środa, 8 maja 2013

Day 1

Próbowałam dotrzeć na lotnisko pieszkom, ale upał zmusił mnie do kapitulacji na Szpitalnej i dalej pojechałam autobusem. Na Ławicy okazało się, że jest PRAWIE jak w Luton, tu barek, tam barek, tam kafejka, a że przede mną było jeszcze 1,5 godz. czekania, ślinka naciekła mi do pyska i skusiłam się na tuńczyka. Był całkiem, całkiem, prawie jak w Paryżu, a cena polska, więc uratował mi życie.
Teściowie Pierworodnego wparowali na lotnisko 10 minut przed lądowaniem i było mi ich żal, bo bali się Małej Wiedźmy ;) Znaczy się, nie jej, ale tego, że to jej debiut w roli Małej Sierotki bez Mamy i Taty. Pierworodny wyszedł ostatni, ponoć ma taki zwyczaj, zapakowali Małą Wiedźmę do auta (dała buziaka i to niejednego, Skubana), dali jej ajcoś dla współczesnych dzieci i pojechali, zajęta gadżetem nawet łapką nie machnęła... Do tej chwili nie dzwonili i nie pisali, więc albo dziecku łebek ukręcili, albo zaakceptowało bycie Małą Sierotką bez Taty i bez Mamy.
Pierworodny jęczał z początku, że ręce ma puste i serce go boli, ale nakarmiony, napojony i mając wdzięczną słuchaczkę w osobie Starej Jędzy wrzucił na luz, nie pęknął i założył, że będzie OK :) Jutro już nie będę tak wdzięczną słuchaczką, bo jest monotometyczny i wciąż wyjaśnia mi działanie androida, co mnie GUZIK obchodzi i z czego nic nie rozumiem.
Jako że - oczywiście - nie zabrał ładowarki do smartfona, a ajfonowa jest niekompatybilna, pojechaliśmy kupić ładowarkę, bo "w Polsce wszystko jest za grosze". No jest, ja płacę, bo on złotówek nie ma :)
Kupiliśmy ładowarkę (panikowałam, że może Mała Wiedźma zaszlochała się na śmierć bez Tatusia, a teściowie nie mają mojego numeru), dołożyłam do tego markowe bermudy sztuk dwie (przyjechał w spodniach mających 13 lat!!!!!), a konto urodzin (w czerwcu, ale co tam) i moje konto maleje, maleje, ale co tam ;)
Odnoszę też korzyści. Przewlokłam go po Praktikerze, w którym onegdaj pracował w pocie czoła i wydusiłam z niego cenne informacje na temat remontu. Objaśniał uczciwie, z zapałem, bez nerwów, bez "bo mama"... I za to go kocham. Mam prawo nie znać się na tym. Wyjaśnił, jak krowie na rowie i... może i jest nierozgarnięty i paskudny, ale i tak Go kocham :D
Jak wrócilismy do domu, okazało się, że już prawie noc i że szuka nas Inżynier, zrozpaczony, że nikt się nie melduje ;)
Zameldowaliśmy się zatem, nakarmiłam Pierworodnego, wygrzebałam resztki papierowej Polityki i zadowolony grzeje amerykankę.
A że biuro paszportowe nie jest otwarte od bladego świtu, mamy trochę czasu na spanie.
Czasem fajnie odzyskać dziecko na parę chwil wyłącznie dla siebie.
Nie dzielić się nim z nikim.
Z żoną, dziewczyną, kochanką, dzieckiem.

Takie darowane dwa dni.
Aż dwa dni.

Wiem, wredna jestem :)
I zaborcza...

2 komentarze: