wiosna przyszła.
Dobrze, że wyszłam z domu otulona poncho, wracałam już w t-shircie, i na całe szczęście nikt nie pytał, czy nie jest mi zimno. Niektórzy przechodnie pobili mnie, bo zasuwali już w krótkich spodenkach.
W cieniu było 21 stopni, więc wiosna, panie sierżancie.
Z przyjemnością założyłabym sandałki, ale pogoda kapryśna jest jeszcze.
Niespodziewanie w pracy było bardzo dużo pracy, co się chwali, a jeszcze więcej pracy dołożyły mi po południu warzywka.
Ale nic to, jaki poniedziałek, taki cały tydzień :D
Będzie dobrze! :)
A marzec podsumowuję tak:
To też mi się podoba :D
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
niedziela, 3 kwietnia 2016
Leń
Śmierdzący z Niechciejem wczoraj u mnie zagościli. Zdobyłam się jedynie na rundkę po Manhattanie i wyprawę po słuchawki.
Zdjęłam okulary, omiotłam mieszkanie spojrzeniem i stwierdziwszy, że skoro przez tydzień żywa dusza tu nie zajrzała, nieżywa chyba też, to co się będę wysilała i sprzątała? Przecież nie ma kto bałaganić.
Dziś rano zaś, leżąc w cieplutkim łóżeczku oczami duszy widziałam całe zastępy krwiożerczych bakterii i całe pułki wirusów, maszerujące karnie w takt werbla, żeby mnie zeżreć.
Widziałam, jak z każdym dniem mieszkanie zarasta coraz bardziej i bardziej.
Zerwałam się z łózka jak ranna łania.
Słuchaweczki założyłam. Radio odpaliłam i tarararara.... błyskawicznie posprzątałam :)
Niewiele tego było, ale zawsze i sumienie się uspokoiło.
W sobotę może Mała Wiedźma wleci, będą w PL, ale tak pechowo, że są tu, jak ja pracuję. I nie, nie uniosę tego, bo nie. Będą akurat przez moje dwa tygodnie pracujące. A ostatnio kilka dni pod rząd wracałam o 22, więc nie, nie ogarnę.
Do tego jeszcze Papryczek już chodzi, więc... Tym bardziej, że badyle we wdzięcznych grupkach na podłodze stoją, bo na balkon ich jeszcze nie mogę wywalić.
To nie jest mieszkanie dla małych dzieci, przykro mi. W następną środę zaś przylatuje Inżynier, kwaterę zamówił już kilka miesięcy temu, bo on zorganizowany jest. Fakt, może iść do hotelu, ale...
Niestety, nie pomieszczę wszystkich razem, nawet jakbym materace zorganizowała. Operacja logistyczna nie do wykonania, tym bardziej, że nie ma drzwi.
Ale też założenie było takie: zostawiamy matkę i niech sobie sama radzi.
Ano, to sobie poradziła i poukładała swoje klocki po swojemu.
I nie chcę
Sama bywałam u mojej Teściowej, inna para kaloszy, że u niej było miejsce, mieliśmy dla siebie wypasioną komnatę z podwójnym małżeńskim łożem, w którym nasza czwórka mogła się kulać, osobną łazienkę i inne cuda wianki. Ale też przyjeżdżałam do bajzlu, zapchanego zlewu mimo zmywarki, bo naczynia ani nie chciały tam same wejść, ani wyjść, sterty brudów i innych takich tam, a wyjeżdżając zostawiałam lśniącą chatę. I gotowałam, zakupy robiłam, inne takie tam.
To była inna bajka.
A jak już pracowałam, to zapieprzałam z buta 4 km z przystanku autobusowego... Nie było komórek, nie miałam jak zadzwonić, żeby Eks po mnie wyjechał, bo też nigdy nie wiedziałam, o której wrócę. Pozostały zakres obowiązków bez zmian :) Tyle, że dzieci były już wtedy samoobsługowe, nawet w warsztacie pomagały.
Miło powspominać. :D
Zdjęłam okulary, omiotłam mieszkanie spojrzeniem i stwierdziwszy, że skoro przez tydzień żywa dusza tu nie zajrzała, nieżywa chyba też, to co się będę wysilała i sprzątała? Przecież nie ma kto bałaganić.
Dziś rano zaś, leżąc w cieplutkim łóżeczku oczami duszy widziałam całe zastępy krwiożerczych bakterii i całe pułki wirusów, maszerujące karnie w takt werbla, żeby mnie zeżreć.
Widziałam, jak z każdym dniem mieszkanie zarasta coraz bardziej i bardziej.
Zerwałam się z łózka jak ranna łania.
Słuchaweczki założyłam. Radio odpaliłam i tarararara.... błyskawicznie posprzątałam :)
Niewiele tego było, ale zawsze i sumienie się uspokoiło.
W sobotę może Mała Wiedźma wleci, będą w PL, ale tak pechowo, że są tu, jak ja pracuję. I nie, nie uniosę tego, bo nie. Będą akurat przez moje dwa tygodnie pracujące. A ostatnio kilka dni pod rząd wracałam o 22, więc nie, nie ogarnę.
Do tego jeszcze Papryczek już chodzi, więc... Tym bardziej, że badyle we wdzięcznych grupkach na podłodze stoją, bo na balkon ich jeszcze nie mogę wywalić.
To nie jest mieszkanie dla małych dzieci, przykro mi. W następną środę zaś przylatuje Inżynier, kwaterę zamówił już kilka miesięcy temu, bo on zorganizowany jest. Fakt, może iść do hotelu, ale...
Niestety, nie pomieszczę wszystkich razem, nawet jakbym materace zorganizowała. Operacja logistyczna nie do wykonania, tym bardziej, że nie ma drzwi.
Ale też założenie było takie: zostawiamy matkę i niech sobie sama radzi.
Ano, to sobie poradziła i poukładała swoje klocki po swojemu.
I nie chcę
Sama bywałam u mojej Teściowej, inna para kaloszy, że u niej było miejsce, mieliśmy dla siebie wypasioną komnatę z podwójnym małżeńskim łożem, w którym nasza czwórka mogła się kulać, osobną łazienkę i inne cuda wianki. Ale też przyjeżdżałam do bajzlu, zapchanego zlewu mimo zmywarki, bo naczynia ani nie chciały tam same wejść, ani wyjść, sterty brudów i innych takich tam, a wyjeżdżając zostawiałam lśniącą chatę. I gotowałam, zakupy robiłam, inne takie tam.
To była inna bajka.
A jak już pracowałam, to zapieprzałam z buta 4 km z przystanku autobusowego... Nie było komórek, nie miałam jak zadzwonić, żeby Eks po mnie wyjechał, bo też nigdy nie wiedziałam, o której wrócę. Pozostały zakres obowiązków bez zmian :) Tyle, że dzieci były już wtedy samoobsługowe, nawet w warsztacie pomagały.
Miło powspominać. :D
sobota, 2 kwietnia 2016
Wirtualny
paragon, to mi się podoba.
Słuchawki mi padły, com je od Inżyniera 2 lata temu dostała. W sumie półtora roku, czyli jeszcze na gwarancji. Jak ma paragon, dam mu je w kwietniu, ale nie sądzę, żeby się chciał z tym bawić.
Wlazł mi zaocznie do kompika, bom Bluetooth znalazła i mam te bezprzewodowe słuchawki, ale dupa, namęczył się i nie działa. Ten Bluetooth jakiś niekumaty od początku był.
Ruszyłam więc leniwe dupsko do Saturna i super :) Kossa kupiłam, a to dobre. I bez pałąka na głowie, co mnie pociesza, że więcej sobie łysiny wycierała nie będę, bo jak dostałam tamte, to mi właśnie nie pasował ten pałąk. Lepszy dźwięk jest w tych nowych, choć tamte były wypasione. Bywa. Wydałam 49,99 i mam dożywotnią gwarancję. I wirtualny paragon mają, czyli jak będę reklamowała, nie muszę szukać papierka. O, to znakomity pomysł :)
Może te bezprzewodowe uda się podłączyć do kompika, jak Inżynier wleci.
A jak coś to sobie nowe kupię, a kto bogatemu zabroni?
Wyrastam z t-shirtów, tzn. drą się powoli ze starości i wchodzę w epokę tunik, ale na razie nic ładnego nie widziałam, więc ciężko będzie. W sumie muszę rozglądnąć się za jakąś garderobą, bo zaczynam sobie uświadamiac, że wszystko mi z tyłka spada.
Szuszwol jestem.
Ale oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni?
Co ja się taka bogata zrobiłam, nie ogarniam tego :)
Dziś na obiad wpieprzyłam resztę wołowiny w charakterze tatara, na kolację sok pomidorowy, i o dziwo, głodu nie czuję.
Martwi mnie coraz bardziej sytuacja w kraju i dziękuję niebiosom, że nie muszę już się martwić o ciążę. Czekając w kolejce widziałam reklamy wkładek, założenie 10-letniej kosztuje 999 zł. Nie wiem, czy w tej cenie jest też sama wkładka, zabezpiecza na 10 lat. Czyli w sumie nie tak drogo, ale... Wkładka ma tę "zaletę", że może się nie przyjąć. I trzeba jeszcze mieć ten tysiąc na zbyciu, a jak się nie przyjmie, to w plecy... Wiem, bo moja koleżanka to kiedyś przerabiała.
A jak dobrze pójdzie, to z antykoncepcji zostanie szklanka wody zamiast, ewentualnie litania do świętego od spraw beznadziejnych.
I rzesza dzieci niechcianych, już na starcie pokaleczonych.
I czemu to ma służyć?
Nie usuwałam ciąży, nie będę się tym chwalić, jak niektóre znane panie, bo po prostu tego nie robiłam.
Nie musiałam.
Stosowałam antykoncepcję, bo taki był mój wybór.
Moje dzieci są dziećmi chcianymi do bólu.
Tak, miałam łatwe życie, bo zachodziłam w ciążę ot tak, bezproblemowo. Aczkolwiek świadomie.
I dziękuję losowi, że miałam taką możliwość.
Dziękuję mu też, że moje Synowe - aktualna i przyszła - mają możliwość decydowania o swoim życiu.
Bo tak, wszystkie dzieci nasze są.
Wiem jedno - gdybym zaszła w ciążę "przypadkiem". urodziłabym.
Bo odpowiadam za swoje czyny. Miałam szczęście, że nie stawałam przed takim dylematem.
Ale...
Szwagier spał na pieniądzach. My byliśmy biedni, jak te myszy kościelne.
Szwagier miał jedno dziecko, wywalczone, wyrwane śmierci spod łopaty (chłopak żyje do dziś i ma się znakomicie). Jego żona powiedziała: nigdy więcej dzieci. I...
Byłam w drugiej ciąży, z Inżynierem, to był sylwester. Czyli drugi miesiąc. Szwagier już nieźle podpity złapał mnie za rękę i pyta: ile ci twój stary zapłacił za to, że mu drugie dziecko urodzisz? Zastygłam z wrażenia i zaśmiawszy się odpowiedziałam: nic, chcieliśmy mieć drugie dziecko, żeby Pierworodny nie był sam na świecie... Ale nie macie pieniędzy - odrzekł. - Pieniądze nie mają znaczenia, z głodu nie umrzemy - odrzekłam. Nie uwierzył, drążył temat namiętnie, na szczęście teściowa mnie uratowała :)
A po latach dowiedziałam się, że szwagier - czasami nam pomagając - w sensie, że pozwalał nam pracować na lewo (a jakże, tłumacząc, że nie możemy pracować oficjalnie, bo bylibyśmy jako rodzina współwłaścicielami jego interesu, co też okazało się nieprawdą) miał na względzie to, że w razie gdyby jego syn potrzebował części zamiennych, moje dzieci mogłyby być dawcami...
A tak mi się to wszystko skojarzyło w związku z naszym wspaniałym rządem.
Pierworodny był zapatrzony w syna szwagra jak w tęczę, uważał go za idola i sądzę, że gdyby ta nerka była potrzebna, oddałby ją i dziś bez wahania, bo ten model tak ma. Nerka Inżyniera raczej przydatna by już nie była, bo to znany pijak jest. Ale gdyby, sądzę, że też by się nie zawahał. Bo oboje są w bankach danych, Inżynier mimo zawirowań życiowych oddaje krew i jest w banku dawców organów i szpiku.
Ale to są chciane dzieci, uczone poszanowania życia ludzkiego. Każdego.
Moje wnuki też są chciane, chociaż Mała Wiedźma była dla mnie szokiem.
Ale teraz oddałabym za nią wszystko co mam i nie mam.
Bo to takie paskudne bachory wszystko, że nic tylko się pochlastać.
W następnym życiu będziemy skrobać, aż miło :)
Co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
Słuchawki mi padły, com je od Inżyniera 2 lata temu dostała. W sumie półtora roku, czyli jeszcze na gwarancji. Jak ma paragon, dam mu je w kwietniu, ale nie sądzę, żeby się chciał z tym bawić.
Wlazł mi zaocznie do kompika, bom Bluetooth znalazła i mam te bezprzewodowe słuchawki, ale dupa, namęczył się i nie działa. Ten Bluetooth jakiś niekumaty od początku był.
Ruszyłam więc leniwe dupsko do Saturna i super :) Kossa kupiłam, a to dobre. I bez pałąka na głowie, co mnie pociesza, że więcej sobie łysiny wycierała nie będę, bo jak dostałam tamte, to mi właśnie nie pasował ten pałąk. Lepszy dźwięk jest w tych nowych, choć tamte były wypasione. Bywa. Wydałam 49,99 i mam dożywotnią gwarancję. I wirtualny paragon mają, czyli jak będę reklamowała, nie muszę szukać papierka. O, to znakomity pomysł :)
Może te bezprzewodowe uda się podłączyć do kompika, jak Inżynier wleci.
A jak coś to sobie nowe kupię, a kto bogatemu zabroni?
Wyrastam z t-shirtów, tzn. drą się powoli ze starości i wchodzę w epokę tunik, ale na razie nic ładnego nie widziałam, więc ciężko będzie. W sumie muszę rozglądnąć się za jakąś garderobą, bo zaczynam sobie uświadamiac, że wszystko mi z tyłka spada.
Szuszwol jestem.
Ale oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni?
Co ja się taka bogata zrobiłam, nie ogarniam tego :)
Dziś na obiad wpieprzyłam resztę wołowiny w charakterze tatara, na kolację sok pomidorowy, i o dziwo, głodu nie czuję.
Martwi mnie coraz bardziej sytuacja w kraju i dziękuję niebiosom, że nie muszę już się martwić o ciążę. Czekając w kolejce widziałam reklamy wkładek, założenie 10-letniej kosztuje 999 zł. Nie wiem, czy w tej cenie jest też sama wkładka, zabezpiecza na 10 lat. Czyli w sumie nie tak drogo, ale... Wkładka ma tę "zaletę", że może się nie przyjąć. I trzeba jeszcze mieć ten tysiąc na zbyciu, a jak się nie przyjmie, to w plecy... Wiem, bo moja koleżanka to kiedyś przerabiała.
A jak dobrze pójdzie, to z antykoncepcji zostanie szklanka wody zamiast, ewentualnie litania do świętego od spraw beznadziejnych.
I rzesza dzieci niechcianych, już na starcie pokaleczonych.
I czemu to ma służyć?
Nie usuwałam ciąży, nie będę się tym chwalić, jak niektóre znane panie, bo po prostu tego nie robiłam.
Nie musiałam.
Stosowałam antykoncepcję, bo taki był mój wybór.
Moje dzieci są dziećmi chcianymi do bólu.
Tak, miałam łatwe życie, bo zachodziłam w ciążę ot tak, bezproblemowo. Aczkolwiek świadomie.
I dziękuję losowi, że miałam taką możliwość.
Dziękuję mu też, że moje Synowe - aktualna i przyszła - mają możliwość decydowania o swoim życiu.
Bo tak, wszystkie dzieci nasze są.
Wiem jedno - gdybym zaszła w ciążę "przypadkiem". urodziłabym.
Bo odpowiadam za swoje czyny. Miałam szczęście, że nie stawałam przed takim dylematem.
Ale...
Szwagier spał na pieniądzach. My byliśmy biedni, jak te myszy kościelne.
Szwagier miał jedno dziecko, wywalczone, wyrwane śmierci spod łopaty (chłopak żyje do dziś i ma się znakomicie). Jego żona powiedziała: nigdy więcej dzieci. I...
Byłam w drugiej ciąży, z Inżynierem, to był sylwester. Czyli drugi miesiąc. Szwagier już nieźle podpity złapał mnie za rękę i pyta: ile ci twój stary zapłacił za to, że mu drugie dziecko urodzisz? Zastygłam z wrażenia i zaśmiawszy się odpowiedziałam: nic, chcieliśmy mieć drugie dziecko, żeby Pierworodny nie był sam na świecie... Ale nie macie pieniędzy - odrzekł. - Pieniądze nie mają znaczenia, z głodu nie umrzemy - odrzekłam. Nie uwierzył, drążył temat namiętnie, na szczęście teściowa mnie uratowała :)
A po latach dowiedziałam się, że szwagier - czasami nam pomagając - w sensie, że pozwalał nam pracować na lewo (a jakże, tłumacząc, że nie możemy pracować oficjalnie, bo bylibyśmy jako rodzina współwłaścicielami jego interesu, co też okazało się nieprawdą) miał na względzie to, że w razie gdyby jego syn potrzebował części zamiennych, moje dzieci mogłyby być dawcami...
