sobota, 29 czerwca 2013

Dylemat

Ojapierdolę...
Zalatany Kierownik Budowy (KB dalej zwany) znów mnie dziś do Leroya przewlókł i jeszcze o Castoramę zahaczyliśmy, ale Praktikerowi i innym marketom powiedziałam stanowcze nie. Ceny różnią się minimalnie, a ja nie zwariowałam, żeby tracić czas jeżdżąc od marketu do marketu.
A w Leroyu niespodziewajka. Inny pan powiedział mi, że płytki położyc mogę (tym razem miałam pana dla siebie, bo przedtem wyrwałam go z rąk macających jak przekupy kury klientów), co najwyżej mi się napisy zetrą. A KB mówi: to wymienisz płytkę... Ale... może już takich płytek nie być.
I... W przedpokoju chcę panele i waham się :)






czy



to za 39 zł...


A do kuchni chcę płytki i znów nie mogę się zdecydować:







czy




Kolory ścian też jeszcze nie wybrałam, ale... Majster upiera się na dekoral, a ja chcę dulux. KB w Leroy męczy personel i wyszło na moje . Dulux. Taki kupimy, ale wybiorę z gotowców, nie chcę mieszania... I będą to pastele, owocowe, łagodne...


Jutro zgram zdjęcia z pola bitwy, bo mam w aparacie i nie chce mi się szukać kabelka.
Dzieje się... :)
Rewanżuję się sąsiadowi dzięciołowi (mam takiego) z procentem :)

A dziś na Manhattanie po raz kolejny  natknęłam się na żebrzącego mężczyznę w moich okolicach wiekowych, Kiedyś przeczytałam, co napisał na kartce i ojapierdolę, taka lista chorób, że NFZ by zbankrutował. Stara Jędza na zdrowie nie narzeka, choć nadwaga przeszkadza jej czasem, ale wierzcie mi, jakem zdrowa jak rydz, nie wytrzymałabym w tej pozycji (siedzenie po turecku ze zwieszoną głową) dłużej jak 5 minut. A facet siedzi i animrumra, a na liście nieszczęść ma i chorobę zwyrodnieniową kręgosłupa i dyskopatię i inne cuda wianki. Jak to możliwe?? Z jednej strony jestem zła na siebie, że jestem zdrowa, stara i piękna, że mam kasę (choć ciężko na nią pracuję całe życie), że nie muszę żebrać, a z drugiej coś mnie wstrzymuje od rzucenia tych dwóch złotych. Mam kamienne serce?? Jestem już na maksa niewrażliwa??
I biję się też z myślami, bo nie poczęstowałam wczoraj niczym Majstra, oczywiście, oprócz picia. Dziś przyszedł z własnym jedzeniem. Rozumiem, że pracuje, ale... Zapłacę niemało, więcej jak sama zarabiam, a jedzenie tez kosztuje. I... Jak idę do pracy, a nigdy nie wiem, na ile godzin, nikt się nie martwi, czy mam co jeść czy nie. Wiem, kiedyś się karmiło robotników, ale dziś rozmawiałam z KB i mówi, że w budowlance zastój, że fajnie, że Majster ma u mnie robotę... A alimenty i inne nieszczęścia, o których lubi gadac w przerwach na kawę, a pije jej tyle, że w tydzień pójdzie więcej, niż ja przez 2 miesiące wypiję, to jego życiowy wybór. Moim zdaniem. Zresztą, nie jem mięsa. bo mam fazę. Więc?? Że żona go nie rozumie i jest podła suka??  Że musi ZUS płacić??
Moim wyborem było wychowanie chłopaków bez alimentów. Dla świętego spokoju... Też płacę ZUS. Nawet jeśli ręcami mojego pracodawcy.  O tyle mam niższą pensję, ile idzie na ZUS.

Naprawdę mam aż tak kamienne serce??

Idę się pochlastać, niezła suka ze mnie...









piątek, 28 czerwca 2013

Masakra

Zaczęło się masakrą i jak tak dalej pójdzie, padnę, a nie skończę remontu... Nie będę nic pisała, bo zaraz w kosmos wylecę.
Facet, który to robi, też ma niedosłuch. Pal diabli, do malowania słuch niepotrzebny. Ale uczepił się mnie, że dlaczego nie rozmawiam przez telefon i inne cuda wianki...  Jak tak dalej jego praca pójdzie, to ja się zabiję. Ma wypróżniony cały pokój, a narzędzia trzyma w moim. Jak sama robiłam remont miałam to na tyle ogarnięte, że nie było rozpiździelu wszędzie. A teraz widzę, że nie będzie to Armageddon, ale coś gorszego.
Ojaciepierdolę...
Wiedziałam, nie remontować.
Nie chcę żyć.
Chcę umrzeć...
Szybko i bezboleśnie... :(
Niech mi ktoś pomoże...

I takie cudne kafelki były, chcę je na podłogę, czarne do przedpokoju, beżowe do kuchni... I dupa. Kafelków z napisami nie można na podłogę :(










Nie bawię się, idę do mojej piaskownicy :(

czwartek, 27 czerwca 2013

Cztery...

