. Skrzywdziłam go. I tyle w temacie.
Liczby kotów i psów nie redukują, bo zwierzęta są łatwiejsze w obsłudze :)
No i na miejscu jest babcia (huuura), która zajmie się wnukami. A oni poużywają życia.
Seriously?
Pytał mnie ktoś o zdanie? A co potem, jak babcia będzie potrzebowała opieki nie daj buk liściasty?
Nie mam zięcia, na barki którego można opiekę zwalić, jak uczyniła to szlachetna rodzina Synowej.
A Synowa prędzej hospicjum dla kotków i piesków urządzi, niż zajmie się głupią teściową. Bo ludzie to świnie (znaczy się ja, nie ona), bo warunki mam na kotki i pieski, a taka szuja nieużyta badyle hoduję.
Amen.
I na badylach umrę.
Bo taką mam fantazję.
Ale koniec lamencenia :)
Jednak się potłukłam i to nielicho. Sińce mam, oj tam, ta przemoc w rodzinie to już norma, za to okna lśnią i rzucają blask :P Szkoda, że słońca nie ma, które podkreślałoby to lśnienie :P
Więc olałam wszystko, na obiad zrobiłam naleśniki bananaowe, bo została góra bananów po Alienku.
Więc ległam i pachniałam, może jutro uda mi się dotrzeć do US, może się lepiej poczuję.
W czwartek muszę do pracy.
Muszę. Słowo, wyryte na czole.
Musisz.
Kurwa mać :)
A do Eksa nie dojadę, bo siły nie mam. Wystarczy, że śni mi się co noc.
Życie nie składa się z oddychania.
Jakoś mi już nic tchu nie zatyka, oprócz wleczenia się pod górkę przy wyjściu z osiedla.
Dech coraz częściej zapiera, więc pora iść w stronę słońca.
Bo tak do końca nie poznaje Inżyniera.
Zawsze był uparty jak osioł, nic dziwnego, po takiej mamusi.
Ale tym razem przeszedł samego siebie.
Bo...
Kąpię Alienka. Inżynier wpada z inspekcją, czy czasem gada nie topię i puszcza wodę. Więc proszę, żeby nie puszczał więcej.
I afera na całego, bo dziecku wody żałuję. Dziecko miało wody dość, a ja wodę oszczędzam.
No i zaczęła się pyskówka, że jak ich pobyt generuje koszty, to on mi stówę da, tylko nie mam żałować Alienkowi wody.
Kurwa.
Trzy osoby przez okrągły tydzień. Z tego dwie napuszczające pełną wannę.
Sama pełną napuszczam rzadko, kąpię się codziennie, przy mojej suchej skórze moczenie nie jest wskazane. Oprócz nich przyjeżdżają też Pierworodni, to też trzy wanny dziennie (bo dzieci kąpią się na razie razem).
Nie wytrzymałam, wyszczekałam mu podwyżkę, która mu nie wystarcza. Podwyżkę w wysokości moich dwuletnich zarobków.
Dla mnie dopłata 1000 zł do czynszu (bo zazwyczaj tyle mam niedopłaty), to więcej niż połowa mojej pensji.
Nie zrozumiał.
Że jego stówą mogę sobie dupę podetrzeć. On mi da stówę.
Fuck.
I krytykowanie mojej kuchni do upadłego. Że nieergonomiczna, że za mało blatów, że jak żyć, kurwa, jak żyć, pani matko w takiej kuchni?
Seriously?
Czuję się w niej znakomicie, chociaż czasem nie ogarniam tej kuwety. To moja kuchnia, moje mieszkanie. Nikt mi nie pomagał przy remoncie, oprócz Kierownika Budowy, który działał jak działał.
Trudno, żebym pomagał z 1500 km dalej - odpowiedź Inżyniera.
Seriously?
To zamknij pysk, dziecko...
I kretyńskie pytanie, czy 5 lipca 2009 roku był dla mnie dniem, w którym poczułam się wolna i odżyłam.
Nie, kurwa, miałam wtedy uczucie, że drugie pisklę wyfrunęło z gniazda, zadowolone z życia. Kosztowało mnie sporo ułożenie sobie życia na nowo, poukładałam sobie świat i nie zostawię tego już. Do dziś brakuje mi dziecka, czekającego na mnie na murku na Garbarach w piątek. Wiernie. Bo czekał wiernie, szliśmy na zakupy, później na obiad do knajpy, a później szedł w długą. Ale czekał na tym pieprzonym murku wiernie. Nawet wtedy, gdy założył sobie kolczyk na brew, za własną kasę, bo ja nie dałabym na to grosza. Gdy wstał, a ja rzekłam: seksownie wyglądasz. Później opowiadał na prawo i lewo, jak matka mu zepsuła wejście. Bo liczył na scenę balkonową za ten kolczyk, na opierdol, na jazdę bo bandzie. A matka nic, tylko że seksownie wygląda. Do dziś nie wie, ile mnie to kosztowało :)
Dziecko straciłam 21 maja 2016 roku. Tak do końca. Drugie. Zaczęło mu się w mózgu pierdolić i proces postępuje. Straszne dzieciństwo miał, bo wbrew jego marzeniom nie dostał ani pieska, ani kotka. Dostał żółwie, bo miało być jakiekolwiek zwierzątko. Żółwie po miesiącu spadły na matki łeb. Kolejne były rybki, które też wkrótce wylądowały na moim łbie. Nikt nie pytał mnie, czy mam czas na oprzątanie gadziny. Kotka nie było, bo nie, a pieska nie, bo lekarz nie zalecał ze względu na chorobę Eksa. Ponoć to są wykręty z mojej strony. Maybe. Ale dziękowałam niebiosom, wstając do pracy i widząc przez okno wyprowadzane pieski. Bo musiałabym wstać pół godziny wcześniej. Co najmniej. A później? Nad tym już nie miałam kontroli.
Takie są fakty, nic tego nie zmieni.
Wracają (w planach do PL). Co sprowadza się do tego, że po każdym spotkaniu ze znajomymi rzucają się śpijmą nocą do kompa i analizują, gdzie kupią dom. Kolejne spotkanie, jazda taksówką. Taksiarz biznesmen, wynajmuje multum mieszkań. I rzucają się do kompa...
Ojapierdolę.
Zredukowali liczbę wnucząt do dwójki. Ze względu na trudy wychowania potomstwa.
Alleluja. Trudy? Jakie trudy? Dzieci same rosną, nie trzeba się o nic starać.
I krzywdę mu uczyniłam, nie szczepiąc. Nieważne, że wyciągnęłam z powikłań poszczepiennych po polio, że chodzi normalnie. Skrzywdziłam go. I tyle w temacie.
Liczby kotów i psów nie redukują, bo zwierzęta są łatwiejsze w obsłudze :)
No i na miejscu jest babcia (huuura), która zajmie się wnukami. A oni poużywają życia.
Seriously?
Pytał mnie ktoś o zdanie? A co potem, jak babcia będzie potrzebowała opieki nie daj buk liściasty?
Nie mam zięcia, na barki którego można opiekę zwalić, jak uczyniła to szlachetna rodzina Synowej.
A Synowa prędzej hospicjum dla kotków i piesków urządzi, niż zajmie się głupią teściową. Bo ludzie to świnie (znaczy się ja, nie ona), bo warunki mam na kotki i pieski, a taka szuja nieużyta badyle hoduję.
Amen.
I na badylach umrę.
Bo taką mam fantazję.
Ale koniec lamencenia :)
Jednak się potłukłam i to nielicho. Sińce mam, oj tam, ta przemoc w rodzinie to już norma, za to okna lśnią i rzucają blask :P Szkoda, że słońca nie ma, które podkreślałoby to lśnienie :P
Więc olałam wszystko, na obiad zrobiłam naleśniki bananaowe, bo została góra bananów po Alienku.
Więc ległam i pachniałam, może jutro uda mi się dotrzeć do US, może się lepiej poczuję.
W czwartek muszę do pracy.
Muszę. Słowo, wyryte na czole.
Musisz.
Kurwa mać :)
A do Eksa nie dojadę, bo siły nie mam. Wystarczy, że śni mi się co noc.
Życie nie składa się z oddychania.
Jakoś mi już nic tchu nie zatyka, oprócz wleczenia się pod górkę przy wyjściu z osiedla.
Dech coraz częściej zapiera, więc pora iść w stronę słońca.
poniedziałek, 26 marca 2018
Niekompatybilna
jestem, do wszystkiego, Kochany Pamiętniczku.
Absolutnie niekompatybilna i żadna przejściówka ani inne cuda wianki nie pomogą.
Dziwadło.
To jedyne słowo, które wiernie oddaje to, co się dzieje i to, co czuję.
I na dokładkę nikomu do niczego niepotrzebne :)
Ale ad rem.
Się zamknęło, mniejsza z większym.
Z przygodami, ale się zamknęło.
Tuż przed zamknięciem okazało się, że praca mnie kocha.
Tak, kurwa.
Więc drep do Bossa i pytam: a dlaczego jeszcze nie płaci?
Nie płaci?
Serio?
Proszę napisać emilka i mieć czas na next work.
Emilek napisany, do banku nie wchodzę. Zobaczymy po świętach :P
A zamiast byczenia się do góry dupą przed świętami arbeit macht frei, a i zaraz po świętach również.
Zapisać w kajeciku: dobrze, że praca cię kocha, dupa w troki i nie rób scen :)
Buty wiszą na drucie już dobrych kilka lat. Solidne, nic im nie szkodzi. Niebo niebieskie, pogoda cudna...
Dwa dni spędzone na pracowitym przenoszeniu badyli w miejsca bezpieczne przed Alienkiem, na zakupach, ogarnianiu kuwety.
Duży pokój jak pustynia, serce pęka, ale czego się nie robi, żeby badyle ocalić :D Bo ponoć Alienek to tornado.
Żurek z nowego zakwasu jest przesolony jak cholera, choć grama soli nie wrzuciłam. Gotowanie surowej pyry załatwia sprawę, żurek jest żurkowaty :)
Samolot ma ponad 5 godzin opóźnienia, lądują o północy. Dojeżdżają do mnie przed pierwszą i walczą z łóżeczkiem turystycznym dla Alienka, bo nie chce się rozłożyć. Tłumaczę, że to na pewno nie jest urządzenie do rozkładania na siłę, ale nikt mnie nie słucha. Rzucają się, duszą, naciskają i nic. Mówię spokojnie, że to jak kompik, jak nie działa, zrestartować . Męczą się pól godziny, Inżynier jęczy tym tonem: mamoooo. (Baran: ale mamo, ale mamo to nic w porównaniu z tym mamoooo - rozumiesz?)
Jakimś cudem Synowa, zwana dalej S., zamyka i ostatkiem sił szarpie... Łóżeczko gotowe.
O to mi chodziło.
Kurtyna.
Spadamy spać.
Alienek, śpiący w foteliku animrumra, gdy go wrzucają do łóżeczka,
Na śniadanie żurek, bo znikają zaraz na spotkanie ze znajomymi, więc obiadu nie zjedzą.
Żurek okazuje się za kwaśny i niedobry. Aczkolwiek ja zjadam z przyjemnością.
No ba...
Wracają śpijmą nocą.
Więc tylko na moment mam Alienka i do wyra...
W poniedziałek S. leci do dentysty z rana, a ja z I. i A. do urzędu skarbowego.
Trafiamy na przesympatyczną urzędniczkę, która tłumaczy nam jak krowie na rowie i...
Adwokat dał dupy na całej linii.
Nie te egzemplarze.
A 1000 zł wziął.
Nieważne. Wiem już, jak wszystko ogarnąć. W domu ściągamy formularz i TADAM, naumiałam się wypełniać PDF, a zmotywowany Pierworodny dostaje wypełniony formularz i już w czwartek mam w szparze unijnej podpisane egzemplarze, dziecko ODZYSKAŁO rozum i nawet nie muszę kserować, bo wydrukował DWA podpisane egzemplarze :) Więc nie jest taki głupi, na jakiego wygląda :) Dobrze się maskuje :P
Ale wracając do naszych baranów.
Po urzędzie skarbowym, gdzie wizytę A. przespał idealnie jedziemy do Avenidy, gdzie S. wpadła w szał zakupów. Nieważne. W dupie mam tłumaczenia, że przytyła, nie schudnie i musi się obkupić.
Nie moja broszka.
A. śpi ja aniołek, a ja z I. idę na
Polecam :)
Potem miał być obiad w knajpie, ale S. straciła tyle czasu w sklepach, że idziemy po linii najmniejszego oporu - do Sfinxa w Avenidzie, zamiast na dobry obiad.
A. śpi.
Budzi się gdy kelner donosi jedzenie i nie, żadne tam chrupki ani to coś do ssania gotowiec z pojemniczka.