A tak mi się to wszystko skojarzyło w związku z naszym wspaniałym rządem.
Pierworodny był zapatrzony w syna szwagra jak w tęczę, uważał go za idola i sądzę, że gdyby ta nerka była potrzebna, oddałby ją i dziś bez wahania, bo ten model tak ma. Nerka Inżyniera raczej przydatna by już nie była, bo to znany pijak jest. Ale gdyby, sądzę, że też by się nie zawahał. Bo oboje są w bankach danych, Inżynier mimo zawirowań życiowych oddaje krew i jest w banku dawców organów i szpiku.
Ale to są chciane dzieci, uczone poszanowania życia ludzkiego. Każdego.
Moje wnuki też są chciane, chociaż Mała Wiedźma była dla mnie szokiem.
Ale teraz oddałabym za nią wszystko co mam i nie mam.
Bo to takie paskudne bachory wszystko, że nic tylko się pochlastać.
W następnym życiu będziemy skrobać, aż miło :)
Co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
piątek, 1 kwietnia 2016
Umarłam
na śmierć, Kochany Pamiętniczku.
TO było lepsze od seksu.
Seks jest stanowczo przereklamowany :)
Ale po kolei.
Zła jak osa, a nawet jak całe gniazdo os dotarłam wczoraj do redakcji po skierowanie na badania pracownicze. Ponieważ sekretarka mnie zna i wie, że mnie szlag, więc mówi, że nie muszę żadnych badań robić i jestem umówiona na godzinę.
- Zobaczymy - warknęłam i zła jak pół stada os poszłam w stronę słońca, bo właśnie wyszło.
I rozebrałam się do rosołu, bo grzało.
Ale i nielicho piździło, więc... Niewierząca w przeziębienie przeziębiłam się.
Po drodze wlazłam do Panoramy i
tralalalala, mam buty na ślub Inżyniera. Skusiłam się na platformę i tadam, tadam, tadam, są miękkie, wygodne i trzymają nogę. A że Baran jest szparagiem, to mu te moje parę centymetrów więcej różnicy nie zrobi :D Tylko torebkę muszę nową poszukać, bo butki są koralowe, a torebkę mam czerwoną, bo poprzednie, nienadające się do noszenia kupiłam czerwone. Z tym że wtedy nie miałam wyboru, bo było po sezonie letniego obuwia, a teraz jest początek sezonu. Pierwszy sklep, wlazłam, wlazły mi w oczy, pasowały i są. I nielicho przecenione, bo z 379 na 279. Nawet jak pic na wodę i fotomontaż, nie szkodzi :D Nadadzą się nawet na upały, a nie będę wyglądała jak szuszwol :P
Jeszcze zyłam.
I cieszyłam się, bo
pierwsze kwitnące drzewko po drodze znalazłam.
Talalalalala :) wiosna idzie zatem nieodwołalnie.
Wieczorkiem naszpikowałam się polopiryną, aż się upiekłam pod kordełką.
Wlazłam do łóżeczka i żeby mnie cholera nie miotała na myśl o jutrzejszym lekarzu tabletkę uspokajającą zażyłam.
Albowiem starą wariatką jestem i robienie czegoś pod przymusem, na co nie mam ochoty, a co jest bezsensowne - doprowadza mnie do białej gorączki.
Rankiem jeszcze dychałam, śniadanie zjadłam i stwierdziłam, że kolejna porcja tabletek uspokajających jest jak najbardziej na miejscu.
Zatem zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Kartkę w kalendarzu zmieniłam, ten miesiąc sponsoruje przystojniak, ciacho z tych nietuczących :)
Wizyta miała być na 15. Nie robiłam obiadu, bo zupełnie nie miałam apetytu.
A ponieważ zawsze czepiają się mojego nadciśnienia przy takich badaniach, jakbym już umierała (przypominam; od 16 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim ani jednego dnia!), drążąc, komentując i wkurwiając mnie, a na dociepkę mam tzw. nadciśnienie białego fartucha, więc choć zazwyczaj zażywam pół tabletki dziennie, rąbnęłam sobie drugą połówkę, bo kto bogatemu zabroni? Nie mierzyłam ciśnienia, bo od ucisku aparatu zbiera mi się na rzyganie. I co sobie będę żałowała, kolejne dwie tabletki uspokajające zażyłam.
W przychodni byłam pół godziny przed czasem i okazało się, że choć byłam umówiona na 15, lekarz najwcześniej przyjmie mnie o 15.30, bo ma poślizg.
Zatem do piguły, na wywiad i na mierzenie ciśnienia. Okulista, laryngolog i inne cuda wianki dzięki sekretarce mi darowano. W papciach ją do nieba wezmą. Mierzymy ciśnienie i okazuje się, że pani ma ciśnieniomierz dla anorektyczek. Nie obejmie mojego ramienia. Próbuje dociskać. Pomiar nie wychodzi. Pyta: i co teraz. A ja beztrosko: niech pani wpisze 130 na 80. Tyle mam, jak mnie nikt nie wkurwia. Wzrost i wagę też z dupy wpisała, bo nie miała przyrządów pomiarowych. A to prywatna klinika. renomowana.
A kij im w oko, bo...
Idę pod gabinet 18.
I kolęduję tam 1,5 godziny, zanim przychodzi moja kolej. Zębami bym zgrzytała, ale szkoda zębów, sporo na nie wydałam. Śmierdzi, jak w męskiej szatni po meczu. Z trudem wstrzymuję puszczenie pawia, sama nie wiem, czy to przeziębienie, co mnie rozbiera, czy smród. Ale raczej to drugie.
Wreszcie wchodzę do gabinetu.
Pan doktor z jednej strony głupio-mądry, z drugiej mający wszystko w pompie do bólu, typ nieszkodliwy. Po wymianie grzeczności, przyjmuje na wiarę wszystko co mówię, nawet to, że nie zażywam żadnych leków (nie ma ciśnieniomierza, zatem nie będzie mnie sprawdzał). Nie pyta, ile mam dzieci, ile ciąż i inne takie tam. Pyta, czy ma mi wpisać jakieś zalecenia do pracy typu okulary. Odpowiadam, że czytam zarówno w okularach, jak i bez, że to nie ma dla mnie znaczenia. No ale u okulisty pani nie była. Spokojnie stwierdzam, że o oczy zawsze dbam, bo to nie tylko moje narzędzie pracy, ale i mój słuch zastępczy. Pokiwał głową i rzecze: to ja pani na dwa lata podpiszę zdolność. Mało go nie ucałowałam, tadam :)
Wyleciałam, skrzydełka mi urosły, słonko świeciło, ale zaczęło mnie rozbierać.
I nie wiem, czy przeziębienie, czy gorąco, bo słonko nielicho grzało, ale piździło, a ja czułam się, jakbym szła na sprężynach. Hahahaha...
Ale jeszcze nie umarłam, tylko wskoczyłam do autobusu, zamiast koło Panoramy do domu leźć, tak jak z pracy, bo to w okolicy było.
W korkach utknęłam.
Ale nic to,
Po drodze wlazłam do rzeźnika i leżał ładny kawałek zrazowej górnej. Ale spory, jednak na tyle mały, że pani powiedziała, że na pół nie podzieli, bo nie sprzeda reszty. Zatem westchnąwszy, wzięłam całość. Zmieliła (zmełła, poprawnie mówiąc) i zapytała, czy dwa razy. Zdziwiona byłam, po co dwa? Bo jak na tatara, to dwa razy. Poprosiłam zatem, choć w planie miałam mielone.
Idę do domu, muzyczka gra, a na drzewach tu pąki, tam pąki i tralalala...
I w duszy też mi gra, bo znów jestem dzieckiem.
Dzieckiem będąc jako aniołek pokoju wysyłana byłam do knajpy po tatusia, który tam balował.
Bo ja byłam ukochaną córeczką tatusia, tak długo, póki mała byłam. Później też, ale później to publicznie w mordę mnie lał, jak z chłopakiem zobaczył, co też niejaką rozrywką było, bo chłopak rycerzem był... Ale mniejsza z większym. Mój brat, wysłany do knajpy zadowalał się łapówką w postaci oranżady i lizaka, żeby mówił mamie, że tatusia w knajpie nie ma. Ja zaś, niecna żmija od urodzenia, oranżadę i lizaki miałam w głebokim poważaniu, ja żądałam tatara. Którego dostawałam, konsumowałam z apetytem i robiłam ojcu scenę, wyciągając go siłą z knajpy (po tatarze miałam tę moc), za nic mając łapówkę...
A potem przyszły czasy, że wołowiny nie było (w niecnym, zamierzchłym PRL zawsze była, i to dobra), potem było BSE, salmonella w jajach i po tatarze słuch zaginął.
Aż do dziś.
Zaświtało mi, że w sumie wszystko mam.
Jajeczka od zielononóżek.
Więc wleciawszy do domu zrobiłam sobie inwalidę z jednym jajem.
Bo tak mówiliśmy w knajpianych czasach na tatara.
I teraz umieram, cicho i rozkosznie.
Seks jest naprawdę przereklamowany.
Tatara zrobiłam klasycznego, z maggi.
A maggi to inna bajka.
Moja mama miała taki maleńki słoiczek, a w nim kostki maggi w takim buraczkowym papierku. Sreberko i buraczkowa banderola. Dziecięciem niewinnym będąc zakradałam się i lizałam owo maggi, co było surowo zabronione.
Słoiczek mam do dziś. Mam w nim ziele angielskie, ale ile razy biorę go do ręki, widzę zakazane kostki maggi. Wiem, że są niezdrowe. Ale...
Przeżyłam tyle lat na niezdrowych rzeczach.
To teraz mogę umarnąć.
Z rozkoszy.
Ten tatar był niebiański :D
Czy w niebie mają tatara?? Bo jak nie, to chcę do piekła :P
TO było lepsze od seksu.
Seks jest stanowczo przereklamowany :)
Ale po kolei.
Zła jak osa, a nawet jak całe gniazdo os dotarłam wczoraj do redakcji po skierowanie na badania pracownicze. Ponieważ sekretarka mnie zna i wie, że mnie szlag, więc mówi, że nie muszę żadnych badań robić i jestem umówiona na godzinę.
- Zobaczymy - warknęłam i zła jak pół stada os poszłam w stronę słońca, bo właśnie wyszło.
I rozebrałam się do rosołu, bo grzało.
Ale i nielicho piździło, więc... Niewierząca w przeziębienie przeziębiłam się.
Po drodze wlazłam do Panoramy i
tralalalala, mam buty na ślub Inżyniera. Skusiłam się na platformę i tadam, tadam, tadam, są miękkie, wygodne i trzymają nogę. A że Baran jest szparagiem, to mu te moje parę centymetrów więcej różnicy nie zrobi :D Tylko torebkę muszę nową poszukać, bo butki są koralowe, a torebkę mam czerwoną, bo poprzednie, nienadające się do noszenia kupiłam czerwone. Z tym że wtedy nie miałam wyboru, bo było po sezonie letniego obuwia, a teraz jest początek sezonu. Pierwszy sklep, wlazłam, wlazły mi w oczy, pasowały i są. I nielicho przecenione, bo z 379 na 279. Nawet jak pic na wodę i fotomontaż, nie szkodzi :D Nadadzą się nawet na upały, a nie będę wyglądała jak szuszwol :P
Jeszcze zyłam.
I cieszyłam się, bo
pierwsze kwitnące drzewko po drodze znalazłam.
Talalalalala :) wiosna idzie zatem nieodwołalnie.
Wieczorkiem naszpikowałam się polopiryną, aż się upiekłam pod kordełką.
Wlazłam do łóżeczka i żeby mnie cholera nie miotała na myśl o jutrzejszym lekarzu tabletkę uspokajającą zażyłam.
Albowiem starą wariatką jestem i robienie czegoś pod przymusem, na co nie mam ochoty, a co jest bezsensowne - doprowadza mnie do białej gorączki.
Rankiem jeszcze dychałam, śniadanie zjadłam i stwierdziłam, że kolejna porcja tabletek uspokajających jest jak najbardziej na miejscu.
Zatem zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Kartkę w kalendarzu zmieniłam, ten miesiąc sponsoruje przystojniak, ciacho z tych nietuczących :)
Wizyta miała być na 15. Nie robiłam obiadu, bo zupełnie nie miałam apetytu.
A ponieważ zawsze czepiają się mojego nadciśnienia przy takich badaniach, jakbym już umierała (przypominam; od 16 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim ani jednego dnia!), drążąc, komentując i wkurwiając mnie, a na dociepkę mam tzw. nadciśnienie białego fartucha, więc choć zazwyczaj zażywam pół tabletki dziennie, rąbnęłam sobie drugą połówkę, bo kto bogatemu zabroni? Nie mierzyłam ciśnienia, bo od ucisku aparatu zbiera mi się na rzyganie. I co sobie będę żałowała, kolejne dwie tabletki uspokajające zażyłam.
W przychodni byłam pół godziny przed czasem i okazało się, że choć byłam umówiona na 15, lekarz najwcześniej przyjmie mnie o 15.30, bo ma poślizg.
Zatem do piguły, na wywiad i na mierzenie ciśnienia. Okulista, laryngolog i inne cuda wianki dzięki sekretarce mi darowano. W papciach ją do nieba wezmą. Mierzymy ciśnienie i okazuje się, że pani ma ciśnieniomierz dla anorektyczek. Nie obejmie mojego ramienia. Próbuje dociskać. Pomiar nie wychodzi. Pyta: i co teraz. A ja beztrosko: niech pani wpisze 130 na 80. Tyle mam, jak mnie nikt nie wkurwia. Wzrost i wagę też z dupy wpisała, bo nie miała przyrządów pomiarowych. A to prywatna klinika. renomowana.
A kij im w oko, bo...
Idę pod gabinet 18.
I kolęduję tam 1,5 godziny, zanim przychodzi moja kolej. Zębami bym zgrzytała, ale szkoda zębów, sporo na nie wydałam. Śmierdzi, jak w męskiej szatni po meczu. Z trudem wstrzymuję puszczenie pawia, sama nie wiem, czy to przeziębienie, co mnie rozbiera, czy smród. Ale raczej to drugie.
Wreszcie wchodzę do gabinetu.
Pan doktor z jednej strony głupio-mądry, z drugiej mający wszystko w pompie do bólu, typ nieszkodliwy. Po wymianie grzeczności, przyjmuje na wiarę wszystko co mówię, nawet to, że nie zażywam żadnych leków (nie ma ciśnieniomierza, zatem nie będzie mnie sprawdzał). Nie pyta, ile mam dzieci, ile ciąż i inne takie tam. Pyta, czy ma mi wpisać jakieś zalecenia do pracy typu okulary. Odpowiadam, że czytam zarówno w okularach, jak i bez, że to nie ma dla mnie znaczenia. No ale u okulisty pani nie była. Spokojnie stwierdzam, że o oczy zawsze dbam, bo to nie tylko moje narzędzie pracy, ale i mój słuch zastępczy. Pokiwał głową i rzecze: to ja pani na dwa lata podpiszę zdolność. Mało go nie ucałowałam, tadam :)
Wyleciałam, skrzydełka mi urosły, słonko świeciło, ale zaczęło mnie rozbierać.
I nie wiem, czy przeziębienie, czy gorąco, bo słonko nielicho grzało, ale piździło, a ja czułam się, jakbym szła na sprężynach. Hahahaha...
Ale jeszcze nie umarłam, tylko wskoczyłam do autobusu, zamiast koło Panoramy do domu leźć, tak jak z pracy, bo to w okolicy było.
W korkach utknęłam.
Ale nic to,
Po drodze wlazłam do rzeźnika i leżał ładny kawałek zrazowej górnej. Ale spory, jednak na tyle mały, że pani powiedziała, że na pół nie podzieli, bo nie sprzeda reszty. Zatem westchnąwszy, wzięłam całość. Zmieliła (zmełła, poprawnie mówiąc) i zapytała, czy dwa razy. Zdziwiona byłam, po co dwa? Bo jak na tatara, to dwa razy. Poprosiłam zatem, choć w planie miałam mielone.
Idę do domu, muzyczka gra, a na drzewach tu pąki, tam pąki i tralalala...
I w duszy też mi gra, bo znów jestem dzieckiem.
Dzieckiem będąc jako aniołek pokoju wysyłana byłam do knajpy po tatusia, który tam balował.
Bo ja byłam ukochaną córeczką tatusia, tak długo, póki mała byłam. Później też, ale później to publicznie w mordę mnie lał, jak z chłopakiem zobaczył, co też niejaką rozrywką było, bo chłopak rycerzem był... Ale mniejsza z większym. Mój brat, wysłany do knajpy zadowalał się łapówką w postaci oranżady i lizaka, żeby mówił mamie, że tatusia w knajpie nie ma. Ja zaś, niecna żmija od urodzenia, oranżadę i lizaki miałam w głebokim poważaniu, ja żądałam tatara. Którego dostawałam, konsumowałam z apetytem i robiłam ojcu scenę, wyciągając go siłą z knajpy (po tatarze miałam tę moc), za nic mając łapówkę...