Odliczam. W sobotę mają przywieźć narzędzia, dziś pracowicie opróżniałam mały pokój, udało mi się wszystko upchnąć w dużym, dzięki kartonom, co mi je dobra dusza pożyczyła :) Nawet wielkiego bałaganu nie ma, a i miejsce jest, więc nieźle.
Pod wieczór ma wpaść Kierownik Budowy i wywiozą szafy na złom, a maszyny do szycia zabiorą na przechowanie. Powoli dojrzewam do sprzedania maszyny, bo w sumie na co mi ona?? Szyć i tak nie będę. A rupieć stoi. Mam dwie, bo jedna to Eksowa jest, ale skoro jej nie zabiera, to mogę wypieprzyć co nie?? Moja po Cioci, ale do grobu jej nie wezmę, a nie mam cierpliwości kurzy ścierać z nóżek. W antykwariacie taka maszyna kosztuje 100 zł. Nie chodzi mi o kasę, ale... dojrzewam do minimalizmu. Jak wypróżniałam szafy, to wyciągałam serwisy, zdekompletowane, bo tak naprawdę nie mam ich gdzie trzymać i zawsze się coś stłukło. I na co mi te skorupy?? Stały na półce nieruszane od ostatniego remontu. Więc może pora je też do antykwariatu?? Skoro do niczego nie służą?? Człowiek obrasta i zarasta niepotrzebnie zupełnie. Sztućców mam chyba z 5 kompletów, a jeden już do UK zawiozłam, jak nie dwa, nawet nie pamiętam. Książek nie umiem się pozbyć, ale... Widokówki. Nie zbieram ich, a mam całą masę. I na cholerę mi to?? I jakieś antyczne lunety, przybory geodezyjne... Wątpię czy chłopcy to zabiorą kiedyś, bo tego nawet wywieźć z kraju nie wolno. Dla kolekcjonera gratka, dla mnie - ciekawostka. Nie mam pałacu, żeby to eksponować, leży w szafie i kurzem zarasta.

I stare aparaty fotograficzne, Eks był maniakiem. Wziąć ich nie weźmie, a mnie telepie, mam swoje zabawki i odkąd odkryłam cyfrówki nie będę się bawić w wywoływanie filmów, to nie moja bajka. Eks wywoływał, a ja miałam ścianę w łazience jak osraną od odczynników. Nie mieliśmy wtedy jeszcze kafelków, olejna tak reagowała, a on oczywiście zawsze musiał nachlapać...
Sama nie wiem.
Wywalam z rozpędu, a potem będę żałować??
Nigdy więcej remontu i takich dylematów ;)

środa, 26 czerwca 2013

Sąd sądem

ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie :)

Sądziła ta sama sędzia, co ostatnio, więc nie wiem, dlaczego od razu za pierwszym zamachem mnie nie przesłuchała do końca. Bo sprowadziło się to do przesłuchania mnie, czyli pozwanej. Adwokatka zadała mi tylko jedno pytanie. Adwokata SKOK-u nie było w ogóle. Najpierw mnie nerw zeżarł, bo mecenas się spóźniła, ale rozprawa też była opóźniona więc zdążyłam.
Sędzia wypytała mnie co i jak, ale to nie amerykański film i kasa nie taka, że za nią zabić warto, więc wystarczyły moje zeznania. Inna para kaloszy, że głupia cipa, jak zawsze mówiłam prawdę. I tak jak do potwierdzenia zameldowania, co potwierdzała pieczątka urzędowa z dowodu nie wystarczyła pieczątka, konieczny był świadek, tak teraz wystarczyło moje zeznanie. Jako że wróciły dramatyczne momenty, w tym ciężka choroba Inżyniera, siła łzy wstrzymywałam w czasie zeznań.
Potem kazali nam wyjść.
Potem wrócić.
Wracamy, a sędzia nawija i nawija, aż straciłam wątek (zupełnie jak na kazaniu w kościele) i już nie wiedziałam, czy ja jestem pozwana czy powódka  czy coś innego, a jak do tego doszła jeszcze sprawiedliwość społeczna i  inne cuda wianki, i to, że sędzia zasadniczo nie zgadza się z wyrokiem SN w podobnej sprawie (a wyrok był taki na moją korzyść) to wychodząc nie wiedziałam, co jest grane... A pani sędzia: resztę pani objaśni adwokat...
I dopiero adwokat jak krowie na rowie w pokrzywach wyjaśniła mi, że sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie... Nieprawomocnym wyrokiem (nieprawomocnym, bo SKOK ma prawo się odwołać, choc pani mecenas twierdzi, że nawet jak to zrobią, to im to nic nie da) wygrałam i nie muszę (teoretycznie, na razie) nic SKOK-owi płacić.

Ojapierdolę, ten huk, to był kamolek z mojego serca spadnięty :D :) :)

Wszystkim kciukotrzymaczom serdecznie dziękuje uradowana Stara Jędza :)

