wtorek, 23 grudnia 2014

Drugi

dzień urlopu upłynął pod znakiem szalonego shoppingu. To, co pokazał Postman, nawet nie wołało o pomstę do nieba, to był sajgon z armageddonem, sodomą i gomorią. Biedny Baran chodził za nim i siłą wyrywał mu z rąk kolejne bożonarodzeniowe gadżety, bo oczywiście promocje były już na te durnostojki i kurzołapy, a czemu jak czemu, ale promocji Postman się nie oprze. I tak wyszło 1:0 dla Postmana, zakupy nie zmieściły się w bagażniku Pudełka. Oczywiście, nie kupowaliśmy w R., tylko w Northampton, urokliwym miasteczku, fotki są, że ojapierdolę, ale w aparacie, a gdzieżby?  W polskim sklepie (a jest ich tam kilka) kupiliśmy to, co potrzebne i nie do zdobycia w R. Tu jest tak mało Polaków, że w Asdzie nie uświadczysz nic z polskiej żywności, choć w Hatfield spokojnie można było parę rzeczy kupić, w tym polskie wędliny z Morlin. A w Northampton za to leży i kwiczy wpadka Sokołowa


Piękna, nieprawdaż? Zaś w sklepie z serii wszystko za funta, gdzie za funta można kupić całkiem niezłe rzeczy, dorwałam kalendarz z uroczymi angielskimi domkami i moje ukochane After Eight, znalazłam takie kwiatki, a dokładniej jaja, bijące rekord wszech czasów... Wielkanocne słodycze w następny dzień po Bożym Narodzeniu widziałam w zeszłym roku w Tesco, ale trzy dni przed Gwiazdką???? 


Koniec świata :)

Baran poszedł do banku, a my rączo pobieżyliśmy na targ, ukochany targ Postmana, za którym tęskni (mieszkał tu przed wyprowadzką do R., w Northampton, nie na targu ;)). Jako że Baran zabrał kasę, a kartą na targu nie da się płacić (a mi się zatęskniło za ukochanym Manhattanem) Postman wziął ode mnie gotówkę i zaszalał (a narzekał, że musi mój portfel nosić, a ten z pół kilo waży). I tak pięknie ogołociliśmy stragany, no bo jak nie skorzystać, skoro wszystko za funta jest? ;) w połowie zakupów Postman pyta, czy umiem robić leczo, gdy potwierdziłam, ogołocił stragany doszczętnie, aż kupcy uciekali z krzykiem :) no i kupiliśmy też 

diabelskie, jak się później okazało, wrzuciłam tylko dwie do dużego gara, a piecze jak cholera. doczytałam się póżniej w necie, że należy je kroić w rękawiczkach, co do dziś odczuwa moja ręka, a i rano, gdy przecierałam oczy zafundowałam sobie niezłą jazdę, mimo kilkakrotnego umycia rąk. Teraz papryczki dokonają żywota na okapie :)
A potem (się śmierdzi, wiem) wieczór roztoczył przed nami swe uroki, alkohol lał się wąską strużką, a Baran ruszył ze mną w tany, bo Postman z tych jest, co to kijem na parkiet trzeba wyganiać, ale i on dał się namówić.
I ja tam byłam, wino i gin piłam (Baran eksperymentował na mnie, bacząc, czy padnę albo się skacuję, ale mi się upiekło).
A dziś jak wstanie Śpiąca Królewna pojedziemy na ryby. Bigos już pyrkoce, mięso w brytfannie się dusi... Postman sernik popełni, ale ja się serników boję... 
A jutro zląduje desant z W. z koteckiem w pakiecie.
Będzie się działo :)

1 komentarz:

  1. i niech się dzieje kochana , na długo Ci to potem musi wystarczyć więc chłoń ,rozkoszuj się i co tam tylko możesz , bawcie się i hulajcie i za zdrowie zmorki wypijcie :*

    OdpowiedzUsuń