A. stanowczo żąda frytek.
I dostaje, choć ja za każdą próbę dania w domu dziecku czegoś dla dziecka zostałam sprowadzana do parteru, mieszana z błotem i słuchałam tekstów: mama się nie zna. Frytki są tak słone, że wieczorem, po umyciu resztek zębów wciąż czuję sól. Mimo że piję i wodę, i piwsko :P
No nie zna, ale podłogę sprzątać musi, bo A. żywiony metodą BWL, znaczy się, co mu nie pasuje, rzuca na prawo, na lewo, do przodu, do tyłu, czasem komuś udaje się coś schwycić. Dwa dni po ich wyjeździe na kolanach (!) szorowałam podłogę, a i tak jeszcze są ślady :P
No nic.
Mają wyjechać we wtorek rano. Ja w środę do pracy. Okazuje się jednak, że babcia ma sepsę. Znaczy się, miała sepsę, ponoć sepsa zaleczona, bo babcia w domu. Ale dzwoni kuzynka związana ze służbą zdrowia i mówi, że odradza wyjazd na D.
Więc pytanie, czy pozwolę zostać u mnie i u mnie urządzić urodziny A.
Mogę odmówić?
Nie, więc nie odmawiam :)
W środę zostawiam ich i jadę do pracy, bo muszę, warzywka się kłaniają.
Jadą do znajomych, wszędzie wożą prezenty, nie tylko dla ludzi, ale i dla kotów.
Śmieję się, że jestem gorsza od kotów.
A nie jestem?
W prezencie dostałam kosmyk włosów z pierwszych postrzyżyn A.
Super :)
I kazanie po raz kolejny, że wózek nie pójdzie do komórki, bo za drogi i mogą ukraść, że nie wystawią go na balkon, bo się zniszczy.
Wózek ostatecznie ląduje na balkonie, bo nie ma gdzie rozstawić suszarki, a pranie na balkonie nie wyschnie...
I inne takie tam, przerywane znaczącym mamooooo Inżyniera.
Kurwa mać.
Czuję się jak intruz we własnym domu i w końcu to mówię.
A S. siedzi albo na kanapie i klika, klika, klika. Najczęściej na fejsbuczku, z bardzo głębokimi refleksjami.
A ja...
Nie mam wyjścia.
Zaprzyjaźniam się z A., jak czekista z czekistą. Dostępuję zaszczytu kąpieli Księcia Pana i to są najmilsze chwile, bo Skunks uwielbia kąpiel. I mizianie po pleckach. I moje "babababa", na które odpowiada tak samo. I "papa" robi na samo powiedzenie bez kiwania. Rodzice muszą kiwać. I na moje nieszczęście uczę go baran barana... ale to działa przy każdym płaczu. I pampersa umiem zmienić, i odważam się gada ubierać, choć tego nie cierpi i sceny balkonowe robi, ale umiem glośniej płakać.
Jakoś tak wyszło :P Wygrywa tylko cycek :P
I tak lecą dni.
W piątek zawituje do nas wiosna :D
Wracają. Kota byś sobie kupiła, a nie kolejne badyle.
Pomijam milczeniem.
W dupie to mam.
Na uwagę I., że mój dom to składowisko pierdalnik odpowiadam, że to mój dom i moje pierdalniki.
Słyszę, że za dwa miesiące, jak przyjadą na ślub, to będą na D., nie u mnie, że do mnie wpadną tylko z Alienkiem.
Jakoś mnie to nie martwi, patrząc na obtłuczone od walizek i wózka ściany.
Będę z tym musiała żyć.
Choć komitywy z Alienkiem żal, bo aczkolwiek uparty jak ja, na widok grożącego mu palca, gdy zbliża się do kurków od maszynki gazowej pokornieje od razu.
W międzyczasie zmiana planów, że pierwsze urodziny Alienka u siostry S. Bo tam więcej miejsca, a siostra ma wyposażenie, a ja nie.
Ok.
Dzień później jednak okazuje się, że u mnie, bo współlokatorka siostry S. ma grypę.
I cyrk, że mam za mało miejsca, za mało naczyń, bo będzie aż 12 osób. Tak się złożyło, że mam tyle naczyń, ale mniejsza z większym :)
Szanowna rodzina mojej Synowej ma same zalety, których nie mam ja. Trudno. Jak każda teściowa jestem do dupy. Amen,
Ogarniamy tę kuwetę.
Wielkie oczy, że jak to, po co to?
Bo chciałam podać widelczyki do ciasta. Bo mokre. Ciasto. Jak to, widelczyki? U nas w domu się je łyżeczką. A u mnie, kurwa, zawsze mokre ciasta jadło się widelczykami. I mam ich, kurwa, 12. I kosztowały 66 tys. za 6 sztuk. Podałam widelczyki, aczkolwiek nikt z szanowanej rodziny N. nie umiał nimi jeść.
No bo ja, kurwa, mam taki pierdalnik i tyle staroci w domu i na chuj to komu?
Na chuj jakieś tam noże do tortów i inne takie tam?
Najlepsze rzeczy są z IKEA.
OCZYWIŚCIE, powiedział góral, wieszając gały na drzewie.
Przyjechała szanowana i szlachetna rodzina N.
A ja cały czas, jak nie zajmowałam się bawieniem Alienka, to myślałam, kiedy KURWA, będę mogła się napić?
Bo szlachetny ród nie pije.
Przyjechała kuzynka S. z mężem i dziećmi. Młodsze nieco starsze od Alienka, córka, sama umie się sobą zająć, ale ręka boska broni zabrać jej coś. A że bawiła się zabawkami A., to raban był na maksa.
Starsza, w wieku Małej Wiedźmy, zaniedbywana przez matkę, działała na własny rachunek...
Wujek Alienka zajety swoim smartfonem i pochłanianiem wszystkiego, co na stole. W ostateczności zeżarł chrupki Alienka, jedyną rzecz, którą podawano Jubilatowi i skończyło się rykiem.
Dziadek pompujący konika...
Ojapierdolę...
I ja...
Milcząca.
Patrząca na odbijanie ścian, na bajzel do ogarnięcia, bo wynieśli do małego pokoju nawet książki mimo moich protestów.
Tak, nikt nie jest panem we własnym domu, a nie miałam ochoty na kolejne starcie z I., w którym będzie bronił racji swojej i swojej żony.
Goście wreszcie się wynieśli i mogłam pić.
I piłam.
I mimo picia wstałam o 3.30.
Bez budzika.
Bo mimo zmiany czasu jechałam na lotnisko.
Bo żadna taksówka w PZ nie ma fotelika.
A Alienek musi jechać w foteliku. Z czym się w zupełności zgadzam.
Taksówkarz był erotoman gawędziarz. Analizował szczegółowo wysadzoną kamienicę na Dębcu.
Ojapierdole.
W drodze powrotnej starał się ze mnie wydobyć informacje o moim życiu prywatnym, ale zgrywałam głupią :)
Niedziela upłynęła mi pracowicie na wstawianiu badyli i innych pierdalników na miejsce.
W poniedziałek spałam do oporu. Ojciec S. miał przyjechać po walizkę, łózko polowe i fotelik. Nawet się nie odezwał.
W dupie to mam.
Poszłam na Manhattan :)
Okna pomyłam.
Wszystkie. Poprałam.
Myjąc okna spadłam ze stołka, z wielkim hukiem, bo... zamiast z niego zleźć, starałam się dosięgnąć rolkę ręczników na stole. Spadł jednocześnie przedwojenny dzban do herbaty, któremu też nic się nie stało. Mam jedynie spuchnięty mały palec u lewej ręki. jest szansa, że przeżyję, aczkolwiek przez kilka minut macałam się, czy wstać :) Za to okna mam tip-top pomyte :P I osteoporozy na pewno nie mam :P
Nikt nie zainteresował się hukiem.
Więc tak jakoś - niekompatybilna jestem ze wszystkim.
Jak zdechnę, zorientują się, jak zacznę się rozkładać i śmierdzieć.
Nie umiem nic: gotować, żywić dzieci.
Mam wymagania: że mój dom, to moja twierdza. A dzieci, które się z niego wyprowadziły, mając wszystko w dupie powinny się stosować do MOI|CH reguł.
Że moje NIE to NIE i kurwa, nie obchodzą mnie uczucia innych.
NIEKOMPATYBILNA jestem z systemem i niby dlaczego ważniejsze jest zdanie innych, a nie moje?
Bo jestem złą matką i nie pozwalałam dzieciom na manie zwierzątek?
I dlatego są nieszczęśliwe?
W dupie to mam.
Dałam im wykształcenie.
Moim kosztem.
Kosztem moich marzeń i pragnień,
Nigdy im tego nie wygadałam.
I dlaczego mam od tego płacić rachunek?
Niekompatybilna jestem z ich nowymi rodzinami.
Pora umierać?
Jeśli już, to w fajnej dekoracji mojego pierdalnika :)
A dużo by jeszcze gadać...
I dlatego się zamknęłam.
I z powodu niekompatybilności będę się z państwem powoli żegnała, bo jak to?
Niekompatybilnie wpychać się w rzeczywistość ze swoimi popierdolonymi problemami?
Lepiej zamilknąć, co nie? :)
W lodówce masa rzeczy, których kijem nie tknę, bo nie... Soków, pepsi, masa chemii. Nie ja ją kupowałam. Chyba wyniosę na śmietnik. Nie ja za to płaciłam i nie ja kupowałam.
Niekompatybilna jestem chyba z życiem, co nie?
Absolutnie niekompatybilna i żadna przejściówka ani inne cuda wianki nie pomogą.
Dziwadło.
To jedyne słowo, które wiernie oddaje to, co się dzieje i to, co czuję.
I na dokładkę nikomu do niczego niepotrzebne :)
Ale ad rem.
Się zamknęło, mniejsza z większym.
Z przygodami, ale się zamknęło.
Tuż przed zamknięciem okazało się, że praca mnie kocha.
Tak, kurwa.
Więc drep do Bossa i pytam: a dlaczego jeszcze nie płaci?
Nie płaci?
Serio?
Proszę napisać emilka i mieć czas na next work.
Emilek napisany, do banku nie wchodzę. Zobaczymy po świętach :P
A zamiast byczenia się do góry dupą przed świętami arbeit macht frei, a i zaraz po świętach również.
Zapisać w kajeciku: dobrze, że praca cię kocha, dupa w troki i nie rób scen :)
Buty wiszą na drucie już dobrych kilka lat. Solidne, nic im nie szkodzi. Niebo niebieskie, pogoda cudna...
Dwa dni spędzone na pracowitym przenoszeniu badyli w miejsca bezpieczne przed Alienkiem, na zakupach, ogarnianiu kuwety.
Duży pokój jak pustynia, serce pęka, ale czego się nie robi, żeby badyle ocalić :D Bo ponoć Alienek to tornado.
Żurek z nowego zakwasu jest przesolony jak cholera, choć grama soli nie wrzuciłam. Gotowanie surowej pyry załatwia sprawę, żurek jest żurkowaty :)
Samolot ma ponad 5 godzin opóźnienia, lądują o północy. Dojeżdżają do mnie przed pierwszą i walczą z łóżeczkiem turystycznym dla Alienka, bo nie chce się rozłożyć. Tłumaczę, że to na pewno nie jest urządzenie do rozkładania na siłę, ale nikt mnie nie słucha. Rzucają się, duszą, naciskają i nic. Mówię spokojnie, że to jak kompik, jak nie działa, zrestartować . Męczą się pól godziny, Inżynier jęczy tym tonem: mamoooo. (Baran: ale mamo, ale mamo to nic w porównaniu z tym mamoooo - rozumiesz?)
Jakimś cudem Synowa, zwana dalej S., zamyka i ostatkiem sił szarpie... Łóżeczko gotowe.
O to mi chodziło.
Kurtyna.
Spadamy spać.
Alienek, śpiący w foteliku animrumra, gdy go wrzucają do łóżeczka,
Na śniadanie żurek, bo znikają zaraz na spotkanie ze znajomymi, więc obiadu nie zjedzą.
Żurek okazuje się za kwaśny i niedobry. Aczkolwiek ja zjadam z przyjemnością.
No ba...
Wracają śpijmą nocą.
Więc tylko na moment mam Alienka i do wyra...
W poniedziałek S. leci do dentysty z rana, a ja z I. i A. do urzędu skarbowego.
Trafiamy na przesympatyczną urzędniczkę, która tłumaczy nam jak krowie na rowie i...
Adwokat dał dupy na całej linii.
Nie te egzemplarze.
A 1000 zł wziął.
Nieważne. Wiem już, jak wszystko ogarnąć. W domu ściągamy formularz i TADAM, naumiałam się wypełniać PDF, a zmotywowany Pierworodny dostaje wypełniony formularz i już w czwartek mam w szparze unijnej podpisane egzemplarze, dziecko ODZYSKAŁO rozum i nawet nie muszę kserować, bo wydrukował DWA podpisane egzemplarze :) Więc nie jest taki głupi, na jakiego wygląda :) Dobrze się maskuje :P
Ale wracając do naszych baranów.
Po urzędzie skarbowym, gdzie wizytę A. przespał idealnie jedziemy do Avenidy, gdzie S. wpadła w szał zakupów. Nieważne. W dupie mam tłumaczenia, że przytyła, nie schudnie i musi się obkupić.
Nie moja broszka.
A. śpi ja aniołek, a ja z I. idę na
Polecam :)
Potem miał być obiad w knajpie, ale S. straciła tyle czasu w sklepach, że idziemy po linii najmniejszego oporu - do Sfinxa w Avenidzie, zamiast na dobry obiad.
A. śpi.
Budzi się gdy kelner donosi jedzenie i nie, żadne tam chrupki ani to coś do ssania gotowiec z pojemniczka.
A. stanowczo żąda frytek.
I dostaje, choć ja za każdą próbę dania w domu dziecku czegoś dla dziecka zostałam sprowadzana do parteru, mieszana z błotem i słuchałam tekstów: mama się nie zna. Frytki są tak słone, że wieczorem, po umyciu resztek zębów wciąż czuję sól. Mimo że piję i wodę, i piwsko :P
No nie zna, ale podłogę sprzątać musi, bo A. żywiony metodą BWL, znaczy się, co mu nie pasuje, rzuca na prawo, na lewo, do przodu, do tyłu, czasem komuś udaje się coś schwycić. Dwa dni po ich wyjeździe na kolanach (!) szorowałam podłogę, a i tak jeszcze są ślady :P
No nic.
Mają wyjechać we wtorek rano. Ja w środę do pracy. Okazuje się jednak, że babcia ma sepsę. Znaczy się, miała sepsę, ponoć sepsa zaleczona, bo babcia w domu. Ale dzwoni kuzynka związana ze służbą zdrowia i mówi, że odradza wyjazd na D.
Więc pytanie, czy pozwolę zostać u mnie i u mnie urządzić urodziny A.
Mogę odmówić?
Nie, więc nie odmawiam :)
W środę zostawiam ich i jadę do pracy, bo muszę, warzywka się kłaniają.
Jadą do znajomych, wszędzie wożą prezenty, nie tylko dla ludzi, ale i dla kotów.
Śmieję się, że jestem gorsza od kotów.
A nie jestem?
W prezencie dostałam kosmyk włosów z pierwszych postrzyżyn A.
Super :)
I kazanie po raz kolejny, że wózek nie pójdzie do komórki, bo za drogi i mogą ukraść, że nie wystawią go na balkon, bo się zniszczy.
Wózek ostatecznie ląduje na balkonie, bo nie ma gdzie rozstawić suszarki, a pranie na balkonie nie wyschnie...
I inne takie tam, przerywane znaczącym mamooooo Inżyniera.
Kurwa mać.
Czuję się jak intruz we własnym domu i w końcu to mówię.
A S. siedzi albo na kanapie i klika, klika, klika. Najczęściej na fejsbuczku, z bardzo głębokimi refleksjami.
A ja...
Nie mam wyjścia.
Zaprzyjaźniam się z A., jak czekista z czekistą. Dostępuję zaszczytu kąpieli Księcia Pana i to są najmilsze chwile, bo Skunks uwielbia kąpiel. I mizianie po pleckach. I moje "babababa", na które odpowiada tak samo. I "papa" robi na samo powiedzenie bez kiwania. Rodzice muszą kiwać. I na moje nieszczęście uczę go baran barana... ale to działa przy każdym płaczu. I pampersa umiem zmienić, i odważam się gada ubierać, choć tego nie cierpi i sceny balkonowe robi, ale umiem glośniej płakać.
Jakoś tak wyszło :P Wygrywa tylko cycek :P
I tak lecą dni.
W piątek zawituje do nas wiosna :D
Wracają. Kota byś sobie kupiła, a nie kolejne badyle.
Pomijam milczeniem.
W dupie to mam.
Na uwagę I., że mój dom to składowisko pierdalnik odpowiadam, że to mój dom i moje pierdalniki.
Słyszę, że za dwa miesiące, jak przyjadą na ślub, to będą na D., nie u mnie, że do mnie wpadną tylko z Alienkiem.
Jakoś mnie to nie martwi, patrząc na obtłuczone od walizek i wózka ściany.
Będę z tym musiała żyć.
Choć komitywy z Alienkiem żal, bo aczkolwiek uparty jak ja, na widok grożącego mu palca, gdy zbliża się do kurków od maszynki gazowej pokornieje od razu.
W międzyczasie zmiana planów, że pierwsze urodziny Alienka u siostry S. Bo tam więcej miejsca, a siostra ma wyposażenie, a ja nie.
Ok.
Dzień później jednak okazuje się, że u mnie, bo współlokatorka siostry S. ma grypę.
I cyrk, że mam za mało miejsca, za mało naczyń, bo będzie aż 12 osób. Tak się złożyło, że mam tyle naczyń, ale mniejsza z większym :)
Szanowna rodzina mojej Synowej ma same zalety, których nie mam ja. Trudno. Jak każda teściowa jestem do dupy. Amen,
Ogarniamy tę kuwetę.
Wielkie oczy, że jak to, po co to?
Bo chciałam podać widelczyki do ciasta. Bo mokre. Ciasto. Jak to, widelczyki? U nas w domu się je łyżeczką. A u mnie, kurwa, zawsze mokre ciasta jadło się widelczykami. I mam ich, kurwa, 12. I kosztowały 66 tys. za 6 sztuk. Podałam widelczyki, aczkolwiek nikt z szanowanej rodziny N. nie umiał nimi jeść.
No bo ja, kurwa, mam taki pierdalnik i tyle staroci w domu i na chuj to komu?
Na chuj jakieś tam noże do tortów i inne takie tam?
Najlepsze rzeczy są z IKEA.
OCZYWIŚCIE, powiedział góral, wieszając gały na drzewie.
Przyjechała szanowana i szlachetna rodzina N.
A ja cały czas, jak nie zajmowałam się bawieniem Alienka, to myślałam, kiedy KURWA, będę mogła się napić?
Bo szlachetny ród nie pije.
Przyjechała kuzynka S. z mężem i dziećmi. Młodsze nieco starsze od Alienka, córka, sama umie się sobą zająć, ale ręka boska broni zabrać jej coś. A że bawiła się zabawkami A., to raban był na maksa.
Starsza, w wieku Małej Wiedźmy, zaniedbywana przez matkę, działała na własny rachunek...
Wujek Alienka zajety swoim smartfonem i pochłanianiem wszystkiego, co na stole. W ostateczności zeżarł chrupki Alienka, jedyną rzecz, którą podawano Jubilatowi i skończyło się rykiem.
Dziadek pompujący konika...
Ojapierdolę...
I ja...
Milcząca.
Patrząca na odbijanie ścian, na bajzel do ogarnięcia, bo wynieśli do małego pokoju nawet książki mimo moich protestów.
Tak, nikt nie jest panem we własnym domu, a nie miałam ochoty na kolejne starcie z I., w którym będzie bronił racji swojej i swojej żony.
Goście wreszcie się wynieśli i mogłam pić.
I piłam.
I mimo picia wstałam o 3.30.
Bez budzika.
Bo mimo zmiany czasu jechałam na lotnisko.
Bo żadna taksówka w PZ nie ma fotelika.
A Alienek musi jechać w foteliku. Z czym się w zupełności zgadzam.
Taksówkarz był erotoman gawędziarz. Analizował szczegółowo wysadzoną kamienicę na Dębcu.
Ojapierdole.
W drodze powrotnej starał się ze mnie wydobyć informacje o moim życiu prywatnym, ale zgrywałam głupią :)
Niedziela upłynęła mi pracowicie na wstawianiu badyli i innych pierdalników na miejsce.
W poniedziałek spałam do oporu. Ojciec S. miał przyjechać po walizkę, łózko polowe i fotelik. Nawet się nie odezwał.
W dupie to mam.
Poszłam na Manhattan :)
Okna pomyłam.
Wszystkie. Poprałam.
Myjąc okna spadłam ze stołka, z wielkim hukiem, bo... zamiast z niego zleźć, starałam się dosięgnąć rolkę ręczników na stole. Spadł jednocześnie przedwojenny dzban do herbaty, któremu też nic się nie stało. Mam jedynie spuchnięty mały palec u lewej ręki. jest szansa, że przeżyję, aczkolwiek przez kilka minut macałam się, czy wstać :) Za to okna mam tip-top pomyte :P I osteoporozy na pewno nie mam :P
Nikt nie zainteresował się hukiem.
Więc tak jakoś - niekompatybilna jestem ze wszystkim.
Jak zdechnę, zorientują się, jak zacznę się rozkładać i śmierdzieć.
Nie umiem nic: gotować, żywić dzieci.
Mam wymagania: że mój dom, to moja twierdza. A dzieci, które się z niego wyprowadziły, mając wszystko w dupie powinny się stosować do MOI|CH reguł.
Że moje NIE to NIE i kurwa, nie obchodzą mnie uczucia innych.
NIEKOMPATYBILNA jestem z systemem i niby dlaczego ważniejsze jest zdanie innych, a nie moje?
Bo jestem złą matką i nie pozwalałam dzieciom na manie zwierzątek?
I dlatego są nieszczęśliwe?
W dupie to mam.
Dałam im wykształcenie.
Moim kosztem.
Kosztem moich marzeń i pragnień,
Nigdy im tego nie wygadałam.
I dlaczego mam od tego płacić rachunek?
Niekompatybilna jestem z ich nowymi rodzinami.
Pora umierać?
Jeśli już, to w fajnej dekoracji mojego pierdalnika :)
A dużo by jeszcze gadać...
I dlatego się zamknęłam.
I z powodu niekompatybilności będę się z państwem powoli żegnała, bo jak to?
Niekompatybilnie wpychać się w rzeczywistość ze swoimi popierdolonymi problemami?
Lepiej zamilknąć, co nie? :)
W lodówce masa rzeczy, których kijem nie tknę, bo nie... Soków, pepsi, masa chemii. Nie ja ją kupowałam. Chyba wyniosę na śmietnik. Nie ja za to płaciłam i nie ja kupowałam.
Niekompatybilna jestem chyba z życiem, co nie?
piątek, 2 marca 2018
Jaki
piękny Księżyc za oknem, Kochany Pamiętniczku...
Aż serce boli.
A to takie małe radości, że chcę się wtedy żyć.
Bo tak pięknie i nikt ode mnie nic nie chce, nic nie wymaga i nic nie trzeba.
Chwilo, trwaj, trwaj jak najdłużej.
Dzień gospodarczy zakończony, mieszkanko cieszy oko, a te drobne niedociągnięcia, oj tam, oj tam.
Przypomina mi się, jak Mama mówiła, że gdy służyła w czasie okupacji, pani schodziła po schodach w białych rękawiczkach i sprawdzała, czy kurze dokładnie starte.
Mama też miała obsesję na kurze, choć nie sprawdzała w białych rękawiczkach. Ja chłopców też goniłam, każda durnostojka musiała być obowiązkowo raz w tygodniu odkurzona, potem z wiekiem złagodniałam, a teraz? Mam wyjebane. Zdejmuję okulary i kurz widzę tylko w pewnych miejscach i tam ścieram, żeby mnie nie wkurwiał, gdy zaświeci słońce, a ono ostatnio po prostu nakurwia, nie świeci.
A w pozostałych kątach kurz leży i pachnie. Mnie to nie przeszkadza, białych rękawiczek nie mam, choć chyba gdzieś się szwendają takie białe bawełniane, już nie pamiętam, do czego ich używaliśmy...
Pamięć coraz bardziej wybiórcza jest :)
Zakupy też dziś zrobiłam, obiad na weekend prawie gotowy.
Jutro muszę tego PITa wypełnić, żeby wiedzieć, co chłopcy mają wpisać.
Sucho mam w mieszkaniu jak na Saharze.
Tam, gdzie śpię i gdzie są wyłączone kaloryfery rano wygląda tak.
Jestem sucha jak pieprz. Aż mnie wszystko boli. A mam nawilżacze na kaloryferach. Dziś kupiłam kolejny. Chciałam elektryczny, ale nie było, a nie chciało mi się do marketu jechać.
Mała Wiedźma najpierw trenowała picie, bo wie, czego Stara Jędza oczekuje za te kilkanaście lat :P I dlaczego jeszcze żyję ;)
A dziś, żeby się wujkowi Inżynierowi podlizać, chyba za ten teleskop, na Hero Day - Book Day za Batgirl się przebrała. Olewając własnego ojca, który wolałby coś ze Star Wars ;)
Aż serce boli, że tak rzadko ją mam.
W ramach pocieszenia kupiłam sobie
Ma fajną gumę, mam nadzieję, że sprawdzi się w praniu, a ja nie będę musiała skakać już po taborecie :P Chociaż muszę przyznać, że moje okna - jako że nie pada - są idealne. Nawet w słońcu.
I dobrze, bo zeszłabym na zawał w te mrozy, gdybym nie mogła ich umyć :P
Leciałem, hohohoho...
Nel blu dipinto di blu...
Jak zwykle Radio Pogoda dotrzymuje mi towarzystwa...
Udanego weekendu :)
Aż serce boli.
A to takie małe radości, że chcę się wtedy żyć.
Bo tak pięknie i nikt ode mnie nic nie chce, nic nie wymaga i nic nie trzeba.
Chwilo, trwaj, trwaj jak najdłużej.
Dzień gospodarczy zakończony, mieszkanko cieszy oko, a te drobne niedociągnięcia, oj tam, oj tam.
