z Tobą, Kochany Pamiętniczku, nie wiem, na jak długo.
Niestety, wszelkie działania przy Alienku są raczej niemożliwie, wczoraj oskalpował matce lalki, a ona zbiera jakieś tam wypasione, zamykane w szklanej szafce i drogie jak cholera :) Więc nie, nie będzie czasu na pisanie :)
Poza tym już mówiłam, że nie chcę, żeby Synowa wiedziała, że piszę, a że prowadzić będziemy życie stadne, to jednak nie ma opcji. Przedtem mialam azyl w małym pokoju, teraz to zaanektowane przez Alienka i takie małe, że nie ma tam nawet na czym usiąść.
Może to i dobrze, że będzie taka przerwa?
Nosi mnie, bo pogoda niepewna.
Wykorzystałam po raz pierwszy cały limit bagażu, i liczbowy i wagowy, przerażona jestem.
Dobrze, że mam walizkę gabarytową do podręcznego, nie spakowałabym się inaczej. A nazbierało się ciężarów, bo wiozę pełno książek :D
Trudno.
Nerwy latają, bo ma padać śnieg albo marznący deszcz w nocy.
I takie tam.
No nic, spadam pospać, bo jak się po północy obudzę, to już się nie położę, bo nie słyszę budzika, więc...
Wspominajcie mnie czule i tęsknijcie trochę :D
Będzie mi miło :P
piątek, 30 listopada 2018
czwartek, 29 listopada 2018
Ojapierdolę
Kochany Pamiętniczku.
Znów budzenie się w półśnie, półjawie, niechętne otwieranie oczu, aczkolwiek sen nie koszmar, ale dziwaczny i nagle... Czasem jest taki, że chcę w nim trwać, bo choć boli i rani, no... takie uczucie, że może zabije i już nie będę musiała się dalej męczyć. Takie zawieszenie, chce się żyć, ale i umrzeć warto. Jak bardzo jestem porąbana w skali od jednego do dziesięciu?
Kurde, dziś zamykanie maszynek.
Skok do łazienki i...
Plan.
Najpierw śniadanko, w piżamce, a kto bogatemu zabroni.
Próba wyłączenia lodówki z kontaktu, ale nie, tłusta rączka nie wchodzi w szparę. Mogę wtyczkę wyciągnąć, ale... Kto ją z powrotem wetknie? (Lodówka rozmrażała się całkowicie do szesnastej :) )
Wyłączyłam wyłącznikiem, Pierworodny twierdzi, że nic się nie będzie działo.
Z zamrażalnika wszystko wylądowało w worku, worek koło śmietnika, a po godzinie go nie było. Mam nadzieję, że temu, co zabrał, nic nie zaszkodzi.
Zostawiłam tylko mięso z K., miałam obiad na dziś i na jutro, lekko :)
Sery w lodówce popleśniały, jakoś tak :P
W domu mam na przeżycie na dwa dni, a i tak resztki wyniosę kolo śmietnika. Co się dało, dałam sąsiadce od kluczy.
Dobrze, że sprawdziłam klucze - wsiąkł jeden z kluczy dorabianych rok temu, a ten co został, nie otwiera zamka. Miśki hurtem dostały wpierdol, ale nie pomogło, klucz musiałam dorobić. Nie przyznały się do schowania klucza, jak zawsze, bandyci.
Maszynki udało mi się zamknąć o 13. Jednak moje stanowcze, że o 13 wychodzę, zadziałało. W sumie mogłabym pracować online, ale to niezdrowe z wielu względów, może jak mi umysł ocaleje, a ciało padnie, poproszę o taką opcję. Ale oni to wykorzystają i będę pracowała 24 godziny na dobę za tę samą kasę, bo jak to, skoro z domu nie wychodzę :P
Polazłam zatem do fryzjera, w międzyczasie wściekając się, bo był SMS, że jedzie do mnie paczka.
Jaka, kurwa, paczka, skoro aż tyle nie piję, by zamawiać po pijaku chuj wie co?
Piszę do Postmana, nie odpisuje.
Piszę do Barana, uspokaja. Twierdzi, że nic nie wie.
A ja patrzę na stertę na kanapie, na bajzel ogólny i...
Nie, ciśnienie mi nie rośnie, wzięłam leki :P
Dorabiam klucz. U fryzjera jestem druga.
Przede mną matrona. Z tych ąęć, bułkę przez bibułkę. Damski zamknięty. Nie wiem, dlaczego, może personel chory? Może nierentowny. Nie pytam. Ąę gęba się nie zamyka. Ma swój ręcznik, swoją folię i inne takie tam. Kobieta na oko po siedemdziesiątce. Z tych lepszych. Nie oceniam, nie analizuję, ale z urywków rozmów ojapierdolę. Obsługa trwa prawie 1,5 godziny, żeby nie to, że to moja fryzjerka i że nie mam innej opcji, poszłabym w pizdu. Trzech facetów poszło. Nie wiem, czy pani ĄĘ dała napiwek, bo ja dałam, i to solidny. Zasmrodziła cały zakład swoim lakierem, oburzona była, gdy na pytanie, dlaczego wyszłam na korytarz odpowiedziałam, że przeszkadza mi lakier. Kazała się tak sikać lakierem, że wszędzie był lakier (sama zasłaniała twarz swoim ręczniczkiem), że cieszyłam się, że poszłam w płaszczu, w którym chyba nie pojadę. Zanim usiadłam na fotelu, w zakładzie zlądowało trzech młodzieńców.
Nawet nie wiedzą, jakie mieli szczęście, że na fotelu siedzę ja :)
Bo ja jestem prosta w obsłudze.
20 minut i po ptakach, nówka nieśmigana ze mnie :P
A pani ĄĘ siedziała wciąż i suszyła lakier. Po czym zażyczyła sobie potrzymania płaszczyka, ale żaden z młodzieży dupy nie ruszył i płaszczyk podawała jej fryzjerka...
Tak wiem...
Wredna jestem :D
Ale jak ktoś chce pieszczotek, szuka damskiego fryzjera, gdzie są zapisy i cuda wianki.
I tak, można być samotnym.
Vide: ja.
Ale to nie powód, by gadać u fryzjera godzinami. Bo jak suszyła lakier, nawijała jak zepsuty kołowrotek.
Mam nadzieję nie dożyć takiego stanu :p
Dałam sąsiadce klucze, ogarnęłam z grubsza tę kuwetę. Jutro apiać od nowa i pakowanie na maksa.
I dalej nerwy, bo w wiosce ma być w nocy śnieg.
Taki life u mnie, co nie?
A.
I po drodze wlazłam, na swoje nieszczęście do galerii.
A tam Hebe.
I w sumie
No co.Nie, nie wszystko z Hebe. Ale zrobiłam zdjęcie grupowe. Angel i Obssesion z Rossmanna :P
Uwielbiam pachnieć smrodem, jak kiedyś nieletni Inżynier określił.
Nie tapetuję się, ale wyjście z domu bez perfum, to dla mnie jak łażenie na golasa.
To premia za cały rok zapierdalania ze wszystkim i za to, że ze wszystkim sobie poradziłam :P I prezenty, których już nigdy od nikogo nie dostanę, bo wszyscy mają swoje wydatki. Zatem mam i ja, bo kiedy mam zadbać o siebie, jak nie teraz?
Stara wariatka ze mnie :)
Znów budzenie się w półśnie, półjawie, niechętne otwieranie oczu, aczkolwiek sen nie koszmar, ale dziwaczny i nagle... Czasem jest taki, że chcę w nim trwać, bo choć boli i rani, no... takie uczucie, że może zabije i już nie będę musiała się dalej męczyć. Takie zawieszenie, chce się żyć, ale i umrzeć warto. Jak bardzo jestem porąbana w skali od jednego do dziesięciu?
Kurde, dziś zamykanie maszynek.
Skok do łazienki i...
Plan.
Najpierw śniadanko, w piżamce, a kto bogatemu zabroni.
Próba wyłączenia lodówki z kontaktu, ale nie, tłusta rączka nie wchodzi w szparę. Mogę wtyczkę wyciągnąć, ale... Kto ją z powrotem wetknie? (Lodówka rozmrażała się całkowicie do szesnastej :) )
Wyłączyłam wyłącznikiem, Pierworodny twierdzi, że nic się nie będzie działo.
Z zamrażalnika wszystko wylądowało w worku, worek koło śmietnika, a po godzinie go nie było. Mam nadzieję, że temu, co zabrał, nic nie zaszkodzi.
Zostawiłam tylko mięso z K., miałam obiad na dziś i na jutro, lekko :)
Sery w lodówce popleśniały, jakoś tak :P
W domu mam na przeżycie na dwa dni, a i tak resztki wyniosę kolo śmietnika. Co się dało, dałam sąsiadce od kluczy.
Dobrze, że sprawdziłam klucze - wsiąkł jeden z kluczy dorabianych rok temu, a ten co został, nie otwiera zamka. Miśki hurtem dostały wpierdol, ale nie pomogło, klucz musiałam dorobić. Nie przyznały się do schowania klucza, jak zawsze, bandyci.
Maszynki udało mi się zamknąć o 13. Jednak moje stanowcze, że o 13 wychodzę, zadziałało. W sumie mogłabym pracować online, ale to niezdrowe z wielu względów, może jak mi umysł ocaleje, a ciało padnie, poproszę o taką opcję. Ale oni to wykorzystają i będę pracowała 24 godziny na dobę za tę samą kasę, bo jak to, skoro z domu nie wychodzę :P
Polazłam zatem do fryzjera, w międzyczasie wściekając się, bo był SMS, że jedzie do mnie paczka.
Jaka, kurwa, paczka, skoro aż tyle nie piję, by zamawiać po pijaku chuj wie co?
Piszę do Postmana, nie odpisuje.
Piszę do Barana, uspokaja. Twierdzi, że nic nie wie.
A ja patrzę na stertę na kanapie, na bajzel ogólny i...
Nie, ciśnienie mi nie rośnie, wzięłam leki :P
Dorabiam klucz. U fryzjera jestem druga.
Przede mną matrona. Z tych ąęć, bułkę przez bibułkę. Damski zamknięty. Nie wiem, dlaczego, może personel chory? Może nierentowny. Nie pytam. Ąę gęba się nie zamyka. Ma swój ręcznik, swoją folię i inne takie tam. Kobieta na oko po siedemdziesiątce. Z tych lepszych. Nie oceniam, nie analizuję, ale z urywków rozmów ojapierdolę. Obsługa trwa prawie 1,5 godziny, żeby nie to, że to moja fryzjerka i że nie mam innej opcji, poszłabym w pizdu. Trzech facetów poszło. Nie wiem, czy pani ĄĘ dała napiwek, bo ja dałam, i to solidny. Zasmrodziła cały zakład swoim lakierem, oburzona była, gdy na pytanie, dlaczego wyszłam na korytarz odpowiedziałam, że przeszkadza mi lakier. Kazała się tak sikać lakierem, że wszędzie był lakier (sama zasłaniała twarz swoim ręczniczkiem), że cieszyłam się, że poszłam w płaszczu, w którym chyba nie pojadę. Zanim usiadłam na fotelu, w zakładzie zlądowało trzech młodzieńców.
Nawet nie wiedzą, jakie mieli szczęście, że na fotelu siedzę ja :)
Bo ja jestem prosta w obsłudze.
20 minut i po ptakach, nówka nieśmigana ze mnie :P
A pani ĄĘ siedziała wciąż i suszyła lakier. Po czym zażyczyła sobie potrzymania płaszczyka, ale żaden z młodzieży dupy nie ruszył i płaszczyk podawała jej fryzjerka...
Tak wiem...
Wredna jestem :D
Ale jak ktoś chce pieszczotek, szuka damskiego fryzjera, gdzie są zapisy i cuda wianki.
I tak, można być samotnym.
Vide: ja.
Ale to nie powód, by gadać u fryzjera godzinami. Bo jak suszyła lakier, nawijała jak zepsuty kołowrotek.
Mam nadzieję nie dożyć takiego stanu :p
Dałam sąsiadce klucze, ogarnęłam z grubsza tę kuwetę. Jutro apiać od nowa i pakowanie na maksa.
I dalej nerwy, bo w wiosce ma być w nocy śnieg.
Taki life u mnie, co nie?
A.
I po drodze wlazłam, na swoje nieszczęście do galerii.
A tam Hebe.
I w sumie
No co.Nie, nie wszystko z Hebe. Ale zrobiłam zdjęcie grupowe. Angel i Obssesion z Rossmanna :P
Uwielbiam pachnieć smrodem, jak kiedyś nieletni Inżynier określił.
Nie tapetuję się, ale wyjście z domu bez perfum, to dla mnie jak łażenie na golasa.
To premia za cały rok zapierdalania ze wszystkim i za to, że ze wszystkim sobie poradziłam :P I prezenty, których już nigdy od nikogo nie dostanę, bo wszyscy mają swoje wydatki. Zatem mam i ja, bo kiedy mam zadbać o siebie, jak nie teraz?
Stara wariatka ze mnie :)
środa, 28 listopada 2018
Brzydkie
słowo bym znów rzekła, Kochany Pamiętniczku.
Miałam wczoraj wolne i dobrze, że miałam.
I tak gówno zrobili.
A dziś miało być do 14 i fajrant, ale gdzie tam, nie ma opcji.
Natrzepał mi na pocztę wszystko, co mu w rękę wpadło, nie wiem, chyba dlatego, że uważa, że za dużo mi płaci. Ten typ tak ma, że nawet jak w umowie mam dwukrotną korektę, to znajdzie pierdyliard powodów, żeby mi dać wszystko do nauczenia się na pamięć.
Dlatego zaśpiewałam tyle, ile zaśpiewałam i po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że to i tak za mało za moje zszargane nerwy.
Nienawidzę ludzi, którzy nie szanują cudzego czasu. A ja znów pół z tego straconego dnia spędziłam na czekaniu na pracę i na głupich gadkach, że jutro, w grudniu, po południu.
Łamacz oznajmił, że 16.30 wychodzi, bo musi, a ja dowiedziałam się, że może i jutro będę potrzebna, i może w piątek.
Postawiłam się. Jak ja mówię, że muszę, to wszyscy tracą słuch, albo są oburzeni, że śmiem mieć życie pozapracowe.
Jutro owszem, poczekam w domu do 13, później wychodzę i mnie już nie będzie. Kurwa mać. Mieć dwa dni wolne, zaplanować je, a potem usłyszeć, że hola, hola, ale nam się wygło?
Odkreślać na bibelce (chuj z bibelką, to zwykła makieta, no ale przecież to bibelka), ktora się miliard razy zmienia? Co mnie obchodzi numeracja stron, skoro nie mam na nią wpływu i nie dostaję ostatecznej makiety? I co z tego, że pracowicie skreślam przerobione artykuły, skoro one do mnie wracają jak zły szeląg, bo nikt tego nie pilnuje?
Wychodząc, dostałam kubek z cukierkami. Nosz, kurwa, w ramach nagrody za dobrą pracę. I że nie chcą do kolejnego mumeru innej korektorki, bo im się dobrze pracuje.
Im tak, mnie nie. I jak mam sobie tak szarpać nerwy, to przemyślę.
Do chlebaka pojechałam, bo musiałam kupić przejściówkę do netbooka. W sumie powinien mi to zabezpieczyć Inżynier, ale mniejsza z większym.
Tylko się zagrzałam do granic możliwości, ale za to kupiłam sobie dwa kawałki pizzy w Pizza Hut i zimne w domu zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Do rodzinnej gazetki nie mają nikogo.
I jedyną osobą, którą to martwi, jestem ja :)
Bossa nie było, podpytywali, czy aby nie.
Nie, nie, nawet na SMS nie odpiszę jak coś.
Nie ma mowy, nie ma opcji, nie ma takiej możliwości.
Jestem NIEKOMPATYBILNA z pracą w grudniu.
I chuj :)
Właśnie skończyłam polemikę, choć trudno to nazwać polemiką, na Fejsbuczku. Z teściową Pierworodnego. Nie dziwię się, że córka na nią patrzeć nie może. Dobra kobieta, ale tępa dzida i nic się z tym nie da zrobić. Nie, żebym ja jakaś bystra była. Ale mniejsza z większy, ma prawo do swoich poglądów i sympatii oraz antypatii. Chociaż czasami nóż się człowiekowi wbija w dupę, jak sięw kieszeni otworzy po tak kretyńskich tekstach. Zaskakuje mnie ich odnoszenie się do siebie. Ona do matki mówi "ty". Jestem na ty nawet z ludźmi młodszymi od moich dzieci. Ale dzieci zawsze mówią do mnie "mamo". Nie "mamusiu". Mamo. Mamo to, mamo tamto, niech mama wciśnie ten guziczek. Albo po prostu: matka do nogi. Albo: niech się mama puknie w ten głupi łeb.
I nie zamienię tego na nic innego.
No ale ja, wiadomo, głupia jestem.
Miałam wczoraj wolne i dobrze, że miałam.
I tak gówno zrobili.
A dziś miało być do 14 i fajrant, ale gdzie tam, nie ma opcji.
Natrzepał mi na pocztę wszystko, co mu w rękę wpadło, nie wiem, chyba dlatego, że uważa, że za dużo mi płaci. Ten typ tak ma, że nawet jak w umowie mam dwukrotną korektę, to znajdzie pierdyliard powodów, żeby mi dać wszystko do nauczenia się na pamięć.
Dlatego zaśpiewałam tyle, ile zaśpiewałam i po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że to i tak za mało za moje zszargane nerwy.
Nienawidzę ludzi, którzy nie szanują cudzego czasu. A ja znów pół z tego straconego dnia spędziłam na czekaniu na pracę i na głupich gadkach, że jutro, w grudniu, po południu.
Łamacz oznajmił, że 16.30 wychodzi, bo musi, a ja dowiedziałam się, że może i jutro będę potrzebna, i może w piątek.
Postawiłam się. Jak ja mówię, że muszę, to wszyscy tracą słuch, albo są oburzeni, że śmiem mieć życie pozapracowe.
Jutro owszem, poczekam w domu do 13, później wychodzę i mnie już nie będzie. Kurwa mać. Mieć dwa dni wolne, zaplanować je, a potem usłyszeć, że hola, hola, ale nam się wygło?
Odkreślać na bibelce (chuj z bibelką, to zwykła makieta, no ale przecież to bibelka), ktora się miliard razy zmienia? Co mnie obchodzi numeracja stron, skoro nie mam na nią wpływu i nie dostaję ostatecznej makiety? I co z tego, że pracowicie skreślam przerobione artykuły, skoro one do mnie wracają jak zły szeląg, bo nikt tego nie pilnuje?
Wychodząc, dostałam kubek z cukierkami. Nosz, kurwa, w ramach nagrody za dobrą pracę. I że nie chcą do kolejnego mumeru innej korektorki, bo im się dobrze pracuje.
Im tak, mnie nie. I jak mam sobie tak szarpać nerwy, to przemyślę.
Do chlebaka pojechałam, bo musiałam kupić przejściówkę do netbooka. W sumie powinien mi to zabezpieczyć Inżynier, ale mniejsza z większym.
Tylko się zagrzałam do granic możliwości, ale za to kupiłam sobie dwa kawałki pizzy w Pizza Hut i zimne w domu zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Do rodzinnej gazetki nie mają nikogo.
I jedyną osobą, którą to martwi, jestem ja :)
Bossa nie było, podpytywali, czy aby nie.
Nie, nie, nawet na SMS nie odpiszę jak coś.
Nie ma mowy, nie ma opcji, nie ma takiej możliwości.
Jestem NIEKOMPATYBILNA z pracą w grudniu.
I chuj :)
Właśnie skończyłam polemikę, choć trudno to nazwać polemiką, na Fejsbuczku. Z teściową Pierworodnego. Nie dziwię się, że córka na nią patrzeć nie może. Dobra kobieta, ale tępa dzida i nic się z tym nie da zrobić. Nie, żebym ja jakaś bystra była. Ale mniejsza z większy, ma prawo do swoich poglądów i sympatii oraz antypatii. Chociaż czasami nóż się człowiekowi wbija w dupę, jak sięw kieszeni otworzy po tak kretyńskich tekstach. Zaskakuje mnie ich odnoszenie się do siebie. Ona do matki mówi "ty". Jestem na ty nawet z ludźmi młodszymi od moich dzieci. Ale dzieci zawsze mówią do mnie "mamo". Nie "mamusiu". Mamo. Mamo to, mamo tamto, niech mama wciśnie ten guziczek. Albo po prostu: matka do nogi. Albo: niech się mama puknie w ten głupi łeb.
I nie zamienię tego na nic innego.
No ale ja, wiadomo, głupia jestem.
wtorek, 27 listopada 2018
Wychodne
mi dzisiaj dali z traktorków i dobrze je wykorzystałam, Kochany Pamiętniczku :)
Planowo, aczkolwiek ułożenie planu było okupione kombinowaniem, jak koń pod górkę.
I strachem, bo kierowca 76, do którego wsiadłam jechał jak wariat, kobieta siedząca za kabiną objechała go, ale i tak dalej pędził jak szalony, więc stwierdziłam, że lepiej kiblować na przystankach przesiadkowych, jak się rozbić w 76, bo to może być bolesne.
Na Katowicką jechałam i wyszłam stamtąd lżejsza o sporą kasę, ale płaszcza nie kupiłam. Bo jednak w poncho lepiej wyglądam. A na Wyspach ma być w granicach kilku stopni, do tego mam podwózkę gratis, więc...
Prezent urodzinowo-imieninowy sobie zrobiłam, bo od cholery mam bluz z rękawami 3/4, ale to pod poncho w PL za zimno i muszę jakiegoś łacha jeszcze zakładać. A tak luz i hasta manana. A przymierzyłam pierdyliard rzeczy, w tym bluzę, która za mną chodzi od dawna, wreszcie ją dorwałam, ale nie. Widać cycki, a raczej ich brak, oponkę też widać, więc nie, spasowałam.
Ruszyłam kartę, o której chłop nie wie, wbrew zaleceniom Inżyniera, ale coś tam za nią co roku płacę, a odsetki to jakieś 9 zł miesięcznie od 2 tysięcy. Nie wydałam tyle, oj tam, oj tam. Wydaję na wszystkich, tylko nie na siebie, pora zacząć na siebie wydawać, póki żyję, w końcu po co trzy wózki ciągnę, co wbrew pozorom kosztuje mnie sporo nerwów.
Napatoczyła się 18, więc nieco modyfikując marszrutę polazłam do Starego Browaru. Plan był bankomat w banku, ale oj tam, oj tam. Stary Browar tak obstawiony, że nie ma co robić scen, co nie?
Więc połowa kasy z jednego bankomatu i wio do Empiku.
Bo i kartka dla Papryczka, i dla Kalafiorkówny.
Musiałam się za kłaki, za nędzne ich resztki wywlekać, żeby nie wydać milionów monet.
Ale byłam kwarda. Cza być kwardym, a nie miętkim.
Kolejny bankomat i mam całą sumę. Tak, wiem, jestem stara wariatka :P
Piotr i Paweł, bo wanilia.
Nie ma tej, co zwykle, jest droższa, trudno, te 4 zł mnie nie zbawią ;D
Kantor.
Gość szeroko uśmiechnięty daje mi dwie pięćdziesiątki.
Mina mu rzednie, gdy odmawiam przyjęcia banknotów.
No przecież są prawnym środkiem płatniczym w UK.
No są, ale żaden sklep go nie przyjmie, nawet jeżeli kupuję perfumy za prawie 40 funtów.
Wiem, bo Inżynier się nakolędował po banku, żeby tę pięćdziesiątkę wymienić na banknoty przyjmowane w sklepach. Dla Anglika 20 funtów to góra, czym może płacić, jeśli płaci gotówką.
A ja już jestem stary wróbel. Za stary na takie plewy.
Wzdechnął i dał kasę w dziesiątkach. Lubię dziesiątki, są nowe i plastikowe :P
Dojechałam do pętli, bo autobus mi zwiał sprzed nosa. W taką pogodę spacer ciągnie. Na moje szczęście smrodzący budynek nie smrodził. No i Rossmann, potrzebowałam, mniejsza z większym :)
Kupiłam, ale... Były, były, były przecenione na kwotę, którą jestem skłonna wydać...
Obssesion Night CK, no i Angel, na którego poluję od lat, kupując podróbki. Thierry Mugler.
Angel ceni się wysoko, nawet w bezcłowych robię wzdech i idę w siną dal.
Tym razem nie polazłam.
Uległam pokusie.
A kto bogatemu zabroni.
My Angel do pracy się nie nadaje, bo współpracownicy popadają od smrodu, ale... Mam swój pokój, zamykam drzwi :)
No i karta, o której chłop nie wie.
