niedziela, 3 marca 2013

Marcowa bajeczka

Opowiem Wam bajkę (nie poprawię literówek, nie mam siły, trudno!!!):
 Poleciałam wczoraj gnana tym piżdżącym jak za cara wiatrem obadać, co jest na mojej ukochanej Dębinie. Z oddali prześwitywało przecudnej urody jeziorko, słońce grzało jak głupie, a na miejscu okazało się, że dupa
 ... i to nie żadna woda lśniąca w słońcu, ale lód, LKL (zimo, wypierdalaj...).
 Kaczuszki wciąż mają zmarznięte nózki...
 a ta to chyba z chlebkiem na amen przymarzła do lodu...
 Lód K... lód i żadnych oznak wiosny na Dębinie nie widziałam... Wrrr... Ale zrobiłam ponad 10 tys. kroków, więc też fajnie. Teraz tylko garderobę skombinować, bo w zimowej kurtce nie umiem i można z kijkami lecieć. To już coś.
 W niedzielny ranke, wiedziona LKL (LENIEM), żeby nie cukrzyć, poleciałam z obiecanym światełkiem do wujka, a to drugie to dla reszty Umarlaków...
 I przy pomniku takie drzewo owinięte biało-czerwonymi szarfami i wbita tabliczka. Był żołnierzem AK i WIN. Jakże poplątane są polskie losy, jakże bolesne. Wiem to z opowiadań znajomych ze Lwowa, mój teść też lwowiak, a i Wielkopolski nie oszczędzały przeciez takie historie. Mama kiedyś wygadała się na ten temat... Nie chcę nawet o tym myśleć, dziękuję, że nie przeżywałam i mam nadzieję, że umrę nie przeżywając....
 Potem sruuu na rynek i po drodze dopadłam Żabole... czekają na wodę, spragnione...
 ... i srajda się panoszyła wśród WIOSNA :) kwiatków, więc pogoniłam, a co???
 I nasza fontanna z delfinkami....
 i Golem...
 a tu z innej perspektywy widziany...
 W tym budynku z napisem Estrada pracowałam kilka ładnych lat. Mieściła się tam redakcja "dp", sztandarowej gazety Świtalskiego. Tak, tak, otarłam się o Elektromis z bliska. Pamięta ktoś jeszcze cukrowe afery z udziałem Elektromisu? I ukochanego Owada Zmorki też Świtalski założył... No ba, czuję oddech historii w moich wspomnieniach :D  Na tym zabałaganionym placyku stoi pomnik Romana Wilhelmiego...
 Ach, ten Olgierd, ileż westchnień....
 A piżdziło wszędzie, co widać na obrazku - poprzewracane pojemniki z pęczkami bazi... To już Kaziuk...
 Czosnek polski, dobrze, że nie chiński... Ale co ma czosnek do Wilna??