Przypomina mi się, jak Mama mówiła, że gdy służyła w czasie okupacji, pani schodziła po schodach w białych rękawiczkach i sprawdzała, czy kurze dokładnie starte.
Mama też miała obsesję na kurze, choć nie sprawdzała w białych rękawiczkach. Ja chłopców też goniłam, każda durnostojka musiała być obowiązkowo raz w tygodniu odkurzona, potem z wiekiem złagodniałam, a teraz? Mam wyjebane. Zdejmuję okulary i kurz widzę tylko w pewnych miejscach i tam ścieram, żeby mnie nie wkurwiał, gdy zaświeci słońce, a ono ostatnio po prostu nakurwia, nie świeci.
A w pozostałych kątach kurz leży i pachnie. Mnie to nie przeszkadza, białych rękawiczek nie mam, choć chyba gdzieś się szwendają takie białe bawełniane, już nie pamiętam, do czego ich używaliśmy...
Pamięć coraz bardziej wybiórcza jest :)
Zakupy też dziś zrobiłam, obiad na weekend prawie gotowy.
Jutro muszę tego PITa wypełnić, żeby wiedzieć, co chłopcy mają wpisać.
Sucho mam w mieszkaniu jak na Saharze.
Tam, gdzie śpię i gdzie są wyłączone kaloryfery rano wygląda tak.
Jestem sucha jak pieprz. Aż mnie wszystko boli. A mam nawilżacze na kaloryferach. Dziś kupiłam kolejny. Chciałam elektryczny, ale nie było, a nie chciało mi się do marketu jechać.
Mała Wiedźma najpierw trenowała picie, bo wie, czego Stara Jędza oczekuje za te kilkanaście lat :P I dlaczego jeszcze żyję ;)
A dziś, żeby się wujkowi Inżynierowi podlizać, chyba za ten teleskop, na Hero Day - Book Day za Batgirl się przebrała. Olewając własnego ojca, który wolałby coś ze Star Wars ;)
Aż serce boli, że tak rzadko ją mam.
W ramach pocieszenia kupiłam sobie
Ma fajną gumę, mam nadzieję, że sprawdzi się w praniu, a ja nie będę musiała skakać już po taborecie :P Chociaż muszę przyznać, że moje okna - jako że nie pada - są idealne. Nawet w słońcu.
I dobrze, bo zeszłabym na zawał w te mrozy, gdybym nie mogła ich umyć :P
Leciałem, hohohoho...
Nel blu dipinto di blu...
Jak zwykle Radio Pogoda dotrzymuje mi towarzystwa...
Udanego weekendu :)
czwartek, 1 marca 2018
Wszystko
stoi w miejscu, Kochany Pamiętniczku, tylko mój wkurw pędzi coraz prędzej.
Miałam być we wtorek u adwokata, ale coś mu wypadło. No więc zgodziłam się na czwartek. Miała być dowolna godzina, ale jemu pasowała 13.30. OK. Chociaż to znaczy - znając mnie, że nic nie zrobię przez pól dnia, bo nie lubię mieć rozgrzebane.
Pojechałam, piździ już nie jak za cara, a jak za carycy Katarzyny na Syberii, a nie na Skieletczyźnie. W słońcu (plecki) jakby maj był, a z przodu fontanna łez (bo ślepia mi łzawią, a i wiatr paletko podwiewa). Jako że nawinął się autobus, którego nie powinno być, ale był, tom do skrzyżowania z Głogowskiej z Hetmańską dojechała 45 minut za wcześnie. Fuck. Tramwajem stamtąd to za 10 minut bym w kancelarii była.
Wzdech.
I na piechotkę, pod wiatr, pod prąd. Ale chlebek do smalczyka zanabyłam i przeszłam na słoneczną stronę ulicy, rozkoszując się słoneczkiem w plecy i rzewne łzy ocierając.
W kancelarii mimo pełznięcia byłam 15 minut przed czasem. Trudno. Przycupnęłam na krześle i czekam.
Kurwa.
Pół godziny.
Nie, u mecenasa nikogo nie było, ale...
Punktualność jest grzecznością królów, co nie?
Byłam za wcześnie, ale odczekałam karnie.
A to on mi przełożył termin. Żeby to było ciepło, połaziłabym po parku i wlazła punktualnie co do minuty.
No nic.
Okazało się, że nadal dupa. Bo instytucje nie odpowiedziały. Podejrzewam, że wysłał wszystko w ostatnich dniach.
Ale...
To, co mówił o wypełnianiu PIT, to ja lepiej wiedziałam.
No nic.
Jeszcze w niedzielę pogadam z Inżynierem i w dupie to mam.
Zeznanie złożę i w sumie jak na razie US może mnie w dupe pocałować (odpukać, bo oni się potrafią czepiać).
Ale okazuje się, że szwagier musi złożyć jakiś raport z opieki.
Pożywiom, uwidiom.
Mam już na wszystko wyjebane.
Denerwuje mnie samo życie. Wiem, Kierownik Budowy mówi, żeby nic nie czytać i nie wiedzieć. Ale tak się nie da.
Bo robią nas - jako naród - w wała na potęgę. Tak nie robili nas nawet za komuny.
Fakt, wszyscy zarabiali tyle samo, prawie tyle samo, na mieszkanie czekało się latami - ale - tylu bezdomnych nigdy nie było. I choć za pieniądze niewiele można było kupić, jakoś wielkiej nędzy nie było.
Ja sama, wywalona z domu na drugim roku studiów, no może nie tyle wywalona, co niedająca się wykorzystać ojcu, który powiedział, że grosza mi nie da, bo potrzebuje kobiecej ręki w domu (właśnie rozstał się z wielkim hukiem ze swoją drugą żoną), z 5 złotymi w kieszeni, co starczyło mi na bilet do K., dokładnie, gdzie moja chrzestna pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, a oddałam w zębach), za co pojechałam do Koziołkowa, poszłam do ZUS, odzyskałam rentę po matce, którą dotychczas brał ojciec i przepijał, dostałam na uczelni stypendium i akademik od ręki (nie przysługiwało mi, bo ojciec zarabiał doskonale), potem drugie stypendium za wyniki w nauce i... w sumie miałam na rękę miesięcznie 2700. Mój ojciec miał 2900 pensji.
Państwo premiowało mnie za naukę.
Pensję miałam już mniejszą, bo na starcie dostałam 2400, z tego musiałam wydać 1000 zł na pokój. Nie na mieszkanie, na pokój.
A potem różnie było, ale głodu nigdy nie cierpiałam, choć bywało lepiej i gorzej, kawiorem się nie zażerałam, to fakt, ale i tego w życiu posmakowałam :) Ośmiorniczki też jadłam.
Eks tak naprawdę nigdy nie pracował na cały gwizdek, a i to, co zarobił, wydawał raczej na swoje potrzeby (on też coś od życia musiał mieć - zdanie teściowej), więc wszystko i tak było na moim łbie. Do pracy wróciłam, gdy teściowa pamiętne słowa rzekła: bo w sumie to ty nie pracujesz (a ja: prasę dziesięciotonową obsługiwałam, kwiaty sztuczne po nocach robiłam, na tkaninach malowałam, sprzątaczką też byłam, elektrody do EKG robiłam, no ale - nie na etacie. Nie licząc domu na cały etat, dwójki dzieci i męża, któremu się też coś od życia należało, bo nic nie miał oprócz swojego fiacika)... Ogłoszenie znalazłam, że korektorki szukają i pomyślałam: dlaczego nie? Dzieci już były podchowane, skoczyłam na główkę. Okazało się na miejscu, że gazeta Świtalskiego. Proszę sobie wygooglować, jak kogoś interesuje: to Elektromis, Biedronki, Żabki i Czerwona Torebka. I... komputery. No i ja - niedosłysząca, bez aparatów, nieznająca kompika. Kierowniczka korekty obawiała się, że nie przypasuję do zespołu. Ale pracowała tam dziewczyna, świadek Jehowy, też niedosłysząca. Solidarność jajników i głuchych - dostałam dwa tygodnie na ogarnięcie kuwety. Taki jeden Wojtek się napatoczył, niewiele starszy od Pierworodnego, nauczył mnie błyskawicznie McIntosha. I grać mnie nauczył, w Prince of Persia. Bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zawsze miałam czas na granie :p
Dostałam tę pracę, urosłam w oczach dzieci, bo: nasza mama zna się na komputerach (wtedy komputer w domu to była abstrakcja, a co dopiero McIntosh) i tak już potem szło z górki.
Na tyle, że gdy Eks odszedł, odetchnęliśmy z ulgą i to były naprawdę piękne lata, chociaż nie widziałam ani złotówki alimentów, a za mieszkanie przestał płacić (to było jedyne, co dawał na dom: na mieszkanie, z renty. Miał jej jakieś 700 zł, a mieszkanie kosztowało 450).
Chłopcy byli łatwi w obsłudze, słowa skargi nie słyszałam, że ciuchy z lumpeksu, czyste były, tylko buty dostawali nowe i zawsze z górnej półki.
Łapali prace, jak się dało, żyliśmy spokojnie. Nie na szerokiej stopie, urząd skarbowy nas nie ścigał.
I dziś zarabiam identycznie prawie tyle samo, co w 1992, gdy zaczynałam pracę.
Mimo denominacji :)
Mimo tylu lat pracy.
Tyle że mam tę kasę dla siebie, już o nic się nie muszę martwić.
Jak będę miała fantazję pensję przepić, przepiję.
Za swoje piję.
Ale ojcu Rydzykowi nie dam (zresztą to nie mój ojciec, mój od lat na cmentarzu leży) :)
Przepiję, a nie dam.
A tu w tle skandale z premiami dla członków rządu i łkanie Gowina, że za 17 tys. miesięcznie nie może rodziny utrzymać.
Fuck you.
Nóż mi się w kieszeni otworzył.
Zażalenie mogę pisać na Berdyczów, a jakże.
Z innej beczki.
Zmarła Agnieszka Kotulanka. Młoda dupa.
Już przedtem media trzepały pianę, że pije, że alkoholiczka.
Cieszyłam się, że nie jestem Kotulanką, bo jak piję, to żadne media o tym nie trzepią.
Choć pewnie tak, jak i ona, do AA się kwalifikuję, ale mnie nikt nie śledzi i nie kontroluje. Do pracy jeszcze nigdy pijana nie szłam, ale kac - bez bicia się przyznaję - zdarzył się. Tak wyszło.
Zmarła.
I lecą wiadomości: że to przez picie, że nie wiadomo co, że kochanek ją rzucił, że przez to piła, że kochanek na pogrzebie był, że to skandal i obraza majestatu.
Ludzie, kurwa, nie macie co robić?
Zmarła. Jest w lepszym albo w gorszym świecie. Szczęśliwa albo i nie.
Ciszej nad tą trumną.
Na co by nie zmarła, nie ożyje.
A że kochanek był na pogrzebie?
Może było mu to do szczęścia potrzebne?
Kto wie, jak tam było?
Ciszej, kurwa, nad tą trumną.
Cieszę się, że nad moją będzie cicho.
A Radio Pogoda pięknie gra...
Rok temu pierwszego marca sadziłam bratki.
A dziś szpary w oknach obtykam.
Inżynier mnie zjechał, że żadna Emma do niego nie dojdzie, ale pracuje jutro z domu, bo śnieg będzie padał :) Cieszy mnie to niezmiernie, bo widziałam, jak się jeździ i chodzi w UK, gdy śnieg pada, choć wtedy trwało to jeden, góra dwa dni :)
Baran mówi, że u niego już śnieżyca jest i nie wie, jak do domu wróci.
A u mnie Radio Pogoda i nawet jak zawieje i zamiecie i będzie gołoledź, to na czworakach do piatki dojdę.
A do pracy dopiero w poniedziałek :D
Coś mnie rozbiera, ale mam tylko 29% wilgotności w mieszkaniu, mimo naczyń z wodą. Nie mam co prać, żeby wieszać...
Miałam być we wtorek u adwokata, ale coś mu wypadło. No więc zgodziłam się na czwartek. Miała być dowolna godzina, ale jemu pasowała 13.30. OK. Chociaż to znaczy - znając mnie, że nic nie zrobię przez pól dnia, bo nie lubię mieć rozgrzebane.
Pojechałam, piździ już nie jak za cara, a jak za carycy Katarzyny na Syberii, a nie na Skieletczyźnie. W słońcu (plecki) jakby maj był, a z przodu fontanna łez (bo ślepia mi łzawią, a i wiatr paletko podwiewa). Jako że nawinął się autobus, którego nie powinno być, ale był, tom do skrzyżowania z Głogowskiej z Hetmańską dojechała 45 minut za wcześnie. Fuck. Tramwajem stamtąd to za 10 minut bym w kancelarii była.
Wzdech.
I na piechotkę, pod wiatr, pod prąd. Ale chlebek do smalczyka zanabyłam i przeszłam na słoneczną stronę ulicy, rozkoszując się słoneczkiem w plecy i rzewne łzy ocierając.
W kancelarii mimo pełznięcia byłam 15 minut przed czasem. Trudno. Przycupnęłam na krześle i czekam.
Kurwa.