Sądny dzień

jest dziś.
Dosłownie.
Spałam spokojnie, nic mi się nie śniło, nie męczyły mnie ani koszmary, ani prorocze sny.
Bez wspomagaczy farmakologicznych i procentowych.
Po prostu - zasnęłam i obudziłam się o 7.
Pada tak, jakby niebiosa użalały się nade mną. A ja??
Cieszę się, że to dziś. Mam skurczony żołądek, ale bez przesady. Skończy się coś, co zatruwa moje życie od 2 lat. Nieważne jak, ważne, że dziś spadnie miecz Damoklesa na moją głowę i przestanę się podniecać tym, co będzie. Będzie, co ma być. Wyjdę z tego z tarczą lub na tarczy, ale wolna. Lżejsza o kilka tysięcy, ale to tylko pieniądze - rzecz nabyta i do nabycia.
Nie stracę żadnego człowieka, a to się liczy.
Zatem... do następnego napisania :)

wtorek, 25 czerwca 2013

Czystkę

zrobiłam, jak nie przymierzając faszystka jakaś... Wreszcie zabrałam się za wywalanie ciuchów i choć płakałam, wywalałam bezlitośnie wszystko. Lepsze rzeczy zostawiłam (nie do wiary, że mieściłam się jeszcze niedawno w 38!!!!!), sweterki piękne, że płakać się chciało, ale co tam. Kupię sobie nowe jak coś. Najbardziej bolało mnie serce, jak wywalałam rzeczy chłopców, bo z każdą z nich jakieś wspomnienie się wiązało, wspólna wyprawa do sklepu, knajpka... Ale co tam, fajne rzeczy, niech ktoś jeszcze je ponosi, bo dam koleżance, ona zawiezie do sierocińca. Nazbierało się tego tyle, że taksówkę muszę wziąć, albo ze 3 razy jechać, więc odpuszczę, wezmę taksówkę, a co. I tym sposobem, zostawiwszy tylko to, co faktycznie noszę zmieściłam się w jednej małej szafie, razem z "przydasiami" chłopców, które ocalały, bo to spodnie na po domu i piżamy (czasem noszą, rzadko, ale noszą) i zapasowe gatki bądź zostawione skarpetki. No fakt, żadne cuda wianki, kiedyś w takiej szafie mieściliśmy się we czworo, ale... To było dawno temu i nieprawda. Została jedna, ukochana sukienka (jak znajdę zeskanowaną fotkę, a gdzieś na którymś dysku mam to wrzucę). I... znalazłam dydkoświch i z niedowierzaniem patrzyłam (push up był), że to MÓJ :) Nie tylko dupa mi urosła, cycki też, ale i tak dalej mam małe. Wtedy z mikroskopem było ich szukać :)
I tym sposobem pozbyłam się





Cztery takie wory poszły do kontenera na przeróbkę, a

to pojedzie do domu dziecka :) Samych dżinsów 8 par i to markowych, niezniszczonych, póki miałam małą dupę to rzadko, bo rzadko, ale pozwalałam sobie na wranglery i inne levisy... Teraz już nie :)

A w takiej starej torebce znalazłam stary niezapisany kalendarz z 1993 roku, a w nim jakieś notki na karteczkach teściowej mojej ręką zrobione, coś jej załatwiałam. Przekartkowałam kalendarz, odłożyłam na biurko. Później chciałam go do makulatury, ale coś mnie męczyło, przekartkowałam jeszcze raz i tadam... Zostałam milionerką :) Niech żyją porządki... :)

Całego dolara znalazłam :)


A jutro rozprawa, o dobre fluidy proszę...

A potem będę musiała z tym żyć...




Czary mary

Wszyscy się denerwują pogodą, a ja działam systematycznie.
W maju lało. I co?? Kupiłam sobie tęczowy parasol i przeszło jak ręką odjął.
Przyszły upały. No super. Ale że nie przepadam za nimi, to co ja robię??
Zrobiłam wczoraj wieczorem chłodnik litewski, żeby się dziś ochłodzić. Wyszedł oszałamiająco przepyszny,
Dziś rano budzę się i myślę, o, młoda pora, szaro jeszcze... A była już 8 ;) Wstaję i co ja paczę?? Za oknem piękna polska jesień.
Piździ, leje i zimno.
Wiedziałam, co robię warząc chlodnik. Dziś muszę do niego jajeczek nagotować, żeby się nie zamrozić na śmierć.
Ale w lodówce mam 1,5 kg truskawek, chłodnik, jajka, chleb upiekę. Pomidorki są, kiszone ogóraski też, lody mam.
Żeby odczynić musiałabym ugotować grochówkę, ale mi się nie chce grochówki.
Zatem pada deszcz...
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno,
jęk szklany, płacz szklany i szyby w mgle mokną... :)

Jest cudnie :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wariuję

Na środku pustego pokoju, na zakurzonym lenteksie kałuża wody. Nic nie cieknie, nic się nie miało prawa tam wylać, kwiatów do podlewania brak. Pustynia. Kałuża wody jest faktem, po jej wytarciu zostało wklęsnięcie w lenteksie.

Zwierzę żadne nie mogło się dostać, bo jak??

Ze szpary w złączu lenteksu też wydobywała się woda. Oderwałam. Jest wilgoć.

Nie piłam nic przez cały tydzień, w sensie że %, więc skąd ja wodę mam??