Na Gwiazdkę, dla mnie, ode mnie, bo jak na razie czeka na mnie cudo z masy solnej, które doceniam całym sercem, ale...
Dlaczego czasem nie mam siebie porozpieszczać?
Zatem rozpieszczona do trzeciego pokolenia wstecz zlądowałam w chaupce, która woła o pomstę do nieba. Ale jeszcze jeden dzień musi wytrzymać.
Pościel zmieniłam i poprałam.
Reszta w czwartek jak już nic nie będę musiała, oprócz ścięcia kłaków. I wywalenia WSZYSTKIEGO z zamrażalnika.
Rozmrożenia i wyłączenia lodówki.
Zobaczymy, jaki będzie rachunek, kiedy przez miesiąc NIC nie będzie chodziło, bo nawet router wyłączę.
Odprawiona.
Alienek ćwiczy powitanie takie, jakim poddani witają Elżunię. Entuzjastyczne. Co fejsowi widzą na fejsie :)
Tu nikt nie zobaczy, bo RODO :)
To się nazywa Pierdalec po polsku, po niemiecku Reisefieber.
Umyłabym okna, czas i siły mam, ale ten raz przeboleję, bo...
A, nieważne :)
Wrócę, bo wrócę na bank, do mieszkania z brudnymi jak cholera oknami.
I relacji wielu nie będzie, bo nie ma warunków.
Tak wyszło.
Nie tęsknić, nie płakać.
C'est la vie :)
A ostatnio coś pierdalnęło w blogosferze,Wszyscy marudzą, że nie ma komciów.
Marudzę i ja.
Ale mam drugiego bloga, na którym nie ma ANI jednego komcia.
I to jest tak, jak z tą kartą, o której chłop nie wie :D Więc mam się gdzie wyżyć w razie W.
A fejs obliczył, że ze Zmorencją znamy się 8 lat.
Znów nakłamał :P
I...
Ukraina.
Nie, że nie myślę, że się nie boję.
Wracają koszmary, co odbija się na snach.
To tylko tak wygląda, że życie jest piękne,
Nie jest. Oglądnęłam wreszcie Listę Schindlera. Cóż mam rzec. Spielberg. To nie Nałkowska. I jakoś, czytając listy wujka Mietka z Mauthausen bardziej wierzę w wersję z listów. Film wstrząsa. Życie bardziej.
Staram się być optymistką, ale to nie jest łatwe.
Planowo, aczkolwiek ułożenie planu było okupione kombinowaniem, jak koń pod górkę.
I strachem, bo kierowca 76, do którego wsiadłam jechał jak wariat, kobieta siedząca za kabiną objechała go, ale i tak dalej pędził jak szalony, więc stwierdziłam, że lepiej kiblować na przystankach przesiadkowych, jak się rozbić w 76, bo to może być bolesne.
Na Katowicką jechałam i wyszłam stamtąd lżejsza o sporą kasę, ale płaszcza nie kupiłam. Bo jednak w poncho lepiej wyglądam. A na Wyspach ma być w granicach kilku stopni, do tego mam podwózkę gratis, więc...
Prezent urodzinowo-imieninowy sobie zrobiłam, bo od cholery mam bluz z rękawami 3/4, ale to pod poncho w PL za zimno i muszę jakiegoś łacha jeszcze zakładać. A tak luz i hasta manana. A przymierzyłam pierdyliard rzeczy, w tym bluzę, która za mną chodzi od dawna, wreszcie ją dorwałam, ale nie. Widać cycki, a raczej ich brak, oponkę też widać, więc nie, spasowałam.
Ruszyłam kartę, o której chłop nie wie, wbrew zaleceniom Inżyniera, ale coś tam za nią co roku płacę, a odsetki to jakieś 9 zł miesięcznie od 2 tysięcy. Nie wydałam tyle, oj tam, oj tam. Wydaję na wszystkich, tylko nie na siebie, pora zacząć na siebie wydawać, póki żyję, w końcu po co trzy wózki ciągnę, co wbrew pozorom kosztuje mnie sporo nerwów.
Napatoczyła się 18, więc nieco modyfikując marszrutę polazłam do Starego Browaru. Plan był bankomat w banku, ale oj tam, oj tam. Stary Browar tak obstawiony, że nie ma co robić scen, co nie?
Więc połowa kasy z jednego bankomatu i wio do Empiku.
Bo i kartka dla Papryczka, i dla Kalafiorkówny.
Musiałam się za kłaki, za nędzne ich resztki wywlekać, żeby nie wydać milionów monet.
Ale byłam kwarda. Cza być kwardym, a nie miętkim.
Kolejny bankomat i mam całą sumę. Tak, wiem, jestem stara wariatka :P
Piotr i Paweł, bo wanilia.
Nie ma tej, co zwykle, jest droższa, trudno, te 4 zł mnie nie zbawią ;D
Kantor.
Gość szeroko uśmiechnięty daje mi dwie pięćdziesiątki.
Mina mu rzednie, gdy odmawiam przyjęcia banknotów.
No przecież są prawnym środkiem płatniczym w UK.
No są, ale żaden sklep go nie przyjmie, nawet jeżeli kupuję perfumy za prawie 40 funtów.
Wiem, bo Inżynier się nakolędował po banku, żeby tę pięćdziesiątkę wymienić na banknoty przyjmowane w sklepach. Dla Anglika 20 funtów to góra, czym może płacić, jeśli płaci gotówką.
A ja już jestem stary wróbel. Za stary na takie plewy.
Wzdechnął i dał kasę w dziesiątkach. Lubię dziesiątki, są nowe i plastikowe :P
Dojechałam do pętli, bo autobus mi zwiał sprzed nosa. W taką pogodę spacer ciągnie. Na moje szczęście smrodzący budynek nie smrodził. No i Rossmann, potrzebowałam, mniejsza z większym :)
Kupiłam, ale... Były, były, były przecenione na kwotę, którą jestem skłonna wydać...
Obssesion Night CK, no i Angel, na którego poluję od lat, kupując podróbki. Thierry Mugler.
Angel ceni się wysoko, nawet w bezcłowych robię wzdech i idę w siną dal.
Tym razem nie polazłam.
Uległam pokusie.
A kto bogatemu zabroni.
My Angel do pracy się nie nadaje, bo współpracownicy popadają od smrodu, ale... Mam swój pokój, zamykam drzwi :)
No i karta, o której chłop nie wie.
Na Gwiazdkę, dla mnie, ode mnie, bo jak na razie czeka na mnie cudo z masy solnej, które doceniam całym sercem, ale...
Dlaczego czasem nie mam siebie porozpieszczać?
Zatem rozpieszczona do trzeciego pokolenia wstecz zlądowałam w chaupce, która woła o pomstę do nieba. Ale jeszcze jeden dzień musi wytrzymać.
Pościel zmieniłam i poprałam.
Reszta w czwartek jak już nic nie będę musiała, oprócz ścięcia kłaków. I wywalenia WSZYSTKIEGO z zamrażalnika.
Rozmrożenia i wyłączenia lodówki.
Zobaczymy, jaki będzie rachunek, kiedy przez miesiąc NIC nie będzie chodziło, bo nawet router wyłączę.
Odprawiona.
Alienek ćwiczy powitanie takie, jakim poddani witają Elżunię. Entuzjastyczne. Co fejsowi widzą na fejsie :)
Tu nikt nie zobaczy, bo RODO :)
To się nazywa Pierdalec po polsku, po niemiecku Reisefieber.
Umyłabym okna, czas i siły mam, ale ten raz przeboleję, bo...
A, nieważne :)
Wrócę, bo wrócę na bank, do mieszkania z brudnymi jak cholera oknami.
I relacji wielu nie będzie, bo nie ma warunków.
Tak wyszło.
Nie tęsknić, nie płakać.
C'est la vie :)
A ostatnio coś pierdalnęło w blogosferze,Wszyscy marudzą, że nie ma komciów.
Marudzę i ja.
Ale mam drugiego bloga, na którym nie ma ANI jednego komcia.
I to jest tak, jak z tą kartą, o której chłop nie wie :D Więc mam się gdzie wyżyć w razie W.
A fejs obliczył, że ze Zmorencją znamy się 8 lat.
Znów nakłamał :P
I...
Ukraina.
Nie, że nie myślę, że się nie boję.
Wracają koszmary, co odbija się na snach.
To tylko tak wygląda, że życie jest piękne,
Nie jest. Oglądnęłam wreszcie Listę Schindlera. Cóż mam rzec. Spielberg. To nie Nałkowska. I jakoś, czytając listy wujka Mietka z Mauthausen bardziej wierzę w wersję z listów. Film wstrząsa. Życie bardziej.
Staram się być optymistką, ale to nie jest łatwe.
poniedziałek, 26 listopada 2018
Wielkimi
krokami nadchodzi D-Day, Kochany Pamiętniczku.
A mną miotają sprzeczne uczucia.
Alienek wczoraj właził mi w tyłek bez wazeliny, witał jak poddani Elżbietkę, a żegnał jak poddani Dianę.
Nosz...
A u mnie leń na pokładzie, palcem w bucie nie ruszyłam ani w sobotę, ani w niedzielę, usprawiedliwiając się, że jest OK, bo kurzów nie widać. Ale i tak muszę posprzątać na tip-top w czwartek, więc co sobie będę rękawy wyrywała i biednego Niechcieja męczyła.
Inżynier ma plany, a ja planów nie mam, albowiem myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny :)
Więc dziś spokojnie poszłam do pracy na 12, a każdy, kto się na mnie natknął na korytarzu, podskakiwał i pytał: a co pani tu robi.
Nosz, kurwa, następnym razem powiem, że pilnuję czy pracują :D
Siedzę w pokoju przy lampce biurkowej, bo nienawidzę górnego światła. O 17 wparowała sprzątaczka i na mój widok, jeszcze przed zapaleniem górnego światła wrzasnęła: O Jezu i podskoczyła...
No, kurwa, niech mi ktoś powie, że nie straszę :D
Ale w pracy byłam i to wcale nie tak
... bo ja porządna jestem i przed pracą nie piję.
A w kuchni D. mówi: Może się winka napijesz?
Co oni, kurwa, mają z tym popijaniem? Że naczalstwo gości częstuje, jego sprawa, ale szeregowi pracownicy?
Na zebraniu też popijali, wiem, bo brudne kieliszki stały w kuchni.
Nie, nie zazdroszczę, bo nie poszłam na zebranie, przyszłam do pracy w trakcie.
I nie, nie zazdroszczę. Bo lubię pić, jestem znanym pijakiem, ale lubię pić na luzie.
Może to już alkoholizm jest, nie wiem :D
Inżynierowa na FB rozpętała akcję, że pakujemy prezenty ekologicznie. I wyliczyła, że ekologiczne pakowanie jest droższe, jak zwykłe. No i gównoburza, bo ona musi mieć kukardkę i takie tam, a jej kumpela (ja byłam jak Szwajcaria), że szary papier nie kosztuje, sznurek konopny z metra też, że suszona cytrynka i takie tam.
Jak rzekła siostra Inżynierowej, ona jest specyficzna.
Jak coś nie, bo nie, to nie i chuj. Choć przyznaję, że z pakowania ma Nobla, ja nienawidzę pakowania i moje paczki wyglądają jak przejechane przez InterCity. Dlatego błogosławię gotowe torby, aczkolwiek klnę na ich cenę.
W każdym razie proponuję Inżynierowej
Karneciki i naklejki. Malowane ustami i nogami, ze stowarzyszenia Amun. Artystów malujących nogami i ustami. Dostaję co roku, bo wieki temu teściowa zamówiła dla Eksa i mimo moich licznych emilków wciąż Eksowi przysyłają. No, reklamowałam, że JA płacę, ale nie dotarło.Więc co roku odbieram i płacę i tak da capo al fine. To są groszowe dla mnie sprawy, a im dają żyć. Jak mnie nie będzie stać, odeślę z powrotem.
Ale Inżynierowa, że nie, bo będzie sama pisać. WTF? To tylko karnecik, tam się pisze.
Ale kij jej w oko.
Napisałam, żeby moich paczek nie opisywała.
I git majonez :P
A teraz coś, co chciałam pierdyliard razy poruszyć, ale zawsze mi wylatywało z głowy :)
Trafiłam dziś na coś takiego w necie
I nazywa się toto rajstopy zakolanówki.
Ojapierdolę.
Zmora mojej młodości.
Całe dzieciństwo cierpiałam z powodu noszenia najpierw bawełnianych rajstop, zwijających się w ruloniki. A potem były pasy do pończoch i nie, nie takie cuda wianki jak teraz, ale takie tfu, tfu.
I spódniczki mini.
Spod których te podwiązki wyłaziły, więc pasek od pończoch rolowałam aż do talii, żeby mi nic nie wyłaziło :)
No, nie były to czasy, kiedy pończoszki figlarnie wyglądały spod spódniczki, nie w mojej rzeczywistości.
Tak, w czasach peerelowskich miniówek nie od razu miałyśmy elastyczne rajstopki, jakie nosiły dziewczyny w Londku Zdroju :)
I mój ojciec, nie wiem skąd i jakimi drogami dostał dwie, słownie dwie pary rajstop tego typu co na fotce u góry.
Do dziś pamiętam: jedne na tych kolanówkach miały wzorek jak na szachownicy, popielato-czarny, a drugie niebiesko-beżowy.
Ponieważ to były rajstopy, o czym moja mama nawet nie śmiała śnić, nie wiem zresztą, czy były jej marzeniem, bo ona nosiła długie sukienki, za kolano i dostawała pończochy z Belgii albo z Francji, gdzie mieliśmy krewnych, jedwabne pończochy, w których oczka zaciągało się z należytą czcią i szacunkiem, a zakładając patrzyło, czy szew idzie prosto, godzinami zaś dyskutowało się w rodzinie nad tym, ile godzin trzeba pracować na parę pończoch w Pl, a ile na zgniłym Zachodzie i PL na tym tle wypadała nędznie jak uboga krewna...
... na nastolatkę, to ja musiałam je nosić.
Dziś szpanowałabym na ulicy i zadzierała nosa, bo kosztują takie markowe koło 60 zł, ale wtedy??
Byłam nieszczęśliwa jak cholera, ja dwie cholery, jak cały las choler, jak mawiały moje dzieci, albowiem spod spódniczki mini wychodziły mi części bez wzorka...
I nie umiałam się wtedy cieszyć z tego powodu, że jestem w awangardzie, że nikt w całym powiecie czegoś takiego nie ma, że jestem jedyna i niepowtarzalna.
Nie, nie było internetów, nie było magazynów modowych i nie wiedziałam wtedy, że jestem supermodna.
Chciałam być taka, jak moje koleżanki, a nie inna.
No i na co mi na stare lata przyszło?
Jestem inna do bólu, do szpiku kości i to mnie teraz kręci :)
Ha :)
Aczkolwiek rajstop zakolanówek nie noszę, żadnych rajstop nie noszę, bo nie ma takiego rozmiaru jak moja kubańska dupa :P
Ha :)
Wygrałam internety :D
A mną miotają sprzeczne uczucia.
Alienek wczoraj właził mi w tyłek bez wazeliny, witał jak poddani Elżbietkę, a żegnał jak poddani Dianę.
Nosz...
A u mnie leń na pokładzie, palcem w bucie nie ruszyłam ani w sobotę, ani w niedzielę, usprawiedliwiając się, że jest OK, bo kurzów nie widać. Ale i tak muszę posprzątać na tip-top w czwartek, więc co sobie będę rękawy wyrywała i biednego Niechcieja męczyła.
Inżynier ma plany, a ja planów nie mam, albowiem myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny :)
Więc dziś spokojnie poszłam do pracy na 12, a każdy, kto się na mnie natknął na korytarzu, podskakiwał i pytał: a co pani tu robi.
Nosz, kurwa, następnym razem powiem, że pilnuję czy pracują :D
Siedzę w pokoju przy lampce biurkowej, bo nienawidzę górnego światła. O 17 wparowała sprzątaczka i na mój widok, jeszcze przed zapaleniem górnego światła wrzasnęła: O Jezu i podskoczyła...
No, kurwa, niech mi ktoś powie, że nie straszę :D
Ale w pracy byłam i to wcale nie tak
... bo ja porządna jestem i przed pracą nie piję.
A w kuchni D. mówi: Może się winka napijesz?
Co oni, kurwa, mają z tym popijaniem? Że naczalstwo gości częstuje, jego sprawa, ale szeregowi pracownicy?
Na zebraniu też popijali, wiem, bo brudne kieliszki stały w kuchni.
Nie, nie zazdroszczę, bo nie poszłam na zebranie, przyszłam do pracy w trakcie.
I nie, nie zazdroszczę. Bo lubię pić, jestem znanym pijakiem, ale lubię pić na luzie.
Może to już alkoholizm jest, nie wiem :D
Inżynierowa na FB rozpętała akcję, że pakujemy prezenty ekologicznie. I wyliczyła, że ekologiczne pakowanie jest droższe, jak zwykłe. No i gównoburza, bo ona musi mieć kukardkę i takie tam, a jej kumpela (ja byłam jak Szwajcaria), że szary papier nie kosztuje, sznurek konopny z metra też, że suszona cytrynka i takie tam.
Jak rzekła siostra Inżynierowej, ona jest specyficzna.
Jak coś nie, bo nie, to nie i chuj. Choć przyznaję, że z pakowania ma Nobla, ja nienawidzę pakowania i moje paczki wyglądają jak przejechane przez InterCity. Dlatego błogosławię gotowe torby, aczkolwiek klnę na ich cenę.
W każdym razie proponuję Inżynierowej
Karneciki i naklejki. Malowane ustami i nogami, ze stowarzyszenia Amun. Artystów malujących nogami i ustami. Dostaję co roku, bo wieki temu teściowa zamówiła dla Eksa i mimo moich licznych emilków wciąż Eksowi przysyłają. No, reklamowałam, że JA płacę, ale nie dotarło.Więc co roku odbieram i płacę i tak da capo al fine. To są groszowe dla mnie sprawy, a im dają żyć. Jak mnie nie będzie stać, odeślę z powrotem.
Ale Inżynierowa, że nie, bo będzie sama pisać. WTF? To tylko karnecik, tam się pisze.
Ale kij jej w oko.
Napisałam, żeby moich paczek nie opisywała.
I git majonez :P
A teraz coś, co chciałam pierdyliard razy poruszyć, ale zawsze mi wylatywało z głowy :)
Trafiłam dziś na coś takiego w necie
I nazywa się toto rajstopy zakolanówki.
Ojapierdolę.
Zmora mojej młodości.
Całe dzieciństwo cierpiałam z powodu noszenia najpierw bawełnianych rajstop, zwijających się w ruloniki. A potem były pasy do pończoch i nie, nie takie cuda wianki jak teraz, ale takie tfu, tfu.
I spódniczki mini.
Spod których te podwiązki wyłaziły, więc pasek od pończoch rolowałam aż do talii, żeby mi nic nie wyłaziło :)
No, nie były to czasy, kiedy pończoszki figlarnie wyglądały spod spódniczki, nie w mojej rzeczywistości.
Tak, w czasach peerelowskich miniówek nie od razu miałyśmy elastyczne rajstopki, jakie nosiły dziewczyny w Londku Zdroju :)
I mój ojciec, nie wiem skąd i jakimi drogami dostał dwie, słownie dwie pary rajstop tego typu co na fotce u góry.
Do dziś pamiętam: jedne na tych kolanówkach miały wzorek jak na szachownicy, popielato-czarny, a drugie niebiesko-beżowy.
Ponieważ to były rajstopy, o czym moja mama nawet nie śmiała śnić, nie wiem zresztą, czy były jej marzeniem, bo ona nosiła długie sukienki, za kolano i dostawała pończochy z Belgii albo z Francji, gdzie mieliśmy krewnych, jedwabne pończochy, w których oczka zaciągało się z należytą czcią i szacunkiem, a zakładając patrzyło, czy szew idzie prosto, godzinami zaś dyskutowało się w rodzinie nad tym, ile godzin trzeba pracować na parę pończoch w Pl, a ile na zgniłym Zachodzie i PL na tym tle wypadała nędznie jak uboga krewna...
... na nastolatkę, to ja musiałam je nosić.
Dziś szpanowałabym na ulicy i zadzierała nosa, bo kosztują takie markowe koło 60 zł, ale wtedy??
Byłam nieszczęśliwa jak cholera, ja dwie cholery, jak cały las choler, jak mawiały moje dzieci, albowiem spod spódniczki mini wychodziły mi części bez wzorka...
I nie umiałam się wtedy cieszyć z tego powodu, że jestem w awangardzie, że nikt w całym powiecie czegoś takiego nie ma, że jestem jedyna i niepowtarzalna.
Nie, nie było internetów, nie było magazynów modowych i nie wiedziałam wtedy, że jestem supermodna.
Chciałam być taka, jak moje koleżanki, a nie inna.
No i na co mi na stare lata przyszło?
Jestem inna do bólu, do szpiku kości i to mnie teraz kręci :)
Ha :)
Aczkolwiek rajstop zakolanówek nie noszę, żadnych rajstop nie noszę, bo nie ma takiego rozmiaru jak moja kubańska dupa :P
Ha :)
Wygrałam internety :D
piątek, 23 listopada 2018
Koniec
w tym roku, Kochany Pamiętniczku.
Jaka ulga.
I cieszę się, że nie poszłam na ten jubileusz, aczkolwiek wszyscy mówili, że szkoda, że nie byłam, bo było cudnie.
Ano, ale wszyscy mieli megakaca, a ja nie.
Nie wyobrażam sobie pracy na takim kacu.
Miało być zamknięcie o 11, a zamykaliśmy krótko przed 17. Piekielnie zmęczyło mnie czekanie na wszystko, a i wkurwiły fochy szanownego koleżeństwa. Bo na zwróconą uwagę, że bzdury piszą, bo zamiast adiuwantów było adiutantów, skacowana pani fochnęła się, że przecież mi za to płacą, że wiem. Nie, pani M., nie płacą. I życzę pani, żeby poszło coś w tym stylu z korektorką z łapanki. Nie płacą mi za poprawianie błędów merytorycznych, a parę razy uratowałam pani dupę. I moja uwaga była żartobliwa, nie złośliwa :) Nie moja wina, że kac tak panią dręczył, ale bywały dni, że już rano otwierała pani lodówkę i proponowała drinka. Bo pani dużo wolno, to pani powtarza Bossowi wszystko i włazi mu w dupę bez mydła i bez wazeliny.
I przez takich ludzi, jak pani nie lubię takich imprez. Bo ja i owszem, piję, ale jestem znanym pijakiem, bo zawsze się przedstawiam imieniem i nazwiskiem, gdy kupuję alkohol.
I nie latam do Bossa z każdym gównem, choć wiem, że powinnam, a mam tych gówien od metra, bo się wycwaniłam i sobie co lepsze kąski zapisuję, a co? Tylko pani jeszcze o tym nie wie.
Jak pani coś potrzebuje, jestem Starą Jędzunią, co nie?
I dlatego nie lubię ludzi :P
Ale mniejsza z większym.
Męczyli się jak Piekarski na mękach, a poszło to, co poszło w środku numeru, prawie toczka w toczkę.
I chuj.
Nie płacą mi za to, że pilnuję, ale za to, że sprzątam. I git majonez.
Gdybym była redaktorem, napisałabym sobie to PRZED, bo było wiadomo, o czym będą wykłady. I na kacu gigancie oddałabym nówkę świeżynkę, cut, mjut o ożeszki ziemne :P
A w pizdu z tym.
Jedyny zysk z tego, że zostało mnóstwo jedzenia i ojapierdolę, luksusowego, więc zjadłam sobie coś, o czym marzyłam od dawna: policzki wołowe. Nie stać mnie na takie danie w knajpie. Są przepyszne. A że wszyscy na to kręcili nosem, to wzięłam do domu i mam z głowy obiad na juterko :)
Aczkolwiek dziś zaprawiłam sobie wątrobę jogurtem z Zagrodniczej, ale to tylko przez moje łakomstwo, wiedziałam, że mi zaszkodzi. Trudno, za błędy się płaci. I pije za nie. Wino też dostałam, a D. tak przebierała w winach, żeby wybrać tę butelkę, w której zostało jak najmniej. Pomagałam jej te butelki przenosić, a wtedy cudownie parę wyparowało. Ale nie zazdroszczę. Każdy orze jak może.
Wczoraj w szparze unijnej czekała na mnie niespodziewajka od Demirii:
Niebo w gębie i szkoda, że w tym roku był nieurodzaj :( Dziękuję, Kochana :) :*
Wracając z pracy o mało życia znów nie straciłam tuż za pętlą, bo śmierdziel, na którego kablowałam już w zeszłym roku do Straży Miejskiej, znów truł tak, że nie dało się przejść, o mało nie zemdlałam. No nic, jakoś do domu doszłam, i znów nakablowałam, i zobaczymy, co mi odpowiedzą, bo na razie dostałam emilka potwierdzającego, że moje zgłoszenie zostało przyjęte.