Pół godziny.
Nie, u mecenasa nikogo nie było, ale...
Punktualność jest grzecznością królów, co nie?
Byłam za wcześnie, ale odczekałam karnie.
A to on mi przełożył termin. Żeby to było ciepło, połaziłabym po parku i wlazła punktualnie co do minuty.
No nic.
Okazało się, że nadal dupa. Bo instytucje nie odpowiedziały. Podejrzewam, że wysłał wszystko w ostatnich dniach.
Ale...
To, co mówił o wypełnianiu PIT, to ja lepiej wiedziałam.
No nic.
Jeszcze w niedzielę pogadam z Inżynierem i w dupie to mam.
Zeznanie złożę i w sumie jak na razie US może mnie w dupe pocałować (odpukać, bo oni się potrafią czepiać).
Ale okazuje się, że szwagier musi złożyć jakiś raport z opieki.
Pożywiom, uwidiom.
Mam już na wszystko wyjebane.
Denerwuje mnie samo życie. Wiem, Kierownik Budowy mówi, żeby nic nie czytać i nie wiedzieć. Ale tak się nie da.
Bo robią nas - jako naród - w wała na potęgę. Tak nie robili nas nawet za komuny.
Fakt, wszyscy zarabiali tyle samo, prawie tyle samo, na mieszkanie czekało się latami - ale - tylu bezdomnych nigdy nie było. I choć za pieniądze niewiele można było kupić, jakoś wielkiej nędzy nie było.
Ja sama, wywalona z domu na drugim roku studiów, no może nie tyle wywalona, co niedająca się wykorzystać ojcu, który powiedział, że grosza mi nie da, bo potrzebuje kobiecej ręki w domu (właśnie rozstał się z wielkim hukiem ze swoją drugą żoną), z 5 złotymi w kieszeni, co starczyło mi na bilet do K., dokładnie, gdzie moja chrzestna pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, a oddałam w zębach), za co pojechałam do Koziołkowa, poszłam do ZUS, odzyskałam rentę po matce, którą dotychczas brał ojciec i przepijał, dostałam na uczelni stypendium i akademik od ręki (nie przysługiwało mi, bo ojciec zarabiał doskonale), potem drugie stypendium za wyniki w nauce i... w sumie miałam na rękę miesięcznie 2700. Mój ojciec miał 2900 pensji.
Państwo premiowało mnie za naukę.
Pensję miałam już mniejszą, bo na starcie dostałam 2400, z tego musiałam wydać 1000 zł na pokój. Nie na mieszkanie, na pokój.
A potem różnie było, ale głodu nigdy nie cierpiałam, choć bywało lepiej i gorzej, kawiorem się nie zażerałam, to fakt, ale i tego w życiu posmakowałam :) Ośmiorniczki też jadłam.
Eks tak naprawdę nigdy nie pracował na cały gwizdek, a i to, co zarobił, wydawał raczej na swoje potrzeby (on też coś od życia musiał mieć - zdanie teściowej), więc wszystko i tak było na moim łbie. Do pracy wróciłam, gdy teściowa pamiętne słowa rzekła: bo w sumie to ty nie pracujesz (a ja: prasę dziesięciotonową obsługiwałam, kwiaty sztuczne po nocach robiłam, na tkaninach malowałam, sprzątaczką też byłam, elektrody do EKG robiłam, no ale - nie na etacie. Nie licząc domu na cały etat, dwójki dzieci i męża, któremu się też coś od życia należało, bo nic nie miał oprócz swojego fiacika)... Ogłoszenie znalazłam, że korektorki szukają i pomyślałam: dlaczego nie? Dzieci już były podchowane, skoczyłam na główkę. Okazało się na miejscu, że gazeta Świtalskiego. Proszę sobie wygooglować, jak kogoś interesuje: to Elektromis, Biedronki, Żabki i Czerwona Torebka. I... komputery. No i ja - niedosłysząca, bez aparatów, nieznająca kompika. Kierowniczka korekty obawiała się, że nie przypasuję do zespołu. Ale pracowała tam dziewczyna, świadek Jehowy, też niedosłysząca. Solidarność jajników i głuchych - dostałam dwa tygodnie na ogarnięcie kuwety. Taki jeden Wojtek się napatoczył, niewiele starszy od Pierworodnego, nauczył mnie błyskawicznie McIntosha. I grać mnie nauczył, w Prince of Persia. Bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zawsze miałam czas na granie :p
Dostałam tę pracę, urosłam w oczach dzieci, bo: nasza mama zna się na komputerach (wtedy komputer w domu to była abstrakcja, a co dopiero McIntosh) i tak już potem szło z górki.
Na tyle, że gdy Eks odszedł, odetchnęliśmy z ulgą i to były naprawdę piękne lata, chociaż nie widziałam ani złotówki alimentów, a za mieszkanie przestał płacić (to było jedyne, co dawał na dom: na mieszkanie, z renty. Miał jej jakieś 700 zł, a mieszkanie kosztowało 450).
Chłopcy byli łatwi w obsłudze, słowa skargi nie słyszałam, że ciuchy z lumpeksu, czyste były, tylko buty dostawali nowe i zawsze z górnej półki.
Łapali prace, jak się dało, żyliśmy spokojnie. Nie na szerokiej stopie, urząd skarbowy nas nie ścigał.
I dziś zarabiam identycznie prawie tyle samo, co w 1992, gdy zaczynałam pracę.
Mimo denominacji :)
Mimo tylu lat pracy.
Tyle że mam tę kasę dla siebie, już o nic się nie muszę martwić.
Jak będę miała fantazję pensję przepić, przepiję.
Za swoje piję.
Ale ojcu Rydzykowi nie dam (zresztą to nie mój ojciec, mój od lat na cmentarzu leży) :)
Przepiję, a nie dam.
A tu w tle skandale z premiami dla członków rządu i łkanie Gowina, że za 17 tys. miesięcznie nie może rodziny utrzymać.
Fuck you.
Nóż mi się w kieszeni otworzył.
Zażalenie mogę pisać na Berdyczów, a jakże.
Z innej beczki.
Zmarła Agnieszka Kotulanka. Młoda dupa.
Już przedtem media trzepały pianę, że pije, że alkoholiczka.
Cieszyłam się, że nie jestem Kotulanką, bo jak piję, to żadne media o tym nie trzepią.
Choć pewnie tak, jak i ona, do AA się kwalifikuję, ale mnie nikt nie śledzi i nie kontroluje. Do pracy jeszcze nigdy pijana nie szłam, ale kac - bez bicia się przyznaję - zdarzył się. Tak wyszło.
Zmarła.
I lecą wiadomości: że to przez picie, że nie wiadomo co, że kochanek ją rzucił, że przez to piła, że kochanek na pogrzebie był, że to skandal i obraza majestatu.
Ludzie, kurwa, nie macie co robić?
Zmarła. Jest w lepszym albo w gorszym świecie. Szczęśliwa albo i nie.
Ciszej nad tą trumną.
Na co by nie zmarła, nie ożyje.
A że kochanek był na pogrzebie?
Może było mu to do szczęścia potrzebne?
Kto wie, jak tam było?
Ciszej, kurwa, nad tą trumną.
Cieszę się, że nad moją będzie cicho.
A Radio Pogoda pięknie gra...
Rok temu pierwszego marca sadziłam bratki.
A dziś szpary w oknach obtykam.
Inżynier mnie zjechał, że żadna Emma do niego nie dojdzie, ale pracuje jutro z domu, bo śnieg będzie padał :) Cieszy mnie to niezmiernie, bo widziałam, jak się jeździ i chodzi w UK, gdy śnieg pada, choć wtedy trwało to jeden, góra dwa dni :)
Baran mówi, że u niego już śnieżyca jest i nie wie, jak do domu wróci.
A u mnie Radio Pogoda i nawet jak zawieje i zamiecie i będzie gołoledź, to na czworakach do piatki dojdę.
A do pracy dopiero w poniedziałek :D
Coś mnie rozbiera, ale mam tylko 29% wilgotności w mieszkaniu, mimo naczyń z wodą. Nie mam co prać, żeby wieszać...
środa, 28 lutego 2018
Augustowskie noce
noce parne, gorące... Kochany Pamiętniczku...
Uświadomiłam sobie, że nigdy z Eksem nie byliśmy na wczasach, poza jednym wyjazdem do Konotopu, który wspominam bardzo niemile, bo nikt mnie nie słuchał, że to nie jest dla niego dobre miejsce, bo to wtedy była baza wojskowa... No ale miało być tanio. I było, jedzenie że ojapierdolę, ale otoczenie wojskiem źle mu na psyche zrobiło. A i hotel w którym w wannie we wspólnej łazience skrobano ryby, prysznice były koedukacyjne, a z komarów na ścianie szlaczek krwawy się zrobił...
Nieważne, już nie wróci :)
Zbuntowała mi się playlista i radia muszę słuchać, ale nie jest źle.
Zawsze jakaś odmiana.
Przeraża mnie, jak szybko wszystko się kręci, jak zewsząd atakują coraz to nowe odkrycia i idee, a teraz w dobie neta jeszcze szybciej i jeszcze bardzie popierdolone.
Najpierw masło było złe i zalecano margarynę. To żarliśmy margarynę, tym bardziej że właśnie weszła na rynek Rama. Co za wygoda - mieć zawsze łatwo rozsmarowywaną rzecz w lodówce. Po latach Inżynier wyszczekał mi, że chleb z masłem to u Sikory dopiero jadł, niedoszła tesciowa go tak dopieszczała.
A ja się nie zastanawiałam nad tym, co lepsze, po prostu wygodne było.
Od kilkunastu lat używam masła, bo tak, bo lubię.
I teraz wraca znów do mody.
Jak i smalec.
A smalec to ja zawsze lubiłam, ale u mnie tylko Pierworodny był amatorem, Eks nosem kręcił, bo on pod względem jedzeniowym był francuskim pieskiem, a Inżynierowi smalec kiepsko wchodził. Mnie zawsze wchodził i z tej okazji sobie dziś
z jabłuszkiem, czosnkiem, cebulka i majerankiem strzeliłam.
A kto bogatemu zabroni.
I gdzieś wyskakuje mi artykuł, że tylko smalec, li i jedynie, że najzdrowszy z tłuszczów.
A jeszcze niedawno wyklinany i gromy na niego rzucano.
Kierownik Budowy ma fazę. Jedzenie do niego przemawia. Uświadamiał mi, że są specjalne techniki, dzięki którym nasz organizm mówi nam, co mamy jeść.
Ojapierdolę.
U mnie się to zawsze chcica nazywało i całe życie to stosowałam, bez żadnych technik. Jak mam na coś napad, to po prostu jem i nieważne, czy mi to szkodzi, czy nie :) Zawsze tak miałam ze śledziami przed okresem. Musiałam zjeść śledzia i koniec. Wszyscy mówili, że w ciąży jestem, ale nie. Jak byłam w ciąży od razu mnie od śledzi odrzucało :)
Ale dorabiać do tego ideologię, teorię i kursy z tego robić?
Jednak ludzie potrafią każde gówno i sprzedać i wmówić drugim, że bez tego żyć nie będą mogli.
Wszystko musisz mieć, bo inaczej będziesz w tyle za Murzynami.
I coraz więcej recept na życie, na zdrowie, na szczęście i powodzenie.
A coraz mniej ciepła i życzliwości.
Adwokat odwołał wtorek, idę jutro. Tak się to wszystko ślimaczy.
Chciałam dziś ściąć włosy, ale kolejka była, a nie miałam ochoty na siedzenie.
Więc dalej chodzę rozczochrana jak wiedźma.
Pensja znów goła, więc kolejny raz będę musiała się upominać o docenienie wkładu i prywatnego czasu.
Ale nic.
Jest cudnie.
Że w ogóle jest.
I rachunek za prąd o 30 zł niższy, niż za miesiąc, kiedy mnie przez miesiąc nie było.
I bądź tu człowieku mądry.
Tylko dzieci więcej nie rób.
Sześć stóp pod ziemią skończyłam.
Czułam się, jakby to było o mnie.
Nieźle popierdolona jestem :)
Uświadomiłam sobie, że nigdy z Eksem nie byliśmy na wczasach, poza jednym wyjazdem do Konotopu, który wspominam bardzo niemile, bo nikt mnie nie słuchał, że to nie jest dla niego dobre miejsce, bo to wtedy była baza wojskowa... No ale miało być tanio. I było, jedzenie że ojapierdolę, ale otoczenie wojskiem źle mu na psyche zrobiło. A i hotel w którym w wannie we wspólnej łazience skrobano ryby, prysznice były koedukacyjne, a z komarów na ścianie szlaczek krwawy się zrobił...
Nieważne, już nie wróci :)
Zbuntowała mi się playlista i radia muszę słuchać, ale nie jest źle.
Zawsze jakaś odmiana.
Przeraża mnie, jak szybko wszystko się kręci, jak zewsząd atakują coraz to nowe odkrycia i idee, a teraz w dobie neta jeszcze szybciej i jeszcze bardzie popierdolone.