Boję się, że tracę zmysły :(







Ta nitka wystająca ze szpary, jak ją  pokręcę w palcach, jest mokra :( Nie ma tam żadnych rur, a kaloryfer zarośnięty kurzem jeszcze po okniarzach :(

niedziela, 23 czerwca 2013

Budzę się

rankiem, a tu ciemno. Zasłony zaciągnięte, ale i tak za ciemno. Ki diabeł?? Zwlekam szlachetne zwłoki z wyrka, a tu za oknem niespodziewajka - deszcz pada. Jako że głucha jestem, to i krople bębniące o parapet mnie nie obudziły. Ale fajny dziś dzień, popadało, poburzyło się i tadam again popadało, poburzyło, i tadam...
A ja??? Odkryłam



Od wczoraj przeleciałam cały sezon 1., do 2. są już dwa odcinki, a wciąga, jak chodzenie po bagnach :) I moja słabiutka znajomość angielskiego okazała się wystarczająca do obejrzenia odcinka bez napisów polskich jeszcze. Pękłam z dumy i z zadowolenia, a teraz muszę czekać, bo... kolejnego odcinka jeszcze nie ma.
Magiczny świat lat 50., jak dla mnie, 1959 rok - rok urodzin mojego brata. U nas siermiężnie, a tam - wypas... TV już była i jakież całkiem inne życie. Wiem, wiem, że to kapitalizm dziki, jak u nas teraz, ale... Aż się wierzyć nie chce, że tam jeździły wtedy limuzyny wypasione, a u nas przez wioskę jak jeden samochód na tydzień przejechał to było wielkie halo... Pierwsza syrenka pojawiła się gdzieś koło 1965 r., bo kilka lat później jechałam nią do szpitala na operację... I telefon na każdym rogu, w każdym domu. Moja Mama zmarła, bo za późno przyjechało pogotowie, a żeby je wezwać musiałam polecieć na posterunek (10 minut kurcgalopkiem), a zanim przez telefon na korbkę połączyli się ze szpitalem i zanim karetka dojechała te 14 km w jedną stronę, była już musztarda po obiedzie. A to były już lata 70.!!! Nie ma co nawet porównywać światów, teraz wszystko się bardziej wyrównało wizualnie, bo w rzeczywistości nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to są dwa różne byty. Teoretycznie mam takie same szanse, praktycznie dzieli je przepaść. Mam komputer, ajfonika, mieszkanie, pracę, głodna nie chodzę. Ale też na taki dom opieki nigdy nie będzie mnie stać, a już na pewno nie na prywatnego pielęgniarza. Oczywiście, że pokojówki nie miały tam tak dobrze, ale... Na pewno miały i mają szersze perspektywy, jak my tu.  No nic, po prostu urodziłam się w złym miejscu i w złym czasie.
Ale miło oderwać się od skrzeczącej rzeczywistości i przejść w bajkowy świat lat 50., najlepszych lat na ziemi, te talie osy, suknie, rękawiczki noszone na co dzień (nie wyobrażam sobie noszenia rękawiczek w te upały), hula hop (to akurat do mojej wioski dotarło, miałam hula hop, drewniany, ale miałam), i Frank Sinatra i jego niezapomniane przeboje, Armstrong, Nat King Cole i w ogóle. Brak komórek, komputerów i czas wolniej płynący. Ludzie rozmawiający ze sobą. Realnie, nie wirtualnie. Cuba libre i...  Wiem, nasrane mam w tym łysym łbie, ale co ja za to mogę, że mnie to kręci??

Wczoraj Kolega Inżyniera wleciał z Wujkiem Fachowcem, zeskrobali ściany tu i ówdzie, omówiliśmy strategię działania i jak dobrze pójdzie po 1 lipca zaczynamy. Wiedziałam, że się przeciągnie, ale nawet się nie nerwuję, bo po kiego grzyba??? Co ma być, będzie, a czy wcześniej, czy później, nie ma znaczenia. Okazuje się, że panele będziemy kłaść na lenteksie, bo jest w dobrym stanie, zatem unikniemy częściowo wielkiej tragedii, jaką jest zrywanie tego i kucie podłogi. Tyż piknie. I taniej będzie :)
A kibelek poczeka aż Kolega będzie miał czas. Nic groźnego się nie dzieje, mam zakręcać i odkręcać. Upierdliwe to, ale da się z tym żyć. I już wiem, jak zdejmować pokrywę, ale grzebała nie będę, bo a nuż coś jeszcze bardziej spsuję??

Zatem niespsuwając nic idę szukać czegoś do oglądania, a jutro zaczynam akcję ewakuacja mienia i trzepanie szaf w małym pokoju, Plan strategiczny jest, na pierwszy ogień idzie mały pokój, potem przerzucamy graty z dużego do małego, a potem losujemy: kuchnia, łazienka czy przedpokój.
No i proszę (odpukać) jak szybko uwinęłam się z remontem ;) 

