piątek, 19 grudnia 2014

Przemoc

w rodzinie kwitnie, teraz mi ścierą grożą, na dokładkę mokrą, ale co tam, pójdę przez życie z pieśnią na ustach, choć w sercu ból ;)
Baran zasadził mnie do robienia origami z serwetek, święta będą ą ę bułkę przez bibułkę, jak już dawno nie było. Bo też i warunki w ostatnich latach spartańskie były, wynajmowane mieszkania były spoko, ale też na miarę finansowych możliwości chłopaków, więc żadne tam apartamenta. Przechodzone meble, naczynia z łapanki, ale najważniejsze, że byliśmy razem i że mieliśmy siebie. Dodatki typu Smerf z Pierdolniętą Smerfetką były po prostu efektem tego, że Kierownik Budowy wybrał tak a nie inaczej, czego i on sam czasami trochę żałuje... Ale nic to, zaczyna się nowa epoka, nowy dom, urządzany z sercem. Naczyń takich nawet ja po tylu latach życia nie posiadam, wytłukły się w użyciu, a nowych nie kupuję, bo nie sądzę, abym jeszcze takie imprezy organizowała. Tak mi się życie rozdarło, ala najważniejsze, że wciąż łączy nas serce, wspomnienia i nasze małe radości. A że przy okazji zamkną w piwnicy, przykują do zlewu lub ścierą pacną znienacka, to drobiazg nie wart wspominania ;)
Zatem serwetkowe origami uskutecznione i dziś uświadomiłam sobie, jak fajnie będą kolory grały. Już się nie mogę doczekać tego ą ę, niech się doktor Pawłowiczowa od nas uczy, choć my prości ludzie są, ze wsi i z familioków... :)
Od jutra Baran ma urlop i choć pojedzie na parę godzin do H. do starej pracy na imprezę gwiazdkową już się nie mogę doczekać tych wspólnych chwil. I tyc ścier, co na mój łysy łeb spadną...
Odbierałam paczkę dla sąsiadów znów, tutaj zostawiają tak nagminnie, adrsatowi zostawiają kartkę z numerem posesji na której zostawili przesyłkę. Tym razem pani kurierka poprosiła mnie o nazwisko, zazwyczaj wystarcza im mazaj na takiej elektronicznej karcie. Błysnęło mi przez moment, żeby podać panieńskie, którego używam na co dzień, ale w porę się zreflektowałam i podałam mężowskie... Oczy tej pani zrobiły się kwadratowe, a nazwisko jest proste jak budowa cepa. No nic, przeliterowałam, ale nie po angielsku, bo tak nie wpadłam na to :) Po angielsku się inaczej literuje, bo Pierworodny u okulisty przy mnie literował. Biedne te moje dzieci tu, a najbiedniejszy Inżynier ze swoim imieniem. Anglicy ochrzcili go po swojemu: Bob, a Inżynier ma piękne, słowiańskie imię, popularne w naszej rodzinie. No cóż... Nie zakładaliśmy, że szczęścia będziemy szukać w szerokim świecie...
Musimy jeden z pokoi ogołocić ze wszystkiego i dać tam najprostszy materac, jako że kotecek przyjedzie. I nie zostanie na salony wpuszczony, niestety, a raczej stety, bo rozniósłby tu wszystko w drobny mak, te wszystkie drobiazgi, kwiatki i cieszące oko kurzołapki, nie mówiąc już o niemożliwości wywoływania nastroju jak w rodzinnym grobowcu za pomocą świeczuszek. Oczami duszy widzę kotecka dyndającego na girlandach i lampach oplatających schody, a jest tego od cholery, bo dom ma dwa piętra :)
Już niedługo, chudzina właśnie skończyła pracę, jedzie zatankować i... będzie start we właściwy urlop. Z najbliższymi memu sercu...

3 komentarze:

  1. I niech dalej będzie tak cudownie.
    A kotecek jeden czy w końcu dwa, bo już się pogubiłam?
    Jej i zobaczysz Patryczka i MW. Warto czekać na takie chwile.

    Marzą mi się nowe talerze,bo tez mam jakies nedzne resztki ,takie do uzywania na codzień.Do wspólnego stolu z teściową i szwagrem zasiadamy przy zastawie tesciowej,no i na razie niech tak zostanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kotecek jeden, drugiego kupią w styczniu. Patryczka i Małej Wiedźmy nie będzie, za daleko i nie mają samochodu, nie da rady ich dowieźć. Zobaczę ich dopiero po Nowym Roku, przed samym wyjazdem.

      Usuń