Najpierw masło było złe i zalecano margarynę. To żarliśmy margarynę, tym bardziej że właśnie weszła na rynek Rama. Co za wygoda - mieć zawsze łatwo rozsmarowywaną rzecz w lodówce. Po latach Inżynier wyszczekał mi, że chleb z masłem to u Sikory dopiero jadł, niedoszła tesciowa go tak dopieszczała.
A ja się nie zastanawiałam nad tym, co lepsze, po prostu wygodne było.
Od kilkunastu lat używam masła, bo tak, bo lubię.
I teraz wraca znów do mody.
Jak i smalec.
A smalec to ja zawsze lubiłam, ale u mnie tylko Pierworodny był amatorem, Eks nosem kręcił, bo on pod względem jedzeniowym był francuskim pieskiem, a Inżynierowi smalec kiepsko wchodził. Mnie zawsze wchodził i z tej okazji sobie dziś
z jabłuszkiem, czosnkiem, cebulka i majerankiem strzeliłam.
A kto bogatemu zabroni.
I gdzieś wyskakuje mi artykuł, że tylko smalec, li i jedynie, że najzdrowszy z tłuszczów.
A jeszcze niedawno wyklinany i gromy na niego rzucano.
Kierownik Budowy ma fazę. Jedzenie do niego przemawia. Uświadamiał mi, że są specjalne techniki, dzięki którym nasz organizm mówi nam, co mamy jeść.
Ojapierdolę.
U mnie się to zawsze chcica nazywało i całe życie to stosowałam, bez żadnych technik. Jak mam na coś napad, to po prostu jem i nieważne, czy mi to szkodzi, czy nie :) Zawsze tak miałam ze śledziami przed okresem. Musiałam zjeść śledzia i koniec. Wszyscy mówili, że w ciąży jestem, ale nie. Jak byłam w ciąży od razu mnie od śledzi odrzucało :)
Ale dorabiać do tego ideologię, teorię i kursy z tego robić?
Jednak ludzie potrafią każde gówno i sprzedać i wmówić drugim, że bez tego żyć nie będą mogli.
Wszystko musisz mieć, bo inaczej będziesz w tyle za Murzynami.
I coraz więcej recept na życie, na zdrowie, na szczęście i powodzenie.
A coraz mniej ciepła i życzliwości.
Adwokat odwołał wtorek, idę jutro. Tak się to wszystko ślimaczy.
Chciałam dziś ściąć włosy, ale kolejka była, a nie miałam ochoty na siedzenie.
Więc dalej chodzę rozczochrana jak wiedźma.
Pensja znów goła, więc kolejny raz będę musiała się upominać o docenienie wkładu i prywatnego czasu.
Ale nic.
Jest cudnie.
Że w ogóle jest.
I rachunek za prąd o 30 zł niższy, niż za miesiąc, kiedy mnie przez miesiąc nie było.
I bądź tu człowieku mądry.
Tylko dzieci więcej nie rób.
Sześć stóp pod ziemią skończyłam.
Czułam się, jakby to było o mnie.
Nieźle popierdolona jestem :)
niedziela, 25 lutego 2018
Przeleciało
migusiem, Kochany Pamiętniczku, co nie?
A działo się pracowo-wkurwiająco, bo mało, że poszłam na rękę warzywkom, to mi dwa dni ukradły.
Życie.
Jadąc do nich stałam sobie na przystanku, a słońce tak jechało po oczach, że ojapierdolę.
Zatem wydobyłam z czeluści torby słoneczne okulary, w których wyglądam jak rasowy kret.
Pożałowałam przy nich na antyrefleks, więc aczkolwiek, jak na kreta przystało, są minusowe, to i tak niewiele w nich widać, jak światło pada pod jakimś tam kątem.
Ale nic to, oczy nie łzawią.
Na przystanek wdrapał się rasowy dres. Rasowy, znaczy się, chudy, z kapturem na łebku, trzy paski na spodniach, a jakże, olbrzymi karton w rękach mając, zza którego ledwo chudzinę widać było. W oddali zamajaczył autobus. Luboński.
- Pani, gdzie ten autobus jedzie?
- Ślepa jestem. Jaki numer?
- 610.
- To na pętlę, koło tramwaju...
Widzę, że dresik coś wnerwiony, zaczerwieniony po koniuszek kaptura, ale rzecze grzecznie:
- Dziękuję, przepraszam najmocniej - i wskakuje do rzeczonego lubońskiego...
WTF? Za co przeprasza?
I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że gość przepraszał za to, że ślepą pytał.
Bo mam taki głupi zwyczaj, że jak czegoś nie widzę dokładnie, na przykład drobnych w portmonetce, a sprzedawca chce drobne, to mówię: ślepa jestem - i podsuwam rzeczoną portmonetkę, żeby sobie wybrał.
Bo nie dorobiłam się jeszcze bryli na tip-top. Ogarniających mój astygmatyzm i inne przypadłości. W okularach,w których łażę po ulicy czy po redakcji nie czuję się dobrze w domu. Na kompiku w nich nic nie widzę, do kompika mam inne bryle. Na wydrukach czytam saute, bez niczego na nosie, nawet najdrobniejszy maczek, bo... na wydrukach w żadnych brylach mi nie pasuje. Tak samo książki gazety i inne takie tam.
Wiem, wiem, stara wariatka jestem :) Ślepa.
A na dokładkę, jak nie mam bryli na nosie, to nic nie słyszę, bo nie widzę, co kto mówi :D
Ale wychodząc rano z mieszkania, gdy świeci słońce widzę każdy pyłek, którego normalnie w okularach nie widzę... I muszę się siłą wstrzymywać, by nie sprzątać.
Bo na co dzień wystarczy, że zdejmę okulary i...
Jak pięknie jest...
Ano :)
Wpadli dziś Kierownikowstwo Budowy.
Spóźnieni, jak zwykle.
Ale...
Było super, aczkolwiek Kierownikowej mi żal.
Może Kierownik sam wleci, bo blat do krzesełka do karmienia Alienka ma dowieźć, to mu nawtykam.
Jednak kawał z niego... nie w porządku.
I nie, nie zajmę jego strony, choć jest mi bliski, jak rodzone dziecko.
Bo jest nie w porządku.
Nie oceniam, ale widzę, co robi.
A Kradziejka przesłodka, nagle zaczęła mówić całymi zdaniami. Zrozumiale. Dziewczynki pod tym względem są nie do podrobienia.
Oczywiście, oprócz Pierworodnego, który mając półtora roku wymądrzał się tak, że ojapierdolę.
Ale wymądrza się do dziś, wkurzając wszystkich, bo...
Nie zna proporcji, mocium panie.
I tak to się plecie.
Krzesełko dla Alienka dostałam, do karmienia gada, jak wleci. Zapnie się w pasy, posadzi na folii malarskiej i niech śmieci, ile chce. Sprzątają rodzice :P
Kukiza z Santorką odkryłam. I tak jak za politykę nakopałabym mu do dupy, to Już nie ma dzikich plaż w tym duecie wymiata...
A działo się pracowo-wkurwiająco, bo mało, że poszłam na rękę warzywkom, to mi dwa dni ukradły.
Życie.
Jadąc do nich stałam sobie na przystanku, a słońce tak jechało po oczach, że ojapierdolę.
Zatem wydobyłam z czeluści torby słoneczne okulary, w których wyglądam jak rasowy kret.
Pożałowałam przy nich na antyrefleks, więc aczkolwiek, jak na kreta przystało, są minusowe, to i tak niewiele w nich widać, jak światło pada pod jakimś tam kątem.
Ale nic to, oczy nie łzawią.
Na przystanek wdrapał się rasowy dres. Rasowy, znaczy się, chudy, z kapturem na łebku, trzy paski na spodniach, a jakże, olbrzymi karton w rękach mając, zza którego ledwo chudzinę widać było. W oddali zamajaczył autobus. Luboński.
- Pani, gdzie ten autobus jedzie?
- Ślepa jestem. Jaki numer?
- 610.
- To na pętlę, koło tramwaju...
Widzę, że dresik coś wnerwiony, zaczerwieniony po koniuszek kaptura, ale rzecze grzecznie:
- Dziękuję, przepraszam najmocniej - i wskakuje do rzeczonego lubońskiego...
WTF? Za co przeprasza?
I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że gość przepraszał za to, że ślepą pytał.
Bo mam taki głupi zwyczaj, że jak czegoś nie widzę dokładnie, na przykład drobnych w portmonetce, a sprzedawca chce drobne, to mówię: ślepa jestem - i podsuwam rzeczoną portmonetkę, żeby sobie wybrał.
Bo nie dorobiłam się jeszcze bryli na tip-top. Ogarniających mój astygmatyzm i inne przypadłości. W okularach,w których łażę po ulicy czy po redakcji nie czuję się dobrze w domu. Na kompiku w nich nic nie widzę, do kompika mam inne bryle. Na wydrukach czytam saute, bez niczego na nosie, nawet najdrobniejszy maczek, bo... na wydrukach w żadnych brylach mi nie pasuje. Tak samo książki gazety i inne takie tam.
Wiem, wiem, stara wariatka jestem :) Ślepa.
A na dokładkę, jak nie mam bryli na nosie, to nic nie słyszę, bo nie widzę, co kto mówi :D
Ale wychodząc rano z mieszkania, gdy świeci słońce widzę każdy pyłek, którego normalnie w okularach nie widzę... I muszę się siłą wstrzymywać, by nie sprzątać.
Bo na co dzień wystarczy, że zdejmę okulary i...
Jak pięknie jest...
Ano :)
Wpadli dziś Kierownikowstwo Budowy.
Spóźnieni, jak zwykle.
Ale...
Było super, aczkolwiek Kierownikowej mi żal.
Może Kierownik sam wleci, bo blat do krzesełka do karmienia Alienka ma dowieźć, to mu nawtykam.
Jednak kawał z niego... nie w porządku.
I nie, nie zajmę jego strony, choć jest mi bliski, jak rodzone dziecko.
Bo jest nie w porządku.
Nie oceniam, ale widzę, co robi.
A Kradziejka przesłodka, nagle zaczęła mówić całymi zdaniami. Zrozumiale. Dziewczynki pod tym względem są nie do podrobienia.
Oczywiście, oprócz Pierworodnego, który mając półtora roku wymądrzał się tak, że ojapierdolę.
Ale wymądrza się do dziś, wkurzając wszystkich, bo...
Nie zna proporcji, mocium panie.
I tak to się plecie.
Krzesełko dla Alienka dostałam, do karmienia gada, jak wleci. Zapnie się w pasy, posadzi na folii malarskiej i niech śmieci, ile chce. Sprzątają rodzice :P
Kukiza z Santorką odkryłam. I tak jak za politykę nakopałabym mu do dupy, to Już nie ma dzikich plaż w tym duecie wymiata...
czwartek, 15 lutego 2018
Koń
po westernie, Kochany Pamiętniczku, to przy mnie małe miki.
Ale jest dobrze. Jutro będę spała skolka ugodna i chuj :)
Niby spokojne zamykanie, ale ile godzin można czekać?
A czekałam 5 godzin, a potem spadło na mnie stado sępów i wrzeszczało "time, time".
No cóż, to było do przewidzenia i po tylu latach nie powinno być już dla mnie niespodzianką.
Inżynier wczoraj podniósł alarm, że będzie więcej płacić za samochód, ale oprotestował moją chęć pomocy.
Dziś okazało się, że nie tak dużo więcej, więc ją olał.
Rybka mi to.
Tylko żal mi dziecka, że ma takie samo życie, jak ja miałam: budzi się i licznik mu w głowie cyka. Kalkulatorek...
Tak mi życie minęło.
Mnie już nie cyka od jakiegoś czasu, oszczędności nie mam, ale póki mam pracę, nie jest źle. Nawet jak w ciągu dwóch dni zostawiam w aptece dwie stówy, to nie lamentuję. Leniwa jestem i biorę receptę na wyrost, te dwie stówy są na cztery miesiące :) Zawsze istnieje ryzyko niedożycia, ale w sumie - rybka mi to :) I nie muszę pamiętać, że znów trzeba lecieć po receptę :)
Hasta maniana :)
Na fejsbuniu sobie siedziałam, bo coś robić musiałam, a w pracy bloga pisała nie będę. I nagle Synowa wrzuca fotkę Papryczka. No cóż, wolno jej. Dzieciuk nos marszczy, bo taką ma manierę, jak mu się fotkę cyka. Ale nos cały zaskorupiały w babolach. No to pytam, czy ma kaca, ot tak, dla jaj (dla jaj to się kury hoduje, ale wiadomo ;). I piszę, że babole są. A druga Synowa się odzywa (na pieńku mamy od tej akcji, a jakże, o nie, mi tak szybko nie minie) i pisze, że tak wygląda normalne dziecko ranem.
Japierdolę.
Wiem, że wygląda tak, ale na kija wrzucać zdjęcie osmarkanego, z niewytartym nosem? Wszak to przestrzeń publiczna i nic tam wrzucone nie ginie. Piszę do matki osmarkańca, że kiedyś jej kopa da za tę fotkę. A ona: ale on się na to zgodził. Taaaa, trzylatek rozumie, co to znaczy wrzucić zdjęcie na fejsa i jakie są tego konsekwencje.