sobota, 22 czerwca 2013

Chcieliście

upałów, to je macie, skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie, pstrąg ;)
Musiałam przeprosić się z zasłonami, inaczej usmażyłabym się jak pstrąg na patelni, a okna mam od wschodu, żeby nie było :>
Siadła mi spłuczka, okazuje się, że taka zdolna jestem, że nawet pokrywy nie umiem zdjąć. Nic dziwnego, zawsze zajmowała się tym męska część rodziny i wyrzucali mnie z łazienki, nie myśląc perspektywicznie, tak jak moja Mama z kuchni. Mama kazała mi się "uczyć, na gotowanie masz czas", potem wzięła i zmarła, jak miałam 16 lat, a ja gotowałam jajko godzinę i dziwiłam się, że wciąż jest twarde... Internetu wtedy nie było... Chłopcy zaś wyrzucając mnie z łazienki nie wzięli poprawki na to, że mnie rzucą i zostanę sama, No i spłuczka słuczki modo cieknie i cieknie. Poprzednia była do pewnego momentu regulowana kręceniem tego naciskacza, ale Pierworodny ostatnio założył jakies gówno. Rachunku nie dał, pewno kupił najtańsze :( No wiec polazłam wczoraj ranem, zanim upał się rozhulał do spółdzielni, jako że zawsze był tam dyżurny kiblotłuk (z braku laku dobra i agrafka) i co ja paczę? Władzy nie ma, bo trzy biurwy pierdzistołkowe (czyli cały stan posiadania spółdzielni) siedzi w sekretariacie i kawkę popijając pierdzi w stołki. No to ja grzecznie: dzień doberek i użalam się nad spłuczką. Biurwa wyniosła, ta co papiórki mi z trudem dawała, z poświęceniem, spod serca wyrwane spojrzała na mnie żmijowym wzrokiem (wierzcie mi, aczkolwiek jestem rudą żmiją od urodzenia, mam przyjazny, słodki, miziający wzrok, prawie jak wszystkie koty tego świata) i rzecze w te słowa: hydraulik?? Jaki hydraulik. Od dawna już nie mamy hydraulika (nosz, kurwa, ciemna masa se mnie, nie wiedziałam, co jakiś czas widzę na uliczkach osiedla ekipkę w niebieskich ogrodniczkach z walizeczkami, też takie ogrodniczki i kaftanik, tudzież walizeczkę mam na stanie po Inżynierze, który jakieś tam warsztaty miał!!!)... Druga biurwa tłumaczy mi jak krowie na rowie w letni dzień, że to teraz prywatna ekipa, że pieniążków woła, że da mi telefon. No ojaciepierdolę. Paczę na nią, jak na raroga i mówię: to mnie nie urządza, bo ja nigdzie nie dzwonię. Wszystkie trzy oczy w słup: jak to nie?? A ja swobodnie: nie, bo jestem glucha, co widać... One wzdech, że nie, że jak to, a Pierdzistołkowa Żmijowata: a synowie nie mogą zadzwonić?? Tak, kurwa, będę pisać do UK, żeby zadzwonili do hydraulika. Wchodzi na scenę dozorca z osiedla, znam go z widzienia, pytam, czy luknie mi na te pieprzoną spłuczkę, a on na to, że się nie zna. Tak, dozorca się nie zna. Przecież bym mu zapłaciła!!! @@##$$%%^^^&&&****** Kiedyś takie drobne naprawy były nieodpłatne, teraz płacę na fundusz remontowy i to niemało, a w spółdzielni coraz to lepsze przekręry. Nie chcę zamawiać fachowca, bo jako że ja dupa jestem, a znajomego nie mam, to jak znam zycie, nawet jak będzie tylko uszczelka do wymienienia, wymieni mi wszystko i policzy jak za zboże!!!! Trzeba było uczyć się w budowlance, a nie na studia leźć...
Sikora już chciała z Sikorem jechać, ale w taki upał tyle kilosów, żeby luknąć do kibelka?? Bez przesadyzmu...
Na całe szczęście wpada dziś Inżyniera Kolega z Wujkiem i zajrzą do spłuczki. Przynajmnie będę wiedziećco się spsuło i nie zapłacę wg daty urodzenia... :) Złota rączka śpiewa sobie: 50 zł za godzinę plus dojazd plus materiały. Cieszcie się więc, posiadaczki domowych złotych rączek, bo inaczej można zbankrutować. Ja w porywach zarobiłam za godzinę 31 zł, i to była naprawdę ciężka praca, nie że 15 minut grzebania i 50 zł leci... Pora sobie chłopa przygruchać chyba...
Z samych napółkowych kurzołapów zebrało mi się 5 kartonów... A gdzie kolekcja naparstków i reszta. Ojapierdolę...  I... to jeszcze nie wszystko, torchę po kątach zostało, a wyrzuciłam też sporo, typu świeczuszki (wigilijna od 2000 roku się znalazła) i inne cuda wianki...






Czekałam wczoraj na lampiony, ale do nas znów nic nie leciało i na horyzoncie też nic nie bylo widac, więc poszłam spać i tyle mnie widzieli. Widać Kupała nie działa na mnie, a szkoda, bo może by się złota rączka przyplątała jakaś?? ;)

środa, 19 czerwca 2013

Wyobraźnia

Z Inżynierem dziś pogadałam, bo co mam go karać za to, że mam doła, a On jest szczęśliwy?? Więc gadu gadu, pierdu pierdu i... wlatuje temat Umarlaków. Chciałabym pojechać, czas jest, kaska jest, most otwarty, nie muszę jechać opłotkami. Zatem co stoi na przeszkodzie?? Ano... Upały. Gawędzimy i mówię: wiesz, padnę w takim upale szorując nagrobek i po kłopocie. A on na to: spod płyty wysunie się koścista rączka i wciągnie mamę do środka i faktycznie, po kłopocie. Niech mama jedzie.


Kochające mam dziecko, nieprawdaż?? :) Widzicie te scenę?? Bo ja tak, jest fantastyczna :) I pewno będzie to Mamina rączka, która od razu za parę rzeczy przyłoży mi po papie... Albo Cioci, bo Jej też podpadłam, choć może nie do końca. Paweł i Tato głosu nie mają, jak coś. Wykluczone...

Idę

rano do pracy, jak Kodeks pracy nakazuje i co ja paczę na pustym dziś podwórku?? Zabawiliśmy się chwilę w znajdź kotecka...





Po czym kotecek machnął ogonkiem i tyle go widzieli.

