poniedziałek, 11 marca 2013

W poniedziałek rano... (pisane wieczorem)

Jak już pisałam, rano wcięło mi taką fajną notkę, ale dobrze, że blog ocałał, bo w pewnym momencie było widać bloga tylko od listopada. Myśłałam, że się pochlastam.
A sprawdziłam na starym blogu i nos mnie nie mylił: w zeszłym roku już 17 marca miałam na balkonie bratki, które pięknie kwitly do czerwca i początków lipca nawet!!! A teraz co??? Zima, zaspy i dziś ma być w nocy poniżej minus 14!!!! Tak to jest, jak nieodpowiednie i niedoszkolone osoby biorą się za czarowanie, że nie będę pazurem krzywym pokazywać.
Wczoraj był Dzień Mężczyzny i odpowiedni mężczyźni otrzymali życzenia. No i jaja, jak brylanty, bo cały czas kłóciłam się z chłopakami, że jak siedzą w UK to z tego tytulu chcę być honorowana jako matka dwa razy - w angielski i polski dzień. No i stało się. Inżynier i Baran pamiętali :) Barana podziwiam, bo za wielką wodą jest i co innego ma do roboty, ale miło...
Za to Pierworodny o niczym nie pamiętał, ale co tam, ten model tak ma. Ale i ja zapomniałam, że synowa ma dziś urodziny. Jako że zameldowali się dziś na Skype, wyszło szydło z worka. Ale ona skwitowała to słowami, że jej mama nigdy nie pamięta. No cóż, ja pamiętam, kiedy ma imieniny, bo ma je w lipcu w okolicach urodzin Inżyniera i zawsze razem wyprawiali, to pamiętam. Już kiedyś pisałam, że albo imieniny, albo urodziny, bo co za dużo to niezdrowo i... Ciocia nieboszczka zawsze mówiła, że urodziny ma każda świnia, a porządny poznaniak obchodzi imieniny ;)
Rozmowa była poniekąd - jak zwykle - rozmową gęsi z prosięciem, ale co tam, liczą się intencje, więc cześć i chwała.
W pracy oprócz nasiadówki byłam na dywaniku, mam podpisany aneks do umowy z  indeksacją (całkiem niezłą, cieszę się, że wzięłam indeksację, a nie karnet na jakiś fitness, choć ponoć wypasione fundowali), dostanę za ekstrasy i to też ładnie, a reszta się obaczy. Boss się o mnie boi, że nie dam sobie rady z dwoma czasopismami (hahahahahah, 28 robiłam), ale spróbujemy i jak dobrze pójdzie, a one się utrzymają to dotrę do górnego pułapu od nowego roku, a na razie premie, więc - nie jest źle.
No i złamałam się i choć nie chce mi się jak ojapierdolę, robię kolejną książkę. Pecunia non olet, a będę ich potrzebowała, choć czuję, że mam coraz mniej ochoty, siły i zapału na takie wyczyny. Z jednej strony to, a z drugiej - jak będę wciąż odrzucać zlecenia, to potem ich nie dostanę.
A sama się prosiłam, bo mało że dziada głaskałam, to jeszcze po pępuszku go podrapałam, więc jak widać, postarał się i lekuchno przesadził :)
A juterko juz na 8 godzin i z tej okazji ugotowałam sobie kaszę niepaloną, łososia i mieszankę warzywną. Sruuu to do pojemniczka, odgrzeję w mikrofali i może nie umrę przez te 8 godzin.

A teraz zasłużony Monday Mornings i spać. Jeszcze 4 dni do weekendu i może Sikora wleci?? :)

4 komentarze:

  1. E no,trochę zmienili prognozy i mróz ma być lekki.
    Trzymaj się,dzielna jesteś zobowiazujac sie do dodatkowej pracy! Szacun!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dzielna, tylko chciwa. Będzie kaska, o której chłop nie wie. Zwaloryzowali mi rentę o 20 zł, śmiech na sali. Jak sama nie zarobię to z nieba nie spadnie... :)

      Usuń
  2. Sikora robi wszystko żeby wlecieć!! :))) pozdrawiam wszystkie blogowiczki z którymi dawno nie pisałam!!

    OdpowiedzUsuń