W sobotni poranek Inzynier zarzadzil wyjazd do Saint Albans, niedaleko H. Pomknelismy razno Focusikiem, milo gawedzac o wszystkim i o niczym.
W samym St Albans (bylam juz w tym miasteczku, kiedys doszlam tam na piechote w doborowej kompanii, ale tylko do katedry, z Pierworodnym robilam tam zakupy, a i sylwestra tam kiedys w pubie spedzilismy) stwierdzilismy, ze racje mial Obelix, ze ale glupi ci Rzymianie ;)
Potem hycnelismy w bok, zeby zajrzec na stacje koncowa liczacej juz ponad 150 lat linii kolejowej w St Albans
i chyzo ruszylismy do parku, gdzie znajduja sie resztki rzymskich umocnien.
Tak wygladaja angielskie sciezki, po trwajacych prawie non stop opadach, ale Inzynier zlitowal sie nad stara matka i nie kazal jej topic sie w blocie, do umocnien doszlismy trawnikiem, aczkolwiek tez byl sliski i blotnisty. W UK nie ma tabliczek nie detpac trawnikow, wszyscy chodza jak chca, a trawniki wygladaja kwitnaco... :)
I tyle zostalo po dzielnych Rzymianach :D :)
Pozniej udalismy sie na spacerek po parku, gdzie sa stawki, labadki i inne wodne ptactwo...
Jeden labadek byl taki uparty, ze wolal popelnic samobojstwo niz popozowac Starej Jedzy i mimo ze stalam i stalam, to ani myslal wyciagnac labedzia szyje z wody :>
Z parku udalismy sie do najstarszego pubu w Anglii, powstalego w 793 roku, wiec troche juz lat minelo.
W miejscu, gdzie dzis zanjduje sie bar byla stajnia i wiazano tam konie :)
Podobal mi sie wyszywane koguty, wiszace w sieni...
W pubie pieknie kwitly amarylisy...
Ludzie wchodzili z psami i nikt kundli nie wyrzucal, inna para kaloszy, ze byly bardzo dobrze ulozone. Gosci obslugiwal barman tak wysoki, ze co rusz musial sie zginac, zeby nie walnac w belke sufitowa, a co wyzsi goscie zaliczali bliskie spotkania pierwszego stopnia z powala :) Inzynier zamowil potrawke z krolika (zalowalam potem, ze ja nie, ale balam sie, ze mieso bedzie twarde), zas ja jakiegos kuraka z kus-kusem. Barman przyniosl najpierw napitki i... chyba nie wygladam na rasowa alkoholiczke, bo mi sok pomaranczowy podsunal, a na miejscu chwilowo nieobecnego Inzyniera postawil piwo :O
W kominku pozniej zaplonelo drewno i zrobilo sie naprawde milo i goraco :)
Po milym obiadku udalismy sie na dalsza wloczege po St Albans, zalapalismy sie tez na tamtejszy Manhattan sobotni ;)
I upolowalam wreszcie kwitnacy jasmin :)
Po powrocie do domu okazalo sie, ze Pierworodni czekaja na mnie, tja... Powiedzial synowej, kombinator, ze nie wysle do mnie SMS, bo... zmienilam nr telefonu. Niewazne, pojechalismy, bo chodzi o Mala Wiedzme, nie o te cale tatalajstwo...
MW zajela sie czule wujkiem Inzynierem, patrzac mu w oczy z miloscia i gladzac po jeżyku
i prawie go uspila :)
A ja jestem Babcia Yoda :) Bo nie umie wymowic Dorota, co mnie niezmiernie ucieszylo. Kocham Yode :D
I ostatnie wieczorne posiedzonko z paka ze Sroczego Zaulka...
A dzis juz spakowana jestem, jeszcze ostatnie indtrukcje obslugi nowej zabawki, zalozenie konta i pozegnanie z papierowa wersja Polityki...
I znow nieprzespana noc i mam nadzieje, ze jutro juz usciskam moje MISKI.
Stesknilam sie za nimi, choc Sroczy Zaulek niezmiennie goscinny jest.
Wszedzie dobrze, ale w domu jednak najlepiej.
Bede tesknila. Again ;)
Dziękuje wszystkim, ktorzy obdarowali mnie swoja obecnoscia i... no co ja bede sie wywnetrzala :)


























Co tu dużo gadać, zajebiście spędziłaś czas świąteczno-noworoczny, i to jest to COŚ.
OdpowiedzUsuńWycieczka super.Bardzo ładnie tam!Jakie piękne powykręcane drzewo z korzeniami:) i w ogóle.
Dobrego lotu !
Tak, moj czas tam zawsze jest taki, i dlatego tak strasznie potem tesknie, bo tam zostaje cale moje serce. Choc kocham swoj dom i prace tez. Taka rozdarta juz jestem.
UsuńTo, co wrzucam na bloga, to tylko mala czastka tego, co "pozarlam" oczami...
Dziekuje, postaram sie doleciec :D
ale w tej knajpie klimatycznie jest !!!
OdpowiedzUsuńzameczek tez niczego sobie ;-)
no to teraz do wakacji ? czy do wielkanocy ?
Do kolejnej Gwiazdki... niestety :)
OdpowiedzUsuń