I tak od rana gram sobie w Angry Birds, inne kulki, nie że lubię, ale czekam, czekam i dupa mi od czekania rośnie, w międzyczasie tu poprawię, tam skrobnę, schodami w górę, schodami w dół, za pięć minut, za piętnaście, zaraz (taka mała bakteria) i tak się spokojnie kręci.
A na ścianie na klatce schodowej cały dzień bez ruchu siedział sobie taki robal. Akurat aparatu z makrem nie było, więc musiał mi ajfonik wystarczyć...
Pikny robal, nieprawdaż?? Ciem?? Kapciem. Darowałam mu życie, bo mnie nie gryzł ;)


W sumie nie było mi źle, bo wszędzie porno i duszno, a w moim pokoiku chłodek prawie jak z klimatyzacji, choć za oknem słońce napierdala i okno mam otwarte, ale co przyziemie, to przyziemie (niestety, za rok się pożegnamy :( ), i tak ładnie pięknie mijają chwile, leci czas, obiadek odgrzałam i zjadłam, z niedobitkami kolegów pogawędziłam i tadam... wybija magiczna godzina, kiedy już wszystko powinno być w drukarni, ale nie jest. Za oknem co kawałek wycie syren, ale że dziś upał, to normalne, bo w pobliżu jest szpital. I tak krótko po magicznej godzinie dostaję ostatnie strony, a na nich niezły misz masz i sobie czytam i czytam i staram się, kuźwa porządek w tym bajzlu zrobić, a tu wlatuje Wice i drze się, że time, time, że drukarnia czeka, Trener baseballistów się znalazł, psiakostka, jakbym to ja opóźniała wszystko. Ale dyplomatycznie nie rzekłam nic, dałam mu kartki w garść i posłałam na piętro, a sama dalej ścibolę. I wreszcie zamknięte. Żegnam się, wzbudzając ogólną zazdrość, bo wracam dopiero 8 lipca najwcześniej, wychodzę na dwór, bucha upał i co ja paczę???
Sznur tramwajów stoi, kręcą się wśród nich żólte wozy, nadzór ruchu lata jak kot bez pęcherza... Przecudnie... Na całym rondzie nic w żadną stronę nie jedzie, gromady ludzi lecą na oślep.

 Przelazłam na cienistą stronę ulicy, rezygnując z fotek, bo w takim tłumie to i durno, i groźno, i co ja paczę?? Podjeżdża zatramwaj. No to hop do zatramwaju i zaraz po zamknięciu drzwi pożałowałam. Jedne światła i tkwimy w gigantycznym korku, w zatramwaju duchota mimo otwartych okien (szczęściem żaden śmierdziel nie jechał), zapasy wody skończą mi się zaraz i już widzę, jak pięknie umieram stojąc w zatramwaju.... Na następnym przystanku (250 m jechaliśmy jakieś 25 minut) wyprysnęłam z zatramwaju jak z procy i ruszyłam w stronę słońca, czując się na ulicy jak na biegunie :) A tu z prawej pachniały kwitnące śnieguliczki, a z lewej woniały wonne spalinki, zwłaszcza jak coś niewyregulowanego jechało... I różyczki sobie kwitły :)


I zielsko rosło jak u Dory na działce, ale znudziło mi się wyciąganie ajfonika, a poza tym za mną lazło stado małolatów, więc Stara Jędza na zimne dmuchała. I tak pieszkom przez godzinę się wlokąc doszłam do miejsca, gdzie tramwaje już jeździły i wpadłszy po drodze do Rossmanna, jako że w potrzebie byłam, a i klimatyzacji pożądałam, wskoczyłam do autobusu, co pod dom mnie zawiózł i tym sposobem przeżyłam pierwszy dzień piekielnych upałów w mojej wiosce...
A teraz zaczynam wypoczywanie i czekanie na remont :D :)

wtorek, 18 czerwca 2013

Schodami w górę

... schodami w dół.
Nic nie jest tak, jak powinno.
Nic nie pomaga.
Pożarłam się z Inżynierem o to.
A niby dlaczego mam się uśmiechać i mówić, że jest OK, jak dla mnie nic nie jest OK??
Tak, wiem, inni mają gorzej, są chorzy, nie mają pieniędzy, nie mają pracy, nie mają dachu nad głową. Sranie w banie.
To jest moje bolenie i nic na to nie poradzę.
Nie tak miało być i nie pogodzę się z tym, że jest tak, a nie inaczej.
I jak nie chce, nie musi o tym słuchać.
<Przytul> nie zastąpi przytulenia, wyrosłam już z ikonek.
Jest mi kurewsko źle i nic nie jest w stanie tego zmienić.
Nic.
To jest moje bolenie i ma prawo mnie boleć. I mam prawo się złościć, płakać, siedzieć w dołku i gówno komu do tego.
Niech mnie nikt nie pociesza, bo nie chcę.
Nie potrzebuję.
Potrzebowałam tylko jednego.
Nie dostałam tego, więc pierdolę.
Idę do swojej piaskownicy, zabieram grabki i łopatkę i foremek też nie dam...

Będę, jak wrócę...






Chce ktoś obiad?? Drugi pstrąg (ten lepszy, tęczowy) został, pół kalafiora i pół butelki wina jeszcze mam.
I Casillero del Diablo całą. A to jest poezja smaku...
Hmm...