A potem przyszły czasy, że wołowiny nie było (w niecnym, zamierzchłym PRL zawsze była, i to dobra), potem było BSE, salmonella w jajach i po tatarze słuch zaginął.
Aż do dziś.
Zaświtało mi, że w sumie wszystko mam.
Jajeczka od zielononóżek.
Więc wleciawszy do domu zrobiłam sobie inwalidę z jednym jajem.
Bo tak mówiliśmy w knajpianych czasach na tatara.
I teraz umieram, cicho i rozkosznie.
Seks jest naprawdę przereklamowany.
Tatara zrobiłam klasycznego, z maggi.
A maggi to inna bajka.
Moja mama miała taki maleńki słoiczek, a w nim kostki maggi w takim buraczkowym papierku. Sreberko i buraczkowa banderola. Dziecięciem niewinnym będąc zakradałam się i lizałam owo maggi, co było surowo zabronione.
Słoiczek mam do dziś. Mam w nim ziele angielskie, ale ile razy biorę go do ręki, widzę zakazane kostki maggi. Wiem, że są niezdrowe. Ale...
Przeżyłam tyle lat na niezdrowych rzeczach.
To teraz mogę umarnąć.
Z rozkoszy.
Ten tatar był niebiański :D
Czy w niebie mają tatara?? Bo jak nie, to chcę do piekła :P
środa, 30 marca 2016
Święta
święta i po świętach :)
wizyta u Kierownika Budowy całkiem spokojnie, miło i serdecznie, aczkolwiek...
Hmm. Moje najczarniejsze obawy się krystalizują. I oby nie. Bo zaczynają się tarcia na tle. Była Jego teściowa, w sumie spoko kobieta, ale... Każdy ma jakieś tam, ona ma swoje zdrowie. No i zostałyśmy wywołane do raportu, obie, że niby Żona Kierownika za dużo na telefonie klepie. Widzę tu replay z mojej Synowej, która też karmiąc piersią, non stop wisi na telefonie. Z tym, że Pierworodny, delikatnie mówiąc, ma na to wyjebane i wisi na swoim. I tak sobie wiszą. Zaś Kierownik, niebędący od wiszenia też daleko, chce, by jak on nie wisi, ona też nie wisiała. I co mam rzec? Wsiałam na książce, nawet karmiąc czytałam, ale to chyba jednak inna bajka, niż wiszenie na forach i "gadanie" z innymi, nierealnymi w sumie.
Takie czasy, takie sprawy, takie problemy.
Mnie osobiście drażni i to bardzo to reklamowane karmienie piersią na żądanie. I niech mi się tu nikt nie obraża, dla mnie to jest po prostu wymówka do nicnierobienia. Call The Midway właśnie skończyłam i tam też, a to dociągnęło do lat 60. do całej tej afery z talidomidem, po którym rodziły się dzieci bez kończyn, karmiono dzieci wprawdzie piersią - ale co cztery godziny i żadnego cyca w międzyczasie. Sama miałam dzieci w latach, kiedy też przywiązywano wagę do regularnych godzin karmienia i nie dawano między posiłkami nic, prócz herbatki. Nie narzekałam na swoje dzieci, godziny karmienia były święte, ale też miałam te cztery godziny między karmieniami, kiedy ogarniałam tę kuwetę, zakupy zrobiłam, pranie, inne takie tam. I zakupy to była batalia, bo wszystko trzeba było albo zdobyć, albo wystać w kolejkach, nie jak dziś, że idę do sklepu i wybieram z pierdyliarda rzeczy. Prałam też w rękach na początku, potem dostaliśmy "Franię", a przy Inżynierze los się zlitował i dorobiłam się automatu na pożyczkę dla młodych małżeństw. Eks stał po automat dwa tygodnie w kolejce.
Mieszkaliśmy na 16 m kwadratowych, gdzie jeszcze chałupnictwo robiłam w owym czasie, a to sztuczne kwiaty, a to malowanie na tkaninach, a to elektrody do EKG. Ale nigdy nie było bajzlu, bo się nie dało. Inaczej nie mogłabym nic zrobić, gdyby bajzel był.
I nie piszę tego po to, by sobie pomnik postawić, z sentymentem wspominam tamte dni.
Bieda była, ale była miłość.
I co dzień lazłam do kiosku Ruchu (na dobry początek dnia), gdzie jedna z pierwszych w kolejce, dopchawszy się do okienka recytowałam (do dziś litanię pamiętam): Głos, Poznańska, Ekspres, Kurier - i potem w zależności od dnia tygodnia: Polityka, Dookoła świata, Kobieta i Życie, Filipinka, Świat Młodych, Bajtek, Zwierciadło i inne, których już nie pamiętam. I wszystkie były od deski do deski przeczytane. Oprócz tego byłam zapisana do biblioteki i tak ze 4 książki tygodniowo łykałam.
Gotując, piorąc, zakupując, pracując, pomagając teściowej w warsztacie, załatwiając jej sprawy po urzędach.
Na obiady często wpadała teściowa, mój ojciec i brat.
W niedzielę była cała hołota.
Nie wiem, może dni były dłuższe?
Ze strony Eksa nie miałam żadnej pomocy, taki luksusowy model mi się trafił. Ale kochałam gada, więc nawet nie narzekałam :D
Dziś nie mam żadnych obowiązków w sumie. Praca marzenie, wyłączając dni zamykania, ale to w sumie co najwyżej tydzień w miesiącu.
Mieszkanie sprzątam raz na tydzień.
Pranie to zabawa.
Zakupy żaden problem.
Nie czytam nic. Z gazet ostała mi się tylko Polityka, a i często tylko po tytułach polecę. Wersja elektroniczna.
Nie czytam, bo po 24 latach pracy w korekcie nienawidzę czytania (tak to miłość zamieniła się w nienawiść).
Wyborczej nie czytam, bo albo idę do pracy, a idąc trudno czytać, albo jadę z takimi przesiadkami, że gazety nie zdążę otworzyć. Zresztą nie mam jej gdzie kupić, na osiedlu nie ma takiej opcji.
Ale... Nie wyobrażam sobie, że mając małe dzieci zajmowałabym się non stop ich karmieniem, wyłączona z życia, bo dziecko znów płacze i trzeba je nakarmić. Nieważne, że nie było wtedy Internetu ani komórek z netem. Też mogłam lec i czytać, bo czytałam wszędzie. Wszędzie były porozkładane gazety, książki. Czytałam gotując, piorąc, przewijając. Dziesięć rzeczy naraz i ogarniałam. Ale... Nieważne ile czytałam, wszystko było zrobione. A te dziewczyny, jak tak z boku patrzę, wykorzystują fakt, że karmią na wytłumaczenie, że: nie ugotowały, nie wyprały, nie zrobiły, bo... musiały karmić i nosić, bo płakało. Nasze też płakały, ząbkowały, chorowały. Ale jakoś się to ogarniało. I nie miałyśmy chust ani nosidełek (jeżu kolczasty, jak nie serce boli, jak widzę chusty i nosidełka, oszalałabym z radości mając takie coś). Dzisiaj mają, ale... O to się buntował i KB, i Pierworodny - mają, nie używają. Nie używają, bo... I tu pierdyliard wymówek.
Nauczyłam się zaciskać zęby, choć wciąż ciśnie mi się na usta: bo ja...
No wiadomo, ja, Stara Jędza, ideał, wzór.
Nie, to nie tak.
Inne czasy, inni ludzie.
Moja mama, mimo że pracowała, że w zasadzie utrzymywała dom, bo ojciec potrafił z wrodzonym wdziękiem całą wypłatę (a zarabiał 3 razy tyle, co ona) przepić w jeden dzień, jak miał fantazję, a miewał ją często, wciąż nie widziała życia bez mężczyzny u boku, mimo że nawet mieszkanie było jej. Ale zdążyła mi powiedzieć: ucz się, żebyś nigdy nie była od nikogo zależna, a już na pewno nie od mężczyzny. I tego się trzymam.
Staram się moje życie utrzymać w ryzach. Sama. Na nikogo nie licząc.
Nie mówię, że mężczyzna nie może być partnerem. Może. Ale nie można działać w drugą stronę i robić z niego takiego kozła ofiarnego, jakim byłyśmy my, kobiety, kiedyś.
Że ma pracować i w domu robić, i jeszcze wszystko znosić.
Nie trafiają do mnie argumenty: nie mogłam nic zrobić, bo dziecko.
Znam też dzielne kobiety, takie jak Sikora, co robią więcej niż ja teraz, z uśmiechem. Mimo dwójki półdiabląt (słodkich, ale ząbkujących jednocześnie) na karku.
Można.
Trzeba po prostu znać proporcje.
Ano.
I sorry Winnetou, nie nadaję się do rozstrzygania, kto ma rację w tym sporze.
Mam na ten temat swoje zdanie, uważam, że większość dziewczyn po prostu wykorzystuje fakt, że w karmieniu cycem mężczyźni nie mają szans, do tego, żeby wykręcić się od prozy życia.
A tak BTW, nawet mi nudzi się całodzienne sterczenie i wiszenie na kompie.
Nawet jeżeli na cycku mi nic nie wisi :D
Zła jestem, bo muszę w piątek iść znów na badania okresowe. I zastanawiałam się nad sceną balkonową, ale w sumie? Co mi to da. Dobrze, że mnie wysyłają, znaczy się, nie chcą się mnie pozbyć. Wkurw kierować na dupne przepisy, nie na zakład pracy. Ano. Że w moim wolnym czasie? Oj tam :D Odbiję sobie. Więc nerwy w konserwy i na eksport.
A teraz prywata i śledztwo.
Szanowne Czytaczki: dziękuję serdecznie i pięknie za prześliczną kartkę z życzeniami, którą dziś ze szpary unijnej wywlekłam. (Bo wczoraj nawet z domu nie wyszłam, musiałam Call The Midway skończyć). Na kopercie cudny napis, że to nie pomyłka, aczkolwiek P.S. z kropkami :) Nie wnikam, kto sprzedał moje namiary, dziękuję autorce przepięknej kartki, ale... choć domyślam się, kto to, nie mam stuprocentowej pewności :) Będzie mnie to po nocach gryzło, podgryzało i męczyło :P
No i popatrz, Kochany Pamiętniczku, pora do pracy wracać chyba, bo znów ze mnie wychodzi erotomanka gawędziarka.
Ale mnie gryzie to wszystko i nie mogę tego ogarnąć...
A bratkom zimno nie przeszkadza, a mi tak! To nie jest pogoda na włóczęgę i na delektowanie się wiosną. O nie!
wizyta u Kierownika Budowy całkiem spokojnie, miło i serdecznie, aczkolwiek...
Hmm. Moje najczarniejsze obawy się krystalizują. I oby nie. Bo zaczynają się tarcia na tle. Była Jego teściowa, w sumie spoko kobieta, ale... Każdy ma jakieś tam, ona ma swoje zdrowie. No i zostałyśmy wywołane do raportu, obie, że niby Żona Kierownika za dużo na telefonie klepie. Widzę tu replay z mojej Synowej, która też karmiąc piersią, non stop wisi na telefonie. Z tym, że Pierworodny, delikatnie mówiąc, ma na to wyjebane i wisi na swoim. I tak sobie wiszą. Zaś Kierownik, niebędący od wiszenia też daleko, chce, by jak on nie wisi, ona też nie wisiała. I co mam rzec? Wsiałam na książce, nawet karmiąc czytałam, ale to chyba jednak inna bajka, niż wiszenie na forach i "gadanie" z innymi, nierealnymi w sumie.
Takie czasy, takie sprawy, takie problemy.
Mnie osobiście drażni i to bardzo to reklamowane karmienie piersią na żądanie. I niech mi się tu nikt nie obraża, dla mnie to jest po prostu wymówka do nicnierobienia. Call The Midway właśnie skończyłam i tam też, a to dociągnęło do lat 60. do całej tej afery z talidomidem, po którym rodziły się dzieci bez kończyn, karmiono dzieci wprawdzie piersią - ale co cztery godziny i żadnego cyca w międzyczasie. Sama miałam dzieci w latach, kiedy też przywiązywano wagę do regularnych godzin karmienia i nie dawano między posiłkami nic, prócz herbatki. Nie narzekałam na swoje dzieci, godziny karmienia były święte, ale też miałam te cztery godziny między karmieniami, kiedy ogarniałam tę kuwetę, zakupy zrobiłam, pranie, inne takie tam. I zakupy to była batalia, bo wszystko trzeba było albo zdobyć, albo wystać w kolejkach, nie jak dziś, że idę do sklepu i wybieram z pierdyliarda rzeczy. Prałam też w rękach na początku, potem dostaliśmy "Franię", a przy Inżynierze los się zlitował i dorobiłam się automatu na pożyczkę dla młodych małżeństw. Eks stał po automat dwa tygodnie w kolejce.
Mieszkaliśmy na 16 m kwadratowych, gdzie jeszcze chałupnictwo robiłam w owym czasie, a to sztuczne kwiaty, a to malowanie na tkaninach, a to elektrody do EKG. Ale nigdy nie było bajzlu, bo się nie dało. Inaczej nie mogłabym nic zrobić, gdyby bajzel był.
I nie piszę tego po to, by sobie pomnik postawić, z sentymentem wspominam tamte dni.
Bieda była, ale była miłość.
I co dzień lazłam do kiosku Ruchu (na dobry początek dnia), gdzie jedna z pierwszych w kolejce, dopchawszy się do okienka recytowałam (do dziś litanię pamiętam): Głos, Poznańska, Ekspres, Kurier - i potem w zależności od dnia tygodnia: Polityka, Dookoła świata, Kobieta i Życie, Filipinka, Świat Młodych, Bajtek, Zwierciadło i inne, których już nie pamiętam. I wszystkie były od deski do deski przeczytane. Oprócz tego byłam zapisana do biblioteki i tak ze 4 książki tygodniowo łykałam.
Gotując, piorąc, zakupując, pracując, pomagając teściowej w warsztacie, załatwiając jej sprawy po urzędach.
Na obiady często wpadała teściowa, mój ojciec i brat.
W niedzielę była cała hołota.
Nie wiem, może dni były dłuższe?
Ze strony Eksa nie miałam żadnej pomocy, taki luksusowy model mi się trafił. Ale kochałam gada, więc nawet nie narzekałam :D
Dziś nie mam żadnych obowiązków w sumie. Praca marzenie, wyłączając dni zamykania, ale to w sumie co najwyżej tydzień w miesiącu.
Mieszkanie sprzątam raz na tydzień.
Pranie to zabawa.
Zakupy żaden problem.
Nie czytam nic. Z gazet ostała mi się tylko Polityka, a i często tylko po tytułach polecę. Wersja elektroniczna.
Nie czytam, bo po 24 latach pracy w korekcie nienawidzę czytania (tak to miłość zamieniła się w nienawiść).
Wyborczej nie czytam, bo albo idę do pracy, a idąc trudno czytać, albo jadę z takimi przesiadkami, że gazety nie zdążę otworzyć. Zresztą nie mam jej gdzie kupić, na osiedlu nie ma takiej opcji.
Ale... Nie wyobrażam sobie, że mając małe dzieci zajmowałabym się non stop ich karmieniem, wyłączona z życia, bo dziecko znów płacze i trzeba je nakarmić. Nieważne, że nie było wtedy Internetu ani komórek z netem. Też mogłam lec i czytać, bo czytałam wszędzie. Wszędzie były porozkładane gazety, książki. Czytałam gotując, piorąc, przewijając. Dziesięć rzeczy naraz i ogarniałam. Ale... Nieważne ile czytałam, wszystko było zrobione. A te dziewczyny, jak tak z boku patrzę, wykorzystują fakt, że karmią na wytłumaczenie, że: nie ugotowały, nie wyprały, nie zrobiły, bo... musiały karmić i nosić, bo płakało. Nasze też płakały, ząbkowały, chorowały. Ale jakoś się to ogarniało. I nie miałyśmy chust ani nosidełek (jeżu kolczasty, jak nie serce boli, jak widzę chusty i nosidełka, oszalałabym z radości mając takie coś). Dzisiaj mają, ale... O to się buntował i KB, i Pierworodny - mają, nie używają. Nie używają, bo... I tu pierdyliard wymówek.
Nauczyłam się zaciskać zęby, choć wciąż ciśnie mi się na usta: bo ja...
No wiadomo, ja, Stara Jędza, ideał, wzór.
Nie, to nie tak.
Inne czasy, inni ludzie.
Moja mama, mimo że pracowała, że w zasadzie utrzymywała dom, bo ojciec potrafił z wrodzonym wdziękiem całą wypłatę (a zarabiał 3 razy tyle, co ona) przepić w jeden dzień, jak miał fantazję, a miewał ją często, wciąż nie widziała życia bez mężczyzny u boku, mimo że nawet mieszkanie było jej. Ale zdążyła mi powiedzieć: ucz się, żebyś nigdy nie była od nikogo zależna, a już na pewno nie od mężczyzny. I tego się trzymam.
Staram się moje życie utrzymać w ryzach. Sama. Na nikogo nie licząc.
Nie mówię, że mężczyzna nie może być partnerem. Może. Ale nie można działać w drugą stronę i robić z niego takiego kozła ofiarnego, jakim byłyśmy my, kobiety, kiedyś.
Że ma pracować i w domu robić, i jeszcze wszystko znosić.