Zobaczymy, co dalej.
A domowe pielesze przywitało mnie tak
I prawda, że wtedy chce się żyć?
Poniekąd.
Jeszcze do środy do maszyn, a potem mam nadzieję, że w UK nic się nie wydarzy do mego przylotu, bo jednak nie wszystko jest takie proste.
Zdobyłam się na odwagę i poszłam po zamknięciu do Bossa, przypominając mu grzecznie, że nie ma w grudniu korektorki, że ma tylko tydzień na znalezienie nowej, bo dodatek...
To się dodatek przesunie. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko, aczkolwiek...
Gdybym ja poprosiła o przesunięcie dodatku z jakiegokolwiek osobistego powodu, ważnego, bo ja się w duperele nie bawię, nie byłoby pewno takiej opcji.
No cóż.
C'est la vie.
Będę żyć na złość, nie mam innego wyjścia :p
Jaka ulga.
I cieszę się, że nie poszłam na ten jubileusz, aczkolwiek wszyscy mówili, że szkoda, że nie byłam, bo było cudnie.
Ano, ale wszyscy mieli megakaca, a ja nie.
Nie wyobrażam sobie pracy na takim kacu.
Miało być zamknięcie o 11, a zamykaliśmy krótko przed 17. Piekielnie zmęczyło mnie czekanie na wszystko, a i wkurwiły fochy szanownego koleżeństwa. Bo na zwróconą uwagę, że bzdury piszą, bo zamiast adiuwantów było adiutantów, skacowana pani fochnęła się, że przecież mi za to płacą, że wiem. Nie, pani M., nie płacą. I życzę pani, żeby poszło coś w tym stylu z korektorką z łapanki. Nie płacą mi za poprawianie błędów merytorycznych, a parę razy uratowałam pani dupę. I moja uwaga była żartobliwa, nie złośliwa :) Nie moja wina, że kac tak panią dręczył, ale bywały dni, że już rano otwierała pani lodówkę i proponowała drinka. Bo pani dużo wolno, to pani powtarza Bossowi wszystko i włazi mu w dupę bez mydła i bez wazeliny.
I przez takich ludzi, jak pani nie lubię takich imprez. Bo ja i owszem, piję, ale jestem znanym pijakiem, bo zawsze się przedstawiam imieniem i nazwiskiem, gdy kupuję alkohol.
I nie latam do Bossa z każdym gównem, choć wiem, że powinnam, a mam tych gówien od metra, bo się wycwaniłam i sobie co lepsze kąski zapisuję, a co? Tylko pani jeszcze o tym nie wie.
Jak pani coś potrzebuje, jestem Starą Jędzunią, co nie?
I dlatego nie lubię ludzi :P
Ale mniejsza z większym.
Męczyli się jak Piekarski na mękach, a poszło to, co poszło w środku numeru, prawie toczka w toczkę.
I chuj.
Nie płacą mi za to, że pilnuję, ale za to, że sprzątam. I git majonez.
Gdybym była redaktorem, napisałabym sobie to PRZED, bo było wiadomo, o czym będą wykłady. I na kacu gigancie oddałabym nówkę świeżynkę, cut, mjut o ożeszki ziemne :P
A w pizdu z tym.
Jedyny zysk z tego, że zostało mnóstwo jedzenia i ojapierdolę, luksusowego, więc zjadłam sobie coś, o czym marzyłam od dawna: policzki wołowe. Nie stać mnie na takie danie w knajpie. Są przepyszne. A że wszyscy na to kręcili nosem, to wzięłam do domu i mam z głowy obiad na juterko :)
Aczkolwiek dziś zaprawiłam sobie wątrobę jogurtem z Zagrodniczej, ale to tylko przez moje łakomstwo, wiedziałam, że mi zaszkodzi. Trudno, za błędy się płaci. I pije za nie. Wino też dostałam, a D. tak przebierała w winach, żeby wybrać tę butelkę, w której zostało jak najmniej. Pomagałam jej te butelki przenosić, a wtedy cudownie parę wyparowało. Ale nie zazdroszczę. Każdy orze jak może.
Wczoraj w szparze unijnej czekała na mnie niespodziewajka od Demirii:
Niebo w gębie i szkoda, że w tym roku był nieurodzaj :( Dziękuję, Kochana :) :*
Wracając z pracy o mało życia znów nie straciłam tuż za pętlą, bo śmierdziel, na którego kablowałam już w zeszłym roku do Straży Miejskiej, znów truł tak, że nie dało się przejść, o mało nie zemdlałam. No nic, jakoś do domu doszłam, i znów nakablowałam, i zobaczymy, co mi odpowiedzą, bo na razie dostałam emilka potwierdzającego, że moje zgłoszenie zostało przyjęte.
Zobaczymy, co dalej.
A domowe pielesze przywitało mnie tak
I prawda, że wtedy chce się żyć?
Poniekąd.
Jeszcze do środy do maszyn, a potem mam nadzieję, że w UK nic się nie wydarzy do mego przylotu, bo jednak nie wszystko jest takie proste.
Zdobyłam się na odwagę i poszłam po zamknięciu do Bossa, przypominając mu grzecznie, że nie ma w grudniu korektorki, że ma tylko tydzień na znalezienie nowej, bo dodatek...
To się dodatek przesunie. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko, aczkolwiek...
Gdybym ja poprosiła o przesunięcie dodatku z jakiegokolwiek osobistego powodu, ważnego, bo ja się w duperele nie bawię, nie byłoby pewno takiej opcji.
No cóż.
C'est la vie.
Będę żyć na złość, nie mam innego wyjścia :p
wtorek, 20 listopada 2018
Nie narzekam
na pracę, Kochany Pamiętniczku.
Cieszę się, że ją mam i chcę pracować jak najdłużej. Kocham te pieniądze, taka prawda i taka ze mnie wredna materialistka :)
Narzekam na ludzi.
W sensie ich pracy, bo pracują byle jak. I to nie jest tylko moje odczucie, to odczucie całej ekipy rzekłabym technicznej.
Jeżeli jedna osoba musi zrobić wszystko, co przygotuje znienacka kilkanaście osób, a każda z nich uważa, że jej dzieło to priorytet, to przepraszam.
Niby powinnam się do tego przyzwyczaić, ale nie.
I co kawałek ktoś do mnie włazi i smędzi, że dlaczemu nie będę na imprezie z okazji 25-lecia w czwartek.
Nie, bo kurwa nie mogę na Was patrzeć, ludzie.
Bo wszyscy będą się szczerzyli do naczalstwa i w dupę im włazili bez mydła i wazeliny. Ot tak, dla zasady, bo może naczalstwo zapamięta i wynagrodzi.
A ja będę padnięta po kurcgalopku, w jakim będę pracowała i co jeszcze weselsze, warzywka sobie ot tak, przesunęły, bo tak.
Nie, żebym narzekała, bo to łatwa kasa, ale żeby ją zarobić, też się muszę narobić.
I tak, jak ktoś musi wyjść, bo chory dziadek, bo zebranie w szkole, bo odebranie dziecka z basenu, bo może gdzieś kochanka czeka, to i owszem, jestem kochana, najsłodsza i jedyna.
Ale gdy ja mówię, że nie mogę z powodów osobistych dziś kiblować dziesięć godzin, proszę o szybsze zrobienie (znaczy się: nie łaź na kawę, nie leź na ćmika, nie pierdol w kuchni), to nie, nikt tego nie bierze pod uwagę.
Więc niestety, nie jestem zainteresowana.
Tak, kręci mnie, że firma istnieje już 25 lat i niech istnieje kolejne 25 i mnie zatrudnia, bo mam taką fantazję.
Ale nie, dziękuję, nie pójdę na imprezę.
Bo nie umiem być nieszczera i uśmiechać się, kiedy mam ochotę tylko wejść do domu, zamknąć drzwi, zdjąć z siebie wszystko, wleźć do wanny i nie myśleć. I nie, nie skusi mnie najlepsze żarcie ani alkohol.
Okazuje się, że jeszcze w piątek będę musiała iść do pracy, bo... relacja z imprezy.
Tadam :) I tak się mój piątek poszedł jebać. Jak zwykle.A ja z uśmiecham na ustach pojadę do pracy.
I będę niebiosom dziękowała, że po raz drugi w ciągu ośmiu lat pracy mam URLOP.
Urlop, w sensie, że nic, kurwa, w grudniu nie zrobię, że będę miała wyrąbane na wszystko, na to, że jeszcze jedna notatka, że nie ma autoryzacji, że...
Średnio co cztery lata mam zatem urlop, kiedy nie myślę, że mnie ktoś wezwie, bo dodatek, bo ekstras, bo komuś się coś zapierdziało, bo takie terminy, no a ja tylko na pół etatu, to się byczę nieustannie.
Tyle we mnie goryczy, że aż się sama tego boję.
I boję się stresu, który ona ze sobą niesie.
Bo stres zabija, takie są fakty.
A na razie zabija mnie klimat. Raz, że co chwila wyskakują mi komunikaty, że mam siedzieć w domu na dupie, bo smog. No, mogę apkę wyłączyć, ale co to zmieni? Od kilku lat czuję, że coraz ciężej mi oddychać i nie, nie że starość i że jestem już wielorybem. Nie. Jest gorsze powietrze.
To już nie tylko czuć, ale i widać.
Widać pył unoszący się w powietrzu.
I jak tu się jeszcze ubrać? Założyłam wczoraj mój zimowy płaszczyk, bo i padało, i prawie zero. Zanim doszłam do pracy czułam się jak Rozalka włożona do pieca na trzy zdrowaśki. Ledwo się doczołgałam do pracy z przystanku, czując jak leci mi pot po plecach. W sensie, że ciepły płaszcz nie przepuszcza powietrza, a w tramwaju było jak w łaźni nagrzane. Włosy miałam mokre, jak po wyjściu spod prysznica. Nie pomogło rozpięcie płaszcza, w plecy było mi gorąco, a w piersi wiał lodowaty wiatr.
Kurwa mać.
Dziś przyjęłam inną strategię. Wyciągnęłam z czeluści szafy sweterek, którego od lat nie nosiłam. Zarzuciłam go na sweterek, który teraz nosze, a raczej na imitację bliźniaka. Na to poncho i komin. Uff... Z lekka było mi zimnawo, ale lepsze to, niż gotowanie się w piecu chlebowym i ociekanie potem. Aczkolwiek... przez dżinsy wiał mi lodowaty wiatr, a ja rajstop nie mam od dobrych kilku lat... I jak założę rajstopy pod dżinsy, to w pracy mnie szlag...
Starość, kurwa, starość.
I nie napiszę, że pora umierać, bo to jest oczywiste.
No, ale jeszcze Kalafiorkównę chciałabym zobaczyć na własne oczy i czubek łebeczka ucałować.
I z Alienkiem pogadać, i z Małą Wiedźmą, i Papryczkiem.
Na chwilę, na moment.
Bo liczą się tylko chwile, reszta to fatamorgana i złudzenie optyczne :)
Wrzuciłam dziś na fejsa zdjęcie Papryczka, no i wyszły z tego jaja, bo zażartowałam, w sumie mówiąc prawdę, że woli babcię nr one :) Bo taka prawda, nie tuli się do mnie, tak samo MW przyjeżdżając do mnie robiła sceny, że chce do babci J., odjeżdżając, gdy przyjeżdżała po nią babcia J. też rzucała się w jej ramiona z radością, mnie żegnając chłodnym "pa". Nie mam o to pretensji, u babci J. spędzały całe lato, u mnie góra tydzień. Tam mają luz i dostają wszystko, co chcą. Wożą je na wczasy, mnie nie za bardzo stać na wczasy dla mnie samej, wciąż mi wisi nad głową perspektywa, że już nie będę pracowała, a nie mam nic odłożone, nie widzę opcji fundowania wczasów nad morzem synowej i dwójce wnucząt. Nic dziwnego, że wnuczęta są bardziej za dziadkami niż za mną. Synowa zaczęła się tłumaczyć, nie rozumiejąc, że mi to w sumie dynda. Wiem, że to nie jej wina, że nie odmawia dzieci ode mnie. Sama mówi, że woli mnie, jak swoją matkę. Nie o to biega. Takie jest życie - dzieci wolą rękę, która je rozpieszcza, nie wyznacza granic i daje wszystko. U mnie są zasady, nie wolno, to nie wolno i koniec, nie ma apelacji. No i nie widzę konieczności wydawania kasy na rzeczy niepotrzebne, na zasadzie, bo dziecko chce. Moje nie dostawały tego, co chciały, więc dlaczego mam srać wyżej, niż dupę mam, tylko po to, żeby pokazać wnukom, że je kocham?
No i ciąg dalszy dyskusji na fejsbuczku. Zakończyłam, bo co będę się kopać z koniem, na dokładkę z takim z pisu, co internetów nie ogarnia?
Tak samo z lekka fochnęła się na mnie Inżynierowa, bo wczoraj w parku, jak sama przyznała, polazł za nią pies. Zna go z widzenia, więc szukała właściciela po okolicy, nie bacząc, jak sama napisała, na brzuszysko i ryczącego, głodnego Alienka. Znalazła, nie właściciela, ale sąsiada właściciela i zostawiła tam psa. Poszła szukać właściciela, zna go z wiedzenia, żeby się nie martwił o psa. Wróciła do domu dopiero, gdy Alienek się zapłakał prawie na amen i już nie zdążyła obiadu zrobić, bo pies. Pytam dziś z ciekawości, czy jest dalszy ciąg historii kundla, a tu święte oburzenie, że to nie kundel, że to rasowy, bardzo drogi szpic.
Seriously?
Sierściuch ważniejszy od dziecka?
Od drugiego dziecka, które w niej rośnie?
Wiem, zmaleje mi liczba wielbicielek i czytaczy.
Ale: nie jestem wrogiem zwierząt.
Nie krzywdzę ich.
Uważam po prostu, że człowiek jest ważniejszy.
Tak, wiem, ludzie odchodzą, zdradzają, krzywdzą.
Zwierzęta są wierne i inne tam klocki.
Nie mam zwierząt, bo mnie na nie nie stać.
Nie stać mnie na skazywanie kundla, niechby był rasowy do szpiku kości, na czekanie na mnie po 12 godzin, jak dziś.
Bo dziś wyszłam o ósmej i wróciłam krótko przed dwudziestą. I ni cholera mnie nie zmusi do sprzątania w tym momencie kuwety. Kocham swoje kurzołapy, badyle i marzę tylko o klapnięciu na fotelu i maniu wszystkiego głęboko w dupie, bo nawet na nowy odcinek serialu nie mam ochoty.
Nie stać mnie na weterynarza, bo na dentystę dla mnie odkładam miesiącami.
Nie stać mnie na kota, bo nie mam z kim jebanego sierściucha zostawić, gdy jadę na miesiąc, bo potrzebuje mnie Inżynierowa...
Więc tak, jestem wredna i do szpiku kości egoistka.
Jak już mnie rozsypią, zaznaczę w ostatniej woli, że chcę mieć tabliczkę z napisem: Bo to zła kobieta była :)
True story :p
Tylko dlaczego we mnie jest tyle goryczy?
Pora zamknąć budkę na kłódkę, tak myślę...
Cieszę się, że ją mam i chcę pracować jak najdłużej. Kocham te pieniądze, taka prawda i taka ze mnie wredna materialistka :)
Narzekam na ludzi.
W sensie ich pracy, bo pracują byle jak. I to nie jest tylko moje odczucie, to odczucie całej ekipy rzekłabym technicznej.
Jeżeli jedna osoba musi zrobić wszystko, co przygotuje znienacka kilkanaście osób, a każda z nich uważa, że jej dzieło to priorytet, to przepraszam.
Niby powinnam się do tego przyzwyczaić, ale nie.
I co kawałek ktoś do mnie włazi i smędzi, że dlaczemu nie będę na imprezie z okazji 25-lecia w czwartek.
Nie, bo kurwa nie mogę na Was patrzeć, ludzie.
Bo wszyscy będą się szczerzyli do naczalstwa i w dupę im włazili bez mydła i wazeliny. Ot tak, dla zasady, bo może naczalstwo zapamięta i wynagrodzi.
A ja będę padnięta po kurcgalopku, w jakim będę pracowała i co jeszcze weselsze, warzywka sobie ot tak, przesunęły, bo tak.
Nie, żebym narzekała, bo to łatwa kasa, ale żeby ją zarobić, też się muszę narobić.
I tak, jak ktoś musi wyjść, bo chory dziadek, bo zebranie w szkole, bo odebranie dziecka z basenu, bo może gdzieś kochanka czeka, to i owszem, jestem kochana, najsłodsza i jedyna.
Ale gdy ja mówię, że nie mogę z powodów osobistych dziś kiblować dziesięć godzin, proszę o szybsze zrobienie (znaczy się: nie łaź na kawę, nie leź na ćmika, nie pierdol w kuchni), to nie, nikt tego nie bierze pod uwagę.
Więc niestety, nie jestem zainteresowana.
Tak, kręci mnie, że firma istnieje już 25 lat i niech istnieje kolejne 25 i mnie zatrudnia, bo mam taką fantazję.
Ale nie, dziękuję, nie pójdę na imprezę.
Bo nie umiem być nieszczera i uśmiechać się, kiedy mam ochotę tylko wejść do domu, zamknąć drzwi, zdjąć z siebie wszystko, wleźć do wanny i nie myśleć. I nie, nie skusi mnie najlepsze żarcie ani alkohol.
Okazuje się, że jeszcze w piątek będę musiała iść do pracy, bo... relacja z imprezy.
Tadam :) I tak się mój piątek poszedł jebać. Jak zwykle.A ja z uśmiecham na ustach pojadę do pracy.
I będę niebiosom dziękowała, że po raz drugi w ciągu ośmiu lat pracy mam URLOP.
Urlop, w sensie, że nic, kurwa, w grudniu nie zrobię, że będę miała wyrąbane na wszystko, na to, że jeszcze jedna notatka, że nie ma autoryzacji, że...
Średnio co cztery lata mam zatem urlop, kiedy nie myślę, że mnie ktoś wezwie, bo dodatek, bo ekstras, bo komuś się coś zapierdziało, bo takie terminy, no a ja tylko na pół etatu, to się byczę nieustannie.
Tyle we mnie goryczy, że aż się sama tego boję.
I boję się stresu, który ona ze sobą niesie.
Bo stres zabija, takie są fakty.
A na razie zabija mnie klimat. Raz, że co chwila wyskakują mi komunikaty, że mam siedzieć w domu na dupie, bo smog. No, mogę apkę wyłączyć, ale co to zmieni? Od kilku lat czuję, że coraz ciężej mi oddychać i nie, nie że starość i że jestem już wielorybem. Nie. Jest gorsze powietrze.
To już nie tylko czuć, ale i widać.
Widać pył unoszący się w powietrzu.
I jak tu się jeszcze ubrać? Założyłam wczoraj mój zimowy płaszczyk, bo i padało, i prawie zero. Zanim doszłam do pracy czułam się jak Rozalka włożona do pieca na trzy zdrowaśki. Ledwo się doczołgałam do pracy z przystanku, czując jak leci mi pot po plecach. W sensie, że ciepły płaszcz nie przepuszcza powietrza, a w tramwaju było jak w łaźni nagrzane. Włosy miałam mokre, jak po wyjściu spod prysznica. Nie pomogło rozpięcie płaszcza, w plecy było mi gorąco, a w piersi wiał lodowaty wiatr.
Kurwa mać.
Dziś przyjęłam inną strategię. Wyciągnęłam z czeluści szafy sweterek, którego od lat nie nosiłam. Zarzuciłam go na sweterek, który teraz nosze, a raczej na imitację bliźniaka. Na to poncho i komin. Uff... Z lekka było mi zimnawo, ale lepsze to, niż gotowanie się w piecu chlebowym i ociekanie potem. Aczkolwiek... przez dżinsy wiał mi lodowaty wiatr, a ja rajstop nie mam od dobrych kilku lat... I jak założę rajstopy pod dżinsy, to w pracy mnie szlag...
Starość, kurwa, starość.
I nie napiszę, że pora umierać, bo to jest oczywiste.
No, ale jeszcze Kalafiorkównę chciałabym zobaczyć na własne oczy i czubek łebeczka ucałować.
I z Alienkiem pogadać, i z Małą Wiedźmą, i Papryczkiem.
Na chwilę, na moment.
Bo liczą się tylko chwile, reszta to fatamorgana i złudzenie optyczne :)
Wrzuciłam dziś na fejsa zdjęcie Papryczka, no i wyszły z tego jaja, bo zażartowałam, w sumie mówiąc prawdę, że woli babcię nr one :) Bo taka prawda, nie tuli się do mnie, tak samo MW przyjeżdżając do mnie robiła sceny, że chce do babci J., odjeżdżając, gdy przyjeżdżała po nią babcia J. też rzucała się w jej ramiona z radością, mnie żegnając chłodnym "pa". Nie mam o to pretensji, u babci J. spędzały całe lato, u mnie góra tydzień. Tam mają luz i dostają wszystko, co chcą. Wożą je na wczasy, mnie nie za bardzo stać na wczasy dla mnie samej, wciąż mi wisi nad głową perspektywa, że już nie będę pracowała, a nie mam nic odłożone, nie widzę opcji fundowania wczasów nad morzem synowej i dwójce wnucząt. Nic dziwnego, że wnuczęta są bardziej za dziadkami niż za mną. Synowa zaczęła się tłumaczyć, nie rozumiejąc, że mi to w sumie dynda. Wiem, że to nie jej wina, że nie odmawia dzieci ode mnie. Sama mówi, że woli mnie, jak swoją matkę. Nie o to biega. Takie jest życie - dzieci wolą rękę, która je rozpieszcza, nie wyznacza granic i daje wszystko. U mnie są zasady, nie wolno, to nie wolno i koniec, nie ma apelacji. No i nie widzę konieczności wydawania kasy na rzeczy niepotrzebne, na zasadzie, bo dziecko chce. Moje nie dostawały tego, co chciały, więc dlaczego mam srać wyżej, niż dupę mam, tylko po to, żeby pokazać wnukom, że je kocham?
No i ciąg dalszy dyskusji na fejsbuczku. Zakończyłam, bo co będę się kopać z koniem, na dokładkę z takim z pisu, co internetów nie ogarnia?
Tak samo z lekka fochnęła się na mnie Inżynierowa, bo wczoraj w parku, jak sama przyznała, polazł za nią pies. Zna go z widzenia, więc szukała właściciela po okolicy, nie bacząc, jak sama napisała, na brzuszysko i ryczącego, głodnego Alienka. Znalazła, nie właściciela, ale sąsiada właściciela i zostawiła tam psa. Poszła szukać właściciela, zna go z wiedzenia, żeby się nie martwił o psa. Wróciła do domu dopiero, gdy Alienek się zapłakał prawie na amen i już nie zdążyła obiadu zrobić, bo pies. Pytam dziś z ciekawości, czy jest dalszy ciąg historii kundla, a tu święte oburzenie, że to nie kundel, że to rasowy, bardzo drogi szpic.
Seriously?
Sierściuch ważniejszy od dziecka?
Od drugiego dziecka, które w niej rośnie?
Wiem, zmaleje mi liczba wielbicielek i czytaczy.
Ale: nie jestem wrogiem zwierząt.
Nie krzywdzę ich.
Uważam po prostu, że człowiek jest ważniejszy.
Tak, wiem, ludzie odchodzą, zdradzają, krzywdzą.
Zwierzęta są wierne i inne tam klocki.
Nie mam zwierząt, bo mnie na nie nie stać.
Nie stać mnie na skazywanie kundla, niechby był rasowy do szpiku kości, na czekanie na mnie po 12 godzin, jak dziś.
Bo dziś wyszłam o ósmej i wróciłam krótko przed dwudziestą. I ni cholera mnie nie zmusi do sprzątania w tym momencie kuwety. Kocham swoje kurzołapy, badyle i marzę tylko o klapnięciu na fotelu i maniu wszystkiego głęboko w dupie, bo nawet na nowy odcinek serialu nie mam ochoty.
Nie stać mnie na weterynarza, bo na dentystę dla mnie odkładam miesiącami.
Nie stać mnie na kota, bo nie mam z kim jebanego sierściucha zostawić, gdy jadę na miesiąc, bo potrzebuje mnie Inżynierowa...
Więc tak, jestem wredna i do szpiku kości egoistka.
Jak już mnie rozsypią, zaznaczę w ostatniej woli, że chcę mieć tabliczkę z napisem: Bo to zła kobieta była :)
True story :p
Tylko dlaczego we mnie jest tyle goryczy?