Porno

i duszno od rana, popadało, slonko wyszło i burzowo się robi.
Nie musiałabym jechać do pracy, ale... No cóż, są ludzie, którzy lubią pokazywac, jak to oni nie pracują, a gówno robią. Ale nie będę się nerwowała, wczoraj po prostu wzięłam torebkę i wyszłam, jak Jakubowska z DTV. Niekiedy przerost formy nad treścią osiąga rozmiar niepowtarzalny. Zatem jadę dziś, uaktualnię się i skoczę zobaczyć, co z tymi reklamowanymi słuchawkami, bo to rzut beretem jest. No chyba że będzie się burzyć, to polecę od razu do domu.
Case histories oglądnęłam już cały, jest przepiękny, zaskakujący, zakręcony i na liście celów mam York i Edynburg. Może los poszczęści??
Drugi sezon już jest, ale jeszcze go nie ma ;) I jestem z siebie dumna, bo... Nie znam angielskiego, ale... To jest serial, że trzeba oglądać odcinek po odcinku, bo się nie wie, o co lotto, historie się przedziwnie zazębiają. I... trafił się odcinek bez polskich napisów, nie ma i dupa... Ale... Były angielskie. I co?? I nic, zrozumiałam cały odcinek :):):):) Bez napisów byłoby gorzej, a tak dotarłam do sedna. Czyli to jednak daje efekty, co mnie niezmiernie cieszy.
Jako że wczoraj wyszłam z pracy na tyle późno, że mojego chleba nigdzie już nie było, a watopodobnego nie chcę, kupiłam wafle ryżowe i lecąc do domu czułam smak wafli z pomidorkiem i cebulką. Mniammmmmm :) Otwieram lodówkę, a tam biały serek naramowicki (śmietankowy) szczerzy do mnie zęby. Więc: wafelek, serek, pomidorek, cebulka, odrobina soli himalajskiej (róziowa!!!!), pieprz i wcinam, aż mi się uszy trzęsą.
A dziś co ja paczę???? Czytam, że zestawienie: biały ser plus pomidor działa na stawy tak, jak szparagi i inne świństwa... Hmmmm... nic dziwnego, że mnie pobolewają, dobrze, że rzadko jem takie zestawienie.
Zapisać w kajeciku.
I rację ma Inżynier, mówiąc, że najmniej zdrowe jest zdrowe jedzenie :)
Czyli wstając rano należałoby wypić piwo ;)
A. I wino z czerwonym mięsem to też niedobre zestawienie.
Że ogórki świeże z pomidorem to wiedziałam, ale że z sałatą, to nie. Zatem całe odżywianie o kant dupy potłuc można.
Pocieszające, że na coś trzeba umrzeć :D
I z tym optymistycznym przesłaniem zaczynam zwijać się do pracy :)

niedziela, 16 czerwca 2013

Odkryłam

moje ulubione brytyjskie klimaty... I umrę niepocieszona...




Life...

A do kamieni... Dziecięciem będąc, mieszkałam w mniejszej wiosce jak moja obecna, liczącej wtedy??? góra 600 mieszkańców, nie to, co moja obecna całe wypasione 600 tys.
Wioska bezpieczna była, samochód jechał raz na tydzień, na co dzień pomykały po niej rączo furmanki, często gęsto zaprzężone w rącze woły... Koń piekarza (dwa razy w tygodniu jeździł piekarz z sąsiedniej wioski, sprzedający PRAWDZIWE wiejskie chleby, ważące chyba ze 2 kilo, moja Mam nie kupowała ich, bo za wielkie dla nas były, a może nie znała się na prawdziwym chlebie???) leciały galopkiem, piekarz po kilku głębszych kiwał się na koźle, a konie na pamięć znały adresy, same stawały, ludzie otwierali przyczepę, brali chleb i zostawiali kasę. Nic mi o tym nie wiadomo, żeby było jakieś manko albo superata) takoż rączo przez wieś bieżył, wobec czego Mama stwierdziła, że należy ze mnie zrobić samodzielną osóbkę i... pozwoliła mi samej chodzić do przedszkola, oddalonego, może jakieś 500-700 m od domu?? Nie umiem oceniać odległości, wtedy wydawało mi się to wyprawą na drugi koniec Polski.
No i??? Gmina postanowiła wybrukować jezdnię. Kocimi łbami, of course, proszę wszystkie wielbicielki kotów o niełkanie. Kocie łby to właśnie kamienie, którymi dociskam ogórki... :) Bylam dziewczynką z aureolą na główce od urodzenia (proszę nie protestować), ale w jednej kwestii aureolka mi spadała... Wracałam do domu z kieszeniami wyładowanymi kamieniami. Zrozpaczona rodzicielka podjęła męską decyzję. Zaszyto mi wszystkie kieszenie. Stąd jestem, jaka jestem, traumę mam...
A sama rodzicielka powtarzała mi wciąż: jedz, Jędzulko, jedz, bo jesteś taka chuda, że kamienie ci w kieszenie trzeba będzie wstawiać, żeby cię wiatr nie porwał...

Słodka kraina dzieciństwa, a ja wciąż tęsknię za obcym niebem...