Jprdl, jak mówi gimbaza.
Patrzę na moje foty, na foty dziadków mych, pradziadków, na nasze foty z dzieciństwa. Zdjęcie było wydarzeniem, czymś ważnym. Wiem, że fotografowano kiedyś nawet rodziców z martwymi dziećmi, żeby była jakaś pamiątka.
Ale nie rozumiem dzisiejszych czasów tak do końca. Sama trzaskam tak, że Japończyków pobiłam (zdanie Inżyniera), ale... Nie wszystko publikuję. I na bór liściasty, nie cykam sobie fotek w kiblu, bo po co? To miejsce dla ludzi, mam wiele zahamowań właśnie w związku z nim, bo nienawidzę publicznych toalet i z wielu rzeczy potrafię zrezygnować z tego powodu, ale na litość boską, na cholerę mi fotki z kibla?
Tak samo jak fotki ubrudzonych jedzeniem wnuków (moje Synowe publikują je namiętnie). OK, fajna rzecz do pośmiania się w gronie rodzinnym, ale we mnie fotografie dzieci, opapranych jedzeniem, a wyglądających przy tym, jakby się wytytłały w gównie, nawet jak to są moje osobiste wnuki, budzą niesmak, żeby nie rzec, że obrzydzenie. OK, wypapra się, bo jest małe, bo tak się zdarzyło, nie mam gwarancji, że za parę lat nie będę tak samo paprać :P Ale takiego opaprańca to ja czule za kark i do łazienki, umyć mordkę, wytrzeć, przebrać i ucałować. Ale podniecać się buzią wyglądającą gównianie?
Przytulałam zarzygane, sprzątałam osrane, ale to nie dowód, że trzeba wszystko dokumentować. Można. Tylko pytanie: po co?
Stara jestem, nasrane mam, nie idę z duchem czasu.
Fajna jest fotka, jak małe sika i olewa przewijającego. Ale do użytku wewnętrznego.
Kiedyś Eks przewijał Pierworodnego, a pieluchy wtedy trzeba było prać. I jakoś nam się kończył zapas świeżych, a tu w trakcie przewijania Pierworodny zaczął sadzić kozie bobki :) No to Eks rączkę nadstawił, pielucha ocalała :) Ale to tylko rodzinna anegdota, nieudokumentowana fotkami wrzuconymi na fejsa...
Jednak nie wszystko na sprzedaż.
Ale wszystko do kupienia...
No wlazłam znów po pracy do Biedronki (innej, bo mam dwie na trasie), a ta... tonęła w kwiatach :)
Wlazłam tylko po cytryny!
A wyszłam z cytrynami i pięknym, brudnoróżowym bukietem 11 róż za jedyne 7,99 :)
Jak nienawidzę pinkowego, tak te brudnoróżowe róże z brzegami płatków wyglądającymi jak opalone płomieniem świecy budzą we mnie rozkosz.
I jestem z siebie dumna, że kupiłam tylko jeden bukiet, bo...
Biedronka zawalona jest badylami, feeria róż, pieścichłopów, boligłówek i innych wynalazków.
Jednak Polacy albo nie są zakochani na maksa, albo nie lubią walentynek :P
A ja siebie kocham.
I badyle też :)
Ale jest dobrze. Jutro będę spała skolka ugodna i chuj :)
Niby spokojne zamykanie, ale ile godzin można czekać?
A czekałam 5 godzin, a potem spadło na mnie stado sępów i wrzeszczało "time, time".
No cóż, to było do przewidzenia i po tylu latach nie powinno być już dla mnie niespodzianką.
Inżynier wczoraj podniósł alarm, że będzie więcej płacić za samochód, ale oprotestował moją chęć pomocy.
Dziś okazało się, że nie tak dużo więcej, więc ją olał.
Rybka mi to.
Tylko żal mi dziecka, że ma takie samo życie, jak ja miałam: budzi się i licznik mu w głowie cyka. Kalkulatorek...
Tak mi życie minęło.
Mnie już nie cyka od jakiegoś czasu, oszczędności nie mam, ale póki mam pracę, nie jest źle. Nawet jak w ciągu dwóch dni zostawiam w aptece dwie stówy, to nie lamentuję. Leniwa jestem i biorę receptę na wyrost, te dwie stówy są na cztery miesiące :) Zawsze istnieje ryzyko niedożycia, ale w sumie - rybka mi to :) I nie muszę pamiętać, że znów trzeba lecieć po receptę :)
Hasta maniana :)
Na fejsbuniu sobie siedziałam, bo coś robić musiałam, a w pracy bloga pisała nie będę. I nagle Synowa wrzuca fotkę Papryczka. No cóż, wolno jej. Dzieciuk nos marszczy, bo taką ma manierę, jak mu się fotkę cyka. Ale nos cały zaskorupiały w babolach. No to pytam, czy ma kaca, ot tak, dla jaj (dla jaj to się kury hoduje, ale wiadomo ;). I piszę, że babole są. A druga Synowa się odzywa (na pieńku mamy od tej akcji, a jakże, o nie, mi tak szybko nie minie) i pisze, że tak wygląda normalne dziecko ranem.
Japierdolę.
Wiem, że wygląda tak, ale na kija wrzucać zdjęcie osmarkanego, z niewytartym nosem? Wszak to przestrzeń publiczna i nic tam wrzucone nie ginie. Piszę do matki osmarkańca, że kiedyś jej kopa da za tę fotkę. A ona: ale on się na to zgodził. Taaaa, trzylatek rozumie, co to znaczy wrzucić zdjęcie na fejsa i jakie są tego konsekwencje.
Jprdl, jak mówi gimbaza.
Patrzę na moje foty, na foty dziadków mych, pradziadków, na nasze foty z dzieciństwa. Zdjęcie było wydarzeniem, czymś ważnym. Wiem, że fotografowano kiedyś nawet rodziców z martwymi dziećmi, żeby była jakaś pamiątka.
Ale nie rozumiem dzisiejszych czasów tak do końca. Sama trzaskam tak, że Japończyków pobiłam (zdanie Inżyniera), ale... Nie wszystko publikuję. I na bór liściasty, nie cykam sobie fotek w kiblu, bo po co? To miejsce dla ludzi, mam wiele zahamowań właśnie w związku z nim, bo nienawidzę publicznych toalet i z wielu rzeczy potrafię zrezygnować z tego powodu, ale na litość boską, na cholerę mi fotki z kibla?
Tak samo jak fotki ubrudzonych jedzeniem wnuków (moje Synowe publikują je namiętnie). OK, fajna rzecz do pośmiania się w gronie rodzinnym, ale we mnie fotografie dzieci, opapranych jedzeniem, a wyglądających przy tym, jakby się wytytłały w gównie, nawet jak to są moje osobiste wnuki, budzą niesmak, żeby nie rzec, że obrzydzenie. OK, wypapra się, bo jest małe, bo tak się zdarzyło, nie mam gwarancji, że za parę lat nie będę tak samo paprać :P Ale takiego opaprańca to ja czule za kark i do łazienki, umyć mordkę, wytrzeć, przebrać i ucałować. Ale podniecać się buzią wyglądającą gównianie?
Przytulałam zarzygane, sprzątałam osrane, ale to nie dowód, że trzeba wszystko dokumentować. Można. Tylko pytanie: po co?
Stara jestem, nasrane mam, nie idę z duchem czasu.
Fajna jest fotka, jak małe sika i olewa przewijającego. Ale do użytku wewnętrznego.
Kiedyś Eks przewijał Pierworodnego, a pieluchy wtedy trzeba było prać. I jakoś nam się kończył zapas świeżych, a tu w trakcie przewijania Pierworodny zaczął sadzić kozie bobki :) No to Eks rączkę nadstawił, pielucha ocalała :) Ale to tylko rodzinna anegdota, nieudokumentowana fotkami wrzuconymi na fejsa...
Jednak nie wszystko na sprzedaż.
Ale wszystko do kupienia...
No wlazłam znów po pracy do Biedronki (innej, bo mam dwie na trasie), a ta... tonęła w kwiatach :)
Wlazłam tylko po cytryny!
A wyszłam z cytrynami i pięknym, brudnoróżowym bukietem 11 róż za jedyne 7,99 :)
Jak nienawidzę pinkowego, tak te brudnoróżowe róże z brzegami płatków wyglądającymi jak opalone płomieniem świecy budzą we mnie rozkosz.
I jestem z siebie dumna, że kupiłam tylko jeden bukiet, bo...
Biedronka zawalona jest badylami, feeria róż, pieścichłopów, boligłówek i innych wynalazków.
Jednak Polacy albo nie są zakochani na maksa, albo nie lubią walentynek :P
A ja siebie kocham.
I badyle też :)
środa, 14 lutego 2018
Jebłam
mówiąc krótko, Kochany Pamiętniczku.
Zwyczajnie.
Trzeci dzień z motorkiem w dupie, bo tak wyszło.
Atmosfera nerwowa na maksa, krążą wieści, że Boss coś knuje.
Ale co? Homoniewiadomo...
I stoimy pode drzwiami od fotoskładu, a tu nagle Boss zakwita i w te słowa rzecze: błędy, błędy, wszędzie błędy, no co wy, ludzie, matury nie macie?
Milczę, bo cóż mam rzec. Czasem dają mu teksty bez korekty. A czasem on po mnie uparcie poprawia, jak w tym numerze. Puszczam: przy pomocy babci, a on odsyła z poprawką: za pomocą babci. Ja z pyskiem do redaktora, co on po mnie poprawia, a redaktor: to nie ja, to Boss. I weź tłumacz, jak krowie na rowie, że pierdolenie kotka za pomocą młotka, ale dom budujemy przy pomocy sąsiada...
Zatrudnia fachowców, ale nie od języka, tylko z konkretnych dziedzin. Od języka jestem ja, a że mi nie wierzy? Zawsze mam linka i słownik pod ręką :D I - odpukać, zawsze dotąd moje na wierzchu, Pewno, że są literówki, ale korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, o nie. Korekta jest po to, żeby błędów było mniej i to jest PRAWDZIWA definicja korekty :)
I tak się składa, że jeżeli po pierwszej korekcie w kompiku "tylko parę słów dopisują", to wydruk jest czerwony jak krew :)
Ale co ja będę mu dorzucała węgla do kotła.
Lata całe temu moja koleżanka, wściekła, że kolejny dyżur siedzi po godzinach (a na nocki wtedy chodziłyśmy) rzuciła redaktorom, którzy spokojnie piwko popijali (godzinami bym mogła opowiadać): macie maturę? Macie? Kto wam ją dał? To se sami poprawiajcie, torebkę wzięła i poszła w siną dal, w siną dal...
Osobiście dziś miałam 7 orgazmów, bo siedem ortografów znalazłam, a każdy ortograf to u mnie orgazm, więc walentynki miałam z głowy.
Coś mnie trzepło i mówię do Bossa: czyżby pan planował zlikwidowanie korekty?
A Boss na to: rozważam to.
Moi: tylko proszę to zrobić po mojej śmierci, chcę pracować do śmierci.
Echo niosło jego rechot po całym korytarzu.
Uchyliły się sąsiednie drzwi, wyszedł kolega, taki spokojny, szary, swoje robi, nigdy się nie wychyla, nikomu na odcisk nie wchodzi i patrząc na Bossa rzecze:
O, właśnie, dopiero po śmierci SJ...
Nie ma innej opcji...
Nie ukrywam, ciepło mi się zrobiło, a Boss poczołgał się do swojej nory, rechocąc radośnie...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)
I gdy wleciałam śpijmą nocą do Biedronki po piwko, a co, należy mi się, róże były po 7 złotych za 11 sztuk. Co, ja siebie nie kocham? Kocham się najbardziej na świecie, więc oprócz róż kupiłam sobie jeszcze trzy boligłówki w metalowym wiaderku, też za grosze :D
Kto bogatemu zabroni?
Jeszcze juterko przeżyć. Będzie dobrze :)
Zwyczajnie.
Trzeci dzień z motorkiem w dupie, bo tak wyszło.
Atmosfera nerwowa na maksa, krążą wieści, że Boss coś knuje.
Ale co? Homoniewiadomo...
I stoimy pode drzwiami od fotoskładu, a tu nagle Boss zakwita i w te słowa rzecze: błędy, błędy, wszędzie błędy, no co wy, ludzie, matury nie macie?
Milczę, bo cóż mam rzec. Czasem dają mu teksty bez korekty. A czasem on po mnie uparcie poprawia, jak w tym numerze. Puszczam: przy pomocy babci, a on odsyła z poprawką: za pomocą babci. Ja z pyskiem do redaktora, co on po mnie poprawia, a redaktor: to nie ja, to Boss. I weź tłumacz, jak krowie na rowie, że pierdolenie kotka za pomocą młotka, ale dom budujemy przy pomocy sąsiada...