Pora zamknąć budkę na kłódkę, tak myślę...
sobota, 17 listopada 2018
Wszystko
można sklasyfikować, Kochany Pamiętniczku.
Łażąc po sieci dowiedziałam się, że uprawiam cocooning :)
Baran z wizytą wpadł i tak się jakoś zagadaliśmy, miało być pół godziny, a wyszło, jak wyszło :P
I on, choć taka z niego włóczęga i małolat, też zaczyna tę konkurencję lubić.
Co to czas robi z ludźmi.
Ale...
W nocy amarylis rozkwitł na oknie w kuchni, nie słyszałam, jak spadł pod swoim własnym ciężarem, stracił jeden płatek, ale i tak jest cudny, co nie? Przeniosłam go do pokoju i namęczyłam się, żeby umocować tak, żeby nie spadał, skubany :)
Czegóż więcej chcieć, gdy zapadnie zmrok, mam to, co lubię i nikomu nie przeszkadzam. Mam swoją muzykę w słuchawkach i nie krępuję się, że inni mogą ją słyszeć mimo słuchawek. Nie muszę wyłączać zabawek, bzykają to bzykają, komu to wadzi? Jedynie muszę je trzymać tak, by nie świeciły, bo nie do wiary, ale świecący monitorek ajfoniczka z drugiego kąta pokoju w nocy potrafi mnie obudzić. Za to nie obudzi mnie żaden budzik, więc mam przerąbane :P
Tak sobie miło pogawędziliśmy, aż biedny Baran padł.
Nie wiem teraz, czy prosić los o szybkie pojawienie się Kalafiorkówny i zlądowanie na Baranim karku na długo (tak, wiem, kochasz mnie i nie przeszkadzam Wam), czy pomęczyć się u Inżynierostwa i nie zawracać głowy Baranom :)
Zresztą los i tak zrobi po swojemu, mam nadzieję jednak na parę dni i tu, i tam :)
Co ma być, będzie :)
Odkąd zaczęło się zbieranie naklejek na Słodziaki, nie chodziłam do Lidla, wydając bez umiaru pieniądze w Biedronce, no bo naklejki. Nigdy więcej żadnych naklejek. Powędrowałam dziś do Lidla, chociaż miałam nie wychodzić z domu, ale czułam się lepiej po miksturze czosnkowej (woda, czosnek, cytryna, imbir, miód, zblendowane), gardło mnie wcale nie bolało, a wczoraj miałam w nim żyletki, temperatura mi skakała i miałam dreszcze. O wanilii myślałam zawsze w Lidlu była za niezłą kasę. Wanilii nie było, ale za to cytryny po 3,99, ludzie kilogramami brali. Kaki za 99 groszy, sama się skusiłam. I inne takie tam, ale widzę, że straciłam sporo, nie łażąc tu i tam. No nic. Nigdy więcej naklejek :P
I boligłówki sztuk dwie mam, zdążą mi zapachnąć do wyjazdu.
Jeszcze jutro relaks, potem cztery zwariowane dni.
I dlatego nie idę w czwartek na ten jubileusz, raz, że nie wiem, jak pójdzie zamykanie, dwa, cóż piękniejszego może być niż powrót do swojego azylu.
Bo to, że lubię ludzi nie ma jednak wpływu na to, że wolę siebie.
And My Shadow.
Łażąc po sieci dowiedziałam się, że uprawiam cocooning :)
Baran z wizytą wpadł i tak się jakoś zagadaliśmy, miało być pół godziny, a wyszło, jak wyszło :P
I on, choć taka z niego włóczęga i małolat, też zaczyna tę konkurencję lubić.
Co to czas robi z ludźmi.
Ale...
W nocy amarylis rozkwitł na oknie w kuchni, nie słyszałam, jak spadł pod swoim własnym ciężarem, stracił jeden płatek, ale i tak jest cudny, co nie? Przeniosłam go do pokoju i namęczyłam się, żeby umocować tak, żeby nie spadał, skubany :)
Czegóż więcej chcieć, gdy zapadnie zmrok, mam to, co lubię i nikomu nie przeszkadzam. Mam swoją muzykę w słuchawkach i nie krępuję się, że inni mogą ją słyszeć mimo słuchawek. Nie muszę wyłączać zabawek, bzykają to bzykają, komu to wadzi? Jedynie muszę je trzymać tak, by nie świeciły, bo nie do wiary, ale świecący monitorek ajfoniczka z drugiego kąta pokoju w nocy potrafi mnie obudzić. Za to nie obudzi mnie żaden budzik, więc mam przerąbane :P
Tak sobie miło pogawędziliśmy, aż biedny Baran padł.
Nie wiem teraz, czy prosić los o szybkie pojawienie się Kalafiorkówny i zlądowanie na Baranim karku na długo (tak, wiem, kochasz mnie i nie przeszkadzam Wam), czy pomęczyć się u Inżynierostwa i nie zawracać głowy Baranom :)
Zresztą los i tak zrobi po swojemu, mam nadzieję jednak na parę dni i tu, i tam :)
Co ma być, będzie :)
Odkąd zaczęło się zbieranie naklejek na Słodziaki, nie chodziłam do Lidla, wydając bez umiaru pieniądze w Biedronce, no bo naklejki. Nigdy więcej żadnych naklejek. Powędrowałam dziś do Lidla, chociaż miałam nie wychodzić z domu, ale czułam się lepiej po miksturze czosnkowej (woda, czosnek, cytryna, imbir, miód, zblendowane), gardło mnie wcale nie bolało, a wczoraj miałam w nim żyletki, temperatura mi skakała i miałam dreszcze. O wanilii myślałam zawsze w Lidlu była za niezłą kasę. Wanilii nie było, ale za to cytryny po 3,99, ludzie kilogramami brali. Kaki za 99 groszy, sama się skusiłam. I inne takie tam, ale widzę, że straciłam sporo, nie łażąc tu i tam. No nic. Nigdy więcej naklejek :P
I boligłówki sztuk dwie mam, zdążą mi zapachnąć do wyjazdu.
Jeszcze jutro relaks, potem cztery zwariowane dni.
I dlatego nie idę w czwartek na ten jubileusz, raz, że nie wiem, jak pójdzie zamykanie, dwa, cóż piękniejszego może być niż powrót do swojego azylu.
Bo to, że lubię ludzi nie ma jednak wpływu na to, że wolę siebie.
And My Shadow.
czwartek, 15 listopada 2018
Serio
Kochany Pamiętniczku, badania na alzheimera już chciałam robić.
Bo czas mi się plącze, tak że jutro nie poszłabym do pracy, gdyby nie przypadek.
Obudziłam się dziś zadowolona, że piątek i w ogóle, że ojapierdolę, jutro się wyśpię i będę miała na wszystko wyjebane.
W pracy chuj bombki strzelił.
Tulili się do mnie, że pani Starajędzunio i chuj wi co.
Byłam jak skała i uśmiechając się mówiłam, że jestem dziś do 13 wg grafiku i nie ma innej opcji, mogę też przypadkiem wyjść ukradkiem i znienacka.
Ale że wypadło jak wypadło i miałam roboty po kokardę i kucyki, to siedziałam na dupie i pracowałam.
Przed 12 lecę z wydruczkami do tego co wypadło, a z kuchni rechot i ojapierdolę.
Imprezkę sobie zrobili, ale nikt nie wpadł na pomysł, żeby mnie zaprosić. A tańce, hulanki i swawola były, bo Bossa nie ma. Jakoś nikt nie wpadł na to, że nie słyszę wezwania do balangi, no i nie byłam do niej niezbędna, co nie? Tak zawsze bywa, taki lajf, urok i sraczka :D Nie byłam potrzebna na gwałt, więc mimo palącego się u mnie światła nikt się nie zainteresował.
Bywa. Może to i dobrze, bo zrobiłam, co miałam zrobić :)
Później poszłam do takiej budki, gdzie obiady takie sobie, ale cena do przełknięcia, albowiem drugiego śniadania nie miałam.
Zamawiam rybę.
Pani wielkie gały i mówi, że rybę to oni mają w piątek.
A ja grzecznie: ale dziś piątek.
Pani grzecznie: nie, czwartek dziś.
Ojapierdolę, faktycznie, czwartek dziś.
Tak mi się ten tydzień pierdoli, że ojapierdolę.
Cóż było robić.
Wróciłam, zeżarłam obiadek, dokończyłam robotę i szukam tych, co mnie tak pragnęli. A poszli na papieroska.
Trudno, ich strata :)
Słuchawki w uszy i poszłam w siną dal, w siną dal, lewa prawa.
W sumie co mnie to? Czekałam przepisowe 4 godziny na pracę, dostałam tekst na 5 minut, jeszcze mi po tym autor odpisał: Stara Jędzo, jak można tak szybko?
Ano można, jeśli się pracuje, a nie opierdala.
A że w międzyczasie pracowałam nad czymś innym. Wola boska i skrzypce. Mogłam smędzić na fejsbuczku, iść na ćmika, grzebać palcem w dupie, nieprawdaż?
Więc dwie minuty po trzynastej pomaszerowałam w siną dal, w siną dal...
W skrzynce czekało awizo, z dopiskiem gabaryty.
Sikora grzybków wysłała wczoraj (!), a że ostatnio zrobiłam aferę o zmiażdżony naparstek, to kazali mi lecieć na pocztę.
Hahahahaha :)
Ale doszło błyskawicznie, poczta już wie, z kim ma do czynienia.
Bo polecony ekspres air mail szedł kiedyś do Inżyniera miesiącami, skutkiem czego biedny Inżynier dokończył studia w PL
Za co dzięki niebiosom i partii :)
Odsapnęłam, popiłam, bo się odwodniłam i polazłam na piątkowe zakupy, aczkolwiek czwartek był, no ale co zrobić w takim popierdoleniu?
Do Biedronki polazłam.
Napchałam do wózka wiele dobra, albowiem to piątkowe całotygodniowe zakupy były, aczkolwiek dziś czwartek.
No nic...
Przy kasie pani prosi o założenie taśmy, że koniec kolejki i basta.
A ja na to jak na lato :p
Nie ma kolejki, więc zagajam grzecznie, do kiedy te Słodziaki...
Pani, że do 18 naklejki, a do 2 grudnia odbiór. Więc nieśmiało zagajam, kiedy będzie II tom książeczki.
Pani: gotówka czy naklejki.
A ja:naklejki.
I pani pomaszerowała w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, nie sprawdzałam jakie ma podwiązki :) W sklepie NIE BYŁO książeczek.
Po chwili wróciła i...
MAM :)
Mam książeczkę urban legend :P Przejdzie do family legend. A wszystko przez Synową miłującą zwierzęta do bólu. Hmmm.... Może jednak dziecko nie do końca się spsuło :P Zobaczymy, życie jest full of zasadzkas and kopas w dupas :)
I wiem, że już NIGDY w życiu nie będę zbierała naklejek na nic. Wolę, kurde, stówę wydać na pierdołę, niż zbierać pierdyliard monet na jakiś badziew, jak te, które uzbierałam z namowy Synowej. NEVERMIND :) To zryło moją psychikę i zostałam JESZCZE WIĘKSZĄ starą wariatką :P
Ale pieścichłopy były wyjątkowo seksowne i świeże tym razem, więc nie pożałowałam sobie. Kto bogatemu zabroni?
I klementynki prima sort.
Ale naklejki zostawiłam pani w kasie, żeby mnie nie kusiło, że a nuż dozbieram do 18 jeszcze na coś :D
Chaupkę ogarnęłam piątkowo, aczkolwiek pamiętałam, że jest czwartek.
Zatem juterko do roboty, ale potem mam trzy dni wolnego, bo tak :P
Bo tak wyszło...
A za dwa tygodnie mnie już nie będzie.
Taki life :P
Bo czas mi się plącze, tak że jutro nie poszłabym do pracy, gdyby nie przypadek.
Obudziłam się dziś zadowolona, że piątek i w ogóle, że ojapierdolę, jutro się wyśpię i będę miała na wszystko wyjebane.
W pracy chuj bombki strzelił.
Tulili się do mnie, że pani Starajędzunio i chuj wi co.
Byłam jak skała i uśmiechając się mówiłam, że jestem dziś do 13 wg grafiku i nie ma innej opcji, mogę też przypadkiem wyjść ukradkiem i znienacka.
Ale że wypadło jak wypadło i miałam roboty po kokardę i kucyki, to siedziałam na dupie i pracowałam.
Przed 12 lecę z wydruczkami do tego co wypadło, a z kuchni rechot i ojapierdolę.
Imprezkę sobie zrobili, ale nikt nie wpadł na pomysł, żeby mnie zaprosić. A tańce, hulanki i swawola były, bo Bossa nie ma. Jakoś nikt nie wpadł na to, że nie słyszę wezwania do balangi, no i nie byłam do niej niezbędna, co nie? Tak zawsze bywa, taki lajf, urok i sraczka :D Nie byłam potrzebna na gwałt, więc mimo palącego się u mnie światła nikt się nie zainteresował.
Bywa. Może to i dobrze, bo zrobiłam, co miałam zrobić :)
Później poszłam do takiej budki, gdzie obiady takie sobie, ale cena do przełknięcia, albowiem drugiego śniadania nie miałam.
Zamawiam rybę.
Pani wielkie gały i mówi, że rybę to oni mają w piątek.
A ja grzecznie: ale dziś piątek.
Pani grzecznie: nie, czwartek dziś.
Ojapierdolę, faktycznie, czwartek dziś.
Tak mi się ten tydzień pierdoli, że ojapierdolę.
Cóż było robić.
Wróciłam, zeżarłam obiadek, dokończyłam robotę i szukam tych, co mnie tak pragnęli. A poszli na papieroska.
Trudno, ich strata :)
Słuchawki w uszy i poszłam w siną dal, w siną dal, lewa prawa.
W sumie co mnie to? Czekałam przepisowe 4 godziny na pracę, dostałam tekst na 5 minut, jeszcze mi po tym autor odpisał: Stara Jędzo, jak można tak szybko?
Ano można, jeśli się pracuje, a nie opierdala.
A że w międzyczasie pracowałam nad czymś innym. Wola boska i skrzypce. Mogłam smędzić na fejsbuczku, iść na ćmika, grzebać palcem w dupie, nieprawdaż?
Więc dwie minuty po trzynastej pomaszerowałam w siną dal, w siną dal...
W skrzynce czekało awizo, z dopiskiem gabaryty.
Sikora grzybków wysłała wczoraj (!), a że ostatnio zrobiłam aferę o zmiażdżony naparstek, to kazali mi lecieć na pocztę.
Hahahahaha :)
Ale doszło błyskawicznie, poczta już wie, z kim ma do czynienia.
Bo polecony ekspres air mail szedł kiedyś do Inżyniera miesiącami, skutkiem czego biedny Inżynier dokończył studia w PL
Za co dzięki niebiosom i partii :)
Odsapnęłam, popiłam, bo się odwodniłam i polazłam na piątkowe zakupy, aczkolwiek czwartek był, no ale co zrobić w takim popierdoleniu?
Do Biedronki polazłam.
Napchałam do wózka wiele dobra, albowiem to piątkowe całotygodniowe zakupy były, aczkolwiek dziś czwartek.
No nic...
Przy kasie pani prosi o założenie taśmy, że koniec kolejki i basta.
A ja na to jak na lato :p
Nie ma kolejki, więc zagajam grzecznie, do kiedy te Słodziaki...
Pani, że do 18 naklejki, a do 2 grudnia odbiór. Więc nieśmiało zagajam, kiedy będzie II tom książeczki.
Pani: gotówka czy naklejki.
A ja:naklejki.
I pani pomaszerowała w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, nie sprawdzałam jakie ma podwiązki :) W sklepie NIE BYŁO książeczek.
Po chwili wróciła i...
MAM :)
Mam książeczkę urban legend :P Przejdzie do family legend. A wszystko przez Synową miłującą zwierzęta do bólu. Hmmm.... Może jednak dziecko nie do końca się spsuło :P Zobaczymy, życie jest full of zasadzkas and kopas w dupas :)
I wiem, że już NIGDY w życiu nie będę zbierała naklejek na nic. Wolę, kurde, stówę wydać na pierdołę, niż zbierać pierdyliard monet na jakiś badziew, jak te, które uzbierałam z namowy Synowej. NEVERMIND :) To zryło moją psychikę i zostałam JESZCZE WIĘKSZĄ starą wariatką :P
Ale pieścichłopy były wyjątkowo seksowne i świeże tym razem, więc nie pożałowałam sobie. Kto bogatemu zabroni?
I klementynki prima sort.
Ale naklejki zostawiłam pani w kasie, żeby mnie nie kusiło, że a nuż dozbieram do 18 jeszcze na coś :D
Chaupkę ogarnęłam piątkowo, aczkolwiek pamiętałam, że jest czwartek.
Zatem juterko do roboty, ale potem mam trzy dni wolnego, bo tak :P
Bo tak wyszło...
A za dwa tygodnie mnie już nie będzie.
Taki life :P
wtorek, 13 listopada 2018
Jak w diabelskim
młynie, Kochany Pamiętniczku.
Ano, takie jest życie.
Randkę miałam w sobotę, bo w niedzielę pojechali do Londynu na angielskie obchody zakończenia I wojny światowej.
Nie muszę mówić, że się nerwowałam, klnąc, bo to i Alienek mały i ona na ostatnich nogach w ciąży. No ale nic się nie działo.
Za to osobistą traumę miałam.
Bo licho mnie podkusiło, które jak wiadomo nie śpi, na pewno nie śpi z byle kim i sobie umyśliłam, że do wujka Mietka zajrzę, bo i pogoda kusiła. Wyrzuty sumienia mam, że tego tłustego zadka nie ruszam.
I pokarało mnie.
Już na przystanku musiałam znikać i lecieć na bimbę, albowiem pod wiatą skupiło się 10 żuli i - tak, wiem, to też ludzie - smród szedł taki, że na przystanku nie można było tchu złapać. A że było widać, że pojadą autobusem, wzdechnęłam i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal.
A bimbie był jeden żul, więc przemieszczając się strategicznie uniknęłam woni Arabii.
Ale za to tłok był taki, że nawet ja nie pamiętam.
Cały Poznań jechał do centrum, a korki były jak marzenie, tylko bimby śmigały. Chytrze obliczyłam, ze dojadę prawie do celu, a tu na Podgórnej zonk.
I nic dalej nie jechało, wywalili wszystkich
Szłam w takim tłoku do Ratajczaka, że nawet zdjęć się nie dało robić. Nienawidzę takich zbitych tłumów.
Przez chwilę było luźniej, ale potem trafiłam w strumień idących na plac Wolności i na Święty Marcin i prący w przeciwnym kierunku tłum uczestników Biegu Niepodległości. Nie powiem, widoki radowały serducho, ale zwyczajnie się bałam, a moja klaustrofobia miała się znakomicie, bo żeby to jeszcze szło z zasadą prawej strony, nie, to był jeden wielki chaos.
Po biegu przebierano się wszędzie, gdzie się dało :)
A pani w kapeluszu, żywcem wyjęta ze starego filmu brała udział w inscenizacji sufrażystek.
.Marzyłam tylko o tym, żeby jechać do domu. Ale jak na złość panował taki chaos komunikacyjny, że dojechałam do domu po 2 godzinach, ciesząc się, że udało mi się ominąć paradę z okazji imienin ulicy.
Nie, to mnie przerastało.
Starzeję się gwałtownie.
Jedyny powód do zadowolenia to fakt, że moja wioska bawiła się dobrze, w przeciwieństwie do biednej stolycy, którą najechały dzikie hordy.
Nawet nie chce mi się tego komentować, bo brakuje mi słów. W sumie przesiedzialam resztę dnia przed kompem, oglądając relacje z różnych miast.
Poniedziałek przeleżałam, wstając tylko do kuchni i do WC.
Wieczorem odezwała się M., którą ostatni raz widziałam po maturze i przegadałyśmy pół nocy :)
A dziś miałam być w pracy na ósmą. I byłam.
Ogarnęłam wszystko migusiem, no bo kto, jak nie ja?
A ranek wstał cudowny.
Niebo płonęło...
... a mój amarylis nieśmiało wygląda na ten padół.
Przed chwilą uświadomiłam sobie (w tym roku wyjątkowo szybko), że 39 lat temu, w piatek, o trzynastej powiedziałam TAK.
Po prostu stwierdzam fakt historyczny, nie odczuwam żadnych emocji.
Ot, data w kalendarzu.
Nigdy nie obchodziliśmy rocznicy, Eks nigdy nie pamiętał o żadnych świętach, rocznicach i takich tam. A ja szybko nauczyłam się niereagowania, bo szkoda było moich nerwów.
Inżynier odpisał: jak też czas leci.
Pierworodny krótko: lol.
I tak wszystko przemija,powoli, powoli, i pamięć o szczęściu, i o tym, co boli...
Kopiemy dołek dalej :)
Ano, takie jest życie.
Randkę miałam w sobotę, bo w niedzielę pojechali do Londynu na angielskie obchody zakończenia I wojny światowej.
Nie muszę mówić, że się nerwowałam, klnąc, bo to i Alienek mały i ona na ostatnich nogach w ciąży. No ale nic się nie działo.
Za to osobistą traumę miałam.
Bo licho mnie podkusiło, które jak wiadomo nie śpi, na pewno nie śpi z byle kim i sobie umyśliłam, że do wujka Mietka zajrzę, bo i pogoda kusiła. Wyrzuty sumienia mam, że tego tłustego zadka nie ruszam.
I pokarało mnie.
Już na przystanku musiałam znikać i lecieć na bimbę, albowiem pod wiatą skupiło się 10 żuli i - tak, wiem, to też ludzie - smród szedł taki, że na przystanku nie można było tchu złapać. A że było widać, że pojadą autobusem, wzdechnęłam i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal.
A bimbie był jeden żul, więc przemieszczając się strategicznie uniknęłam woni Arabii.
Ale za to tłok był taki, że nawet ja nie pamiętam.
Cały Poznań jechał do centrum, a korki były jak marzenie, tylko bimby śmigały. Chytrze obliczyłam, ze dojadę prawie do celu, a tu na Podgórnej zonk.
I nic dalej nie jechało, wywalili wszystkich
Szłam w takim tłoku do Ratajczaka, że nawet zdjęć się nie dało robić. Nienawidzę takich zbitych tłumów.
Przez chwilę było luźniej, ale potem trafiłam w strumień idących na plac Wolności i na Święty Marcin i prący w przeciwnym kierunku tłum uczestników Biegu Niepodległości. Nie powiem, widoki radowały serducho, ale zwyczajnie się bałam, a moja klaustrofobia miała się znakomicie, bo żeby to jeszcze szło z zasadą prawej strony, nie, to był jeden wielki chaos.
Po biegu przebierano się wszędzie, gdzie się dało :)
A pani w kapeluszu, żywcem wyjęta ze starego filmu brała udział w inscenizacji sufrażystek.
.Marzyłam tylko o tym, żeby jechać do domu. Ale jak na złość panował taki chaos komunikacyjny, że dojechałam do domu po 2 godzinach, ciesząc się, że udało mi się ominąć paradę z okazji imienin ulicy.
Nie, to mnie przerastało.
Starzeję się gwałtownie.
Jedyny powód do zadowolenia to fakt, że moja wioska bawiła się dobrze, w przeciwieństwie do biednej stolycy, którą najechały dzikie hordy.
Nawet nie chce mi się tego komentować, bo brakuje mi słów. W sumie przesiedzialam resztę dnia przed kompem, oglądając relacje z różnych miast.
Poniedziałek przeleżałam, wstając tylko do kuchni i do WC.
Wieczorem odezwała się M., którą ostatni raz widziałam po maturze i przegadałyśmy pół nocy :)
A dziś miałam być w pracy na ósmą. I byłam.
Ogarnęłam wszystko migusiem, no bo kto, jak nie ja?
A ranek wstał cudowny.
Niebo płonęło...
... a mój amarylis nieśmiało wygląda na ten padół.
Przed chwilą uświadomiłam sobie (w tym roku wyjątkowo szybko), że 39 lat temu, w piatek, o trzynastej powiedziałam TAK.
Po prostu stwierdzam fakt historyczny, nie odczuwam żadnych emocji.
Ot, data w kalendarzu.
Nigdy nie obchodziliśmy rocznicy, Eks nigdy nie pamiętał o żadnych świętach, rocznicach i takich tam. A ja szybko nauczyłam się niereagowania, bo szkoda było moich nerwów.
Inżynier odpisał: jak też czas leci.
Pierworodny krótko: lol.
I tak wszystko przemija,powoli, powoli, i pamięć o szczęściu, i o tym, co boli...
Kopiemy dołek dalej :)
piątek, 9 listopada 2018
A szlag
Kochany Pamiętniczku.