Nie trafiają do mnie argumenty: nie mogłam nic zrobić, bo dziecko.
Znam też dzielne kobiety, takie jak Sikora, co robią więcej niż ja teraz, z uśmiechem. Mimo dwójki półdiabląt (słodkich, ale ząbkujących jednocześnie) na karku.
Można.
Trzeba po prostu znać proporcje.
Ano.
I sorry Winnetou, nie nadaję się do rozstrzygania, kto ma rację w tym sporze.
Mam na ten temat swoje zdanie, uważam, że większość dziewczyn po prostu wykorzystuje fakt, że w karmieniu cycem mężczyźni nie mają szans, do tego, żeby wykręcić się od prozy życia.
A tak BTW, nawet mi nudzi się całodzienne sterczenie i wiszenie na kompie.
Nawet jeżeli na cycku mi nic nie wisi :D
Zła jestem, bo muszę w piątek iść znów na badania okresowe. I zastanawiałam się nad sceną balkonową, ale w sumie? Co mi to da. Dobrze, że mnie wysyłają, znaczy się, nie chcą się mnie pozbyć. Wkurw kierować na dupne przepisy, nie na zakład pracy. Ano. Że w moim wolnym czasie? Oj tam :D Odbiję sobie. Więc nerwy w konserwy i na eksport.
A teraz prywata i śledztwo.
Szanowne Czytaczki: dziękuję serdecznie i pięknie za prześliczną kartkę z życzeniami, którą dziś ze szpary unijnej wywlekłam. (Bo wczoraj nawet z domu nie wyszłam, musiałam Call The Midway skończyć). Na kopercie cudny napis, że to nie pomyłka, aczkolwiek P.S. z kropkami :) Nie wnikam, kto sprzedał moje namiary, dziękuję autorce przepięknej kartki, ale... choć domyślam się, kto to, nie mam stuprocentowej pewności :) Będzie mnie to po nocach gryzło, podgryzało i męczyło :P
No i popatrz, Kochany Pamiętniczku, pora do pracy wracać chyba, bo znów ze mnie wychodzi erotomanka gawędziarka.
Ale mnie gryzie to wszystko i nie mogę tego ogarnąć...
A bratkom zimno nie przeszkadza, a mi tak! To nie jest pogoda na włóczęgę i na delektowanie się wiosną. O nie!
niedziela, 27 marca 2016
Wielkanocnie
się z Państwem, i Tobą, Kochany Pamiętniczku witam.
Wczoraj na Manhattanie i w sklepach pustki, nie do wiary. Zmieniło się, ludzie nie robią już zakupów w sobotę, ale w piątek. Zapisać w kajeciku - jak nie będzie czasu, to w sobotę na spokojnie. Ale też i wybór był mniejszy, resztki już, a ceny nie drgnęły ani odrobinkę.
Poleciałam do wujka Mietka, bo dawno nie byłam, myślę, że się Umarlaki ucieszyły ze świeczuszki, bo do K. nie dotarłam, niestety.
Książek nakupiłam po drodze, a kto bogatemu zabroni? Jedną bajkę chcę przeczytać sama Małej Wiedźmie, bo to o nas bajka, o Starej Jędzy, która miotłę zamieniła na taką z GPS... Życiowa bajka :)
Kawę też kupiłam, a co? Kto bogatemu zabroni?
Czas na herbatę, więc kawę wypijemy :) Za niedługo zrecenzuję, bo kupiłam w ziarnach, a na razie mam jeszcze zmieloną zwykłą, a nie mam wolnej puszki.
Do święconki poszłam do mojego starego kościoła, okazało się, że nie ja jedna z osiedla olewam nową parafię. I dobrze. Święcił były proboszcz, ksiądz, którego znam od dziecka, bo w mojej rodzinnej wsi był wikarym. Pamiętam go jako młodego, przystojnego faceta, przygotowywał mnie do I Komunii. A teraz też jest przystojny i trzyma się nieźle. I dobry z niego człowiek. Myślami wróciłam do chwil, gdy szliśmy do święconki najpierw w trójkę, potem w czwórkę, potem znów w trójkę, jak spotykaliśmy Słonko z Mężem... Potem we dwójkę, a teraz od lat kilku solo. I zamarzyło mi się, że kiedyś jeszcze pójdę z jakimś Pieczywkiem Małym do święconki.
Małe marzenie, a jakie wielkie.
Może się spełni, może nie, ale mam cel.
Pieczywko do święconki dostałoby mały, maleńki koszyczek...
A baranek w tym roku kaleką był, dupkę mu ujebało, ale nic to. Poświęcony został jak należy :) Inwalida też człowiek, co nie? :)
A od święconki wracałam tak
I znów serce trzepało mi jak głupie, i cieszyłam się, że jeszcze żyję, bo dla takich chwil warto. Nawet jeżeli przeżywa się je samotnie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku. Bo zawsze jest nadzieja na Pieczywko. Z powidłami, of course :D
A jeszcze wcześniej na drodze spotkałam
Zdesperowana byłam, żeby pocałować, bo a nuż by się coś wykluło, ale że włóczyła się skubana koło Lidla, to ją ludzie przestraszyli i z kissów nic nie wyszło. A szkoda. A może i nie? Bo jakby się okazał zrzędą i pierdołą to co bym biedna z nim poczęła? Powtórnie by się nie zżabił, więc może jednak dobrze.
Poszłam spać z rączkami na kordełce grzecznie, a rano o 5 co ja paczę? Dziecko na śniadanie wbija o 9 mojego czasu. Wiadomość wysłana o 1 w nocy. Pogięło go? Wszak cofamy zegarki. Więc piszę, że nie nada, że później, że ma się wyspać. Ale już nie mogłam spać, bo za chwilę i słoneczko zaczęło pukać po roletkach, więc wstałam, doprowadziłam szanowne zwłoki do porządku i śniadanko wszamałam. Dziecko w osobie Inżyniera wpadło, a jakże, punktualnie. Tak to jest, jak rozmawiając z matką sprawdza się pocztę i inne zabawki. Nie dotarło do niego, że w świat bez plecaczka, a z pół litrem idę później :) No cóż. Jajeczko święcone podzieliliśmy, a jakże. Znaczy się, ja podzieliłam, ale nie chciało się w światłowód wepchnąć, więc musiał się zadowolić nieświęconym u siebie. Z ketchupem je jadł, bleeee... Pogadaliśmy miło, kotki dostaną prezenty, a on nie :) Hahahahaha, chcę być ich kotkiem w następnym życiu.
I tak się miło zaczął dzień, wiem, wiem, nie należy chwalić przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam :)
Niech te święta będą dla wszystkich radością, spokojem, oderwaniem od codzienności. Niech będą życiem, nie tylko napychaniem żołądka, bo to w sumie mało ważne. Niech koło każdego będzie drugi człowiek. Dobry człowiek.
Wczoraj na Manhattanie i w sklepach pustki, nie do wiary. Zmieniło się, ludzie nie robią już zakupów w sobotę, ale w piątek. Zapisać w kajeciku - jak nie będzie czasu, to w sobotę na spokojnie. Ale też i wybór był mniejszy, resztki już, a ceny nie drgnęły ani odrobinkę.
Poleciałam do wujka Mietka, bo dawno nie byłam, myślę, że się Umarlaki ucieszyły ze świeczuszki, bo do K. nie dotarłam, niestety.
Książek nakupiłam po drodze, a kto bogatemu zabroni? Jedną bajkę chcę przeczytać sama Małej Wiedźmie, bo to o nas bajka, o Starej Jędzy, która miotłę zamieniła na taką z GPS... Życiowa bajka :)
Kawę też kupiłam, a co? Kto bogatemu zabroni?
Czas na herbatę, więc kawę wypijemy :) Za niedługo zrecenzuję, bo kupiłam w ziarnach, a na razie mam jeszcze zmieloną zwykłą, a nie mam wolnej puszki.
Do święconki poszłam do mojego starego kościoła, okazało się, że nie ja jedna z osiedla olewam nową parafię. I dobrze. Święcił były proboszcz, ksiądz, którego znam od dziecka, bo w mojej rodzinnej wsi był wikarym. Pamiętam go jako młodego, przystojnego faceta, przygotowywał mnie do I Komunii. A teraz też jest przystojny i trzyma się nieźle. I dobry z niego człowiek. Myślami wróciłam do chwil, gdy szliśmy do święconki najpierw w trójkę, potem w czwórkę, potem znów w trójkę, jak spotykaliśmy Słonko z Mężem... Potem we dwójkę, a teraz od lat kilku solo. I zamarzyło mi się, że kiedyś jeszcze pójdę z jakimś Pieczywkiem Małym do święconki.
Małe marzenie, a jakie wielkie.
Może się spełni, może nie, ale mam cel.
Pieczywko do święconki dostałoby mały, maleńki koszyczek...
A baranek w tym roku kaleką był, dupkę mu ujebało, ale nic to. Poświęcony został jak należy :) Inwalida też człowiek, co nie? :)
A od święconki wracałam tak
I znów serce trzepało mi jak głupie, i cieszyłam się, że jeszcze żyję, bo dla takich chwil warto. Nawet jeżeli przeżywa się je samotnie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku. Bo zawsze jest nadzieja na Pieczywko. Z powidłami, of course :D
A jeszcze wcześniej na drodze spotkałam
Zdesperowana byłam, żeby pocałować, bo a nuż by się coś wykluło, ale że włóczyła się skubana koło Lidla, to ją ludzie przestraszyli i z kissów nic nie wyszło. A szkoda. A może i nie? Bo jakby się okazał zrzędą i pierdołą to co bym biedna z nim poczęła? Powtórnie by się nie zżabił, więc może jednak dobrze.
Poszłam spać z rączkami na kordełce grzecznie, a rano o 5 co ja paczę? Dziecko na śniadanie wbija o 9 mojego czasu. Wiadomość wysłana o 1 w nocy. Pogięło go? Wszak cofamy zegarki. Więc piszę, że nie nada, że później, że ma się wyspać. Ale już nie mogłam spać, bo za chwilę i słoneczko zaczęło pukać po roletkach, więc wstałam, doprowadziłam szanowne zwłoki do porządku i śniadanko wszamałam. Dziecko w osobie Inżyniera wpadło, a jakże, punktualnie. Tak to jest, jak rozmawiając z matką sprawdza się pocztę i inne zabawki. Nie dotarło do niego, że w świat bez plecaczka, a z pół litrem idę później :) No cóż. Jajeczko święcone podzieliliśmy, a jakże. Znaczy się, ja podzieliłam, ale nie chciało się w światłowód wepchnąć, więc musiał się zadowolić nieświęconym u siebie. Z ketchupem je jadł, bleeee... Pogadaliśmy miło, kotki dostaną prezenty, a on nie :) Hahahahaha, chcę być ich kotkiem w następnym życiu.
I tak się miło zaczął dzień, wiem, wiem, nie należy chwalić przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam :)
Niech te święta będą dla wszystkich radością, spokojem, oderwaniem od codzienności. Niech będą życiem, nie tylko napychaniem żołądka, bo to w sumie mało ważne. Niech koło każdego będzie drugi człowiek. Dobry człowiek.
środa, 23 marca 2016
Podczas
ostatniej wizyty Inżyniera, czyli ponad miesiąc temu znalazłam w lodówce ser z Sierpca, który uwielbiam, nierozpakowany, ale spleśniały w środku, choć datę przydatności miał jeszcze daleko przed sobą. Napisałam emilka do Sierpca i pani z laboratorium tłumaczyła mi, że niekoniecznie z ich winy. Drugie opakowanie tegoż sera było OK. Po dłuższym czasie, bo to mleczarnia nie miała kogo wysłać, a to u mnie nie miał kto odebrać, dziś jak lukstorpeda zlądowała pani z Sierpca i w ramach gratisu dostałam trzy opakowania sera.
Mała rzecz, a cieszy :)
I dobrze świadczy o formie moim zdaniem.
A sery mają wyśmienite, jedne z najlepszych w PL :)
Cieszę się, że wczoraj umyłam okno, Dziś poranek obudził mnie słońcem, za chwilę była już mgła, potem szaro-buro, a teraz leje.
Nieładny ten marzec w tym roku.
A kompik, Kochany Pamiętniczku, takie humorki ma, że ojapierdolę.
Zła jestem.
No nic.
Trzeba będzie i tak żyć, co nie?
Więc, Kochany Kompiczku, jeszcze trochę, prosz...
Mała rzecz, a cieszy :)
I dobrze świadczy o formie moim zdaniem.
A sery mają wyśmienite, jedne z najlepszych w PL :)
Cieszę się, że wczoraj umyłam okno, Dziś poranek obudził mnie słońcem, za chwilę była już mgła, potem szaro-buro, a teraz leje.
Nieładny ten marzec w tym roku.
A kompik, Kochany Pamiętniczku, takie humorki ma, że ojapierdolę.
Zła jestem.
No nic.
Trzeba będzie i tak żyć, co nie?
Więc, Kochany Kompiczku, jeszcze trochę, prosz...
wtorek, 22 marca 2016
Znowu
miałam moment załamania i zwątpiłam w siebie.
A mianowicie, Kochany Pamiętniczku, śmierdzę leniem i robię wszystko, żeby nic nie robić, więc do P&P po to masło wybrałam się dopiero o 11. Przedtem pograłam, kąpiel wzięłam, śniadanko zjadłam, ogarnęłam odcinek Call The Midwife. Jeżeli ktoś szuka dobrego serialu, to polecam. Anglia, lata 50. XX stulecia i one: położne. Zachód widziałam zawsze bardziej z perspektywy amerykańskich filmów, gdzie lata 50. to kolorowe stroje, piękne samochody. A tu Londyn okazuje się jeszcze większym zaściankiem momentami, jak PRL w tamtych czasach. I jak widać, niewiele się tam zmieniło do dziś, porównując jakość budownictwa tam i u nas. Ale opieka nad kobietami w ciąży tam i u nas - niebo i piekło, nie do porównania. Sama rodziłam w latach 80., ale nie miałam nawet w połowie takiej opieki. Po porodzie do Pierworodnego położna nigdy nie dotarła, a do Inżyniera przyszła taka, żeśmy ją po prostu wyprosili. Ale nieważne. Serial jest super, i do tego muzyka z epoki. Wciąga jak chodzenie po bagnach.
Dla mnie tym ciekawsze, że znam angielskie realia też ze względu na Synową. Polecam. Sama jestem zachwycona.
Tak więc po zakupy wybrałam się w południe, wciąż się rozgrzeszając, że pogoda nie na mycie okien. Wsiadam do autobusu - ulewa. Myślę więc - wrócę i klapnę.
Wracam.
Jak to ja, ze słuchawkami, z torbą. Kierowca był tak uprzejmy, ze poczekał, jak biegłam, więc OK. Klapię na siedzenie, odbijam kartę, a z siedzenia po drugiej stronie dziadyga jakaś mówi do mnie: słyszy pani, co do pani mówię? Guzik słyszałam, ale widziałam co mówi. Sądzę, że gdybym słyszała normalnie, nie odpowiedziałabym, bo i motor i inne hałasy, no ale mam tę moc. Mówię więc: słyszę. A on: co pani mówi? TO po kija mnie zaczepia, jak nie słyszy co ja mówię :) A on: jak pani będzie słuchała tak na słuchawki, to pani słuch straci. Nie chciało mi się z dziadem dyskutować, więc spojrzałam na niego bazyliszkowato i wgapiłam się w okno. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Sam nie słyszy w autobusie, a głuchą opierdala :)
W domu szparę unijną bebeszę i o, są kartki :) Od Słonka, hahahaha. Sama zrobiła i przysłała mi z zaleceniem pokolorowania i odesłania zdjęcia gotowca. Nie wie, że ze wszystkich robót najbardziej nienawidzę robótek plastycznych i technicznych. Nie wiem, czy jej to napisać, czy nie? Tak samo nienawidzę planszówek :D
Kolorowanie czegoś takiego, brrr... :)
No i druga kartka, która spowodowała, że zwątpiłam w swoje władze umysłowe. Stempel: Katowice. Znam parę osób ze Śląska, ale Katowice? Otwieram kopertę. Standardowy druczek i podpis; Janina. Ojapierdolę. Nie znam żadnej Janiny ze Śląska. Znam dwie Teresy, Asię, Imbirellę, Żabę znam, ale Janina? Ki czort. Pisma też nie znam. Zaczynam szukać namiarów na lekarza geriatrę, gdy wtem: TADAM :) Napisała do mnie Pszepani. W ciągu tych dwóch wspólnie spędzonych tygodni nie mówiłyśmy sobie po imieniu, ona parę razy się pomyliła i pojechała mi imieniem, ale ni choinki nie chciała przejść na ty, więc ja zostałam przy pani. I to nie tak, jak w pracy, że mówię: pani Marysiu, ale pani i koniec, kropka. Dała mi swój adres i mówiła, że będzie kartki słała. Ojapierdolę. Dobrze, że mam kartkę i znaczki, jutro wyślę. Ale co mi taka znajomość, że mam wysyłać kartki drukowane, podpisane imieniem? No nic. Rozumiem, że jest staroświecka, SMS nie obsłuży i takie tam, że ona dzwoni, a ja nie dzwonię, ale to nie ma znaczenia, jak jest chemia. A chemii nie było, więc? No nic. Kartkę wyślę.