Zatrudnia fachowców, ale nie od języka, tylko z konkretnych dziedzin. Od języka jestem ja, a że mi nie wierzy? Zawsze mam linka i słownik pod ręką :D I - odpukać, zawsze dotąd moje na wierzchu, Pewno, że są literówki, ale korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, o nie. Korekta jest po to, żeby błędów było mniej i to jest PRAWDZIWA definicja korekty :)
I tak się składa, że jeżeli po pierwszej korekcie w kompiku "tylko parę słów dopisują", to wydruk jest czerwony jak krew :)
Ale co ja będę mu dorzucała węgla do kotła.
Lata całe temu moja koleżanka, wściekła, że kolejny dyżur siedzi po godzinach (a na nocki wtedy chodziłyśmy) rzuciła redaktorom, którzy spokojnie piwko popijali (godzinami bym mogła opowiadać): macie maturę? Macie? Kto wam ją dał? To se sami poprawiajcie, torebkę wzięła i poszła w siną dal, w siną dal...
Osobiście dziś miałam 7 orgazmów, bo siedem ortografów znalazłam, a każdy ortograf to u mnie orgazm, więc walentynki miałam z głowy.
Coś mnie trzepło i mówię do Bossa: czyżby pan planował zlikwidowanie korekty?
A Boss na to: rozważam to.
Moi: tylko proszę to zrobić po mojej śmierci, chcę pracować do śmierci.
Echo niosło jego rechot po całym korytarzu.
Uchyliły się sąsiednie drzwi, wyszedł kolega, taki spokojny, szary, swoje robi, nigdy się nie wychyla, nikomu na odcisk nie wchodzi i patrząc na Bossa rzecze:
O, właśnie, dopiero po śmierci SJ...
Nie ma innej opcji...
Nie ukrywam, ciepło mi się zrobiło, a Boss poczołgał się do swojej nory, rechocąc radośnie...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)
I gdy wleciałam śpijmą nocą do Biedronki po piwko, a co, należy mi się, róże były po 7 złotych za 11 sztuk. Co, ja siebie nie kocham? Kocham się najbardziej na świecie, więc oprócz róż kupiłam sobie jeszcze trzy boligłówki w metalowym wiaderku, też za grosze :D
Kto bogatemu zabroni?
Jeszcze juterko przeżyć. Będzie dobrze :)
wtorek, 13 lutego 2018
Taka stara
Kochany Pamiętniczku, a taka głupia...
Zdrowy tryb życia atakuje zewsząd, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
A ja wciąż zapominam o tym wspaniałym kawale:
Stirlitz ukradkiem karmił niemieckie dzieci. Od ukradka dzieci puchły i umierały.
I tak od czytania tych wszystkich pierdół wpadły mi w oko buraki. Że sok z buraków to umarłych z grobu wyciąga. A że lubię, a i nadciśnienie ponoć redukuje, to co sobie będę żałowała.
Wyciągnęłam sokowirówkę, od paru dni sok popijam, a jakże, zadowolona, bo lubię, no i wiecznie będę żyła.
Amen.
Zamiast piwska szklaneczka soku, wzbogaconego, a jakże, a to marcheweczka, a to gruszeczka, a to jabłuszko.
Cót, mjut i ożeszki laskowe.
Ale samopoczucie od dwóch dni do dupy.
A dziś, ojapierdolę, jak mnie zakłuło, tom całą Drogę Mleczną zobaczyła.
A pracuję, jak ten siwy mrówek, z zaparciem, ale herbatkę piję, bo...
Dwa siki dziennie to trochę mało.
A tu jeszcze kłucie.
Wracam do domu, w charakterze konia po westernie, bo znów po godzinach i...
Wrzucam na Googla: skutki uboczne picia soku z buraków, bo mnie olśniło.
I co ja paczę?
Ano, mało, że męczę się z myciem sokowirówki i wynoszeniem wysłodków, to jeszcze sama sobie grobek kopię.
Precz ze zdrowym trybem życia!
Niech żyje mój rozum. I nie czytamy więcej internetów.
Dopóki nie stosuję cudów wianków, ale jem śledzie wtedy, kiedy mam na nie ochotę, a biały ser, kiedy za mną chodzi - nic mi nie jest.
I tego się będziemy trzymać - mój organizm wie najlepiej, czego mi potrzeba, a sok z buraków chodził ze mną raz na ruski rok, a tu cały tydzień go piłam :D
Teraz będę odkręcała wszystko, mając nadzieję, że uratuję nereczki.
Inżynier już w poniedziałek nie wytrzymał i litanię napisał.
Odpisałam grzecznie, ale bez euforii.
To nie jest coś, o czym można korespondować.
A jeszcze po bandzie pojechał, jak Synowa jesienią: zagrał kartą Alienka.
Ona na wieść, że nie jadę do UK też nią zagrała: a Alienek.
Ale...
Nie, to tak nie działa, Alienek to inna bajka i tak, jak ja nie mieszałam chłopców do małżeństwa, tak oni nie będą mnie Alienkiem straszyli.
Facet ze zdjęcia miałby dziś 88. urodziny.
A w pracy wpada do mnie dziś
Ja, z entuzjazmem: o rety, jaki fajny dzień, kominiarz w pracy, będę miała farta.
A kominiarz: Ale jest trzynasty...
A ja na to: nie szkodzi.
Parę chwil później oddaję korektę koleżance i wytykam, merytorycznie, co jak wiadomo, do moich zadań nie należy. Na to ląduje Boss i marmoli: no, no, proszę, proszę, przykłada się pani. A ja na to: ktoś musi :p
I tak mimo ataków kłującego bólu udało mi się dotrzeć do domu, a teraz luz i hasta maniana.
Nie licząc smogu, to żyć, nie umierać, bo
Mimo mrozu. Na dworze minus pięć, a w tramwaju plus trzydzieści, ja w zimowym płaszczu. Wyobraża sobie ktoś chodzenie latem w zimowym płaszczu?
Nic dziwnego, że wszyscy chodzą smarkający i kichający, bo to niezdrowe takie skoki temperatury, a trudno w tramwaju, jadąc dwa przystanki rozbierać się do rosołu.
A propos tego rozbierania, kolega dziś mi uświadomił, że to nie chodzi o rozbieranie się do rosołu (chłopców zawsze rozbierałam, bo jeszcze nie odkryłam sposobu na spieranie rosołu z T-shirtów z bawełny, więc na hasło: rosół lecieli po specjalne, stare rzeczy, że jak kapnęło, to szat nie darłam), ale... O rozbieranie zabitej kury do rosołu. A umarłabym nieświadoma tego :)
Zaszokowani byli w pracy, że nie drę szat i nie marudzę, ale wszystko opóźniło się tak, że... nie miałam chwili wolnej. A w pracy chodzi mi o to, żeby pracować, a nie czekać godzinami na pracę. Jak jest praca, nie marudzę. Nakręca mnie bezczynność i czekanie, aż ludzie wezmą się solidnie do pracy, żebym ja miała co robić.
A ukochani rządzący planują, żeby na etacie nie można było dodatkowo dorabiać, tylko żeby trzeba było zakładać działalność gospodarczą.
Jak im ten posrany pomysł przejdzie, to pogorszy mi się, bo nie będzie kasy, o której chłop nie wie. Nie będzie mi się opłacało z warzywkami się bawić za te parę groszy, jak jednocześnie będę musiała działalność gospodarczą ogarniać. A pracuję tam, gdzie żadna szara strefa nie działa, nie ten poziom. Chociaż?
Olśniło mnie.
Polak potrafi.
Już kiedyś rozmawialiśmy o tym z Kierownikiem Budowy.
I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku, jeszcze obiad na jutro muszę ogarnąć.
Baran i Postman wrócili w domowe pielesza. Szczęśliwie. Ale Murzynka nie przywieźli :P :) Szkoda :D Co będziemy zatem piec?
Zdrowy tryb życia atakuje zewsząd, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
A ja wciąż zapominam o tym wspaniałym kawale:
Stirlitz ukradkiem karmił niemieckie dzieci. Od ukradka dzieci puchły i umierały.
I tak od czytania tych wszystkich pierdół wpadły mi w oko buraki. Że sok z buraków to umarłych z grobu wyciąga. A że lubię, a i nadciśnienie ponoć redukuje, to co sobie będę żałowała.
Wyciągnęłam sokowirówkę, od paru dni sok popijam, a jakże, zadowolona, bo lubię, no i wiecznie będę żyła.
Amen.
Zamiast piwska szklaneczka soku, wzbogaconego, a jakże, a to marcheweczka, a to gruszeczka, a to jabłuszko.
Cót, mjut i ożeszki laskowe.
Ale samopoczucie od dwóch dni do dupy.
A dziś, ojapierdolę, jak mnie zakłuło, tom całą Drogę Mleczną zobaczyła.
A pracuję, jak ten siwy mrówek, z zaparciem, ale herbatkę piję, bo...
Dwa siki dziennie to trochę mało.
A tu jeszcze kłucie.
Wracam do domu, w charakterze konia po westernie, bo znów po godzinach i...
Wrzucam na Googla: skutki uboczne picia soku z buraków, bo mnie olśniło.
I co ja paczę?
Ano, mało, że męczę się z myciem sokowirówki i wynoszeniem wysłodków, to jeszcze sama sobie grobek kopię.
Precz ze zdrowym trybem życia!
Niech żyje mój rozum. I nie czytamy więcej internetów.
Dopóki nie stosuję cudów wianków, ale jem śledzie wtedy, kiedy mam na nie ochotę, a biały ser, kiedy za mną chodzi - nic mi nie jest.
I tego się będziemy trzymać - mój organizm wie najlepiej, czego mi potrzeba, a sok z buraków chodził ze mną raz na ruski rok, a tu cały tydzień go piłam :D
Teraz będę odkręcała wszystko, mając nadzieję, że uratuję nereczki.
Inżynier już w poniedziałek nie wytrzymał i litanię napisał.
Odpisałam grzecznie, ale bez euforii.
To nie jest coś, o czym można korespondować.
A jeszcze po bandzie pojechał, jak Synowa jesienią: zagrał kartą Alienka.
Ona na wieść, że nie jadę do UK też nią zagrała: a Alienek.
Ale...
Nie, to tak nie działa, Alienek to inna bajka i tak, jak ja nie mieszałam chłopców do małżeństwa, tak oni nie będą mnie Alienkiem straszyli.
Facet ze zdjęcia miałby dziś 88. urodziny.
A w pracy wpada do mnie dziś
Ja, z entuzjazmem: o rety, jaki fajny dzień, kominiarz w pracy, będę miała farta.
A kominiarz: Ale jest trzynasty...
A ja na to: nie szkodzi.
Parę chwil później oddaję korektę koleżance i wytykam, merytorycznie, co jak wiadomo, do moich zadań nie należy. Na to ląduje Boss i marmoli: no, no, proszę, proszę, przykłada się pani. A ja na to: ktoś musi :p
I tak mimo ataków kłującego bólu udało mi się dotrzeć do domu, a teraz luz i hasta maniana.
Nie licząc smogu, to żyć, nie umierać, bo
Mimo mrozu. Na dworze minus pięć, a w tramwaju plus trzydzieści, ja w zimowym płaszczu. Wyobraża sobie ktoś chodzenie latem w zimowym płaszczu?
Nic dziwnego, że wszyscy chodzą smarkający i kichający, bo to niezdrowe takie skoki temperatury, a trudno w tramwaju, jadąc dwa przystanki rozbierać się do rosołu.
A propos tego rozbierania, kolega dziś mi uświadomił, że to nie chodzi o rozbieranie się do rosołu (chłopców zawsze rozbierałam, bo jeszcze nie odkryłam sposobu na spieranie rosołu z T-shirtów z bawełny, więc na hasło: rosół lecieli po specjalne, stare rzeczy, że jak kapnęło, to szat nie darłam), ale... O rozbieranie zabitej kury do rosołu. A umarłabym nieświadoma tego :)
Zaszokowani byli w pracy, że nie drę szat i nie marudzę, ale wszystko opóźniło się tak, że... nie miałam chwili wolnej. A w pracy chodzi mi o to, żeby pracować, a nie czekać godzinami na pracę. Jak jest praca, nie marudzę. Nakręca mnie bezczynność i czekanie, aż ludzie wezmą się solidnie do pracy, żebym ja miała co robić.
A ukochani rządzący planują, żeby na etacie nie można było dodatkowo dorabiać, tylko żeby trzeba było zakładać działalność gospodarczą.
Jak im ten posrany pomysł przejdzie, to pogorszy mi się, bo nie będzie kasy, o której chłop nie wie. Nie będzie mi się opłacało z warzywkami się bawić za te parę groszy, jak jednocześnie będę musiała działalność gospodarczą ogarniać. A pracuję tam, gdzie żadna szara strefa nie działa, nie ten poziom. Chociaż?
Olśniło mnie.
Polak potrafi.
Już kiedyś rozmawialiśmy o tym z Kierownikiem Budowy.
I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku, jeszcze obiad na jutro muszę ogarnąć.
Baran i Postman wrócili w domowe pielesza. Szczęśliwie. Ale Murzynka nie przywieźli :P :) Szkoda :D Co będziemy zatem piec?
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































