Kolega w pracy dziś mi rzekł: wyłączyć wszystko. Chyba tak zrobię, bo mam, kurwa, wszystkiego dość.
Dość wiadomości z wielkiego świata, nawet nie z wielkiego, z mojego kraju, a to tylko kawałek tego świata.
Że pójdzie taki pochód, że pójdzie kontrpochód, że sąd zakazał, że sąd zezwolił, że na rondzie w stolycy będzie wojsko i rosomaki, jeszcze tylko nikt nie zawołał, że nie oddamy ani guzika, że no pasaran, że przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, Odrze też nie popuścimy.
Że rogale marcińskie z certyfikatem pieczone są na margarynie, a bez certyfikatu na maśle - ironia losu, ale właśnie dotarło do mnie, dlaczego od kilku lat, mimo mojego sporu ze Zmorką rogale są takie se.
No ale że na maśle muszą kosztować ponad 50 zyla za kilo.
Płaciłabym, ale nie wtedy, gdy wychowywałam materiały żrące. Wtedy kupowałabym rogale za 4,90 za sztukę w Biedronce.
Nosz, kurwa...
Zazdroszczę.
Narodom, żyjącym we względnym spokoju. Gdzie coś takiego jak Thanksgiving jest czymś zwykłym. Bo tu nawet 100-lecie niepodległości potrafią spierdolić na maksa.
Nie mówiąc o innych świętach.
Tak, jestem stara i niereformowalna.
Dziś w pracy wkurwił mnie na maksa kolega, który mnie zawsze wkurwia, bo cokolwiek ktoś nie powie, on zawsze rechocąc opowiada kawał, z którego nie wiadomo, w którym momencie się śmiać, rechocąc przy tym uroczo. Usłyszał, jak rozmawiam z koleżanką o zwolnieniach policjantów i wpadł, trzymając się za tłuste brzuszysko i rechocąc, jak to "te policyjne palanty nie wiedzą już czego żądać". Może powinnam mu odpowiedzieć, że niech sam idzie do policji? Bo siedzi, kurwa, na dupie i na każdym zebraniu pierdoli o dupie Maryni. Niech idzie za te - chuj wie - niech nawet będzie 3400 brutto - na pewno ma więcej jako, a jakże, kierownik działu, na ulicę. Gdzie może oberwać kamieniem, pałką, kulą, chuj wie czym. Ma gromadkę dzieci, czwórkę albo i piątkę, nie ogarniam. Niech idzie patrolować, z nadzieją, że dożyje tej czterdziestki, kiedy będzie mógł iść na emeryturę, niewiele mu do niej zostało, skoro jej tak policjantom zazdrości. Ale najpierw niech, kurwa, ochrania te wszystkie za i przeciw. Tę władzę, która dla nikogo, kto ma klepki na swoim miejscu normalną władzą nie jest. No, chyba że mnie do końca już pojebało i nie wiem, co jest normą, a co nie.
Chcę żyć w kraju, gdzie policja za to, że nadstawia łeb i kark za mnie, za to, że nikt mi w łeb nie da za to, że mam inny akcent (a mam), że mam inne poglądy jak white power (a mam), że jestem pedalicą (a jestem, nigdy tego nie ukrywałam) dostaje godziwe wynagrodzenie.
Że mogę iść na manifestację i mówić, że nie podoba mi się rząd, bo mi się, kurwa nie podoba, że nie podoba mi się, że nie mogę się skrobać, jak chcę, aczkolwiek nigdy takich ciągot do skrobania nie miałam, ale moje sztuki dwie mają obiecane, że w następnym życiu je wyskrobię, bo zasłużyły na to bezapelacyjnie (no, może będzie jakaś amnestia, ale i to nie jest pewne na bank), że należy zdelegalizować nacjonalistów i ONR, i wielbicieli Hitlera i inny szajs, albowiem mój kraj dosyć wycierpiał od tego gówna, moja rodzina osobista też, że nacjonalizm to nie patriotyzm i inne takie tam.
Że lubiąc Żydów, pedałów i cyklistów i inne takie tam nierasowe ustrojstwa, które w sumie chodzą po tym świecie równie zagubione jak ja, nikomu krzywdy oprócz siebie nie czyniąc - mam prawo żyć.
Bo nie nawołuję do mordowania tych, których nie lubię.
Ale domagam się PRAWNEGO zakazania jednoczenia się ludziom, którzy chcą niszczyć innych ludzi w imię tego, że są inni.
Tak sobie myślę, że mam jechać do tego UK na tak długo, żeby pooddychać. Po prostu. Powietrzem. Bo w UK nawet gdy jest zima, oddycham pełną piersią. Bo tam palą gazem.
U nas niby ciepło, ja na przykład mam kaloryfery zakręcone, ale...
Stan zanieczyszczenia powietrza w niektórych miejscach mojego, KURWA, kochanego kraju przekracza 1000% (sic!). Na Lubelszczyźnie! Rogaś z Doliny Roztoki, kurde i inne takie bajki.
A mówiono kiedyś, że to Śląsk jest najbardziej zanieczyszczony.
Ostatnimi laty sądziłam, że to SKS, że coraz ciężej mi oddychać, że pora do urenki i na kominek.
Zakręciłam się w tym wszystkim, jak słoik po ogóraskach.
Dobrze, że mam trzy dni na przemyślenie i odkręcenie.
Tylko czy warto?
Tysiąclecie państwa polskiego. Kolonie (znaczy się takie wakacje, na które wysyłano niewinne dzieciątka, których rodziny miały dość. Przeważnie zakładowe. U mnie akurat ZNP. Związek Nauczycielstwa Polskiego. Borzęciczki. A googlajcie sobie. Rzut berecikiem od mojego rodzinnego R.). Przygotowujemy imprezę. Dzięki niej do dziś pamiętam historię Polski epokami. Bawiłam się niesamowicie, ucząc się piosenek na znane nuty.
Był sobie Antek murarz:
Był sobie Kazio Wielki, co kochał Polskę szczerze, rozwalał stare belki, ruderę po ruderze...
Fajeczka - Baran powinien znać melodię, choć młody:
Król Łokietek z liści wróży, siedzi w grocie, fajkę kurzy, siedzi sobie na kamyku i kłopotów ma bez liku. Już nadziei nie ma człek, podły ten trzynasty wiek :)
I tak po kolei, aż do pieprzonej Polski Ludowej mogę całą historię wyśpiewać, po 52 latach :)
I nie wydano wtedy na obchody tylu milionów, choć zbudowano 1000 szkół na tysiąclecie.
Tak, wiem, było ZOMO, bezpieka, inwigilacja, morderstwa, afery i inne takie tam.
I nie, nie idealizuję tamtego ustroju, ale pamiętam, co mówiła moja Mama, że gdyby nie on, nie byłaby nauczycielką.
A i ja wiem, że gdyby nie ten pieprzony ustrój, nie doszłabym do miejsca, w którym jestem.
Może doszłabym inną drogą, ale czy na pewno?
Kończąc studia musiałabym się kopytami zaprzeć, żeby pracy nie dostać. A żeby być bezrobotnym mając studia trzeba było ciężko pracować. I nie, nie na kasie w Biedronce czy w policji...
Dlaczego, kurwa, nie może nic być w życiu prosto i najlepiej mają gnidy?
Tym optymistycznym akcentem kończąc mój rozjebany, pracowo też, do bólu dzień, ośmielam się zamieścić coś, co powoduje, że włoski, i te na łysej główce, i te na rękach i nogach, niedepilowane (tak, wiem, też nie depilujesz, ale znamy kogoś, kto depiluje), stają mi na baczność.
Szkoda, że nie ma czwartej zwrotki.
I znikam na dłużej, bo nie warto żyć.
A może i na zawsze, bo za dużo się we mnie kotłuje.
Sayonara
Kolega w pracy dziś mi rzekł: wyłączyć wszystko. Chyba tak zrobię, bo mam, kurwa, wszystkiego dość.
Dość wiadomości z wielkiego świata, nawet nie z wielkiego, z mojego kraju, a to tylko kawałek tego świata.
Że pójdzie taki pochód, że pójdzie kontrpochód, że sąd zakazał, że sąd zezwolił, że na rondzie w stolycy będzie wojsko i rosomaki, jeszcze tylko nikt nie zawołał, że nie oddamy ani guzika, że no pasaran, że przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, Odrze też nie popuścimy.
Że rogale marcińskie z certyfikatem pieczone są na margarynie, a bez certyfikatu na maśle - ironia losu, ale właśnie dotarło do mnie, dlaczego od kilku lat, mimo mojego sporu ze Zmorką rogale są takie se.
No ale że na maśle muszą kosztować ponad 50 zyla za kilo.
Płaciłabym, ale nie wtedy, gdy wychowywałam materiały żrące. Wtedy kupowałabym rogale za 4,90 za sztukę w Biedronce.
Nosz, kurwa...
Zazdroszczę.
Narodom, żyjącym we względnym spokoju. Gdzie coś takiego jak Thanksgiving jest czymś zwykłym. Bo tu nawet 100-lecie niepodległości potrafią spierdolić na maksa.
Nie mówiąc o innych świętach.
Tak, jestem stara i niereformowalna.
Dziś w pracy wkurwił mnie na maksa kolega, który mnie zawsze wkurwia, bo cokolwiek ktoś nie powie, on zawsze rechocąc opowiada kawał, z którego nie wiadomo, w którym momencie się śmiać, rechocąc przy tym uroczo. Usłyszał, jak rozmawiam z koleżanką o zwolnieniach policjantów i wpadł, trzymając się za tłuste brzuszysko i rechocąc, jak to "te policyjne palanty nie wiedzą już czego żądać". Może powinnam mu odpowiedzieć, że niech sam idzie do policji? Bo siedzi, kurwa, na dupie i na każdym zebraniu pierdoli o dupie Maryni. Niech idzie za te - chuj wie - niech nawet będzie 3400 brutto - na pewno ma więcej jako, a jakże, kierownik działu, na ulicę. Gdzie może oberwać kamieniem, pałką, kulą, chuj wie czym. Ma gromadkę dzieci, czwórkę albo i piątkę, nie ogarniam. Niech idzie patrolować, z nadzieją, że dożyje tej czterdziestki, kiedy będzie mógł iść na emeryturę, niewiele mu do niej zostało, skoro jej tak policjantom zazdrości. Ale najpierw niech, kurwa, ochrania te wszystkie za i przeciw. Tę władzę, która dla nikogo, kto ma klepki na swoim miejscu normalną władzą nie jest. No, chyba że mnie do końca już pojebało i nie wiem, co jest normą, a co nie.
Chcę żyć w kraju, gdzie policja za to, że nadstawia łeb i kark za mnie, za to, że nikt mi w łeb nie da za to, że mam inny akcent (a mam), że mam inne poglądy jak white power (a mam), że jestem pedalicą (a jestem, nigdy tego nie ukrywałam) dostaje godziwe wynagrodzenie.
Że mogę iść na manifestację i mówić, że nie podoba mi się rząd, bo mi się, kurwa nie podoba, że nie podoba mi się, że nie mogę się skrobać, jak chcę, aczkolwiek nigdy takich ciągot do skrobania nie miałam, ale moje sztuki dwie mają obiecane, że w następnym życiu je wyskrobię, bo zasłużyły na to bezapelacyjnie (no, może będzie jakaś amnestia, ale i to nie jest pewne na bank), że należy zdelegalizować nacjonalistów i ONR, i wielbicieli Hitlera i inny szajs, albowiem mój kraj dosyć wycierpiał od tego gówna, moja rodzina osobista też, że nacjonalizm to nie patriotyzm i inne takie tam.
Że lubiąc Żydów, pedałów i cyklistów i inne takie tam nierasowe ustrojstwa, które w sumie chodzą po tym świecie równie zagubione jak ja, nikomu krzywdy oprócz siebie nie czyniąc - mam prawo żyć.
Bo nie nawołuję do mordowania tych, których nie lubię.
Ale domagam się PRAWNEGO zakazania jednoczenia się ludziom, którzy chcą niszczyć innych ludzi w imię tego, że są inni.
Tak sobie myślę, że mam jechać do tego UK na tak długo, żeby pooddychać. Po prostu. Powietrzem. Bo w UK nawet gdy jest zima, oddycham pełną piersią. Bo tam palą gazem.
U nas niby ciepło, ja na przykład mam kaloryfery zakręcone, ale...
Stan zanieczyszczenia powietrza w niektórych miejscach mojego, KURWA, kochanego kraju przekracza 1000% (sic!). Na Lubelszczyźnie! Rogaś z Doliny Roztoki, kurde i inne takie bajki.
A mówiono kiedyś, że to Śląsk jest najbardziej zanieczyszczony.
Ostatnimi laty sądziłam, że to SKS, że coraz ciężej mi oddychać, że pora do urenki i na kominek.
Zakręciłam się w tym wszystkim, jak słoik po ogóraskach.
Dobrze, że mam trzy dni na przemyślenie i odkręcenie.
Tylko czy warto?
Tysiąclecie państwa polskiego. Kolonie (znaczy się takie wakacje, na które wysyłano niewinne dzieciątka, których rodziny miały dość. Przeważnie zakładowe. U mnie akurat ZNP. Związek Nauczycielstwa Polskiego. Borzęciczki. A googlajcie sobie. Rzut berecikiem od mojego rodzinnego R.). Przygotowujemy imprezę. Dzięki niej do dziś pamiętam historię Polski epokami. Bawiłam się niesamowicie, ucząc się piosenek na znane nuty.
Był sobie Antek murarz:
Był sobie Kazio Wielki, co kochał Polskę szczerze, rozwalał stare belki, ruderę po ruderze...
Fajeczka - Baran powinien znać melodię, choć młody:
Król Łokietek z liści wróży, siedzi w grocie, fajkę kurzy, siedzi sobie na kamyku i kłopotów ma bez liku. Już nadziei nie ma człek, podły ten trzynasty wiek :)
I tak po kolei, aż do pieprzonej Polski Ludowej mogę całą historię wyśpiewać, po 52 latach :)
I nie wydano wtedy na obchody tylu milionów, choć zbudowano 1000 szkół na tysiąclecie.
Tak, wiem, było ZOMO, bezpieka, inwigilacja, morderstwa, afery i inne takie tam.
I nie, nie idealizuję tamtego ustroju, ale pamiętam, co mówiła moja Mama, że gdyby nie on, nie byłaby nauczycielką.
A i ja wiem, że gdyby nie ten pieprzony ustrój, nie doszłabym do miejsca, w którym jestem.
Może doszłabym inną drogą, ale czy na pewno?
Kończąc studia musiałabym się kopytami zaprzeć, żeby pracy nie dostać. A żeby być bezrobotnym mając studia trzeba było ciężko pracować. I nie, nie na kasie w Biedronce czy w policji...
Dlaczego, kurwa, nie może nic być w życiu prosto i najlepiej mają gnidy?
Tym optymistycznym akcentem kończąc mój rozjebany, pracowo też, do bólu dzień, ośmielam się zamieścić coś, co powoduje, że włoski, i te na łysej główce, i te na rękach i nogach, niedepilowane (tak, wiem, też nie depilujesz, ale znamy kogoś, kto depiluje), stają mi na baczność.
Szkoda, że nie ma czwartej zwrotki.
I znikam na dłużej, bo nie warto żyć.
A może i na zawsze, bo za dużo się we mnie kotłuje.
Sayonara
czwartek, 8 listopada 2018
Akcja
MIÓD niespodziewanie zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku :)
Znalazła się dobra dusza, która podjęła się załatwić miód (po drodze też odezwały się dwie dobre dusze z blogowiska - Zmorka i Miśka, dziękuje, dziewczyny). Miałam go dostać we wtorek, a tu dziś wchodzę do pracy i tadam...
Taka piękna niespodziewajka na mnie czekała, a ja z gołą dupą, bo gotówki nie miałam, nastawiona na wtorek. No ale sponsor niespodziewanie wpadł i wypadł, więc muszę na niego polować z kasą :)
Poprosiłam o więcej miodu, zostanie dla mnie, na zachomikowanie, tyle nie zabiorę, ledwo to do domu dowlokłam, takie to ciężkie, bo litr miodu waży ponad 1,30 kg.
To będzie miodek dla mnie, na zapas, bo pochłaniam go regularnie i systematycznie :)
Pracowy grudzień zaś
gotowy do działania, a i domowy dzielnie mu sekunduje :)
No więc idzie mróz i zima. Chyba, bo to na dwoje babka wróżyła :)
A i storczyki, jak na złość, przymierzają się do kwitnienia.
I amarylis lada dzień wybuchnie.
I pieścichłopy mam, ostatnie trzymały się nadzwyczaj długo, bo prawie cały tydzień.
A za mną chodzą... kalafiory. Co najmniej dziwne, bo nie jestem ich zagorzałą fanką, a tu nagle bach... Co drugi mniej więcej dzień, a ostatnio co dzień na obiad wciągam kalafiora. Całego kalafiora i nic więcej. Może to wpływ Kalafiorkówny jest, ale jak?
Tak jak zawsze przeszkadzał mi zapach gotującego się kalafiora, tak teraz nie czuję go wcale, a i same kalafiory, niezależnie od tego, gdzie je kupię, też smakują inaczej.
Nie mam na to wytłumaczenia.
Guz na mózgu :P
A po otwarciu drzwi wejściowych w mieszkaniu unosi się delikatny, naprawdę delikatny zapach paczuli. Niech się chowają wszystkie te chemiczne odświeżacze i inne cuda wianki. Mój olejek z paczuli daje oszałamiający zapach. I tak myślę o Eksie, który był wrogiem tego zapachu. Dostałam od jego siostry kiedyś perfumy paczulowe, w czasach kiedy u nas było tylko Być może i Pani Walewska oraz woda kolońska Przemysławka. Za każdym razem, gdy wsiadałam do auta, a użyłam paczuli, byłam bezceremonialnie wypraszana. Bezapelacyjnie i bez odwołania.
Więc teraz bezkarnie zachwycam się moim ulubionym zapachem.
Nie cierpię, nienawidzę za to olejku różanego.
Działa na mnie jak płachta na byka. O ile naturalny zapach róż lubię, to olejku różanego nie trawię. Tak samo nie lubię konfitury z róży. Kiedyś były takie cukierki z nadzieniem różanym - nie ruszyłam nigdy. Tak samo nie cierpię pączków z konfiturą różaną. Ale herbatę po rosyjski z konfitura różaną, którą podawano w herbaciarni naprzeciwko Biblioteki Uniwersyteckiej, do której wpadaliśmy w przerwach, nazwa wyleciała mi z pamięci, pijałam litrami :) Ot, pomieszanie z poplątaniem :)
Ale awersji Eksa do paczuli nie ogarniałam, tym bardziej, że jako palacz nie miał powonienia jak pies gończy :P
Przerażona jestem tym, co się dzieje w związku z 11 listopada. Jako naród jesteśmy naprawdę nie do ogarnięcia. Jak naród, który tyle wycierpiał od faszyzmu może sam popierać faszyzm? Nie mogę tego pojąć moim ptasim móżdżkiem. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że moja wioska na tle tego całego bajzlu jawi się jak oaza spokoju.Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będą imieniny ulic, Bieg Niepodległości i żadnych narodowców.
Jednak wybrałam piękne miejsce na Ziemi do życia.
Nigdzie się stąd nie ruszam.
Znalazła się dobra dusza, która podjęła się załatwić miód (po drodze też odezwały się dwie dobre dusze z blogowiska - Zmorka i Miśka, dziękuje, dziewczyny). Miałam go dostać we wtorek, a tu dziś wchodzę do pracy i tadam...
Taka piękna niespodziewajka na mnie czekała, a ja z gołą dupą, bo gotówki nie miałam, nastawiona na wtorek. No ale sponsor niespodziewanie wpadł i wypadł, więc muszę na niego polować z kasą :)
Poprosiłam o więcej miodu, zostanie dla mnie, na zachomikowanie, tyle nie zabiorę, ledwo to do domu dowlokłam, takie to ciężkie, bo litr miodu waży ponad 1,30 kg.
To będzie miodek dla mnie, na zapas, bo pochłaniam go regularnie i systematycznie :)
Pracowy grudzień zaś
gotowy do działania, a i domowy dzielnie mu sekunduje :)
No więc idzie mróz i zima. Chyba, bo to na dwoje babka wróżyła :)
A i storczyki, jak na złość, przymierzają się do kwitnienia.
I amarylis lada dzień wybuchnie.
I pieścichłopy mam, ostatnie trzymały się nadzwyczaj długo, bo prawie cały tydzień.
A za mną chodzą... kalafiory. Co najmniej dziwne, bo nie jestem ich zagorzałą fanką, a tu nagle bach... Co drugi mniej więcej dzień, a ostatnio co dzień na obiad wciągam kalafiora. Całego kalafiora i nic więcej. Może to wpływ Kalafiorkówny jest, ale jak?
Tak jak zawsze przeszkadzał mi zapach gotującego się kalafiora, tak teraz nie czuję go wcale, a i same kalafiory, niezależnie od tego, gdzie je kupię, też smakują inaczej.
Nie mam na to wytłumaczenia.
Guz na mózgu :P
A po otwarciu drzwi wejściowych w mieszkaniu unosi się delikatny, naprawdę delikatny zapach paczuli. Niech się chowają wszystkie te chemiczne odświeżacze i inne cuda wianki. Mój olejek z paczuli daje oszałamiający zapach. I tak myślę o Eksie, który był wrogiem tego zapachu. Dostałam od jego siostry kiedyś perfumy paczulowe, w czasach kiedy u nas było tylko Być może i Pani Walewska oraz woda kolońska Przemysławka. Za każdym razem, gdy wsiadałam do auta, a użyłam paczuli, byłam bezceremonialnie wypraszana. Bezapelacyjnie i bez odwołania.
Więc teraz bezkarnie zachwycam się moim ulubionym zapachem.
Nie cierpię, nienawidzę za to olejku różanego.
Działa na mnie jak płachta na byka. O ile naturalny zapach róż lubię, to olejku różanego nie trawię. Tak samo nie lubię konfitury z róży. Kiedyś były takie cukierki z nadzieniem różanym - nie ruszyłam nigdy. Tak samo nie cierpię pączków z konfiturą różaną. Ale herbatę po rosyjski z konfitura różaną, którą podawano w herbaciarni naprzeciwko Biblioteki Uniwersyteckiej, do której wpadaliśmy w przerwach, nazwa wyleciała mi z pamięci, pijałam litrami :) Ot, pomieszanie z poplątaniem :)
Ale awersji Eksa do paczuli nie ogarniałam, tym bardziej, że jako palacz nie miał powonienia jak pies gończy :P
Przerażona jestem tym, co się dzieje w związku z 11 listopada. Jako naród jesteśmy naprawdę nie do ogarnięcia. Jak naród, który tyle wycierpiał od faszyzmu może sam popierać faszyzm? Nie mogę tego pojąć moim ptasim móżdżkiem. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że moja wioska na tle tego całego bajzlu jawi się jak oaza spokoju.Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będą imieniny ulic, Bieg Niepodległości i żadnych narodowców.
Jednak wybrałam piękne miejsce na Ziemi do życia.
Nigdzie się stąd nie ruszam.
środa, 7 listopada 2018
Geniusz
ze mnie, Kochany Pamiętniczku, prawdziwy geniusz.
Szukając miodu wlazłam do zielarni, a tam - tadam, magnez.
A jakże, dokuczają mi skurcze.
Więc niewiele myśląc, kupiłam. Wiem wiem, suplement diety, ale oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni?
Filmiki sobie wczoraj oglądałam. Siedzę, tabletkę łykam.
Trzy przez parę godzin, bo tak było na opakowaniu.
Żadnej ulotki, no ale to przecież tylko suplement. Bo ja rozsądną kobietą jestem i ulotki czytam, aczkolwiek nie lubię.
Dzisiaj przed wyjściem do pracy kibelek okupowałam częściej niż zwykle, ale się nie zastanawiałam, dlaczego, nic złego się nie działo :)
W pracy jak to w pracy, ale...
Tuz przed samym wyjściem coś niehalo.
Hmmm...
Ale do domu dojechałam, szybciorem, zakupy zrobiłam w warzywniaku, choć planowałam łażenie, bo pogoda przecudna.
Ale czułam się coraz gorzej.
Głowa mnie bolała i takie tam.
Ki diabeł, analizuję i nie widzę nic.
Ręce myję zawsze od razu po wejściu do pracy i do domu.
Więc? Wirus czy inna cholera?
No nic. Kalafiorek wpieprzyłam cały, smakował mi.
Herbatę mocną zaparzyłam, choć od dawna herbaty nie pijam.
Gorącą wciągnęłam i poczułam się nieco lepiej.
Drzemkę sobie ucięłam.
Wstaję, magnez stoi na wysokości moich ślepi i...