I kamol z serca, że nie jestem jeszcze alzheimerowcem.
Belgię przeżywam. Nie mogę tego ot tak, z głowy wyrzucić, chodziło za mną i dręczyło, więc żeby się zrelaksować, jednak umyłam te cholerne okna i dzięki temu mam kolejną rzecz z głowy. Ray Charles pomógł.
Jeżeli nie mam na coś wpływu, to zamartwianie się jest bezcelowe, tylko się nakręcam.
I zagwozdka ze świętami. Bardzo lubię Kierownika Budowy i jestem mu wdzięczna za zaproszenie, ale też mnie to wszystko przeraziło. On ma warunki, jakie ma, jeden pokój i małe dziecko, do tego zaprasza teściów. Ja z kolei umówiłam się już z Inżynierem, tradycyjnie, na Skype, na świąteczne śniadanko. I biedna Żona Kierownika, miotająca się między kuchnią a dzieckiem. Pomogłabym, ale kuchnię mają dokładnie jak moja, że jedna osoba w niej to tłum. I stół maleńki. Na szczęście zwyciężyła koncepcja, że zjedzą śniadanie u siebie z teściami, potem wleci po mnie. Ufff... Wino mam, dokupię coś dla Małej i spoko. Organizując zaś śniadanie u mnie to ja bym się utyrała, jak koń podczas westernu i nie pogadała z Inżynierem. No i te tony jedzenia, tradycyjnego, a ja mam zero tradycyjnych potraw, nie licząc jajeczek :D
Wiem, wiem, z jednej strony tak źle, jak człowiek sam, z drugiej też niedobrze :)
Gadrełko mnie boli, ale tak to jest, jak się okna w zimnie myje :P Ale nic to, Kochany Pamiętniczku, herbatka z imbirem i cytryną oraz miodem umarlaka na nogi postawi.
Będzie dobrze, musi być...
A mianowicie, Kochany Pamiętniczku, śmierdzę leniem i robię wszystko, żeby nic nie robić, więc do P&P po to masło wybrałam się dopiero o 11. Przedtem pograłam, kąpiel wzięłam, śniadanko zjadłam, ogarnęłam odcinek Call The Midwife. Jeżeli ktoś szuka dobrego serialu, to polecam. Anglia, lata 50. XX stulecia i one: położne. Zachód widziałam zawsze bardziej z perspektywy amerykańskich filmów, gdzie lata 50. to kolorowe stroje, piękne samochody. A tu Londyn okazuje się jeszcze większym zaściankiem momentami, jak PRL w tamtych czasach. I jak widać, niewiele się tam zmieniło do dziś, porównując jakość budownictwa tam i u nas. Ale opieka nad kobietami w ciąży tam i u nas - niebo i piekło, nie do porównania. Sama rodziłam w latach 80., ale nie miałam nawet w połowie takiej opieki. Po porodzie do Pierworodnego położna nigdy nie dotarła, a do Inżyniera przyszła taka, żeśmy ją po prostu wyprosili. Ale nieważne. Serial jest super, i do tego muzyka z epoki. Wciąga jak chodzenie po bagnach.
Dla mnie tym ciekawsze, że znam angielskie realia też ze względu na Synową. Polecam. Sama jestem zachwycona.
Tak więc po zakupy wybrałam się w południe, wciąż się rozgrzeszając, że pogoda nie na mycie okien. Wsiadam do autobusu - ulewa. Myślę więc - wrócę i klapnę.
Wracam.
Jak to ja, ze słuchawkami, z torbą. Kierowca był tak uprzejmy, ze poczekał, jak biegłam, więc OK. Klapię na siedzenie, odbijam kartę, a z siedzenia po drugiej stronie dziadyga jakaś mówi do mnie: słyszy pani, co do pani mówię? Guzik słyszałam, ale widziałam co mówi. Sądzę, że gdybym słyszała normalnie, nie odpowiedziałabym, bo i motor i inne hałasy, no ale mam tę moc. Mówię więc: słyszę. A on: co pani mówi? TO po kija mnie zaczepia, jak nie słyszy co ja mówię :) A on: jak pani będzie słuchała tak na słuchawki, to pani słuch straci. Nie chciało mi się z dziadem dyskutować, więc spojrzałam na niego bazyliszkowato i wgapiłam się w okno. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Sam nie słyszy w autobusie, a głuchą opierdala :)
W domu szparę unijną bebeszę i o, są kartki :) Od Słonka, hahahaha. Sama zrobiła i przysłała mi z zaleceniem pokolorowania i odesłania zdjęcia gotowca. Nie wie, że ze wszystkich robót najbardziej nienawidzę robótek plastycznych i technicznych. Nie wiem, czy jej to napisać, czy nie? Tak samo nienawidzę planszówek :D
Kolorowanie czegoś takiego, brrr... :)
No i druga kartka, która spowodowała, że zwątpiłam w swoje władze umysłowe. Stempel: Katowice. Znam parę osób ze Śląska, ale Katowice? Otwieram kopertę. Standardowy druczek i podpis; Janina. Ojapierdolę. Nie znam żadnej Janiny ze Śląska. Znam dwie Teresy, Asię, Imbirellę, Żabę znam, ale Janina? Ki czort. Pisma też nie znam. Zaczynam szukać namiarów na lekarza geriatrę, gdy wtem: TADAM :) Napisała do mnie Pszepani. W ciągu tych dwóch wspólnie spędzonych tygodni nie mówiłyśmy sobie po imieniu, ona parę razy się pomyliła i pojechała mi imieniem, ale ni choinki nie chciała przejść na ty, więc ja zostałam przy pani. I to nie tak, jak w pracy, że mówię: pani Marysiu, ale pani i koniec, kropka. Dała mi swój adres i mówiła, że będzie kartki słała. Ojapierdolę. Dobrze, że mam kartkę i znaczki, jutro wyślę. Ale co mi taka znajomość, że mam wysyłać kartki drukowane, podpisane imieniem? No nic. Rozumiem, że jest staroświecka, SMS nie obsłuży i takie tam, że ona dzwoni, a ja nie dzwonię, ale to nie ma znaczenia, jak jest chemia. A chemii nie było, więc? No nic. Kartkę wyślę.
I kamol z serca, że nie jestem jeszcze alzheimerowcem.
Belgię przeżywam. Nie mogę tego ot tak, z głowy wyrzucić, chodziło za mną i dręczyło, więc żeby się zrelaksować, jednak umyłam te cholerne okna i dzięki temu mam kolejną rzecz z głowy. Ray Charles pomógł.
Jeżeli nie mam na coś wpływu, to zamartwianie się jest bezcelowe, tylko się nakręcam.
I zagwozdka ze świętami. Bardzo lubię Kierownika Budowy i jestem mu wdzięczna za zaproszenie, ale też mnie to wszystko przeraziło. On ma warunki, jakie ma, jeden pokój i małe dziecko, do tego zaprasza teściów. Ja z kolei umówiłam się już z Inżynierem, tradycyjnie, na Skype, na świąteczne śniadanko. I biedna Żona Kierownika, miotająca się między kuchnią a dzieckiem. Pomogłabym, ale kuchnię mają dokładnie jak moja, że jedna osoba w niej to tłum. I stół maleńki. Na szczęście zwyciężyła koncepcja, że zjedzą śniadanie u siebie z teściami, potem wleci po mnie. Ufff... Wino mam, dokupię coś dla Małej i spoko. Organizując zaś śniadanie u mnie to ja bym się utyrała, jak koń podczas westernu i nie pogadała z Inżynierem. No i te tony jedzenia, tradycyjnego, a ja mam zero tradycyjnych potraw, nie licząc jajeczek :D
Wiem, wiem, z jednej strony tak źle, jak człowiek sam, z drugiej też niedobrze :)
Gadrełko mnie boli, ale tak to jest, jak się okna w zimnie myje :P Ale nic to, Kochany Pamiętniczku, herbatka z imbirem i cytryną oraz miodem umarlaka na nogi postawi.
Będzie dobrze, musi być...
poniedziałek, 21 marca 2016
Bolało
jak zwlekałam zwłoki z łóżka, ale głupia cipa zamówiłam u kolegi ser i musiałam poleźć do pracy odebrać. Wprawdzie deklarował, że jak coś, to podleci i poda, ale sama perspektywa czekania na kogoś znów mnie przerosła, więc wolałam sama polecieć do pracy.
Nawet się nie zdziwili, że już jestem :) Przekonani, że ja do roboty :)
A ja serki wzięłam, życzenia pożyczyłam i spadłam, po drodze włażąc do Carrefoura.
I na blaszkę maciupką się natknęłam, w sam raz do babeczki.
Niedrogo.
I kupiłam, głupia cipa.
W domu ciasto ukręciłam i właśnie w piekarniku siedzi po bokach spalone na węgiel, a w środku zakalec na palec.
A kij z tym, dwa jajka w plecy, a cukier mam jeszcze z czasów kartkowych.
Przeżyję.
I zapisujemy w kajeciku: ciasta są w cukierniach i w Faworze.
Kiedyś, dawno, dawno temu, tak dawno, że to już nieprawda, piekłam co dzień.
I wychodziło mi to nieźle, za drzwi musiałam wyrzucać hołotę, która żebrała o wylizywanko. O wylizanie gałki. Mąż zawsze gałkę wylizywał, wyrzucając chłopaków i tłumacząc im, że nie mogą gałki lizać, bo będą mieli łyse żony. On tak z premedytacją lizał, teraz to wiem. Sam ma bujną czuprynę, pięknie siwą, a ja łysa i myszowata!
Drań!
Obrzydliwa larwa i szczeżuja...
Potem, w którymś momencie żadne ciasta mi się nie udawały, nie wiem, czy to wina pieca, że się zestarzał, czy urok jakiś, czy sraczka.
Od lat miewam zrywy, i niestety - zakalec albo inna klęska żywiołowa.
Zatem w foremkach będziemy zapiekać, a ciasta będziemy kupować.
Trochę się zaoszczędzi, co nie? :)
Okna wciąż kwitną. ale trudno, siłą do pracy zmuszła się nie będę. Przy brudnych będą takie same święta, jak przy idealnie czystych.
Przechodziłam koło mojego starego kościoła i odezwał się we mnie duch przekory. Nie chodzę do kościoła od lat, od lat tylko do święconki idę. W tym roku założyłam, że ją zignoruję (Baran na przykład u siebie w domu nigdy nie miał święconki i żyje), bo... Nie po drodze mi z nową parafią, a koperta na daninę diecezjalną w skrzynce to dla mnie szczyt chamstwa.
No i wlazłam do przedsionka i ogłoszenia parafialne czytając o mało rzewnie nie zapłakałam. Bo... koperty na daninę diecezjalną wciąż leżą pod chórem i nikt nie wtyka ich do skrzynek.
Więc sobie rzekłam, że pod prąd, pójdę do starego kościoła. Pod prąd, bo całe osiedle chodzi grzecznie do nowego. Ale tylko gówno płynie z prądem. I kto Starej Jędzy zabroni chodzić gdzie chce? Kościół to kościół. I tym pięknym sposobem rabanek mój będzie poświęcony, jak trzeba. Ha, tako i uczynię.
Czeka mnie jeszcze wyprawa do P&P, bo nigdzie w okolicy nie ma irlandzkiego masła. Tzn. w jednym sklepie jest, ale ich pogięło, bo po 9 zł kostka. Opłaci mi się wydać na bilet i jechać do P&P. Ciasta nie piekę, mam już zamówione w Faworze, wafle dziś kupiłam, mam masę kajmakową, dawno nie jadłam wafli. To zamiast mazurka, mazurki są przereklamowane i twarde :p
I tort daquoise, o ile dostanę, to kupię, bo na daquoise nie przyjmowali zapisów. Ale szaleć nie będę, jak nie dostanę.
Mam masę dobrych seriali i filmów. Właśnie przerabiam Maggie Smith, ona jest jedyna i niedopodrobienia. Kocham ją i uwielbiam.
Mam voucher do kina i jakby mi się udało dostać na Damę w vanie, byłoby super. Zobaczymy.
Narzeczona Inżyniera zdała część teoretyczną egzaminu na prawo jazdy. Będę umierała ze strachu, bo teraz ona będzie prowadziła samochód.
No nic, to racja, jeżeli nie mam na coś wpływu to na nic nie zda się zamartwianie. A na to akurat nie mam wpływu, bo taki mają plan...
I tak, Kochany Pamiętniczku, w następnym życiu wyskrobiemy potomstwo, a kupimy sobie kotka albo pieska.
Mam nadzieję, że wtedy będzie mniej zmartwień... :)
Nawet się nie zdziwili, że już jestem :) Przekonani, że ja do roboty :)
A ja serki wzięłam, życzenia pożyczyłam i spadłam, po drodze włażąc do Carrefoura.
I na blaszkę maciupką się natknęłam, w sam raz do babeczki.
Niedrogo.
I kupiłam, głupia cipa.
W domu ciasto ukręciłam i właśnie w piekarniku siedzi po bokach spalone na węgiel, a w środku zakalec na palec.
A kij z tym, dwa jajka w plecy, a cukier mam jeszcze z czasów kartkowych.
Przeżyję.
I zapisujemy w kajeciku: ciasta są w cukierniach i w Faworze.
Kiedyś, dawno, dawno temu, tak dawno, że to już nieprawda, piekłam co dzień.
I wychodziło mi to nieźle, za drzwi musiałam wyrzucać hołotę, która żebrała o wylizywanko. O wylizanie gałki. Mąż zawsze gałkę wylizywał, wyrzucając chłopaków i tłumacząc im, że nie mogą gałki lizać, bo będą mieli łyse żony. On tak z premedytacją lizał, teraz to wiem. Sam ma bujną czuprynę, pięknie siwą, a ja łysa i myszowata!
Drań!
Obrzydliwa larwa i szczeżuja...
Potem, w którymś momencie żadne ciasta mi się nie udawały, nie wiem, czy to wina pieca, że się zestarzał, czy urok jakiś, czy sraczka.
Od lat miewam zrywy, i niestety - zakalec albo inna klęska żywiołowa.
Zatem w foremkach będziemy zapiekać, a ciasta będziemy kupować.
Trochę się zaoszczędzi, co nie? :)
Okna wciąż kwitną. ale trudno, siłą do pracy zmuszła się nie będę. Przy brudnych będą takie same święta, jak przy idealnie czystych.
Przechodziłam koło mojego starego kościoła i odezwał się we mnie duch przekory. Nie chodzę do kościoła od lat, od lat tylko do święconki idę. W tym roku założyłam, że ją zignoruję (Baran na przykład u siebie w domu nigdy nie miał święconki i żyje), bo... Nie po drodze mi z nową parafią, a koperta na daninę diecezjalną w skrzynce to dla mnie szczyt chamstwa.
No i wlazłam do przedsionka i ogłoszenia parafialne czytając o mało rzewnie nie zapłakałam. Bo... koperty na daninę diecezjalną wciąż leżą pod chórem i nikt nie wtyka ich do skrzynek.
Więc sobie rzekłam, że pod prąd, pójdę do starego kościoła. Pod prąd, bo całe osiedle chodzi grzecznie do nowego. Ale tylko gówno płynie z prądem. I kto Starej Jędzy zabroni chodzić gdzie chce? Kościół to kościół. I tym pięknym sposobem rabanek mój będzie poświęcony, jak trzeba. Ha, tako i uczynię.
Czeka mnie jeszcze wyprawa do P&P, bo nigdzie w okolicy nie ma irlandzkiego masła. Tzn. w jednym sklepie jest, ale ich pogięło, bo po 9 zł kostka. Opłaci mi się wydać na bilet i jechać do P&P. Ciasta nie piekę, mam już zamówione w Faworze, wafle dziś kupiłam, mam masę kajmakową, dawno nie jadłam wafli. To zamiast mazurka, mazurki są przereklamowane i twarde :p
I tort daquoise, o ile dostanę, to kupię, bo na daquoise nie przyjmowali zapisów. Ale szaleć nie będę, jak nie dostanę.
Mam masę dobrych seriali i filmów. Właśnie przerabiam Maggie Smith, ona jest jedyna i niedopodrobienia. Kocham ją i uwielbiam.
Mam voucher do kina i jakby mi się udało dostać na Damę w vanie, byłoby super. Zobaczymy.
Narzeczona Inżyniera zdała część teoretyczną egzaminu na prawo jazdy. Będę umierała ze strachu, bo teraz ona będzie prowadziła samochód.
No nic, to racja, jeżeli nie mam na coś wpływu to na nic nie zda się zamartwianie. A na to akurat nie mam wpływu, bo taki mają plan...
I tak, Kochany Pamiętniczku, w następnym życiu wyskrobiemy potomstwo, a kupimy sobie kotka albo pieska.
Mam nadzieję, że wtedy będzie mniej zmartwień... :)
piątek, 18 marca 2016
Co dzień
rano patrzy na mnie z lustra coraz bardziej obca kobieta.
Strasznie szybko to idzie i nie wiem, dlaczego.
Co dzień mam mniej włosów, mimo że włosy mi nie wypadają jako takie, bo nie znajduję ich nigdzie, tak jak kiedyś.
Po prostu ich nie ma, znikają po cichu, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
Zastanawiam się, jak pójdę na ślub Inżyniera?
W peruce?
Nie umiem zaakceptować tej nowej, starej mnie.