 Len polski... jak wyżej...
 Jarmark, jarmark, jadą wozy kolorowe...
 Palm było od cholery, nie sfociłam wszystkich, niektórzy krzywo paczyli na focenie... Od złotówki do kilkudziesięciu złotych kosztowały. Nie kupiłam, bo to na chwilę, a potem nie wiadomo co z tym zrobić, kurzolapów mam dość...
 I kundelki też się Kaziukowały w tym tłumie.
 I takie cuda wianki były.
 Pierogi Kaziukowe... Chociaż nazwę można pod wszystko podczepić...
 Blog wi co to, jedyne 10 zł polskich ;)
 Rury poznańskie i inne łamizęby....
 Pełno tego było...
 I koziołki z patyczków, skubane z wieży zwiały....
 Aniołków było na straganie więcej jak w niebie chyba.
 Chałwa turecka. Zaiste, z Wilna ;)
 I chleb. Wyglądał przepysznie, dopchać się nie było można, ale jak sobie pomyślałam o higienie, stwierdziłam twardo: Jędza, piecz sama :D Do roboty zamiast tosty wpieprzać, bo ci się nie chce...
 Bez waty cukrowej to nie jarmark, nieprawdaż??
 Takie one staropolskie, jak ze mnie Miss Polonia, ale co tam...
 I rechocące żaby. Pan pokazał, jak jechać kijkiem po grzbiecie, z żaby rechotały... ale nie kupiłam :D
 I figurki, figurynki, posążki i....
 ... maskotki, rękodzieło...
 ... Apollo jak zwykle miał cały ten zgiełk w sempiternie i słusznie...
 I clou Kaziuka,  kuchnie polowe z cepelinami. Rozbój na prostej drodze, jeden cepelin 9 zeta... Policzcie 4-osobową rodzinę, a jednym cepelinem trudno się najeść...
 Moja miłość - kubki, ale uświadomiłam sobie, że: primo po pierwsze: mam ich od cholery, w szafce się nie mieszczą już, primo po drugie: używam moich osobistych słownie: dwóch. Nie kupiłam. Dzielna jestem ;)
 A rzeczonego cepelina przywloklam do domu, bo jak znam życie, opaprałabym płaszcz jedząc na powietrzu, więc spoko :) Tylko śmietana się wyśmietaniła. Nie zachwycił, nie ten smak. Może się skuszę i sama zrobię?? ;)
 I foremkę do baranka kupiłam, bo starą wywiozłam do UK. A bez baranka, jak bez nogi. Można kupić gotowca, ale... wolę sama zrobić. Taka zabawa. Długo robił  Pierworodny, potem Inżynier... A Baran był zaskoczony, że robimy baranka, u niego nie ma takiej tradycji. I do święconki też nie chodzą :O
A na koniec wycieczki wróciłam do tych przewróconych wiązanek i kupiłam takie dziwne bazie. Ludzie przesmradzali i kombinowali, a to za krzywe, a to za proste, a to blablabla i amcali, nie pamiętając, że towar macany nalezy do macanta... Wzięłam pierwszą z brzegu i pytam gościa ile?? 6 zł... Rzuciłam okiem na pozostałe i mruknęłam: a co będę przesmradzała...  Podałam 10 zł i dostałam reszty 5 :) Zaoszczędziłam złotówkę przez niegrymaszenie ;) Rodowita poznanianka się robię, bo jak wiadomo, poznaniacy to Szkoci wyrzuceni ze Szkocji za skąpstwo ;)

A potem znów cukrowanie do oporu, przerwane dziś długą i fajną rozmową z Inżynierem, już niedługo łebka dorwę...
A teraz powinnam spadać w objęcia Morfeusza, bo jutro do pracy i ten cukier, ten cukier, cholesterol i statyny. Ojapierdolę :D

Dobranoc Państwu :)

5 komentarzy:

  1. no proszę jaki spacer !
    i nawet nie trzeba z domu wychodzić hihihihi
    dasz wiarę ze ja nie wiedziałam co to cepeliny ?! a to zwykłe pyzy z mięsem hahaha tyle że podłużne
    przyjemności

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pod wrazeniem pieknych zdjec. Masz wspaniale wyczucie i reporterski pazur. Ogladajac ma sie wrazenie spacerowania razem z Toba. U mnie tez stawik zamarzniety jeszcze, a jest sztuczny, malutki i plytki. Jestem niezmiernie ciekawa z czego powstaja baranki w tych foremkach. Z wosku? Na moim stole dokad pamietam byly baranki z chleba i z cukru. Kupne niestety.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za spacer:)
    U nas takie baranki wypieka się z ciasta drożdżowego.Ja tego nie piekłam,ale teść dawno temu przynosił, na ozdobę, bo do jedzenia były za twarde.
    Cepelinów nie jadłam,ale myślę,że są smaczne.
    Pewnie i u nas przed swiętami bedzie mały jarmark,ale tam zawsze to samo,a nawet za każdym razem mniej straganów .

    OdpowiedzUsuń
  4. no jak dziewczyny nie wiecie z czego baranki !!!
    z masła !!!
    ja nie mam foremki a do koszyczka kupuje baranka z czekolady ( białej hihihi żeby nie było że czarną owcę niosę )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmorka odpowiedziała na pytanie. Tak, z masła. Gotowce można u mnie kupić wszędzie - na targu, w sklepach. Ale ja lubię robić "rabanka" - tak mówiły dzieci. Foremkę trzeba zwilżyć wodą, posypać gruboziarnistą solą, złączyć ze soba dwie połówki i do środka napchać ciasno masła. Włożyć do zamrażalnika, potem wyjąć i tu zaczyna się jazda, żeby wyciągnąc go z foremki :D :) Rabanek przeważnie jest słony bardzo no i są afery: mamo on już je rabanka, a miał postać :) Oczy się robi z pieprzu, a uszy z listków bukszpanu, na grzbiet zatyka chorągiewkę. Jak zrobię, pokażę. Moja Mama nie miała foremki i rzeźbiła rabanka z kostki masła. Ja nie mam takiego talentu. I cieszę się, że wszystkim podobała się wycieczka :) Będą następne :D

      Usuń