Wujek się kłania...
Wpisuję: magnez, działania niepożądane.
I jest, jak wół :)
Sama się tak urządziłam. Do tych tabletek, które połknęłam trzeba jeszcze dodać aspargin, który biorę od lat. To też magnez.
No to sobie kumulację zrobiłam, jak w totolotku.
No i widzisz, głupia babo, było się trzymać tego, że suplementy diety to zuo :)
Już czuję się dobrze i kamień z serca, że nic mnie nie złapało.
A mieszkanie pięknie pachnie paczulą, ale tak delikatnie. Kupiłam sobie też olejek, uwielbiam paczulę. Koniec ze świecami, muszą starczyć ledy, świece też wydzielają smog, więc przystopuję.
Czasem trzeba włączyć myślenie i...
Człowiek się jednak całe życie uczy :P
Szukając miodu wlazłam do zielarni, a tam - tadam, magnez.
A jakże, dokuczają mi skurcze.
Więc niewiele myśląc, kupiłam. Wiem wiem, suplement diety, ale oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni?
Filmiki sobie wczoraj oglądałam. Siedzę, tabletkę łykam.
Trzy przez parę godzin, bo tak było na opakowaniu.
Żadnej ulotki, no ale to przecież tylko suplement. Bo ja rozsądną kobietą jestem i ulotki czytam, aczkolwiek nie lubię.
Dzisiaj przed wyjściem do pracy kibelek okupowałam częściej niż zwykle, ale się nie zastanawiałam, dlaczego, nic złego się nie działo :)
W pracy jak to w pracy, ale...
Tuz przed samym wyjściem coś niehalo.
Hmmm...
Ale do domu dojechałam, szybciorem, zakupy zrobiłam w warzywniaku, choć planowałam łażenie, bo pogoda przecudna.
Ale czułam się coraz gorzej.
Głowa mnie bolała i takie tam.
Ki diabeł, analizuję i nie widzę nic.
Ręce myję zawsze od razu po wejściu do pracy i do domu.
Więc? Wirus czy inna cholera?
No nic. Kalafiorek wpieprzyłam cały, smakował mi.
Herbatę mocną zaparzyłam, choć od dawna herbaty nie pijam.
Gorącą wciągnęłam i poczułam się nieco lepiej.
Drzemkę sobie ucięłam.
Wstaję, magnez stoi na wysokości moich ślepi i...
Wujek się kłania...
Wpisuję: magnez, działania niepożądane.
I jest, jak wół :)
Sama się tak urządziłam. Do tych tabletek, które połknęłam trzeba jeszcze dodać aspargin, który biorę od lat. To też magnez.
No to sobie kumulację zrobiłam, jak w totolotku.
No i widzisz, głupia babo, było się trzymać tego, że suplementy diety to zuo :)
Już czuję się dobrze i kamień z serca, że nic mnie nie złapało.
A mieszkanie pięknie pachnie paczulą, ale tak delikatnie. Kupiłam sobie też olejek, uwielbiam paczulę. Koniec ze świecami, muszą starczyć ledy, świece też wydzielają smog, więc przystopuję.
Czasem trzeba włączyć myślenie i...
Człowiek się jednak całe życie uczy :P
wtorek, 6 listopada 2018
Poluję
na miód, Kochany Pamiętniczku.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka jest tragedia, bo co nieco miodu mam poupychane w kątach, jako że kolegi wujek ma pasiekę.
Ale teraz szukam miodu dla Barana i dla Synowej, bo obiecałam, że dowiozę.
I... miodu nie ma, a jak już jest, to za miliony monet.
Okazuje się, że nie tylko warroza pozabijała biedne pszczółki, ale i susza zrobiła swoje. Nie ma na przykład miodu faceliowego, który uwielbiam, bo facelię szlag trafił.
No nic, mam jeszcze dwa namiary na zdobycie tego Kubusiowego przysmaku.
I muszę oszczędniej gospodarować zapasami.
Nie zabiorę z nich, bo na każdym słoiku jest data przydatności i mój miód jest już przeterminowany. Wiem, że to mu w niczym nie odbiera wartości, ale nie chcę takiego wieźć i tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem.
W Biedronce jest miód, ale co to za miód - taki sam jest w marketach w UK. I na etykietach jak wól stoi, że to mieszanka miodów z różnych krajów, często spoza Unii. Dziękuję, postoję. Zwłaszcza że cuda wianki słyszałam o chińskim miodzie. Jeżeli jest taki sam, jak chiński czosnek i inne wytwory chińskich rączek, małych i pracowitych, to dziękuję, postoję.
A doczytałam się wczoraj, że w UK na święta zabraknie brukselki, co jest tragedią narodową, albowiem dla Anglików brukselka w święta jest tym, czym dla Polaków bigos.
A i u nas widać niedobory, bo na jednym straganie coś jest, na innym nie ma. Na każdym ze straganów czegoś brakuje, a zawsze było wszystko w komplecie.
Takie to wychodzące bokiem lato było.
Sadownicy zaś nie zbierają jabłek, ponieważ w skupach płacą im... 10 groszy za kilogram.
Jabłka na targu kosztują od 2,50 za kg w górę.
Całą drożyznę najlepiej opisuje cena włoszczyzny - niedawno było 1,50 za pęczek, a teraz jest już 3,50, a to dopiero początek jesieni.
Cieszę się, że nie mam kilku gąb do wyżywienia.
Nie mówię, że nie poradziłabym sobie, ale...
Nieciekawie to wygląda.
A pogoda dalej letnia. Chodzę w poncho, ale i tak jak słoneczko przygrzeje, to jest za gorąco. Nogi mi w półbutach puchną na maksa, ale rano na sandałki za zimno. Musiałabym walizkę z rzeczami tachać, żeby się do temperatury dostosować.Wracałam z pracy w samej bluzce, a i tak się spociłam. Patrząc zaś na rodaków w kozaczkach, w watowanych, pikowanych kurtkach i kominach otulających szczelnie szyje czułam, że wylecę w powietrze :) Jprdl, rozumiem, że jest listopad, ale termometry w mojej wiosce pokazywały dziś w południe 16,7 stopnia na plusie i świeciło słońce! Nic dziwnego, że połowa luda poprzeziębiana i sieje to dalej... A do tego w niektórych środkach lokomocji włączone jest ogrzewanie :P
Czas zakręcił mi się kompletnie, odkryłam to dziś, patrząc na rozpiski. No nic, jakoś to przeżyję, nie mam innego wyjścia :P
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka jest tragedia, bo co nieco miodu mam poupychane w kątach, jako że kolegi wujek ma pasiekę.
Ale teraz szukam miodu dla Barana i dla Synowej, bo obiecałam, że dowiozę.
I... miodu nie ma, a jak już jest, to za miliony monet.
Okazuje się, że nie tylko warroza pozabijała biedne pszczółki, ale i susza zrobiła swoje. Nie ma na przykład miodu faceliowego, który uwielbiam, bo facelię szlag trafił.
No nic, mam jeszcze dwa namiary na zdobycie tego Kubusiowego przysmaku.
I muszę oszczędniej gospodarować zapasami.
Nie zabiorę z nich, bo na każdym słoiku jest data przydatności i mój miód jest już przeterminowany. Wiem, że to mu w niczym nie odbiera wartości, ale nie chcę takiego wieźć i tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem.
W Biedronce jest miód, ale co to za miód - taki sam jest w marketach w UK. I na etykietach jak wól stoi, że to mieszanka miodów z różnych krajów, często spoza Unii. Dziękuję, postoję. Zwłaszcza że cuda wianki słyszałam o chińskim miodzie. Jeżeli jest taki sam, jak chiński czosnek i inne wytwory chińskich rączek, małych i pracowitych, to dziękuję, postoję.
A doczytałam się wczoraj, że w UK na święta zabraknie brukselki, co jest tragedią narodową, albowiem dla Anglików brukselka w święta jest tym, czym dla Polaków bigos.
A i u nas widać niedobory, bo na jednym straganie coś jest, na innym nie ma. Na każdym ze straganów czegoś brakuje, a zawsze było wszystko w komplecie.
Takie to wychodzące bokiem lato było.
Sadownicy zaś nie zbierają jabłek, ponieważ w skupach płacą im... 10 groszy za kilogram.
Jabłka na targu kosztują od 2,50 za kg w górę.
Całą drożyznę najlepiej opisuje cena włoszczyzny - niedawno było 1,50 za pęczek, a teraz jest już 3,50, a to dopiero początek jesieni.
Cieszę się, że nie mam kilku gąb do wyżywienia.
Nie mówię, że nie poradziłabym sobie, ale...
Nieciekawie to wygląda.
A pogoda dalej letnia. Chodzę w poncho, ale i tak jak słoneczko przygrzeje, to jest za gorąco. Nogi mi w półbutach puchną na maksa, ale rano na sandałki za zimno. Musiałabym walizkę z rzeczami tachać, żeby się do temperatury dostosować.Wracałam z pracy w samej bluzce, a i tak się spociłam. Patrząc zaś na rodaków w kozaczkach, w watowanych, pikowanych kurtkach i kominach otulających szczelnie szyje czułam, że wylecę w powietrze :) Jprdl, rozumiem, że jest listopad, ale termometry w mojej wiosce pokazywały dziś w południe 16,7 stopnia na plusie i świeciło słońce! Nic dziwnego, że połowa luda poprzeziębiana i sieje to dalej... A do tego w niektórych środkach lokomocji włączone jest ogrzewanie :P
Czas zakręcił mi się kompletnie, odkryłam to dziś, patrząc na rozpiski. No nic, jakoś to przeżyję, nie mam innego wyjścia :P
poniedziałek, 5 listopada 2018
Pierdalnęło
znienacka, Kochany Pamiętniczku.
Odpoczęłam, wyleniłam się i w poniedziałek pomaszerowałam lewa, prawa, lewa, prawa do pracy, znudzona czekaniem na pracę.
Wchodzę ci ja do pokoiku i...
WTF? Gdzie jest mój kompik, ktoś mi ukradł kompika ukochanego. Tylko żałosnie kable leżały. I klawiaturka oraz gryzoń.
Już chciałam larum podnosić, ale przypomniałam sobie, że informatyk miał w nim grzebać.
A w pracce zamieszanie, wielka burza w nocniku, bo szkolenie mieli.
Ojapierdolę.
Polatałam tu i tam i po jakiejś godzinie wkroczył do pokoju informatyk z kompikiem pod pachą, kabelki wpiął i zniknął jak sen zloty.
A mnie szlag...
Bo wszystko pozmieniane, desktop, czcionki, wszystko. No fakt, nowy system, ale olaboga, nawet mysz mnie nie słuchała, psiakrew, jeździła jak pijany zając w kapuście.
Tytki nie miałam, więc nie za bardzo miałam w co oddychać, ale...
Zaczęłam pracować z mozołem. Ciężko szło, jako że to Maczek, a ja na co dzień mam do czynienia z Pececikiem (chodzi o ustawienia, w pracowym nie lubię grzebać), a i Inżynier, matki ukochany i jedyny informatyk wie, że ręka boska broni coś zmieniać, przestawiać i zanim coś ruszy, grzecznie mamusię pyta, czy tak, czy siak i co mamusia jeszcze chce.
A tu taki cham, bandyta, przyszedł, przekręcił, poprzestawiał i nic nie działa, jak natura chciała, znaczy się, jak Stara Jędza lubi.
Pojebana mysz nawet klawisze inne miała.
Hmmm....
Maczek to jak iPadzik, więc ustawienia.
W ustawieniach jest, jest, jest gryzoń złośliwy.
Zmieniamy kolejność przycisków i nie będzie gryzoń pluł mi w twarz, zmienia, jak ja każę. Bo kto to widział, żeby lewy przycisk robił to, co powinien robić prawy i na odwrót?
Mozolnie kończę pierwszą pracę, w Wordzie. Mozolnie, albowiem kółko chodzi nie tak, odwrotnie. Kółko w gryzoniu, of course. Próbuję odgonić od siebie myśl, że coś mi się popierdoliło, ale nie, dalej działam jak koń piekarza i kółko nie pasuje. Nie sunie tak, jak powinno. Rozumiem, że czasem nie trafiam w literę, pisząc na pamięć, albowiem klawiatury są troszkę inne, no ale kółko w myszy? Ciagnie wszystko w górę, gdy powinno ciągnąć w dół...
Nic to, Michałku.
W międzyczasie donosi mi taki jeden makietę z zaznaczoną robotą, a w przelocie okazuje się, że...
Niespodziewajka, a jakże.
Tylko 24 strony do roboty, ot, taka mała robótka ręczna, ale na wczoraj.
I zonk.
Jest kompik? Jest. Jest gryzoń, wprawdzie nie do końca posłuszny, ale jest.
Nosz, ale serwera nie ma.
Wsiąknął.
Znaczy się, informatyk kompik podłączył, ale do sieci już nie. A ja nie mam uprawnień.
Fuck.
Ostatnim rzutem na taśmę dorwałam redakcyjnego niedobitka, lecącego na to szkolenie, żeby mi zadzwonił po informatyka, że na gwałt i już. Bo na gwałt było.
Informatyk wpadł, kompika zgwałcil, ale nie do końca, bo zadzwonił mu telefon i poleciał gwałcić gdzie indziej.
Nie mam jednego serwera, ale że dziś nie był mi potrzebny, to pffff....
I zabrałam się do pracy, zakasawszy rękawy, ale szło mi jak krew z nosa, opornie, bo co i rusz strona mi leciała nie tam, gdzie powinna, a i w miejscu ustać nie chciała.
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, jestem starym koniem piekarza i pracuję na pamięć...
I tak przemęczyłam w dwie godziny tyle stron, ile normalnie w pół robię, klnąc, na czym świat stoi.
A i to pikuś, bo gdy wchodziłam na przeglądarkę, wszystko było na niej italikiem.
Kursywą, cholera jasna.
Jeden z najgorszych do czytania krojów pisma, używany zazwyczaj do wyróżniania tekstów.
A mi malowało wszystko tą kursywą.
A tytki dalej nie miałam...
Szukałam ratunku u wujka, ale wujek głupi i nie działało.
Wysmażyłam więc emilka do Inżyniera, nie na Messengerze, bo zajechany jest jak koń po westernie, a ja ostatecznie mam pracowego informatyka. No ale że łajzę. Jakbym zgłosiła to pracowemu, że mi krój nie pasuje, toby mnie chyba z dachu spuścił, chociaż mnie lubi.
Wściekła, bo roboty mam od cholery, a tu nawet gryzoń nie współpracuje, włażę jeszcze raz w ustawienia i TADAM :)
Gryzoń poległ, śmiga, jak powinien i robota zaczęła mi się palić w rękach. Ale też zamiast do 13, siedziałam do 16, bo jednak nie lubię nic zostawiać :D
Jutro będę miała za to mniej :P
A potem, kombinując, warcząc i drżąc, że jeszcze gorzej spieprzę, wywaliłam tę kursywę z przeglądarki.
Jeszcze nie do końca mam to, co chciałam, ale podpatrzyłam w domowym kompiku (znów z kombinowaniem, bo to jednak inny system), co i jak zrobić i tadam, jutro będę grzebała.
Śmieszne, prawda?
Ale moje oczy przyzwyczajone są do takich, a nie innych ustawień i wiele rzeczy robię automatycznie, zaś każda zmiana wyprowadza mnie z równowagi.
Ludzie nie lubią na moim kompie pracować, bo mam specyficznie ustawioną mysz. I dobrze, bo gryzoń jest tresowany pode mnie, a nie pod jakieś inne łachudry :P
I sen dziwny strasznie miałam, nie, że zły. Dziwny - taki półsen na jawie. Znów byłam w bibliotece AR i pani Zosia, dając mi tę staruteńką maszynę do pisania, na której mi tak bardzo zależało wtedy, powiedziała, że maszyna jest teraz moja.
Cały dzień mam realne uczucie tej starej maszyny w mojej głowie.
I te przeboje z kompikiem.
Guz mi rośnie?
UPDATE
Oglądałam zdjęcia z grobów, a zwłaszcza z grobu Kulczyków, to... słów brakowało. A pamiętam ten dzień z dzieciństwa, z wiejskiego cmentarza, groby świerczyną obłożone i te proste znicze. A teraz smogu naprodukowali z tych palących się na całych płytach zniczy. Ponoć Polacy wydali miliard złotych na znicze. Ja wydałam dokładnie 9 zł. Wkłady w K. kupił Pierworodny, a takie małe, codzienne, to mam zachomikowane, bo nigdy nie wiem, kiedy polecę do wujka, kiedy mnie najdzie. Te to kupuję na wyprzedażach i leżą sobie w kątku. Koleżanka przysłała mi zdjęcie z K., u cioci ktoś naćpał dąbków, oczywiście to ja będę wynosić je na wiosnę, stękając, bo a jakże, pies z kulawą noga tam się już nie pojawi. Na gromie moich Umarlaków tylko ten czerwony bukiet w wazonie i cudnie. Grób to nie choinka bożonarodzeniowa.
Czasami brakuje słów.
Odpoczęłam, wyleniłam się i w poniedziałek pomaszerowałam lewa, prawa, lewa, prawa do pracy, znudzona czekaniem na pracę.
Wchodzę ci ja do pokoiku i...
WTF? Gdzie jest mój kompik, ktoś mi ukradł kompika ukochanego. Tylko żałosnie kable leżały. I klawiaturka oraz gryzoń.
Już chciałam larum podnosić, ale przypomniałam sobie, że informatyk miał w nim grzebać.
A w pracce zamieszanie, wielka burza w nocniku, bo szkolenie mieli.
Ojapierdolę.
Polatałam tu i tam i po jakiejś godzinie wkroczył do pokoju informatyk z kompikiem pod pachą, kabelki wpiął i zniknął jak sen zloty.
A mnie szlag...
Bo wszystko pozmieniane, desktop, czcionki, wszystko. No fakt, nowy system, ale olaboga, nawet mysz mnie nie słuchała, psiakrew, jeździła jak pijany zając w kapuście.
Tytki nie miałam, więc nie za bardzo miałam w co oddychać, ale...
Zaczęłam pracować z mozołem. Ciężko szło, jako że to Maczek, a ja na co dzień mam do czynienia z Pececikiem (chodzi o ustawienia, w pracowym nie lubię grzebać), a i Inżynier, matki ukochany i jedyny informatyk wie, że ręka boska broni coś zmieniać, przestawiać i zanim coś ruszy, grzecznie mamusię pyta, czy tak, czy siak i co mamusia jeszcze chce.
A tu taki cham, bandyta, przyszedł, przekręcił, poprzestawiał i nic nie działa, jak natura chciała, znaczy się, jak Stara Jędza lubi.
Pojebana mysz nawet klawisze inne miała.
Hmmm....
Maczek to jak iPadzik, więc ustawienia.
W ustawieniach jest, jest, jest gryzoń złośliwy.
Zmieniamy kolejność przycisków i nie będzie gryzoń pluł mi w twarz, zmienia, jak ja każę. Bo kto to widział, żeby lewy przycisk robił to, co powinien robić prawy i na odwrót?
Mozolnie kończę pierwszą pracę, w Wordzie. Mozolnie, albowiem kółko chodzi nie tak, odwrotnie. Kółko w gryzoniu, of course. Próbuję odgonić od siebie myśl, że coś mi się popierdoliło, ale nie, dalej działam jak koń piekarza i kółko nie pasuje. Nie sunie tak, jak powinno. Rozumiem, że czasem nie trafiam w literę, pisząc na pamięć, albowiem klawiatury są troszkę inne, no ale kółko w myszy? Ciagnie wszystko w górę, gdy powinno ciągnąć w dół...
Nic to, Michałku.
W międzyczasie donosi mi taki jeden makietę z zaznaczoną robotą, a w przelocie okazuje się, że...
Niespodziewajka, a jakże.
Tylko 24 strony do roboty, ot, taka mała robótka ręczna, ale na wczoraj.
I zonk.
Jest kompik? Jest. Jest gryzoń, wprawdzie nie do końca posłuszny, ale jest.
Nosz, ale serwera nie ma.
Wsiąknął.
Znaczy się, informatyk kompik podłączył, ale do sieci już nie. A ja nie mam uprawnień.
Fuck.
Ostatnim rzutem na taśmę dorwałam redakcyjnego niedobitka, lecącego na to szkolenie, żeby mi zadzwonił po informatyka, że na gwałt i już. Bo na gwałt było.
Informatyk wpadł, kompika zgwałcil, ale nie do końca, bo zadzwonił mu telefon i poleciał gwałcić gdzie indziej.
Nie mam jednego serwera, ale że dziś nie był mi potrzebny, to pffff....
I zabrałam się do pracy, zakasawszy rękawy, ale szło mi jak krew z nosa, opornie, bo co i rusz strona mi leciała nie tam, gdzie powinna, a i w miejscu ustać nie chciała.
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, jestem starym koniem piekarza i pracuję na pamięć...
I tak przemęczyłam w dwie godziny tyle stron, ile normalnie w pół robię, klnąc, na czym świat stoi.
A i to pikuś, bo gdy wchodziłam na przeglądarkę, wszystko było na niej italikiem.
Kursywą, cholera jasna.
Jeden z najgorszych do czytania krojów pisma, używany zazwyczaj do wyróżniania tekstów.
A mi malowało wszystko tą kursywą.
A tytki dalej nie miałam...
Szukałam ratunku u wujka, ale wujek głupi i nie działało.
Wysmażyłam więc emilka do Inżyniera, nie na Messengerze, bo zajechany jest jak koń po westernie, a ja ostatecznie mam pracowego informatyka. No ale że łajzę. Jakbym zgłosiła to pracowemu, że mi krój nie pasuje, toby mnie chyba z dachu spuścił, chociaż mnie lubi.
Wściekła, bo roboty mam od cholery, a tu nawet gryzoń nie współpracuje, włażę jeszcze raz w ustawienia i TADAM :)
Gryzoń poległ, śmiga, jak powinien i robota zaczęła mi się palić w rękach. Ale też zamiast do 13, siedziałam do 16, bo jednak nie lubię nic zostawiać :D
Jutro będę miała za to mniej :P
A potem, kombinując, warcząc i drżąc, że jeszcze gorzej spieprzę, wywaliłam tę kursywę z przeglądarki.
Jeszcze nie do końca mam to, co chciałam, ale podpatrzyłam w domowym kompiku (znów z kombinowaniem, bo to jednak inny system), co i jak zrobić i tadam, jutro będę grzebała.
Śmieszne, prawda?
Ale moje oczy przyzwyczajone są do takich, a nie innych ustawień i wiele rzeczy robię automatycznie, zaś każda zmiana wyprowadza mnie z równowagi.
Ludzie nie lubią na moim kompie pracować, bo mam specyficznie ustawioną mysz. I dobrze, bo gryzoń jest tresowany pode mnie, a nie pod jakieś inne łachudry :P
I sen dziwny strasznie miałam, nie, że zły. Dziwny - taki półsen na jawie. Znów byłam w bibliotece AR i pani Zosia, dając mi tę staruteńką maszynę do pisania, na której mi tak bardzo zależało wtedy, powiedziała, że maszyna jest teraz moja.
Cały dzień mam realne uczucie tej starej maszyny w mojej głowie.
I te przeboje z kompikiem.
Guz mi rośnie?
UPDATE
Oglądałam zdjęcia z grobów, a zwłaszcza z grobu Kulczyków, to... słów brakowało. A pamiętam ten dzień z dzieciństwa, z wiejskiego cmentarza, groby świerczyną obłożone i te proste znicze. A teraz smogu naprodukowali z tych palących się na całych płytach zniczy. Ponoć Polacy wydali miliard złotych na znicze. Ja wydałam dokładnie 9 zł. Wkłady w K. kupił Pierworodny, a takie małe, codzienne, to mam zachomikowane, bo nigdy nie wiem, kiedy polecę do wujka, kiedy mnie najdzie. Te to kupuję na wyprzedażach i leżą sobie w kątku. Koleżanka przysłała mi zdjęcie z K., u cioci ktoś naćpał dąbków, oczywiście to ja będę wynosić je na wiosnę, stękając, bo a jakże, pies z kulawą noga tam się już nie pojawi. Na gromie moich Umarlaków tylko ten czerwony bukiet w wazonie i cudnie. Grób to nie choinka bożonarodzeniowa.
Czasami brakuje słów.
środa, 31 października 2018
Całkiem
inne plany na dziś miałam, Kochany Pamiętniczku.
Ale obudziłam się rankiem, spojrzałam w lustro (tak, tak, nie muszę się już przebierać na Halloween, wiadomo) i wiedziałam, że muszę, inaczej się uduszę.
Czas jakoś inaczej leci i mimo, że mam wolne, nie poszłam jak co roku na Samotną.