Trudno.
Nie mam apetytu na życie.
Ani trochę.
Choć nic mi w nim nie brakuje, mam co jeść, dach nad głową, ulubione zabawki.
Zastanawiam się, co ze mną nie tak?
Bo że kierowniczkę proszą o złotówkę żule, to norma.
Kierowniczka nie nosi złotówek, ma kartę.
Ale w Galerii zaczepił mnie był młodzieniec. Hmmm. Za dużo powiedziane. Gimbaza. Siedzieli w grupie na korytarzu Galerii, gdzie wlazłam po kwiaty po pracy. Podszedł do mnie, ledwo mi do nosa sięgał. Takie chłopię w rurkach, z czapką z daszkiem nasuniętą na nos. I zdziwiony wielce, że nie rozumiem, co do mnie mówi. Tykał mnie. No ojaciepierdolę. Gówniarz, ile mógł mieć? Jakbym się mocno uparła, mógłby być moim wnukiem. Złotówkę chciał. Czego oczekiwał? Że wyciągnę portfel, z którym on zwieje? W naszej wsiowej galerii nie ma ochrony. Uśmiechnęłam się niewinnie i rzekłam (głupia cipa), że ja tylko kartę mam. A potem przez ramię patrzyłam, bo co szkodzi już w ciemności wyciągnąć mi kartę i wydobyć ze mnie PIN? A moje dzieci za 2,50 na godzinę pracowały, w czasach, gdy po 2,50 nie za bardzo opłacało się schylać. Niezłych dupków wychowałam, co nie?
Dziś po raz kolejny, tym razem na ulicy, zaczepił mnie facet w wieku moich chłopaków, długo i zawile mi tłumacząc, że potrzebuje pieniędzy i czy mogę mu pomóc.
Pieniądze miałam na samym dnie wózeczka, więc nie, nie pomogłam.
Czy ja, kurwa, wyglądam na Matkę Teresę?
A może wyglądam na ofiarę losu?
Nie wiem.
I znów, jak życie da, zwlokę rano z łóżka tę tłustą dupę, w korytarzu w lustrze, w drodze do łazienki zobaczę tę starą, łysą kobietę. bardziej łysą niż wczoraj...
Staram się.
Bratki posadziłam, chatę ogarnęłam, badyle poprzesadzałam, lodówkę umyłam, ale jaki to ma sens?
I na dole pięknie dynda zając od Dory :P
A jeden amarylis zrobił mi niespodziewajkę i kwitnie podwójnie. Nie pamiętam takiego...
Powinnam się cieszyć życiem, ale nie umiem.
Wstanę, spojrzę w lustrze na tę obcą babę i zapytam: po cholerę toto żyje?
I nie, że potrzebuję zapewnień, że jestem potrzebna.
Nie jestem.
I o tym wiem...
Strasznie szybko to idzie i nie wiem, dlaczego.
Co dzień mam mniej włosów, mimo że włosy mi nie wypadają jako takie, bo nie znajduję ich nigdzie, tak jak kiedyś.
Po prostu ich nie ma, znikają po cichu, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
Zastanawiam się, jak pójdę na ślub Inżyniera?
W peruce?
Nie umiem zaakceptować tej nowej, starej mnie.
Trudno.
Nie mam apetytu na życie.
Ani trochę.
Choć nic mi w nim nie brakuje, mam co jeść, dach nad głową, ulubione zabawki.
Zastanawiam się, co ze mną nie tak?
Bo że kierowniczkę proszą o złotówkę żule, to norma.
Kierowniczka nie nosi złotówek, ma kartę.
Ale w Galerii zaczepił mnie był młodzieniec. Hmmm. Za dużo powiedziane. Gimbaza. Siedzieli w grupie na korytarzu Galerii, gdzie wlazłam po kwiaty po pracy. Podszedł do mnie, ledwo mi do nosa sięgał. Takie chłopię w rurkach, z czapką z daszkiem nasuniętą na nos. I zdziwiony wielce, że nie rozumiem, co do mnie mówi. Tykał mnie. No ojaciepierdolę. Gówniarz, ile mógł mieć? Jakbym się mocno uparła, mógłby być moim wnukiem. Złotówkę chciał. Czego oczekiwał? Że wyciągnę portfel, z którym on zwieje? W naszej wsiowej galerii nie ma ochrony. Uśmiechnęłam się niewinnie i rzekłam (głupia cipa), że ja tylko kartę mam. A potem przez ramię patrzyłam, bo co szkodzi już w ciemności wyciągnąć mi kartę i wydobyć ze mnie PIN? A moje dzieci za 2,50 na godzinę pracowały, w czasach, gdy po 2,50 nie za bardzo opłacało się schylać. Niezłych dupków wychowałam, co nie?
Dziś po raz kolejny, tym razem na ulicy, zaczepił mnie facet w wieku moich chłopaków, długo i zawile mi tłumacząc, że potrzebuje pieniędzy i czy mogę mu pomóc.
Pieniądze miałam na samym dnie wózeczka, więc nie, nie pomogłam.
Czy ja, kurwa, wyglądam na Matkę Teresę?
A może wyglądam na ofiarę losu?
Nie wiem.
I znów, jak życie da, zwlokę rano z łóżka tę tłustą dupę, w korytarzu w lustrze, w drodze do łazienki zobaczę tę starą, łysą kobietę. bardziej łysą niż wczoraj...
Staram się.
Bratki posadziłam, chatę ogarnęłam, badyle poprzesadzałam, lodówkę umyłam, ale jaki to ma sens?
I na dole pięknie dynda zając od Dory :P
A jeden amarylis zrobił mi niespodziewajkę i kwitnie podwójnie. Nie pamiętam takiego...
Powinnam się cieszyć życiem, ale nie umiem.
Wstanę, spojrzę w lustrze na tę obcą babę i zapytam: po cholerę toto żyje?
I nie, że potrzebuję zapewnień, że jestem potrzebna.
Nie jestem.
I o tym wiem...
czwartek, 17 marca 2016
Rączka
mi się omsknęła, Kochany Pamiętniczku i się zamkło.
W sumie cud, że żyję, ale za to teraz pożyję, bo mam wolne do 4 kwietnia.
Miałabym dłużej, ale znów będzie akcja dziewczyny na traktory.
A tymczasem borem lasem jak na razie bratki cudnie co rano się do mnie uśmiechają, a i nowe cuda wianki rosną
A i na Manhattanie znów stoi Pan od Pomidorów i Badylków, więc polecę zobaczyć, co ma.
Będzie mi tylko trochę brakowało
Prawda, że pięknie w takiej scenerii wracać, choć niestety, powietrze nieświeże mocno jest i duszę się coraz bardziej... Ale będzie mi tych widoków brakowało...
Polecam. Na razie mam służbowy, ale łamię się i chyba kupię sobie do domu... Jest po prostu cudowny i waży 1,76 kg. Uczę się go na pamięć, a co? :) Każdy jakieś hobby ma. I zboczenie, of course...
Dziewczyna Inżyniera dziś odebrała. Im się podobają, a to najważniejsze. Dla mnie niczym się nie wyróżniają, ale na targach widziałam tyle, że ojapierdolę i dobrze, że nie musiałam kiedyś wybierać :P
I o kciuki proszę, przez co najmniej tydzień i dobre fluidy.
Potrzebne.
Bardzo...
A juterko zaczyna się orka. Balkon muszę ogarnąć, bo chlew się tam zrobił, badylki oczywiście, no i okna. Głośno o pomstę do nieba wołają.
A potem już będzie z górki :P
W sumie cud, że żyję, ale za to teraz pożyję, bo mam wolne do 4 kwietnia.
Miałabym dłużej, ale znów będzie akcja dziewczyny na traktory.
A tymczasem borem lasem jak na razie bratki cudnie co rano się do mnie uśmiechają, a i nowe cuda wianki rosną
A i na Manhattanie znów stoi Pan od Pomidorów i Badylków, więc polecę zobaczyć, co ma.
Będzie mi tylko trochę brakowało
Prawda, że pięknie w takiej scenerii wracać, choć niestety, powietrze nieświeże mocno jest i duszę się coraz bardziej... Ale będzie mi tych widoków brakowało...
Polecam. Na razie mam służbowy, ale łamię się i chyba kupię sobie do domu... Jest po prostu cudowny i waży 1,76 kg. Uczę się go na pamięć, a co? :) Każdy jakieś hobby ma. I zboczenie, of course...
Dziewczyna Inżyniera dziś odebrała. Im się podobają, a to najważniejsze. Dla mnie niczym się nie wyróżniają, ale na targach widziałam tyle, że ojapierdolę i dobrze, że nie musiałam kiedyś wybierać :P
I o kciuki proszę, przez co najmniej tydzień i dobre fluidy.
Potrzebne.
Bardzo...
A juterko zaczyna się orka. Balkon muszę ogarnąć, bo chlew się tam zrobił, badylki oczywiście, no i okna. Głośno o pomstę do nieba wołają.
A potem już będzie z górki :P
wtorek, 15 marca 2016
Byłam
tak zdesperowana po 12 godzinach pracy, że wsiadłam do zapchanego tramwaju, pełnego kibiców wracających z meczu Lecha. Od pierwszego wdechu powietrza upiłam się i rozdeptałam jakiemuś jegomościowi nogę, ale na szczęście wybaczył.
W życiu bym nie wsiadła, ale następny tramwaj miał jechać za 7 minut, a ja już nie mogłam.
Wiem, że jestem jedyna i niepowtarzalna i mam łeb na karku. To jedno, kurde, wiem.
Lubię siebie.
Lubię swoją pracę, aczkolwiek jej nienawidzę.
Życie :D
W życiu bym nie wsiadła, ale następny tramwaj miał jechać za 7 minut, a ja już nie mogłam.
Wiem, że jestem jedyna i niepowtarzalna i mam łeb na karku. To jedno, kurde, wiem.
Lubię siebie.
Lubię swoją pracę, aczkolwiek jej nienawidzę.
Życie :D
poniedziałek, 14 marca 2016
Wykończy
mnie ta praca, na bank.
Może nie zaraz, ale wykończy.
Wszyscy wiedzą lepiej, tłumaczę jak krowie na rowie, i taaakie oczy: naprawdę, a skąd pani wie?? Bo się, kurwa, w szkole uczyłam.
No nic, to małe miki.
Gorzej, jak ci, co nic nie piszą, swojej roboty nie robią, a mnie poprawiają.
Ja się, kurwa, do ich działki nie mieszam, bo się nie znam, więc tylko zaznaczam na czerwono, że można to poprawić.
I rybka mi, czy poprawią, czy nie, czerwono na białym mam jak coś: poprawić, bo źle.
Bo ja się, kurwa, uczyłam, księgi mądre studiowałam po godzinach i wiem.
I nie dlatego, że pani Hani czy innej osobistości coś się widzi albo nie, po prostu jest źle i już.
Amen.
Oddychamy głęboko, dopijamy piwo i spadamy spać.
W alkoholizm wpadnę przez tę robotę.
Ale nic to.
Poszłam do Bossa i rąbię prosto z mostu, że w maju mam ślub i niestety, nie będę zamykała naszego kochanego pisemka.
A Bossowi ponure oblicze się rozjaśniło i rzecze grzecznie: gratuluję.
A ja na to: dziękuję, ale nie mi się należą gratulacje, tylko synowi.
Mina mu nieco zrzedła. Pomyślał sobie pewno: o, Stara Jędza się wydaje za angielskiego lorda i będę ją miał z głowy, a tu dupa...
Ale odrzekł, że trudno, dwa dni (hahahaha, jebane dwa dni, kiedy wszyscy latają z obłędem w oczach, często po godzinach) urlopu da mi, lekką ręką. Niech znam pana. Dygnęłam, podziękowalam i spieprzyłam w podskokach.
Poinformowałam resztę zajmującą się końcówką, reszta zanotowała w notatniku, więc jak coś mam czarno na białym, że w maju ostatnie dwa dni korektorki nie będzie.
Teraz mogą mnie w dupę pocałować.
Coś się nie ta dupa dziś przyczepiła, jak pijany płotu.
A na płocie, blisko miejsca, gdzie niedawno cyckonosz zwisał, wisiały dziś czerwone stringi.
Rano i wieczorem, jak spadałam z pracy....
To wjazd na mój pracowy parking. Z jednej strony chodnik, po którym drepcę, z drugiej ugór - sralnia dla psów z okolicy, jak wracam, ciągną na nią pielgrzymki. Więc gdzie tam miejsce na seks? Zwłaszcza wtedy, gdy znalazłam cyckonosz - zimno, jesień. A teraz nie ma sposobu, żeby gacie zgubić, jak nie portki to rajstopy chronią. Wyobraźnia mi pracuje w sensie, że warunków nie ma. Więc może jakieś UFO?
I ty optymistycznym akcentem, Kochany Pamiętniczku, kończę dzisiejszą notkę.
Aby do czwartku, potem będzie z górki. Mycie okienek i takie tam inne, szalone, seksowne rozrywki...
Tfuj, znów mi się dupa przyplątała :P
Może nie zaraz, ale wykończy.
Wszyscy wiedzą lepiej, tłumaczę jak krowie na rowie, i taaakie oczy: naprawdę, a skąd pani wie?? Bo się, kurwa, w szkole uczyłam.
No nic, to małe miki.
Gorzej, jak ci, co nic nie piszą, swojej roboty nie robią, a mnie poprawiają.
Ja się, kurwa, do ich działki nie mieszam, bo się nie znam, więc tylko zaznaczam na czerwono, że można to poprawić.
I rybka mi, czy poprawią, czy nie, czerwono na białym mam jak coś: poprawić, bo źle.
Bo ja się, kurwa, uczyłam, księgi mądre studiowałam po godzinach i wiem.
I nie dlatego, że pani Hani czy innej osobistości coś się widzi albo nie, po prostu jest źle i już.
Amen.
Oddychamy głęboko, dopijamy piwo i spadamy spać.
W alkoholizm wpadnę przez tę robotę.
Ale nic to.
Poszłam do Bossa i rąbię prosto z mostu, że w maju mam ślub i niestety, nie będę zamykała naszego kochanego pisemka.
A Bossowi ponure oblicze się rozjaśniło i rzecze grzecznie: gratuluję.
A ja na to: dziękuję, ale nie mi się należą gratulacje, tylko synowi.
Mina mu nieco zrzedła. Pomyślał sobie pewno: o, Stara Jędza się wydaje za angielskiego lorda i będę ją miał z głowy, a tu dupa...
Ale odrzekł, że trudno, dwa dni (hahahaha, jebane dwa dni, kiedy wszyscy latają z obłędem w oczach, często po godzinach) urlopu da mi, lekką ręką. Niech znam pana. Dygnęłam, podziękowalam i spieprzyłam w podskokach.
Poinformowałam resztę zajmującą się końcówką, reszta zanotowała w notatniku, więc jak coś mam czarno na białym, że w maju ostatnie dwa dni korektorki nie będzie.
Teraz mogą mnie w dupę pocałować.
Coś się nie ta dupa dziś przyczepiła, jak pijany płotu.
A na płocie, blisko miejsca, gdzie niedawno cyckonosz zwisał, wisiały dziś czerwone stringi.
Rano i wieczorem, jak spadałam z pracy....
To wjazd na mój pracowy parking. Z jednej strony chodnik, po którym drepcę, z drugiej ugór - sralnia dla psów z okolicy, jak wracam, ciągną na nią pielgrzymki. Więc gdzie tam miejsce na seks? Zwłaszcza wtedy, gdy znalazłam cyckonosz - zimno, jesień. A teraz nie ma sposobu, żeby gacie zgubić, jak nie portki to rajstopy chronią. Wyobraźnia mi pracuje w sensie, że warunków nie ma. Więc może jakieś UFO?
I ty optymistycznym akcentem, Kochany Pamiętniczku, kończę dzisiejszą notkę.
Aby do czwartku, potem będzie z górki. Mycie okienek i takie tam inne, szalone, seksowne rozrywki...
Tfuj, znów mi się dupa przyplątała :P
sobota, 12 marca 2016
Dzień Lenia
trwa.
Bez końca :)
Jest cudnie :)
Dostałam w prezencie :) Piękne, nieprawdaż? Teraz moje życiowe i blogowe hasło mam cały dzień przed oczyma...
Miłego weekendu :)
Bez końca :)
Jest cudnie :)
Dostałam w prezencie :) Piękne, nieprawdaż? Teraz moje życiowe i blogowe hasło mam cały dzień przed oczyma...
Miłego weekendu :)
piątek, 11 marca 2016
Znowu
miałam rację, mówiąc "nie", Kochany Pamiętniczku, ale po kolei.
Pojechali na tę imprezę, ale nie narzekam, miałam co robić, pracowałam z zaparciem cały czas. I aczkolwiek wyszłam wcześniej, niż ustawa przewiduje, to li i jedynie dlatego, że nie było już nic do roboty, a wiadomo, że z imprezy mi nie doślą.
