Watford pożegnałam bez bólu, bo bycie koteckiem a bycie Sierściuchem Jebanym to jednak dwie różne bajki... Dziewczyna Inżyniera a i sam Inżynier kochają SJ (i nie lotto tu o Starą Jędzę) miłością ślepą i głuchą. SJ już paraduje w czasie jedzenia po stole, wskakuje na blaty (rośnie jak zboże na wiosnę), więc sushi spod kociego tyłka... Nic nie mówiłam, bo to jak perły przed wieprze rzucać, ale po krótkiej wizycie u Pierworodnego i poklepaniu brzusia z Patryczkiem, odnowieniu przymierza z Małą Wiedźmą (najmądrzejsze na świecie dziecko!) i zapoznaniu się z typową angielską kuchnią u Toma, pomknęliśmy sobotnim rankiem (a pogoda wciaąż cudna i słonko na okrągło świeci, ha!) do Rushden, gdzie na bajkowej chatce powitał mnie napis wielki i kolorowy: Happy Birthday (fotka w aparacie). Wyściskana przez moje kochane kościste stworki Barana i Postmana, porwana zostałam na zwiedzanie chatki z piernika, w której spędzę długi czas :)
Pokazali bajkowy dół, gdzie roztacza się taki widok na ogród...
I zawlekli mnie do mojego pokoju, gdzie doznałam uszczerbku na umyśle, albowiem uzgadnialiśmy, że śpię na materacu, bo finanse nie pozwalają na zakup mebli. Tymczasem
Na szafce zaś nowe naparstki do kolekcji, z Pizy i Wenecji :)
I w calym domu ta atmosfera, bajkowa, wycyzelowana, wysmakowana...
Dalej wycieczka poszła do łazienki, personalnie dla mnie, bo a jakże, w sumie gościnnej, ale sama tu jestem i znów łup ząbki jak perełki o podłogę :)
Jak w sześciogwazdkowym hotelu, wszystko nówka nieśmigana, trzy ręczniki (a następnego dnia Baran chciał je na nowe wymieniać), sam szał ciał...
I kolejne pomieszczenie otwierają, a tam...
No właśnie, moje Słonko z Wąsaczem, o rety :)
Jako że Czesiek przybył w same urodziny, więc wykluczałam taką opcję.
Kochani moi.
A potem Baran z Postmanem wyprawili mi taką ucztę urodzinową, że niech się Lukullus schowa. Tańcom, hulankom i swawolom oddawaliśmy się do bialego rana, już bez Inżyniera i DI, gdyż musieli wrócić do SJ... Ano, życie...
Nic mi się nie śniło, ale to znaczy, że czas tu popłynie spokojnie.
Następnego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę po Rushden, zjedliśmy obiad na mieście (fish and chips, Mlask) i odwieźliśmy przyjaciólz Irlandii na lotnisko w Birmingham...
Padłam potem na kozetkę i Baran zajął się psychoterapią :)
A dziś rano SMS od Inżyniera, że Patryczek się urodził. I nic więcej nie wiem, Pierworodny albo padł, albo zgłupiał.
Więc dalej się nerwuję i czekam na wieści.
Dziękuję Wam, Drodzy Przyjaciele za wszystko, za te niezapomniane chwile. Jesteście jedyni w swoim rodzaju i nie do podrobienia :*
Słońce tak pięknie świeci, a życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Cieszę się, że spełniły się Wasze marzenia o domu, a tym samym i ja mam w tym skrawek miejsca dla siebie. Co ja pieprzę?..!! Wypasiony kąt :)














Cudnie .Cieszę się Twoim szczęściem. Jak oni Cię kochają!
OdpowiedzUsuńMieszkanie Inzyniera wypas, bardzo mi się podoba,wypieszczone i swojskie zarazem.
No masz fajnie, co tu dużo mówić!
Doro, to nie jest u Inżyniera :) to jest dom Barana i Postmana i tu zatrzymałam się na cały miesiąc :) i to oni mnie tak ufetowali, ale mam się nie nakręcać więc spasuję... Wiem, że mam fajnie i jestem luksusową kobietą :)
OdpowiedzUsuńA no widzisz,toż mi się wszystko pokręciło, ale nie jest to ważne:)
UsuńBosko!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńAle przeciez Ci sie nalezy:)))))))))
Jak psu zupa. ;)
Usuń