No cóż, mam swoich Umarlaków. Może nie rzut beretem, ale niedaleko.
Teść był mi zupełnie obojętny, widziałam go może ze 4 razy w życiu, Eks też nie chciał tam jeździć.
No ale teraz jest tam Eks.
I, nie, kurde, nie jest mi to obojętne.
Tak wyszło.
Sprawdziłam więc dokładnie rozkłady, żeby nie utknąć znowu w M. i pojechałam, nastawiona, że wieniec ukradli.
Wieniec był, pewno za mało reprezentacyjny kupiłam, za to ukradli 3 znicze. A były z tych droższych, ładne, nówka nieśmigana, tylko wkład włożyć.
No nic, westchnęłam. Dobrze, że z Pierworodnym sprzątnęliśmy, bo nie było śladu po nikim. No cóż, to było do przewidzenia, a całe to przedstawienie na pogrzebie pod tytułem wielkieś nam uczynił pustki w domu moim, nasz najmilszy bracie, swym zniknieniem swoim - o kant dupy potłuc. Na cele rozprawy sądowej, mającej udowodnić, że ja, jako i dzieci niegodne jesteśmy nawet zatrzymania mieszkania spółdzielczego, które należy się, a jakże, bratu Eksa.
I chuj. Tak go zaszłam, że mieszkania nie dostał, co nie znaczy, że się nie obłowił, ale niech mu tam dobrze będzie i się nie odbija.
No nic, ogarnęłam jeszcze raz, kupiłam znicz i dąbki, bo ciepło, to postoją, a nie padną. Mam nadzieję, że wszystko postoi, albowiem w złości swej popisałam wszystko - i wieniec, i znicz, i doniczkę z dąbkami - olejnym pisakiem z nazwiskiem Eksa, na dokładkę na liściach wieńca też.
Nie będzie mi nikt, kurwa, kradł. Poluję na farbę w sprayu, next time dąbki sprayem pojadę, a co, będą mieli oryginalne.
Paciorek odklepałam. No, nie do końca, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale kto ich tam wie, tych Umarlaków.
Panią sprzątającą sąsiednią mogiłkę zagadałam, poprosiłam o zapalenie znicza, który dałam, jutro. Bo już nie pojadę.
Dobrze zrobiłam, bo okazało się, że droga do M. z mojej wioski wte i z powrotem zakorkowana jest na amen. Autobus miał pół godziny spóźnienia (a jedzie jeden na godzinę, a i to nie o każdej godzinie), a i trasę, obliczoną na niespełna pół godziny pokonywał prawie półtorej.
Tyle to ja jadę do K., a K. od wioski leży ponad 100 km :)
Więc nie, nie pojadę jutro.
Pogoda była przecudna, czekając na autobus grzałam się w słońcu, ciesząc się jego promieniami i nie zdychając z gorąca.
Autobus jechał powoli, napawałam się kolorami jesieni, grały, rozwalały duszę, bo i okolica piekna - Wielkopolski Park Narodowy.
Na poboczach co rusz dynie na sprzedaż, sterty dyni - wszelkie rodzaje, dynie do jedzenia i już wyrzeźbione.
I tak, tęsknię za Tobą.
Za Tobą z tamtych dni.
I mam nadzieję, że tam są te dni.
Tylko te dni.
Głupia ja, ale co tam.
I Luboń odkrywałam. Bo zawsze szybko i przelotem, z zatkanym nosem, bo śmierdziało z zakładów ziemniaczanych. A tkwiąc w korku odkrywałam piękno zabytkowych budynków (tak, tak, tablice o tym informują, będę szukała więcej), ruin, nowych bloków i innych cudów wianków.
Dobrze, że w domu czekał na mnie krupnik, bo konia z kopytami bym zjadła.
I cudne widoki za oknem, aparat nie uchwycił do końca gry kolorów.
I... Praca, kurde, na mnie czekała, a jakże.
Jeszcze w poniedziałek umówiliśmy się na poniedziałek.
Telefonu nie czułam, nie wibrował, słuchałam muzyki. A szukał mnie. Więc piszę, że jestem. Kurwa. Co jak co, ale praca to mnie kocha. Więc śle Worda.
Jak krowie na rowie mu idzie. Bo śle na pracowy adres.
Ojejejeje, nie mam pani domowego.
No jak nie ma jak ma. Podaję.
Dostaję tekst wklejony w emilka. Tego się nie da skorekcić. Kopiuję, wklejam w Worda, korekcę. Jako że będzie jedna korekta, czytam drugi raz. SMS ponaglający, że im się śpieszy.
Kurwa. To z tych, co czekają na ostatnią chwilę, a potem poganiają. Jeśli mam wolne, a mam, to nie muszę być non stop online, prawda?
No nic.
Wieczorem idę do banku. Hmmm.
Chyba podzielili kasę za dwa miesiące na pół i będę co miesiąc dostawała połowę. Jak się okaże, że nie, to ostatni numer, który robię.
Ale jeśli tak, odpowiada mi to :)
Tyle że warzywka znów w polu. No nic, aby do poniedziałku, będziemy wyjaśniać.
Po tej zmianie czasu przesunęło mi się, ale w odwrotną stronę. Śpię do 9, czyli do 10 :)
Super, co nie?
A Alienek zadebiutował dziś jako kościotrupek i widać, że mu się to podobało. Słodyczami się zażerał, a mi nic nie wolno piec ani gotować, bo słodzę i solę. No nic. Mała Wiedźma jest kotem. Hmm... Aż mnie ciarki przeszły. Bo nie, nie jest słodkim koteckiem, jest kotką na blaszanym gorącym dachu. Jestem przerażona. Ona ma dopiero 8 lat! A Papryczek jest wampirkiem. Słodkim, nieszkodliwym wampirkiem, który może wyrosnąć na de Clermonta... De Clermont. No nie wiem, czy Eks miałby szanse przy de Clermoncie. No może tylko ze względu na to, że dzieci umiał robić... :)
Życie...
A jutro do wujka Mietka polecę, zapalę znicz dla wszystkich, a potem to się okaże.
Ale obudziłam się rankiem, spojrzałam w lustro (tak, tak, nie muszę się już przebierać na Halloween, wiadomo) i wiedziałam, że muszę, inaczej się uduszę.
Czas jakoś inaczej leci i mimo, że mam wolne, nie poszłam jak co roku na Samotną.
No cóż, mam swoich Umarlaków. Może nie rzut beretem, ale niedaleko.
Teść był mi zupełnie obojętny, widziałam go może ze 4 razy w życiu, Eks też nie chciał tam jeździć.
No ale teraz jest tam Eks.
I, nie, kurde, nie jest mi to obojętne.
Tak wyszło.
Sprawdziłam więc dokładnie rozkłady, żeby nie utknąć znowu w M. i pojechałam, nastawiona, że wieniec ukradli.
Wieniec był, pewno za mało reprezentacyjny kupiłam, za to ukradli 3 znicze. A były z tych droższych, ładne, nówka nieśmigana, tylko wkład włożyć.
No nic, westchnęłam. Dobrze, że z Pierworodnym sprzątnęliśmy, bo nie było śladu po nikim. No cóż, to było do przewidzenia, a całe to przedstawienie na pogrzebie pod tytułem wielkieś nam uczynił pustki w domu moim, nasz najmilszy bracie, swym zniknieniem swoim - o kant dupy potłuc. Na cele rozprawy sądowej, mającej udowodnić, że ja, jako i dzieci niegodne jesteśmy nawet zatrzymania mieszkania spółdzielczego, które należy się, a jakże, bratu Eksa.
I chuj. Tak go zaszłam, że mieszkania nie dostał, co nie znaczy, że się nie obłowił, ale niech mu tam dobrze będzie i się nie odbija.
No nic, ogarnęłam jeszcze raz, kupiłam znicz i dąbki, bo ciepło, to postoją, a nie padną. Mam nadzieję, że wszystko postoi, albowiem w złości swej popisałam wszystko - i wieniec, i znicz, i doniczkę z dąbkami - olejnym pisakiem z nazwiskiem Eksa, na dokładkę na liściach wieńca też.
Nie będzie mi nikt, kurwa, kradł. Poluję na farbę w sprayu, next time dąbki sprayem pojadę, a co, będą mieli oryginalne.
Paciorek odklepałam. No, nie do końca, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale kto ich tam wie, tych Umarlaków.
Panią sprzątającą sąsiednią mogiłkę zagadałam, poprosiłam o zapalenie znicza, który dałam, jutro. Bo już nie pojadę.
Dobrze zrobiłam, bo okazało się, że droga do M. z mojej wioski wte i z powrotem zakorkowana jest na amen. Autobus miał pół godziny spóźnienia (a jedzie jeden na godzinę, a i to nie o każdej godzinie), a i trasę, obliczoną na niespełna pół godziny pokonywał prawie półtorej.
Tyle to ja jadę do K., a K. od wioski leży ponad 100 km :)
Więc nie, nie pojadę jutro.
Pogoda była przecudna, czekając na autobus grzałam się w słońcu, ciesząc się jego promieniami i nie zdychając z gorąca.
Autobus jechał powoli, napawałam się kolorami jesieni, grały, rozwalały duszę, bo i okolica piekna - Wielkopolski Park Narodowy.
Na poboczach co rusz dynie na sprzedaż, sterty dyni - wszelkie rodzaje, dynie do jedzenia i już wyrzeźbione.
I tak, tęsknię za Tobą.
Za Tobą z tamtych dni.
I mam nadzieję, że tam są te dni.
Tylko te dni.
Głupia ja, ale co tam.
I Luboń odkrywałam. Bo zawsze szybko i przelotem, z zatkanym nosem, bo śmierdziało z zakładów ziemniaczanych. A tkwiąc w korku odkrywałam piękno zabytkowych budynków (tak, tak, tablice o tym informują, będę szukała więcej), ruin, nowych bloków i innych cudów wianków.
Dobrze, że w domu czekał na mnie krupnik, bo konia z kopytami bym zjadła.
I cudne widoki za oknem, aparat nie uchwycił do końca gry kolorów.
I... Praca, kurde, na mnie czekała, a jakże.
Jeszcze w poniedziałek umówiliśmy się na poniedziałek.
Telefonu nie czułam, nie wibrował, słuchałam muzyki. A szukał mnie. Więc piszę, że jestem. Kurwa. Co jak co, ale praca to mnie kocha. Więc śle Worda.
Jak krowie na rowie mu idzie. Bo śle na pracowy adres.
Ojejejeje, nie mam pani domowego.
No jak nie ma jak ma. Podaję.
Dostaję tekst wklejony w emilka. Tego się nie da skorekcić. Kopiuję, wklejam w Worda, korekcę. Jako że będzie jedna korekta, czytam drugi raz. SMS ponaglający, że im się śpieszy.
Kurwa. To z tych, co czekają na ostatnią chwilę, a potem poganiają. Jeśli mam wolne, a mam, to nie muszę być non stop online, prawda?
No nic.
Wieczorem idę do banku. Hmmm.
Chyba podzielili kasę za dwa miesiące na pół i będę co miesiąc dostawała połowę. Jak się okaże, że nie, to ostatni numer, który robię.
Ale jeśli tak, odpowiada mi to :)
Tyle że warzywka znów w polu. No nic, aby do poniedziałku, będziemy wyjaśniać.
Po tej zmianie czasu przesunęło mi się, ale w odwrotną stronę. Śpię do 9, czyli do 10 :)
Super, co nie?
A Alienek zadebiutował dziś jako kościotrupek i widać, że mu się to podobało. Słodyczami się zażerał, a mi nic nie wolno piec ani gotować, bo słodzę i solę. No nic. Mała Wiedźma jest kotem. Hmm... Aż mnie ciarki przeszły. Bo nie, nie jest słodkim koteckiem, jest kotką na blaszanym gorącym dachu. Jestem przerażona. Ona ma dopiero 8 lat! A Papryczek jest wampirkiem. Słodkim, nieszkodliwym wampirkiem, który może wyrosnąć na de Clermonta... De Clermont. No nie wiem, czy Eks miałby szanse przy de Clermoncie. No może tylko ze względu na to, że dzieci umiał robić... :)
Życie...
A jutro do wujka Mietka polecę, zapalę znicz dla wszystkich, a potem to się okaże.
piątek, 26 października 2018
Zwykły
dzień, Kochany Pamiętniczku :)
Normalny.
Pobudka, kibelek, kąpiel, śniadanko, necik w czasie suszenia już prawie łysej główki, po której nikt już nie głaszcze.
Manhattan, Biedronka (ostatni zbiór naklejek na Słodziaki), dom.
Rosołek nastawiony.
Wynoszenie śmieci z odwiecznym wzdychaniem, że po co było w pocie czoła rodzić, skoro i tak trzeba samemu dygać z kubełkiem...
O...
Nasze "dyganie z kubełkiem".
Radio Pogoda i od razu sprzątanie jakoś tak raźniej idzie, nawet dupę z podłogi podniosłam, też mi osiągnięcie.
Wizyta siostry żony Inżyniera ze Słodziakiem i resztką naklejek.
Narzekała na rodzoną siostrę bardziej niż ja na moją Synową (to jedna i ta sama osoba, jakby ktoś nie zajarzył, znaczy się moja Synowa).
Były inne opcje na Kalafiorkównę, ale teść Inżyniera ma na głowie i leżącą teściową, którą może podrzucić jej osobistym dzieciom, które się do opieki nad nią nie kwapią, i psa.
Jak wiadomo, pies jest najważniejszy, ale psa nie ma na kogo zwalić.
Zatem padło na mnie, bo nie mam ani psa, ani kota, ani nikogo innego na karku.
Badylki się nie liczą, a i moje marzenia też nie.
Nevermind.
Śmieszkowanie śmieszkowaniem, life is brutal and full of zasadzkas.
Zapowiadają ocieplenie aż do 20 stopni na Wszystkich Świętych.
Kolumny rządowe dalej sieją postrach na drogach, a kolejne newsy zapowiadają w roku 2020, czyli wkrótce, latające samochody.
Tak więc nie tylko będę musiała patrzeć, czy ktoś nie pała żądzą rozjechania mnie na pasach, gdy kuśtykam z wózeczkiem, jęcząc pod nosem: olaboga, znów pod górkę, ale i będę musiała patrzyć w górę, czy ktoś w ten głupi, łysy łeb nie wjeżdża?
Carramba...
A jeszcze nie tak dawno leżałam nad glinianką na ręczniku i marzyłam o...
No właśnie, gdzie jest, kurwa, ten na białym koniu?
Z którym miałam żyć długo i szczęśliwie, jak to w bajkach?
Pomaszerował w siną dal, w siną dal...
Ale życie i tak jest PIĘKNE :)
Normalny.
Pobudka, kibelek, kąpiel, śniadanko, necik w czasie suszenia już prawie łysej główki, po której nikt już nie głaszcze.
Manhattan, Biedronka (ostatni zbiór naklejek na Słodziaki), dom.
Rosołek nastawiony.
Wynoszenie śmieci z odwiecznym wzdychaniem, że po co było w pocie czoła rodzić, skoro i tak trzeba samemu dygać z kubełkiem...
O...
Nasze "dyganie z kubełkiem".
Radio Pogoda i od razu sprzątanie jakoś tak raźniej idzie, nawet dupę z podłogi podniosłam, też mi osiągnięcie.
Wizyta siostry żony Inżyniera ze Słodziakiem i resztką naklejek.
Narzekała na rodzoną siostrę bardziej niż ja na moją Synową (to jedna i ta sama osoba, jakby ktoś nie zajarzył, znaczy się moja Synowa).
Były inne opcje na Kalafiorkównę, ale teść Inżyniera ma na głowie i leżącą teściową, którą może podrzucić jej osobistym dzieciom, które się do opieki nad nią nie kwapią, i psa.
Jak wiadomo, pies jest najważniejszy, ale psa nie ma na kogo zwalić.
Zatem padło na mnie, bo nie mam ani psa, ani kota, ani nikogo innego na karku.
Badylki się nie liczą, a i moje marzenia też nie.
Nevermind.
Śmieszkowanie śmieszkowaniem, life is brutal and full of zasadzkas.
Zapowiadają ocieplenie aż do 20 stopni na Wszystkich Świętych.
Kolumny rządowe dalej sieją postrach na drogach, a kolejne newsy zapowiadają w roku 2020, czyli wkrótce, latające samochody.
Tak więc nie tylko będę musiała patrzeć, czy ktoś nie pała żądzą rozjechania mnie na pasach, gdy kuśtykam z wózeczkiem, jęcząc pod nosem: olaboga, znów pod górkę, ale i będę musiała patrzyć w górę, czy ktoś w ten głupi, łysy łeb nie wjeżdża?
Carramba...
A jeszcze nie tak dawno leżałam nad glinianką na ręczniku i marzyłam o...
No właśnie, gdzie jest, kurwa, ten na białym koniu?
Z którym miałam żyć długo i szczęśliwie, jak to w bajkach?
Pomaszerował w siną dal, w siną dal...
Ale życie i tak jest PIĘKNE :)
środa, 24 października 2018
Przeleciało
jak z bicza trzasł, Kochany Pamiętniczku.
Niedziela była maratonowa, fotek strzeliłam 400, ale... nie chce mi się obrabiać i wrzucać, w sumie maraton jak co roku, fotografowany w tym samym miejscu. Wrzucilam część na fejsa i amen.
Zamykanie gładko poszło w miarę, nie licząc zwykłych nerwów, a co tu jęzor znów strzępić. Jakby się naparli na głupie błędy, aż gacie opadały z hukiem.
W środę przyleciał Pierworodny i w domu musiał na mnie czekać, nie było siły, żebym wyszła. Po staremu, uszykowałam mięso i warzywa, dorobił pyry i nakarmił się sam, jeszcze dla matki zostawił.
A jaki bogaty przyjechał, na ten tydzień miał całe 300 zł, ojapierdolę. Ale PEKĘ ode mnie wziął, bo... zgubił gdzieś tę, co mu dałam, no i...
Kto płacił za przejazdy?
W czwartek pojechał na ten kurs i egzaminy. Miały być płatne po. Ja akurat zamykałam. Messenger: czy mogę zapłacić za kurs.
Fakturę miał od paru dni, no ale po co, ja powinnam mocami nadprzyrodzonymi ogarnąć całość.
Więc płacę, z pracowego komputera, czego nienawidzę, wydruk i skan do niego.
Małe miki, co nie?
Wiem już, że nie wyjdę wcześniej, więc mówię: jedź do domu.
Zdaje egzamin i nie jedzie. Zostanie w mieście.
Umawiamy się na dworcu, bo trzeba bilet kupić na piątek do K.
Kupuję bilety, idziemy do knajpy na obiad. Myślałam, że chociaż raz zaofiaruje, że zapłaci za obiad, ale nie. Za to wybiera najdroższe danie z karty. Trudno :p Życie.
Na wieczór proponuje piwo. Kto kupuje piwo? Matka.
W domu reflektuję się, że nie wypłaciłam kasy, zapomniałam, a w K. nie wszędzie są bankomaty. Więc pytam, czy pożyczy mi 100 zł.
Nie ma. Zrobił zakupy "bo dzieciom się będzie podobało". Nawet nie pytam, co kupił.
Za bilety do K. płaciłam oczywiście ja, a któż by.
Jedziemy do K. W sumie... Lepiej, jak jadę sama.
Jestem przy nim milczkiem (znający mnie osobiście uśmieją się, jak i milczenie to niekompatybilne jest). Ale on gada i gada, na dokładkę znam już na wylot całą angielską politykę i monotemat: bo tu w Polsce, bo w Anglii.
Oczywiście, w PL wszystko jest źle, za to w UK cót, mjut i ożerzki.
Kurwa mać.
I drze się, jak stare kalesony na płocie. Nie, że ja niedosłyszę, on się tak zawsze drze, wszyscy go stale o to opieprzają, ale on tak ma.
Czasem wstyd z nim być w środku lokomocji publicznej.
No nic.
W pociągu, a jakże, kotecek
W K. wita nas
dojeżdżałam nią 8 lat do szkoły, teraz rdza ją żre.
K. przepiękny jak zawsze
Na cmentarzu grób moich Umarlaków osobistych spoko, koleżanka dba, tylko umyć i nówka nieśmigana. Za to grób Dziadków i Cioci woła o pomstę do nieba, zarośnięte chwastami ścieżki - wynieśliśmy dwa 60-litrowe worki śmieci.
Gotuje się we mnie.
Kurwica mnie bierze.
Płytki wokół grobu się chwieją. Gówno zrobione. A jakże, Lucy była, wsadziła badyle (brzydkie) do wazonu i poszła w pizdu.
Pisałam do niej przed wyjazdem, ale powiedziała, że nie ma czasu. W wyborach bierze udział, kandyduje. Olałabym, gdyby płyta była brudna, ma jeszcze czas do Wszystkich Świętych, jest na miejscu. Ale reszta? Palcem nietknięte, a ona "nie ma czasu".
W mordę jeża.
Odnawiam litery na obu grobach, Pierworodny walczy z chwastami. W sumie on tylko chwasty ogarnął, ale ja bym z tym nie dała może sama rady. Wywalam kwiaty wszystkie, wstawiam świeżo kupione i mam na resztę wyjebane. Grób nie choinka, jest czysty, kwiaty świeże. Daję za nie w sumie 60, Lucy posłałam 50 na jeden grób.
Kurwa.
Te dwa czerwone to moje.
Idziemy na obiad, a po drodze
Dobra zmiana, co nie? Tak będzie.
Cristal na szczęście nie ma stypy i zjadamy
Nie da się opisać. Smaku. Pierworodny nie żałuje sobie, dodatkowo zupa i przystawka i nawet jak na K. wychodzi mi solidny rachunek. Jego już na to nie stać :D
Wracamy, bilety z mojej kieszeni, więc w sumie za podróż zapłaciłam dużo więcej, ja mam zniżkę, on nie. Mam teraz tyle czasu, że nawet te chwasty ogarnęłabym sama, no ale doceniam pomoc mimo wszystko. Żeby tylko nie trzaskał tak dziobem "ale mamo, ale mamo"huczy mi w głowie i tęsknię za playlistą...
W sobotę Manhattan. Pierworodny chce do fryzjera i kupić rajstopy dla MW. Ja przedtem kupiłam jej bardzo drogą bluzę "bo MW będzie się podobała" i zapowiedziałam, że stop, bo to drogie. Sobie takich drogich rzeczy nie kupuję., a przecież ja parę lat ponoszę, a ona wyrośnie. Oczywiście nie ma portfela. Mamusia płaci za fryzjera i za rajstopy. Za rajstopy 40 zł. Japierdolę.
SMS.
Musi wrócić do pracy we wtorek (miał być w PL do środy).
Nieporozumienie z urlopem. Zastanawiam się, czy sam nachamęcił, czy tak jak mówi, szefowi odbiło. No nic, musi wrócić. OK. Mówię, że nie ma sprawy, przeżyję, że nie zrobił nic, co miał zrobić. Życie.
Przebukowany bilet droższy jak poprzedni w obie strony, trudno :) Na szczęście płaci sam, inna bajka, że moją kartą, bo swojej nie ma, bo coś tam, coś tam. Jego żona poszła do banku bez dowodu i też nie ma pieniędzy, ale ma pretensje, że jej bank nie załatwił.
Nie załamuję się.
Po fryzjerze kąpiel i to zaraz już. Rozumiem, też tak mam. Ale kąpiel z telefonem trwa godzinę i ucieka nam autobus, pasujący. Następny za godzinę.
Dzwoni Synowa. Jakiemuś ich znajomemu ukradziono w UK rower wart 7 tys. funtów. Rower odnalazł się w... Poznaniu. Czy Pierworodny może zadzwonić na podany numer oficera prowadzącego, odebrać rower i przetransportować go samolotem do UK? Włosy stają mi dęba na głowie i już nie opadają, człowiek, który potrafi własne dziecko wieźć samolotem z nieważnymi dokumentami ma przewozić sprzęt wart 7 tys. funtów? Jeżu kolczasty... Na szczęście polska policja staje na wysokości zadnia i nie odbiera w sobotę telefonu na posterunku w Tarnowie Podgórnym... Nie pytajcie mnie, dlaczego tam, niebiosom dzięki.Post factum okazuje się, że sprawa jest nadal w toku i na pewno by mu tego roweru nie wydali na piękne oczy :P Dzięki bogom partii i nawet prezesowi :)
Jedziemy do M. na grób Eksa.