Zmęczona byłam jak koń po westernie, więc stwierdziłam, że skoro Kierownik Budowy tak zachwalał, to co mi szkodzi zjeść raz obiad z baru? Okazało się, że można wziąć na wynos, więc zadowolona, że nie będę musiała wygrzebywać się z ciuchów, a i rąk nie ma tam gdzie umyć, a ja z dworu i po zakupach, a do domu mam rzut beretem, więc kupiłam zupę rybną, zmieniaczki zapiekane, rybę i surówkę z marchwi. Wyglądało apetycznie. Zupa hmm, zjadliwa, ale dupy nie urwało. Za to danie porażka. Słone jak cholera i sypane wszystkim, co sypią w placówkach żywienia zbiorowego. Połowę wyrzuciłam i mówię: nigdy więcej. Piszę to KB, a on, że dziś byli na obiedzie i zachwyceni są. Super, że im smakuje, ale osobiście wolę sobie jajecznicę usmażyć na masełku, jak jeszcze raz takie coś jeść. Teraz pika mnie na przemian trzustka i wątroba, ojapierdolę i wciąż czuję smak barowy :P
A nie mówiłam sobie, nie żryj głupia, ugotuj pyry, ser masz.
Nie słuchała myszka mamy...
Kierownikowej się nie dziwię, jeżeli może zjeść nie gotując, a za gotowaniem nie szaleje, a i dziecko ma na karku, to smakuje. Chociaż sama gotuje wyśmienicie, wiem, bom u nich jadła.
Nie moja broszka.
W każdym razie w drugim barze nawet nie spróbuję, bo co może być w daniu obiadowym od 5 zł?
U rzeźnika byłam, mam dwie ligawy, wolny weekend, pogotujemy i pojemy.
A potem jeszcze 4 dni pracy i znów wolność :D To lubię.
Kolekcja badyli wzbogaciła się dziś o fikusa.
Kiedyś, once upon a time, z sadzonki od Cioci wyhodowałam fikusa tak wielkiego, że się w dużym pokoju nie mieścił. Wystawiliśmy go z wielkim trudem na korytarz, chciałam go dać do kościoła, ale nie było czym go zawieźć. I tak stał i czekał na okazję, aż ktoś wziął i go ukradł. Nie wiem jak sobie z nim poradził, ale ukradli. Potem dowiedziałam się, że taki duży okaz można sprzedać nawet za kilkaset złotych do teatru czy gdzieś, gdzie są duże pomieszczenia. Zobaczymy, czy ten mnie też polubi :) Coraz mniej miejsca mam w mieszkaniu przez te badyle. Jak one się rozpychają :P Skandal :)
Pojechali na tę imprezę, ale nie narzekam, miałam co robić, pracowałam z zaparciem cały czas. I aczkolwiek wyszłam wcześniej, niż ustawa przewiduje, to li i jedynie dlatego, że nie było już nic do roboty, a wiadomo, że z imprezy mi nie doślą.
Zmęczona byłam jak koń po westernie, więc stwierdziłam, że skoro Kierownik Budowy tak zachwalał, to co mi szkodzi zjeść raz obiad z baru? Okazało się, że można wziąć na wynos, więc zadowolona, że nie będę musiała wygrzebywać się z ciuchów, a i rąk nie ma tam gdzie umyć, a ja z dworu i po zakupach, a do domu mam rzut beretem, więc kupiłam zupę rybną, zmieniaczki zapiekane, rybę i surówkę z marchwi. Wyglądało apetycznie. Zupa hmm, zjadliwa, ale dupy nie urwało. Za to danie porażka. Słone jak cholera i sypane wszystkim, co sypią w placówkach żywienia zbiorowego. Połowę wyrzuciłam i mówię: nigdy więcej. Piszę to KB, a on, że dziś byli na obiedzie i zachwyceni są. Super, że im smakuje, ale osobiście wolę sobie jajecznicę usmażyć na masełku, jak jeszcze raz takie coś jeść. Teraz pika mnie na przemian trzustka i wątroba, ojapierdolę i wciąż czuję smak barowy :P
A nie mówiłam sobie, nie żryj głupia, ugotuj pyry, ser masz.
Nie słuchała myszka mamy...
Kierownikowej się nie dziwię, jeżeli może zjeść nie gotując, a za gotowaniem nie szaleje, a i dziecko ma na karku, to smakuje. Chociaż sama gotuje wyśmienicie, wiem, bom u nich jadła.
Nie moja broszka.
W każdym razie w drugim barze nawet nie spróbuję, bo co może być w daniu obiadowym od 5 zł?
U rzeźnika byłam, mam dwie ligawy, wolny weekend, pogotujemy i pojemy.
A potem jeszcze 4 dni pracy i znów wolność :D To lubię.
Kolekcja badyli wzbogaciła się dziś o fikusa.
Kiedyś, once upon a time, z sadzonki od Cioci wyhodowałam fikusa tak wielkiego, że się w dużym pokoju nie mieścił. Wystawiliśmy go z wielkim trudem na korytarz, chciałam go dać do kościoła, ale nie było czym go zawieźć. I tak stał i czekał na okazję, aż ktoś wziął i go ukradł. Nie wiem jak sobie z nim poradził, ale ukradli. Potem dowiedziałam się, że taki duży okaz można sprzedać nawet za kilkaset złotych do teatru czy gdzieś, gdzie są duże pomieszczenia. Zobaczymy, czy ten mnie też polubi :) Coraz mniej miejsca mam w mieszkaniu przez te badyle. Jak one się rozpychają :P Skandal :)
czwartek, 10 marca 2016
Atmosfera
przedburzowa. Kolejna odsłona całego życia z wariatami przede mną. Prawie nic nie jest zrobione, a jutro rano jadą na imprezę zakładową. Więc wszyscy podnieceni, najarani, co zjedzą, co wypiją, kto się nawali i inne takie tam. Ojapierdolę. I do tego spanie w wieloosobowym pokoju z napitymi gośćmi, nie ja dziękuję pięknie, postoję. Nie że nie lubię pić. Lubię, i to aż za bardzo, ale własne łóżko jest w tym momencie bezcenne. Jeszcze żebym miała współlokatora kogoś bliskiego, to pikuś, ale nie wiadomo kogo? Nie, dziękuję. Idę jutro do pracy, co zostawią, ogarnę, z warzywek trochę będzie. I wyjdę do domu, a jak będę miała ochotę, to sobie alkohol kupię. Kto bogatemu zabroni?
No ba, bogatemu. Nie wiem, jak sobie to wykalkulowałam, ale zamiast 200 zł dodatku do emerytury dostałam ostatecznie... 50 :) Jakoś dobra zmiana przyszła i się na tyle załapałam. Znaczy się, burżuj ze mnie całą gębą. Liczyłam na tę kasę, ale oj tam, oj tam, przeżyję. Ku chwale Ojczyzny. Bo muszę żyć dłużej jak te 255 miesięcy, na które mi kapitał wyliczyli :P O co, jak się nie ma po co żyć, żyje się na złość. I tyż piknie.
Samej podwyżki pewno będzie jakieś 2,50 brutto, nie dostałam jeszcze pisma. Na VIPa w Biedronce starczy. VIPa jeszcze nigdy nie piłam, choć koledzy w pracy ostrzegają, żeby tego nie ruszać, bo dopał jest.
Szłam, a w głowie kołatały mi się bratki. Rano widziałam piękne, ale po południu były już smętne resztki i szkoda mi było 2,50 na doniczkę. W kolejnej kwiaciarni też dupa, ale u ogrodnika cuda wianki. Po 2 zł.
Drobnych starczyło mi na 9 doniczek i dobrze, bobym wszystkie wykupiła.
I tadam
Ziemniaczki wstawiłam i akurat tyle czasu, ile się gotowały, zajęło mi sadzenie moich ślicznotek i tadam
Zdjęcie słabe, bo już szarzało, ale mam je, mam :) Tralalalalala.
I pirat ożył. Com się wczoraj namartwiła piratem, ale jest, wrócił, choć Inżynier mówił, że co on może :)
Tak więc nieważne, ile jest na koncie, ząbki zdrowe, do pracy jeszcze tylko 5 dni, a rankiem zza szyb będą witały mnie znów kwiaty.
Czegóż więcej trzeba, oprócz zdrowia? :)
Patrząc na kwiaty zapominam, jak bardzo posrana jest rzeczywistość. Trybunał Konstytucyjny, łamanie prawa, buńczuczne i ohydne, jakże sprzeczne z dekalogiem wypowiedzi obecnych elyt. Przy całej pokrętności poprzednich ekip, zachowywały pozory normalności.
A teraz do głosu dochodzi faszyzm.
Boję się.
I cieszę się, że moje dzieci są daleko. Jak coś, niech nie przyjeżdżają.
Nie będę im więcej mówiła o miłości Ojczyzny, bo to już nie jest moja Ojczyzna, to jakieś szambo.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, Kochany Pamiętniczku.
PS Włóczędzy, powsinogi jedne, wróciły. Całe i zdrowe. I dobrze :) Cieszę się :)
No ba, bogatemu. Nie wiem, jak sobie to wykalkulowałam, ale zamiast 200 zł dodatku do emerytury dostałam ostatecznie... 50 :) Jakoś dobra zmiana przyszła i się na tyle załapałam. Znaczy się, burżuj ze mnie całą gębą. Liczyłam na tę kasę, ale oj tam, oj tam, przeżyję. Ku chwale Ojczyzny. Bo muszę żyć dłużej jak te 255 miesięcy, na które mi kapitał wyliczyli :P O co, jak się nie ma po co żyć, żyje się na złość. I tyż piknie.
Samej podwyżki pewno będzie jakieś 2,50 brutto, nie dostałam jeszcze pisma. Na VIPa w Biedronce starczy. VIPa jeszcze nigdy nie piłam, choć koledzy w pracy ostrzegają, żeby tego nie ruszać, bo dopał jest.
Szłam, a w głowie kołatały mi się bratki. Rano widziałam piękne, ale po południu były już smętne resztki i szkoda mi było 2,50 na doniczkę. W kolejnej kwiaciarni też dupa, ale u ogrodnika cuda wianki. Po 2 zł.
Drobnych starczyło mi na 9 doniczek i dobrze, bobym wszystkie wykupiła.
I tadam
Ziemniaczki wstawiłam i akurat tyle czasu, ile się gotowały, zajęło mi sadzenie moich ślicznotek i tadam
Zdjęcie słabe, bo już szarzało, ale mam je, mam :) Tralalalalala.
I pirat ożył. Com się wczoraj namartwiła piratem, ale jest, wrócił, choć Inżynier mówił, że co on może :)
Tak więc nieważne, ile jest na koncie, ząbki zdrowe, do pracy jeszcze tylko 5 dni, a rankiem zza szyb będą witały mnie znów kwiaty.
Czegóż więcej trzeba, oprócz zdrowia? :)
Patrząc na kwiaty zapominam, jak bardzo posrana jest rzeczywistość. Trybunał Konstytucyjny, łamanie prawa, buńczuczne i ohydne, jakże sprzeczne z dekalogiem wypowiedzi obecnych elyt. Przy całej pokrętności poprzednich ekip, zachowywały pozory normalności.
A teraz do głosu dochodzi faszyzm.
Boję się.
I cieszę się, że moje dzieci są daleko. Jak coś, niech nie przyjeżdżają.
Nie będę im więcej mówiła o miłości Ojczyzny, bo to już nie jest moja Ojczyzna, to jakieś szambo.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, Kochany Pamiętniczku.
PS Włóczędzy, powsinogi jedne, wróciły. Całe i zdrowe. I dobrze :) Cieszę się :)
środa, 9 marca 2016
Teściowa
uczyła mnie, żeby nie kupować nic w poniedziałek, bo cały tydzień będą wydatki. I miała rację. Przypiliło mnie w poniedziałek z tą pościelą, jakbym PMS miała...
We wtorek też zanabyłam pościel i dobrze, że wracając wypłaciłam kasę, bo w domu czekał emilek, że kurier jutro wpadnie od 8 do 11. Do pracki. Więc gwatu rety, bo ja na 9. Nie wiedziałam, że dziewczyna na portierni ma na wyłożenie, że dla niej taka kasa to drobiazg. Więc rano poleciałam na tę 8. Kurier oczywiście przyjechał - tralalalala- o 12. I dobrze, że do pracy zamówiłam, bo w domu bym się wściekała, że niepunktualny jest i myślała, że może dzwonek przegapiłam. Odtąd będę zamawiała do pracy, mankamentem jest, że muszę to potem do domu dowlec.
Ale podoba mi się, choć koleżance nie i mocno krytykowała, że szara, że nieładna. Kij jej w oko, ja w niej będę spala, nie ona :P
O :)
A wieczorem okazało się (wczoraj) podczas mycia zębów, że poszła mi plomba. Ojapierdolę, spanikowałam i piszę SMS do mojej dentystki. Późno, ale SMS nie telefon... Rano znajduję odpowiedź, że mnie przyjmie o 19, a już oczami wyobraźni widzialam, jak zasuwam do HELPU, gdzie grzebie mi w buźce jakiś obcy znajda :) Więc dzień na miękkim, żeby ząb do reszty nie poszedł.
W międzyczasie odzywa się Kierownik Budowy, polecając dwudaniowe obiady w Galerii za 9,90. Odpisuję, że nie, że dziękuję, że mi nie odpowiada. To na galeryjnym korytarzu taki bar, w sumie jakieś tam szybki są, ale wystawione to wszystko na korytarz, po którym chodzą tabuny kaszlących, smarkających, ziejących, wiec nie, dziękuję. Drąży dalej. Jest uparty. Mówię, że nie bo nie. Z jednej strony fanatyzm pod tytułem "odżywiamy się zdrowo", a z drugiej jedzenie byle czego, jak dla mnie. Nie mówię, od czasu do czasu, ale wolę swoje. Drąży dalej... Ojapierdolę.
Docieram do domu, a na progu ulotka:
To jeszcze bliżej niż do Galerii. Uwzięli się dzisiaj na mnie z tym tanim żarciem. Ceny OK, kiedyś na pewno skorzystam, ale na litość boską, serio wolę pyry z gziką, jak taki obiad.
Pewno, że ciężko gotować dla jednej osoby, ale mam czas i chęci.
A teraz o suchym pysku siedzę i piszę, żeby czas zabić.
Piiiiiiiiiiiiiićććććććććć :)
Ta, odezwała się pijaczka.
Pani doktor nie tylko zreperowała ładnie pęknięty ząbek, ale i od razu kamień zdjęła (chciałam to zrobić, jak zamknę gazetę, co mnie uradowało, bo nie cierpię czekać na wizytę, bo zawsze się godziny przesuwają, ale animrumram, bom sama wskoczyła w kolejkę znienacka, więc cichosza. Nie piłam przed wyjściem, bo nie wiedziałam ile będę na fotelu siedziała. A teraz mam dwie godziny niepicia, została mi jeszcze jedna. Jak nie mogę pić, to chce mi się pić najbardziej :P
I tak, Kochany Pamiętniczku, Teściowa miała rację.
Nie chcę już więcej niespodzianek, o chlebie i wodzie będę w następny poniedziałek siedziała, nie wydam ani złotówki :)
We wtorek też zanabyłam pościel i dobrze, że wracając wypłaciłam kasę, bo w domu czekał emilek, że kurier jutro wpadnie od 8 do 11. Do pracki. Więc gwatu rety, bo ja na 9. Nie wiedziałam, że dziewczyna na portierni ma na wyłożenie, że dla niej taka kasa to drobiazg. Więc rano poleciałam na tę 8. Kurier oczywiście przyjechał - tralalalala- o 12. I dobrze, że do pracy zamówiłam, bo w domu bym się wściekała, że niepunktualny jest i myślała, że może dzwonek przegapiłam. Odtąd będę zamawiała do pracy, mankamentem jest, że muszę to potem do domu dowlec.
Ale podoba mi się, choć koleżance nie i mocno krytykowała, że szara, że nieładna. Kij jej w oko, ja w niej będę spala, nie ona :P
O :)
A wieczorem okazało się (wczoraj) podczas mycia zębów, że poszła mi plomba. Ojapierdolę, spanikowałam i piszę SMS do mojej dentystki. Późno, ale SMS nie telefon... Rano znajduję odpowiedź, że mnie przyjmie o 19, a już oczami wyobraźni widzialam, jak zasuwam do HELPU, gdzie grzebie mi w buźce jakiś obcy znajda :) Więc dzień na miękkim, żeby ząb do reszty nie poszedł.
W międzyczasie odzywa się Kierownik Budowy, polecając dwudaniowe obiady w Galerii za 9,90. Odpisuję, że nie, że dziękuję, że mi nie odpowiada. To na galeryjnym korytarzu taki bar, w sumie jakieś tam szybki są, ale wystawione to wszystko na korytarz, po którym chodzą tabuny kaszlących, smarkających, ziejących, wiec nie, dziękuję. Drąży dalej. Jest uparty. Mówię, że nie bo nie. Z jednej strony fanatyzm pod tytułem "odżywiamy się zdrowo", a z drugiej jedzenie byle czego, jak dla mnie. Nie mówię, od czasu do czasu, ale wolę swoje. Drąży dalej... Ojapierdolę.
Docieram do domu, a na progu ulotka:
To jeszcze bliżej niż do Galerii. Uwzięli się dzisiaj na mnie z tym tanim żarciem. Ceny OK, kiedyś na pewno skorzystam, ale na litość boską, serio wolę pyry z gziką, jak taki obiad.
Pewno, że ciężko gotować dla jednej osoby, ale mam czas i chęci.
A teraz o suchym pysku siedzę i piszę, żeby czas zabić.