Nie lubię zmian

A tu mój profil gmaila się zbiesił i każe mi się zapisać na Google+, a ja nie mam na to najmniejszej ochoty!!! Z tego profilu dodawałam sobie spokojnie na bloga fotki, No nie kijem go, to pałką, wysyłam fotki emilkami. Nie działa. kuźwa, Picasa jest moja i nie chcę się nią w sieci dzielić!!!  Upierdliwe, ale na ilu portalach można być?? No i... Ile informacji o nas jest już zgromadzonych?? Totalna inwigilacja i Wielki Brat się kłania. Że pornole oglądam?? :) Dorosła jestem, już mnie nie legitymują przy kupnie piwa.
Ale wracając do naszych baranów (revenons à nos moutons), jak mawiają Żabojady (nie do mojego Barana, choc i on jest zamieszany w tę aferę)...  No bo On chciał kisić w UK ogórki i mnie zaraził, bo prawda taka, że tam ukisić ogórki to wyczyn na miarę zdobycia bieguna, nawet teraz, gdy są polskie sklepy. A zachciało mu się świeżych, nie ze słoika, no i... Machina ruszyła :) W ciąży nieborak jest czy cuś?? Nieważne, ogórki za nim chodzą i już i zakisił. Pisze, że fotkę wysłał, ale  nie doszła. Jak dojdzie i zgodzi sie, opublikuję :) (Chyba już rasowa ze mnie bloggerka...). No i w tym wszystkim Zmorka krytykuje mój kamień, że do kapusty, a nie do ogórków :O A to jakaś różnica?? Bo posiadam na stanie:





I jakoś mi do głowy nie przyszło, że może być osobny do kapusty :)
A teraz zmykam, bo szukając rano Baranowego niedoszłego emilka znalazłam doszły emilek pracowy. A jakże, starym redakcyjnym obyczajem przysłali mi prackę o północy...
I tyle z mojego niedzielnego leniuchowania.
Nie mogę mówić, że nikt mnie nie kocha, bo praca kocha mnie całe życie. Ale to dobrze, primo po pierwsze - jedna wierna miłość, primo po drugie - niejeden mi zazdrości... ;)
Hej ho, hej ho, do pracy by się szło :)

Szczególne pozdrówka dla Barana, który też dziś do pracy tupta... ;)

Mam pozwolenie, zatem:

Barani garnek, prawda, że fajny jest??? ;)

I Baranie dzieło, czy dobre, dopiero się okaże ;)





piątek, 14 czerwca 2013

Utęskniony weekend

nadszedł wreszcie. Dzień minął super, bo co kawałek ktos coś dawał i 8 godzin minęło, jak  sen złoty...
Zielono mi...




Ostatnia fotka to jak mnie widzą z sąsiedniego pokoju :) Prawda, że miło się pracuje w takim otoczeniu?? Te małe zielistki wsadziłam w poniedziałek, a już takie wielkie są :D :) Muszę jeszcze skrzydłokwiat rozdadzić, bo się dusi i pomyśleć o jakiejś drabince dla scindapsusa... :)
I Baranisko pogawędziło ze mną chwilę... Nice...

Miłego weekendu, w domu też mam tak zielono...

czwartek, 13 czerwca 2013

A wokół pachniało sianem...

... oliwnikiem




Robiłam jedną ręką zdjęcia, bo w drugiej zakupy tachałam, bo nawet chleba w domu nie było... I tak, te małe, żółte gówienka tak pachną oszałamiająco, a tu jeszcze...

Lipy zaczynają kwitnąć, zdjęcie niewyraźne, bo wiatr dziś duje, a ja miałam jak wiadomo - tylko jedną rękę, a że przed piciem, to się trzęsła ;) No to teraz będzie taka kakafonia zapachów, że klękajcie narody. Ale w porównaniu ze smrodem wszędzie (dziś nawet w Piotrze i Pawle jakiś śmierdziel urzędował, jechało potem między półkami tak, że wywiałam bez szukania tego, po co przyszłam, wzięłam tylko mrożonkę i chleb i wiooo... do kasy. Wsiadam do autobusu, a tam kolejny śmierdziel, ojapierdolę...  Wszędzie czuć smordziarzy, że też nie ma na nich kary... Chyba sobie jakieś zatyczki do nosa kupię, albo wezmę odświeżacz powietrza i będę wszedzie psikać :D :)






W szparze unijnej  była przesyłka od małejczarnej - Młoda Para w technikolorze - bardzo się ucieszyłam. Dziękuję, kochana jesteś :0 Skończyłam te 400 stron i jednak dziękuję jeszcze raz niebiosom, że nie muszę się już więcej uczyć. Teraz na film, bo stęskniłam się za nicnierobieniem Baran wrócił do Sroczego Zaułka, Dziewczyna Inżyniera jutro tam leci, a ja... Stara Jędzo, miałaś NIE NARZEKAĆ. Jest fajnie, cicho, spokojnie, burza łazi w koło, słońce świeci, psy szczekają, F16 zapierdalają aż miło, winobluszcz rośnie jakby mu za to płacili, a dereń, którego z głupoty kupiłaś w Biedronce będzie musiał zostać wyeksmitowany na działkę do Kolegi Inżyniera, bo pod koniec lata się w loggii nie zmieści. W pracy wsadziłam dwie nowe zielistki i już jest las, a "firmowe" zielistki, nie moje wsadzone miesiąc temu ani nie drgnęly. Nie wtrącam się do firmowych kwiatów, w końcu wokół sami rolnicy, niech się też zajmą... :) Nie marudzić, iść dziś wcześniej spać, żeby odrobić zaległości i cieszyć się życiem... wedle rozkazu ;)


O widze, że temu blogu coś się wygło, ale mi się już nie chce szukać dziury w całym, jedna notka będzie łaciata i luz :D :)