Na grobie nie ma wieńca, który zostawiłam pod koniec sierpnia. Zastanawiam się, czy ktoś z kochającej rodziny wyrzucił, no ale dlaczego nie położył swojego? Na płocie przy jednym z grobów widzę kartkę z ostrzeżeniem dla złodzieja, że jest obserwowany. Widocznie M. nie na darmo cieszy się w mojej wiosce złą opinią. Piszę do rodziny Eksa, oczywiście, oprócz ukochanego szwagra, mówią, że raczej nikt nie wyrzucał, że kradną. Dobrze, że znalazłam w miarę tani wieniec (wszędzie od 60 zł w górę). Nie zarabiam tyle, żeby złodziei utrzymywać. Żałuję, że nie polałam woskiem wieńca, ale trudno.
Idziemy na autobus.
Kawiarnie zamknięte, już po sezonie.
Autobus za 4 godziny, rozkład w necie nieaktualny.
Idziemy na dworzec.
Pociąg za 3 godziny (a Kierownik Budowy mówił, że co pół godziny jeżdżą, kurwa mać(.
A ja w sandałkach, a zaczął wiać mroźny wiatr.
I Pierworodny wciąż nawija o kolejach w UK, o prywatyzacji, nacjonalizacji i innych chujach-mujach.
Baran wie, o czym mówię :)
Za bilet (dwa razy droższy niż na MPK) płaci znów mamusia.
Na szczęście obiad mamy w domu, ale zmachana jak koń po westernie to ja go gotuję. Bo Pierworodny, i owszem, chętnie, ale...
Sprzątanie bajzlu, to wolę sama ugotować :D
A w M. na dworcu: Romeo został przy pustym stole, Julia odeszła, choć nie ta sama, w XXI wieku też przeżyć można mistrza Szekspira klasyczny dramat :)
Mieliśmy jeszcze jechać do Castoramy po części do napraw w łazience, ale mówię nie, bo mnie już wszystko przerasta.
Dobrze, że niedziela niehandlowa, bo miał jeszcze buty kupić, a że nie ma kasy, to ja bym płaciła.
Wiem, głupia jestem, ale...
To moje dziecko, nie tak wychowywałam.
I na dokładkę cały czas jedzie po Inżynierze jak po łysym psie, że to źle, ze to niedobrze, że on by inaczej zrobił.
W końcu wybucham i mówię, że ma się odjaniepawlić od Inżyniera.
Jeżeli robi źle, robi źle na własny rachunek. Że ja nikomu nie wytykam nic, oni też robią jak chcą, chociaż niekoniecznie mi to odpowiada.
Focha się, ale nie na długo, bo przypomina mu się nagle, co Elżbieta II powiedziała.
Ojapierdolę.
Rano wybory i spacer.
Taka badziewną fotkę mi trzasnął, bo był zajęty tłumaczeniem mi reguł głosowania w UK.
I tak politycznie spacer nam minął.
Nie licząc małych przyjemności.
Obiad poszłam gotować, a Pierworodny spać.
A potem kurcgalopkiem na lotnisko.
Zadowolona jednak byłam, że odleciał w niedzielę, a nie w środę, tym bardziej, że pogoda się schrzaniła, bo oszczędziłam sobie i nerwów i martwienia się, czy doleci.
Nie, że nabałaganił, starał się, ale...
Wiecznie zajęty kibel, bo siedzi w nim z telefonem.
I te drobiazgi, których mój staropanieński mózg już nie cierpi.
Podsumowałam finanse: w 5 dni wydałam ponad 1200 zł.
Japierdolę.
Nieważne.
Ale ani jednego dziękuję nie usłyszałam, jak dojechał i rozdał wszystko "co dzieci by chciały". A coś we mnie pękło.
Potem okazało się, że teleskop od Inżyniera za niebagatelną kwotę, o którym "marzyła MW" i dostała na Gwiazdkę stoi nieużywany, bo nie.
A co się nasłuchałam, że na nowe mieszkanie teściowie im z Polski meble wyślą, nowe, tu kupione, to moje.
Nie, nie kupię im nowych mebli.
Moja równowaga finansowa poszła się jebać, jeszcze muszę kupić walutę. Nie stać mnie na nowe meble dla siebie, a co, nie można mieć używanych? Ja mam 60-letnie i dobrze.
Oddałam co do centa, co dał na remont.
Nie mam żadnych zobowiązań, Pierdolę.
Żebym chociaż dziękuję usłyszała, ale nie.
Nieważne.
W poniedziałek warzywka i w redakcji czekała na mnie sówka.
Bo lubię sówki.
Bo chciałam taką od dawna mieć, niefortunnie zamówiłam teraz, bo mogłam bez niej żyć, ale trudno :)
Piękna jest, co nie?
A tak wygląda wieczorem...
Wrzuciłam na fejsika.
Synowa, że Mala Wiedźma o takiej marzy...
Pierworodny, że wnuki też chcą.
Posyłam linka, robi to żona mojego kolegi.
Cisza.
Piszę, że chcieć mogą. Piszę do Pierworodnego, że mogą sobie kupić, ma uzgodnić z żoną, a ja zamówię wzór, jaki wybiorą.
Cisza.
Trudno, muszą znaleźć innego sponsora.
Dziś przychodzi certyfikat SEP. Piszę do Pierworodnego, każe otworzyć kopertę. Certyfikat jest po polsku, nie ma w nim słowa, że jest ważny na terenie UK. A miał być tłumaczony na angielski i ważny na całą UK. Kręci, jak zwykle, że nie płacił za przetłumaczenie, że będzie zdawał z tym egzamin w UK. Wywnętrzam się na Inżynierze, bo na kimś muszę.
Znów kłamie i kombinuje.
Że mu w SEP przetłumaczą.
Przecież to musi być tłumaczenie przysięgłe.
Ale w sumie, co mnie to?
Zastanawiam się, czy warto było mu dawać tę kasę?
Nie musiałam, ale jak widzę, że to dalej o kant dupy...
Nieważne.
Wyłączam się, jadę do Castoramy.
Kupuję klapkę do papieru do dupy, bo znów padła i kołki do półek.
Kołki nie pasują, nie ma dłuższych.
Wkręcam w szafę śruby czy jak to się zwie. Przechodzą na drugą stronę, ale zabezpieczam. Pierdolę. Półka się trzyma, w szafie porządek.
Nic na siłę, wszystko młotkiem.
Zajmę się przez najbliższe dni sobą. Może pojadę do Eksa zobaczyć, może nie. Za zimno, żeby tam łazić godzinami po tej pipidówie. A powrót jak loteria. Spasuję, Świeczkę mu, jak i innym Umarlakom tu zapalę, gdzie jestem.
Trudno.
Ukradną wieniec, to ukradną.
Leży tam też ich ojciec. Oni wszyscy mają samochody. Szwagierka, która dotąd dbała o ten grób wyniosła się w Bieszczady.
A ja?
Pierdolę.
Eks wie, że byłam.
A resztę mam w dupie.
W poniedziałek piszę do Lucy, że sprawę odstąpienia grobu uważam za otwartą. Że chociaż powiedziałam tak od razu, to jednak sprawa jest otwarta i chcę z nią porozmawiać. Bo nie podoba mi się to, co zastałam na cmentarzu. Że na pomniku nic nie jest ruszone (na wiosnę kafelki nie latały, ale miała przymocować wazon i odnowić litery), że to jednak ja płaciłam za pomnik i nie zostawię grobu ot tak, na poniewierkę i niedbanie, bo obiecałam Cioci, że będzie zaopiekowany. Ze się starzeję i siły już nie mam jak kiedyś. Że zapraszam do rozmowy. Odpisała, że ona ma dużo pracy, że nie zdążyła jeszcze posprzątać, a poza tym ma całą masę grobów na głowie. I że nie było rozmowy i mam zapomnieć.
Już zapominam cię, jak się zapomina sny :)
Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Inżynier napisał, że dobrze, ze zatrzymałam groby w swojej jurysdykcji.
Sondę zapuściłam w okolicy, może się uda.
To chyba logiczne, że nie będę płacić za grób dla kogoś, kto o niego nie zadba, a chce za frico i miejsce, i pomnik.
Tam wystarczy tylko płytę z napisem zmienić, a jaką ja mam gwarancję, że nie wywali i Dziadków, i Cioci?
Mam listy, w których Ciocia żali się, że ona jej nic nie pomaga. Obie byłyśmy jest chrześniaczkami, a wszystko zapisała mi. Miałyśmy wspólnego dziadka i inne babcie, ja jestem od tej babci od Cioci.
No ale tam, gdzie w grę wchodzi kasa, zawsze są jakieś wąty.
Koleżanka napisała mi, że Lucy ma złą opinię. Że lekceważy ludzi, gardzi nimi, nie tak, jak jej ojciec.
Ano, widocznie wyżej sra jak dupę ma.
Zatem grób zostaje na mojej głowie.
Czasem od przybytku głowa boli, co nie?
A tu jeszcze 12 listopada wolny, ciekawe, jak to wpłynie na nas, bo mieliśmy na ten dzień zamykanie. Jak się przesunie wszystko, nie wiem, co będzie z ogarnianiem i wylotem.
Jedno wiem, co ma być, będzie.
Na razie leluje pachną jak szalone i nie mam ich gdzie wyeksmitować na noc, bo na balkonie już za zimno i za wietrznie jest :)
Niedziela była maratonowa, fotek strzeliłam 400, ale... nie chce mi się obrabiać i wrzucać, w sumie maraton jak co roku, fotografowany w tym samym miejscu. Wrzucilam część na fejsa i amen.
Zamykanie gładko poszło w miarę, nie licząc zwykłych nerwów, a co tu jęzor znów strzępić. Jakby się naparli na głupie błędy, aż gacie opadały z hukiem.
W środę przyleciał Pierworodny i w domu musiał na mnie czekać, nie było siły, żebym wyszła. Po staremu, uszykowałam mięso i warzywa, dorobił pyry i nakarmił się sam, jeszcze dla matki zostawił.
A jaki bogaty przyjechał, na ten tydzień miał całe 300 zł, ojapierdolę. Ale PEKĘ ode mnie wziął, bo... zgubił gdzieś tę, co mu dałam, no i...
Kto płacił za przejazdy?
W czwartek pojechał na ten kurs i egzaminy. Miały być płatne po. Ja akurat zamykałam. Messenger: czy mogę zapłacić za kurs.
Fakturę miał od paru dni, no ale po co, ja powinnam mocami nadprzyrodzonymi ogarnąć całość.
Więc płacę, z pracowego komputera, czego nienawidzę, wydruk i skan do niego.
Małe miki, co nie?
Wiem już, że nie wyjdę wcześniej, więc mówię: jedź do domu.
Zdaje egzamin i nie jedzie. Zostanie w mieście.
Umawiamy się na dworcu, bo trzeba bilet kupić na piątek do K.
Kupuję bilety, idziemy do knajpy na obiad. Myślałam, że chociaż raz zaofiaruje, że zapłaci za obiad, ale nie. Za to wybiera najdroższe danie z karty. Trudno :p Życie.
Na wieczór proponuje piwo. Kto kupuje piwo? Matka.
W domu reflektuję się, że nie wypłaciłam kasy, zapomniałam, a w K. nie wszędzie są bankomaty. Więc pytam, czy pożyczy mi 100 zł.
Nie ma. Zrobił zakupy "bo dzieciom się będzie podobało". Nawet nie pytam, co kupił.
Za bilety do K. płaciłam oczywiście ja, a któż by.
Jedziemy do K. W sumie... Lepiej, jak jadę sama.
Jestem przy nim milczkiem (znający mnie osobiście uśmieją się, jak i milczenie to niekompatybilne jest). Ale on gada i gada, na dokładkę znam już na wylot całą angielską politykę i monotemat: bo tu w Polsce, bo w Anglii.
Oczywiście, w PL wszystko jest źle, za to w UK cót, mjut i ożerzki.
Kurwa mać.
I drze się, jak stare kalesony na płocie. Nie, że ja niedosłyszę, on się tak zawsze drze, wszyscy go stale o to opieprzają, ale on tak ma.
Czasem wstyd z nim być w środku lokomocji publicznej.
No nic.
W pociągu, a jakże, kotecek
W K. wita nas
dojeżdżałam nią 8 lat do szkoły, teraz rdza ją żre.
K. przepiękny jak zawsze
Na cmentarzu grób moich Umarlaków osobistych spoko, koleżanka dba, tylko umyć i nówka nieśmigana. Za to grób Dziadków i Cioci woła o pomstę do nieba, zarośnięte chwastami ścieżki - wynieśliśmy dwa 60-litrowe worki śmieci.
Gotuje się we mnie.
Kurwica mnie bierze.
Płytki wokół grobu się chwieją. Gówno zrobione. A jakże, Lucy była, wsadziła badyle (brzydkie) do wazonu i poszła w pizdu.
Pisałam do niej przed wyjazdem, ale powiedziała, że nie ma czasu. W wyborach bierze udział, kandyduje. Olałabym, gdyby płyta była brudna, ma jeszcze czas do Wszystkich Świętych, jest na miejscu. Ale reszta? Palcem nietknięte, a ona "nie ma czasu".
W mordę jeża.
Odnawiam litery na obu grobach, Pierworodny walczy z chwastami. W sumie on tylko chwasty ogarnął, ale ja bym z tym nie dała może sama rady. Wywalam kwiaty wszystkie, wstawiam świeżo kupione i mam na resztę wyjebane. Grób nie choinka, jest czysty, kwiaty świeże. Daję za nie w sumie 60, Lucy posłałam 50 na jeden grób.
Kurwa.
Te dwa czerwone to moje.
Idziemy na obiad, a po drodze
Dobra zmiana, co nie? Tak będzie.
Cristal na szczęście nie ma stypy i zjadamy
Nie da się opisać. Smaku. Pierworodny nie żałuje sobie, dodatkowo zupa i przystawka i nawet jak na K. wychodzi mi solidny rachunek. Jego już na to nie stać :D
Wracamy, bilety z mojej kieszeni, więc w sumie za podróż zapłaciłam dużo więcej, ja mam zniżkę, on nie. Mam teraz tyle czasu, że nawet te chwasty ogarnęłabym sama, no ale doceniam pomoc mimo wszystko. Żeby tylko nie trzaskał tak dziobem "ale mamo, ale mamo"huczy mi w głowie i tęsknię za playlistą...
W sobotę Manhattan. Pierworodny chce do fryzjera i kupić rajstopy dla MW. Ja przedtem kupiłam jej bardzo drogą bluzę "bo MW będzie się podobała" i zapowiedziałam, że stop, bo to drogie. Sobie takich drogich rzeczy nie kupuję., a przecież ja parę lat ponoszę, a ona wyrośnie. Oczywiście nie ma portfela. Mamusia płaci za fryzjera i za rajstopy. Za rajstopy 40 zł. Japierdolę.
SMS.
Musi wrócić do pracy we wtorek (miał być w PL do środy).
Nieporozumienie z urlopem. Zastanawiam się, czy sam nachamęcił, czy tak jak mówi, szefowi odbiło. No nic, musi wrócić. OK. Mówię, że nie ma sprawy, przeżyję, że nie zrobił nic, co miał zrobić. Życie.
Przebukowany bilet droższy jak poprzedni w obie strony, trudno :) Na szczęście płaci sam, inna bajka, że moją kartą, bo swojej nie ma, bo coś tam, coś tam. Jego żona poszła do banku bez dowodu i też nie ma pieniędzy, ale ma pretensje, że jej bank nie załatwił.
Nie załamuję się.
Po fryzjerze kąpiel i to zaraz już. Rozumiem, też tak mam. Ale kąpiel z telefonem trwa godzinę i ucieka nam autobus, pasujący. Następny za godzinę.
Dzwoni Synowa. Jakiemuś ich znajomemu ukradziono w UK rower wart 7 tys. funtów. Rower odnalazł się w... Poznaniu. Czy Pierworodny może zadzwonić na podany numer oficera prowadzącego, odebrać rower i przetransportować go samolotem do UK? Włosy stają mi dęba na głowie i już nie opadają, człowiek, który potrafi własne dziecko wieźć samolotem z nieważnymi dokumentami ma przewozić sprzęt wart 7 tys. funtów? Jeżu kolczasty... Na szczęście polska policja staje na wysokości zadnia i nie odbiera w sobotę telefonu na posterunku w Tarnowie Podgórnym... Nie pytajcie mnie, dlaczego tam, niebiosom dzięki.Post factum okazuje się, że sprawa jest nadal w toku i na pewno by mu tego roweru nie wydali na piękne oczy :P Dzięki bogom partii i nawet prezesowi :)
Jedziemy do M. na grób Eksa.
Idziemy na autobus.
Kawiarnie zamknięte, już po sezonie.
Autobus za 4 godziny, rozkład w necie nieaktualny.
Idziemy na dworzec.
Pociąg za 3 godziny (a Kierownik Budowy mówił, że co pół godziny jeżdżą, kurwa mać(.
A ja w sandałkach, a zaczął wiać mroźny wiatr.
I Pierworodny wciąż nawija o kolejach w UK, o prywatyzacji, nacjonalizacji i innych chujach-mujach.
Baran wie, o czym mówię :)
Za bilet (dwa razy droższy niż na MPK) płaci znów mamusia.
Na szczęście obiad mamy w domu, ale zmachana jak koń po westernie to ja go gotuję. Bo Pierworodny, i owszem, chętnie, ale...
Sprzątanie bajzlu, to wolę sama ugotować :D
A w M. na dworcu: Romeo został przy pustym stole, Julia odeszła, choć nie ta sama, w XXI wieku też przeżyć można mistrza Szekspira klasyczny dramat :)
Mieliśmy jeszcze jechać do Castoramy po części do napraw w łazience, ale mówię nie, bo mnie już wszystko przerasta.
Dobrze, że niedziela niehandlowa, bo miał jeszcze buty kupić, a że nie ma kasy, to ja bym płaciła.
Wiem, głupia jestem, ale...
To moje dziecko, nie tak wychowywałam.
I na dokładkę cały czas jedzie po Inżynierze jak po łysym psie, że to źle, ze to niedobrze, że on by inaczej zrobił.
W końcu wybucham i mówię, że ma się odjaniepawlić od Inżyniera.
Jeżeli robi źle, robi źle na własny rachunek. Że ja nikomu nie wytykam nic, oni też robią jak chcą, chociaż niekoniecznie mi to odpowiada.
Focha się, ale nie na długo, bo przypomina mu się nagle, co Elżbieta II powiedziała.
Ojapierdolę.
Rano wybory i spacer.
Taka badziewną fotkę mi trzasnął, bo był zajęty tłumaczeniem mi reguł głosowania w UK.
I tak politycznie spacer nam minął.
Nie licząc małych przyjemności.
Obiad poszłam gotować, a Pierworodny spać.
A potem kurcgalopkiem na lotnisko.
Zadowolona jednak byłam, że odleciał w niedzielę, a nie w środę, tym bardziej, że pogoda się schrzaniła, bo oszczędziłam sobie i nerwów i martwienia się, czy doleci.
Nie, że nabałaganił, starał się, ale...
Wiecznie zajęty kibel, bo siedzi w nim z telefonem.
I te drobiazgi, których mój staropanieński mózg już nie cierpi.
Podsumowałam finanse: w 5 dni wydałam ponad 1200 zł.
Japierdolę.
Nieważne.
Ale ani jednego dziękuję nie usłyszałam, jak dojechał i rozdał wszystko "co dzieci by chciały". A coś we mnie pękło.
Potem okazało się, że teleskop od Inżyniera za niebagatelną kwotę, o którym "marzyła MW" i dostała na Gwiazdkę stoi nieużywany, bo nie.
A co się nasłuchałam, że na nowe mieszkanie teściowie im z Polski meble wyślą, nowe, tu kupione, to moje.
Nie, nie kupię im nowych mebli.
Moja równowaga finansowa poszła się jebać, jeszcze muszę kupić walutę. Nie stać mnie na nowe meble dla siebie, a co, nie można mieć używanych? Ja mam 60-letnie i dobrze.
Oddałam co do centa, co dał na remont.
Nie mam żadnych zobowiązań, Pierdolę.
Żebym chociaż dziękuję usłyszała, ale nie.
Nieważne.
W poniedziałek warzywka i w redakcji czekała na mnie sówka.
Bo lubię sówki.
Bo chciałam taką od dawna mieć, niefortunnie zamówiłam teraz, bo mogłam bez niej żyć, ale trudno :)
Piękna jest, co nie?
A tak wygląda wieczorem...
Wrzuciłam na fejsika.
Synowa, że Mala Wiedźma o takiej marzy...
Pierworodny, że wnuki też chcą.
Posyłam linka, robi to żona mojego kolegi.
Cisza.
Piszę, że chcieć mogą. Piszę do Pierworodnego, że mogą sobie kupić, ma uzgodnić z żoną, a ja zamówię wzór, jaki wybiorą.
Cisza.
Trudno, muszą znaleźć innego sponsora.
Dziś przychodzi certyfikat SEP. Piszę do Pierworodnego, każe otworzyć kopertę. Certyfikat jest po polsku, nie ma w nim słowa, że jest ważny na terenie UK. A miał być tłumaczony na angielski i ważny na całą UK. Kręci, jak zwykle, że nie płacił za przetłumaczenie, że będzie zdawał z tym egzamin w UK. Wywnętrzam się na Inżynierze, bo na kimś muszę.
Znów kłamie i kombinuje.
Że mu w SEP przetłumaczą.
Przecież to musi być tłumaczenie przysięgłe.
Ale w sumie, co mnie to?
Zastanawiam się, czy warto było mu dawać tę kasę?
Nie musiałam, ale jak widzę, że to dalej o kant dupy...
Nieważne.
Wyłączam się, jadę do Castoramy.
Kupuję klapkę do papieru do dupy, bo znów padła i kołki do półek.
Kołki nie pasują, nie ma dłuższych.
Wkręcam w szafę śruby czy jak to się zwie. Przechodzą na drugą stronę, ale zabezpieczam. Pierdolę. Półka się trzyma, w szafie porządek.
Nic na siłę, wszystko młotkiem.
Zajmę się przez najbliższe dni sobą. Może pojadę do Eksa zobaczyć, może nie. Za zimno, żeby tam łazić godzinami po tej pipidówie. A powrót jak loteria. Spasuję, Świeczkę mu, jak i innym Umarlakom tu zapalę, gdzie jestem.
Trudno.
Ukradną wieniec, to ukradną.
Leży tam też ich ojciec. Oni wszyscy mają samochody. Szwagierka, która dotąd dbała o ten grób wyniosła się w Bieszczady.
A ja?
Pierdolę.
Eks wie, że byłam.
A resztę mam w dupie.
W poniedziałek piszę do Lucy, że sprawę odstąpienia grobu uważam za otwartą. Że chociaż powiedziałam tak od razu, to jednak sprawa jest otwarta i chcę z nią porozmawiać. Bo nie podoba mi się to, co zastałam na cmentarzu. Że na pomniku nic nie jest ruszone (na wiosnę kafelki nie latały, ale miała przymocować wazon i odnowić litery), że to jednak ja płaciłam za pomnik i nie zostawię grobu ot tak, na poniewierkę i niedbanie, bo obiecałam Cioci, że będzie zaopiekowany. Ze się starzeję i siły już nie mam jak kiedyś. Że zapraszam do rozmowy. Odpisała, że ona ma dużo pracy, że nie zdążyła jeszcze posprzątać, a poza tym ma całą masę grobów na głowie. I że nie było rozmowy i mam zapomnieć.
Już zapominam cię, jak się zapomina sny :)
Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Inżynier napisał, że dobrze, ze zatrzymałam groby w swojej jurysdykcji.
Sondę zapuściłam w okolicy, może się uda.
To chyba logiczne, że nie będę płacić za grób dla kogoś, kto o niego nie zadba, a chce za frico i miejsce, i pomnik.
Tam wystarczy tylko płytę z napisem zmienić, a jaką ja mam gwarancję, że nie wywali i Dziadków, i Cioci?
Mam listy, w których Ciocia żali się, że ona jej nic nie pomaga. Obie byłyśmy jest chrześniaczkami, a wszystko zapisała mi. Miałyśmy wspólnego dziadka i inne babcie, ja jestem od tej babci od Cioci.
No ale tam, gdzie w grę wchodzi kasa, zawsze są jakieś wąty.
Koleżanka napisała mi, że Lucy ma złą opinię. Że lekceważy ludzi, gardzi nimi, nie tak, jak jej ojciec.
Ano, widocznie wyżej sra jak dupę ma.
Zatem grób zostaje na mojej głowie.
Czasem od przybytku głowa boli, co nie?
A tu jeszcze 12 listopada wolny, ciekawe, jak to wpłynie na nas, bo mieliśmy na ten dzień zamykanie. Jak się przesunie wszystko, nie wiem, co będzie z ogarnianiem i wylotem.
Jedno wiem, co ma być, będzie.
Na razie leluje pachną jak szalone i nie mam ich gdzie wyeksmitować na noc, bo na balkonie już za zimno i za wietrznie jest :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