Piiiiiiiiiiiiiićććććććććć :)
Ta, odezwała się pijaczka.
Pani doktor nie tylko zreperowała ładnie pęknięty ząbek, ale i od razu kamień zdjęła (chciałam to zrobić, jak zamknę gazetę, co mnie uradowało, bo nie cierpię czekać na wizytę, bo zawsze się godziny przesuwają, ale animrumram, bom sama wskoczyła w kolejkę znienacka, więc cichosza. Nie piłam przed wyjściem, bo nie wiedziałam ile będę na fotelu siedziała. A teraz mam dwie godziny niepicia, została mi jeszcze jedna. Jak nie mogę pić, to chce mi się pić najbardziej :P
I tak, Kochany Pamiętniczku, Teściowa miała rację.
Nie chcę już więcej niespodzianek, o chlebie i wodzie będę w następny poniedziałek siedziała, nie wydam ani złotówki :)
wtorek, 8 marca 2016
Dzień
jak co dzień.
Jadę do pracy. Wszędzie kubły z badylami.
Węzeł przesiadkowy. Kamienica narożna. Morze tulipanów i dwoje żuli. Piescichłopy po 2 zł za sztukę. Biznes się kręci, ale słabo.
Za węgłem kubełków parę i kolejne żule. 3 zł za sztukę. Zero interesu. wolny rynek.
Życzenia od Inżyniera.
Od Gorzkiego (long story, prehistoria, może kiedyś opowiem. Początki Internetu, rok 2000, epoka czatów. Oj, to jak w pysk strzelił 16. rok znajomości, choć nigdy się realnie nie spotkaliśmy i chyba nigdy nie spotkamy. Ale życie nauczyło mnie, żeby nigdy nie mówić nigdy, więc kto wie? Gość w wieku moich chłopców. Porąbana jestem, bo więcej mam takich znajomości, jak rówieśników. No cóż, tak wyszło).
A potem z górki na pazurki.
Pieścichłop od Bossa, tradycyjnie.
I zaproszenie na słodkie o 14. Nie poszłabym, ale... trafiła się robótka i siedziałam (hahahaha, siedzieć powinnam do 17, ale ciiiiicho), w międzyczasie wpadł Prezes z różyczką, mam farta, bo akurat zamiast Angry Birdsów leciałam w Wordzie, bo się trafiło, jak ślepej kurze ziarno, więc wie, że ma korektorkę pracującą z zaparciem (wszedł na palcach, nie słyszałam, jak pracuję, mam wyłączoną opcję słuchu i zaporę z badyli, naprawdę zaporową, więc nie kontaktuję, jak ktoś mi staje za plecami, nawet jak mam aparaty).
Ciasto mlask, dawno nie jadłam rożków, więc sobie nie pożałowałam, ale kawa podniosła mi ciśnienie gorzej jak alkohol.
I na drogę cnoty mnie sprowadzili, bo... vouchery do kina dostałyśmy.
Po raz pierwszy od kilku lat pójdę do kina, jak ustawa przewiduje. Nieważne, że sama, ale na legalu :)
Ojapierdolę :p
I pościel zanabyłam w necie, bo stara, po 30 latach bez mała się wydarła, ukradkiem i znienacka, co stwierdziłam po kolejnym praniu (już nigdy nie będę miała takiej pięknej, tęczowej pościeli. Dla mnie ma znaczenie, bo... long story, Z moim bratem nieboszczykiem. U mnie wszystkie rzeczy mają long story). Wczoraj zanabyłam sztukę jedną w sklepie, ale z bólem serca po wypraniu stwierdziłam, że jednak dupy nie urywa, ale oj tam, oj tam, raz na jakiś czas mogę za coś przepłacić, co nie? Bo przepłaciłam, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. I nieważne, że w poniedziałek i że cały tydzień będę kasę bez sensu wydawała. Trudno.
Więc mimo mojej niechęci do netowych zakupów, dziś nie oparłam się pokusie i w ten sposób do rządowych setek dokładanych z łaski wielkiej do emerytury dołożyłam stówę i zaszalałam. Będę miała Londyn i New York, co mnie niezmiernie bawi, bo oczami duszy widzę, jak kładę parę w osobnych miastach. Powinni się spotkać w Paryżu, ale Paryż niestety kosztował w sklepie prawie 300 zł, a taka bogata, żeby wydawać trzy stówy na jeden komplet pościeli to ja jeszcze nie jestem :)
Wprawdzie na Alledrogo były komplety z prześcieradłem za niecałe 40 zł, ale to albo z jakiegoś samochodu spadły, albo jak te komplety, com je na wyprzedaży kupiła po 20 zł i nie wytrzymały paru lat.
Mam jeszcze przedwojenne, nie do zdarcia pościele z prawdziwego płótna, ale nie ma siły, która mnie zmusi do wybielania, krochmalenia i naciągania oraz maglowania tego, tym bardziej, że magle w okolicy szlag trafił, a w pralni chcą jak za zboże.
Taniej wyjdzie co roku kupować nową pościel, jak dawać do pralni.
Tak więc do wspomnienia przechodzą wyprawy z wiklinowym koszem, z którym chodziliśmy do magla, pełnym ukrochmalonej, nakropionej i naciągniętej bielizny... (w przerwach między praniami, na specjalnym materacyku woziliśmy w nim nasze dziecki, na tylnym siedzeniu malucha. A Pierworodny kilka tygodni kiblował w rzeczonym koszu, nośmy łóżeczka jeszcze nie mieli. Łza się w oku kręci, jeszcze jakieś 15 lat temu kosz wisiał na ścianie w łazience, aż się ze starości rozpadł. Sic transit gloria mundi! A wracała taka, że ojapierdolę. Nie wiem nawet, czy dzieci to pamiętają, muszę przy okazji zapytać...I ten szelest świeżo wykrochmalonej pościeli, nawet ja, mimo głuchoty go pamiętam
Moje szwagierka ukrochmaliła swojej nowo narodzonej córci poduszkę, a teściowa na nią z pyskiem: weź, gacie sobie ukrochmal i noś cały dzień... To jedna z nielicznych chwil, kiedy miała absolutną rację :)
Kora wydarła się i wygląda, jak psu z gardła wyciągnięta, po latach jakichś... hmm... dwudziestu?
Od dawna mnie to wszystko wkurzało, dojrzewałam i spadłam.
Po kawce dokończyłam niedokończoną robotę i zlądowałam na memłonie chaupki, ciesząc się ciszą, spokojem i...
bawiąc zabawkami. To lubię :)
Jadę do pracy. Wszędzie kubły z badylami.
Węzeł przesiadkowy. Kamienica narożna. Morze tulipanów i dwoje żuli. Piescichłopy po 2 zł za sztukę. Biznes się kręci, ale słabo.
Za węgłem kubełków parę i kolejne żule. 3 zł za sztukę. Zero interesu. wolny rynek.
Życzenia od Inżyniera.
Od Gorzkiego (long story, prehistoria, może kiedyś opowiem. Początki Internetu, rok 2000, epoka czatów. Oj, to jak w pysk strzelił 16. rok znajomości, choć nigdy się realnie nie spotkaliśmy i chyba nigdy nie spotkamy. Ale życie nauczyło mnie, żeby nigdy nie mówić nigdy, więc kto wie? Gość w wieku moich chłopców. Porąbana jestem, bo więcej mam takich znajomości, jak rówieśników. No cóż, tak wyszło).
A potem z górki na pazurki.
Pieścichłop od Bossa, tradycyjnie.
I zaproszenie na słodkie o 14. Nie poszłabym, ale... trafiła się robótka i siedziałam (hahahaha, siedzieć powinnam do 17, ale ciiiiicho), w międzyczasie wpadł Prezes z różyczką, mam farta, bo akurat zamiast Angry Birdsów leciałam w Wordzie, bo się trafiło, jak ślepej kurze ziarno, więc wie, że ma korektorkę pracującą z zaparciem (wszedł na palcach, nie słyszałam, jak pracuję, mam wyłączoną opcję słuchu i zaporę z badyli, naprawdę zaporową, więc nie kontaktuję, jak ktoś mi staje za plecami, nawet jak mam aparaty).
Ciasto mlask, dawno nie jadłam rożków, więc sobie nie pożałowałam, ale kawa podniosła mi ciśnienie gorzej jak alkohol.
I na drogę cnoty mnie sprowadzili, bo... vouchery do kina dostałyśmy.
Po raz pierwszy od kilku lat pójdę do kina, jak ustawa przewiduje. Nieważne, że sama, ale na legalu :)
Ojapierdolę :p
I pościel zanabyłam w necie, bo stara, po 30 latach bez mała się wydarła, ukradkiem i znienacka, co stwierdziłam po kolejnym praniu (już nigdy nie będę miała takiej pięknej, tęczowej pościeli. Dla mnie ma znaczenie, bo... long story, Z moim bratem nieboszczykiem. U mnie wszystkie rzeczy mają long story). Wczoraj zanabyłam sztukę jedną w sklepie, ale z bólem serca po wypraniu stwierdziłam, że jednak dupy nie urywa, ale oj tam, oj tam, raz na jakiś czas mogę za coś przepłacić, co nie? Bo przepłaciłam, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. I nieważne, że w poniedziałek i że cały tydzień będę kasę bez sensu wydawała. Trudno.
Więc mimo mojej niechęci do netowych zakupów, dziś nie oparłam się pokusie i w ten sposób do rządowych setek dokładanych z łaski wielkiej do emerytury dołożyłam stówę i zaszalałam. Będę miała Londyn i New York, co mnie niezmiernie bawi, bo oczami duszy widzę, jak kładę parę w osobnych miastach. Powinni się spotkać w Paryżu, ale Paryż niestety kosztował w sklepie prawie 300 zł, a taka bogata, żeby wydawać trzy stówy na jeden komplet pościeli to ja jeszcze nie jestem :)
Wprawdzie na Alledrogo były komplety z prześcieradłem za niecałe 40 zł, ale to albo z jakiegoś samochodu spadły, albo jak te komplety, com je na wyprzedaży kupiła po 20 zł i nie wytrzymały paru lat.
Mam jeszcze przedwojenne, nie do zdarcia pościele z prawdziwego płótna, ale nie ma siły, która mnie zmusi do wybielania, krochmalenia i naciągania oraz maglowania tego, tym bardziej, że magle w okolicy szlag trafił, a w pralni chcą jak za zboże.
Taniej wyjdzie co roku kupować nową pościel, jak dawać do pralni.
Tak więc do wspomnienia przechodzą wyprawy z wiklinowym koszem, z którym chodziliśmy do magla, pełnym ukrochmalonej, nakropionej i naciągniętej bielizny... (w przerwach między praniami, na specjalnym materacyku woziliśmy w nim nasze dziecki, na tylnym siedzeniu malucha. A Pierworodny kilka tygodni kiblował w rzeczonym koszu, nośmy łóżeczka jeszcze nie mieli. Łza się w oku kręci, jeszcze jakieś 15 lat temu kosz wisiał na ścianie w łazience, aż się ze starości rozpadł. Sic transit gloria mundi! A wracała taka, że ojapierdolę. Nie wiem nawet, czy dzieci to pamiętają, muszę przy okazji zapytać...I ten szelest świeżo wykrochmalonej pościeli, nawet ja, mimo głuchoty go pamiętam
Moje szwagierka ukrochmaliła swojej nowo narodzonej córci poduszkę, a teściowa na nią z pyskiem: weź, gacie sobie ukrochmal i noś cały dzień... To jedna z nielicznych chwil, kiedy miała absolutną rację :)
Kora wydarła się i wygląda, jak psu z gardła wyciągnięta, po latach jakichś... hmm... dwudziestu?
Od dawna mnie to wszystko wkurzało, dojrzewałam i spadłam.
Po kawce dokończyłam niedokończoną robotę i zlądowałam na memłonie chaupki, ciesząc się ciszą, spokojem i...
bawiąc zabawkami. To lubię :)
poniedziałek, 7 marca 2016
Szczękę
z podłogi dziś zbierałam.
Emilek czekał na mnie na poczcie z życzeniami na Dzień Kobiet.
Specjalnie kupił internet, żeby wysłać je.
Nie ukradł z wiaderka, bo tam się nie da.
Dziękuję, Panie B.
Też Cię kocham i za Tobą tęsknię :)
Już niedługo. I trzymam kciuki za szczęśliwy powrót, choć i tak tego nie przeczytasz :)
Emilek czekał na mnie na poczcie z życzeniami na Dzień Kobiet.
Specjalnie kupił internet, żeby wysłać je.
Nie ukradł z wiaderka, bo tam się nie da.
Dziękuję, Panie B.
Też Cię kocham i za Tobą tęsknię :)
Już niedługo. I trzymam kciuki za szczęśliwy powrót, choć i tak tego nie przeczytasz :)
niedziela, 6 marca 2016
Co roku
6 marca robiłam sceny balkonowe. Wychodzę bowiem z założenia, że skoro już wywiali w inną kulturę, powinni tę kulturę doceniać. Co roku Baran winszował mi z okazji Dnia Matki, bo tam właśnie 6 marca jest. A moje dzieci nic, cichosza. Inżynier zaś odrzekł, że jestem Polką i dupa.
W tym roku nawet nie pamiętałam, że jest dziś to święto, bo Barana wywiało tam, gdzie łączności nie ma,
Leżę sobie o 8 w łóżeczku, a co się będę śpieszyć, jak niedziela, a tu wyskakuje pytanie od Inżyniera: za 10 minut Skype?
Kurcgalopkiem się ogarnęłam, niestety, włos pozostał zmierzwiony i plugawy, bo nie zdążyłabym wysuszyć, a na mokre nie chciałam słuchawek zakładać.
I w pierwszych słowach swego powitania Inżynier życzenia mi składa.
Ojapierdolę. Już dawno mnie tak nie zamurowało, ale nie powiem, ciepło mi się zrobiło na serduszku.
Pogawędziliśmy.
Dziecię w nowej pracy już po tygodniu laury zbiera. Napisał w wolnym momencie skrypt, który tak usprawnia pracę działu, że ojapierdolę. No ale to jest Inżynier. Moje geny, moja produkcja :) Zadowolony z nowej pracy, odżył.
Ledwo skończyłam gadać z Inżynierem, odzywa się Synowa. Ojapierdolę. Też z życzeniami, takimi fajnymi, mówi mi, że po angielsku teściowa to mother in law. Łezka mi się zakręciła. I pyta, czy Pierworodny powinszował. Mówię, że nie wiem, bo on winszuje na komunikatorze, którego ja rzadko używam. Ale lecę po sprzęcik i jest, są życzenia.
Zrobiło mi się bardzo, bardzo rzewnie i oj tam, oj tam.
Wiem, że to zasługa Małej Wiedźmy, bo ona ze szkoły ten Dzień Matki przyniosła.
Ale i tak jestem wzruszona, bo nie musieli o mnie myśleć, co nie?
Skoro pomyśleli, to sądzę, że już za niedługo będzie koniec i będę musiała ten popcorn zjeść. Nie mogę zawieść publiczności, co nie?
I tak mi rzewnie niedziela upłynęła, Kochany Pamiętniczku...
SKS :)
Podoba mi się angielska nazwa. Nie jest taka niemiła, jak nasza...
W tym roku nawet nie pamiętałam, że jest dziś to święto, bo Barana wywiało tam, gdzie łączności nie ma,
Leżę sobie o 8 w łóżeczku, a co się będę śpieszyć, jak niedziela, a tu wyskakuje pytanie od Inżyniera: za 10 minut Skype?
Kurcgalopkiem się ogarnęłam, niestety, włos pozostał zmierzwiony i plugawy, bo nie zdążyłabym wysuszyć, a na mokre nie chciałam słuchawek zakładać.
I w pierwszych słowach swego powitania Inżynier życzenia mi składa.
Ojapierdolę. Już dawno mnie tak nie zamurowało, ale nie powiem, ciepło mi się zrobiło na serduszku.
Pogawędziliśmy.
Dziecię w nowej pracy już po tygodniu laury zbiera. Napisał w wolnym momencie skrypt, który tak usprawnia pracę działu, że ojapierdolę. No ale to jest Inżynier. Moje geny, moja produkcja :) Zadowolony z nowej pracy, odżył.
Ledwo skończyłam gadać z Inżynierem, odzywa się Synowa. Ojapierdolę. Też z życzeniami, takimi fajnymi, mówi mi, że po angielsku teściowa to mother in law. Łezka mi się zakręciła. I pyta, czy Pierworodny powinszował. Mówię, że nie wiem, bo on winszuje na komunikatorze, którego ja rzadko używam. Ale lecę po sprzęcik i jest, są życzenia.
Zrobiło mi się bardzo, bardzo rzewnie i oj tam, oj tam.
Wiem, że to zasługa Małej Wiedźmy, bo ona ze szkoły ten Dzień Matki przyniosła.
Ale i tak jestem wzruszona, bo nie musieli o mnie myśleć, co nie?
Skoro pomyśleli, to sądzę, że już za niedługo będzie koniec i będę musiała ten popcorn zjeść. Nie mogę zawieść publiczności, co nie?
I tak mi rzewnie niedziela upłynęła, Kochany Pamiętniczku...
SKS :)
Podoba mi się angielska nazwa. Nie jest taka niemiła, jak nasza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






