bytowe poprawiły się. Nie trzymają mnie już w piwnicy, zakutej w kajdany, ale na łańcuchu przy zlewie i od czasu do czasu spuszczają, żebym pozamiatała ;) W związku z tym postanowiłam walczyć i zbuntowałam się na to ekologiczne gotowanie. Wczoraj Baran wraca z pracy, wchodzi do kuchni i zatkało go, jak zobaczył, co robię. I tak nie do końca był przekonany, dopóki do stołu nie usiadł i nie skosztował. I do pracy na dziś resztę zabrał, co jest niespotykane, jako że on skibkowy jest i to żółtoserowynna okrągło. I nawet Postman grymaśnik jadł i animrumrał. Umowa stanęła, że gotuję jak chcę, ale jak im nie będzie smakowało, wracam do piwnicy i nawet kaganka nie będę tam miała. Muszę więc się starać, że ojapierdolę.
A podałam wczoraj kotlety z ziemniaków z pieczarkami w sosie czosnkowym (zaśmiawszy się szatańsko, bo Postmen koło czosnku nie usiądzie, a to zjadł i do pracy wziął), do tego szpinaczek baby, też z czosneczkiem i innymi takimi. Ha!! A Baran na dziś zadysponował replay, z tym że będzie do tego kwaszona kapustka, surówka i zasmażana. I dodatkowo Baranie placuszki będą miały w środku żółty ser :)
Nie mam nic do jarskiego jedzenia, ale musi być pieprzno i szafranno, inaczej jest niesmaczne i jałowe. I dobrze, że postawiłam na swoim, będzie dobrze. Oni mają tu całkiem fajne gotowce, nie trzeba się męczyć, ale są jałowe. Czas mam, jeszcze film zdążę obejrzeć zanim Baran z pracy wróci, a Postmen wstanie, a i tak bladym świtem się nie zrywam, dziś prawie do 9 rozpustę w łóżku uprawiałam, a kto mi na urlopie zabroni? :)
Zaczyna mi się podobać takie wymyślanie, a jak sobie przypomnę ten kurzy cyc, co mi się ostatnio trafił jak ślepej kurze ziarno, to skłaniam się do opcji wege. Co zresztą nie nowina, bo w domu jem, na co mam ochotę i mięsa mogę tygodniami nie oglądać.
Tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Mieli rację starożytni.
Jeszcze tylko piątek i będę miała tych zbójów dla siebie, Barana na tydzień tylko, ale lepszy rydz, jak nic, co nie?
I tak już bliżej końca mojej przygody, jak początku...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Powtarzam jak mantrę i cieszę się chwilą.
Bo warto.
Po raz kolejny oglądnęłam "Opowieść wigilijną" i taka jest prawda...
Opowieści nie oglądam. z gotowaniem masz zabawę,ale to miłe jak zjadł i smakowało! A co sobie pożartujecie to wasze.
OdpowiedzUsuńNa późny obiad/kolację upichciłam roladę z piersi kurczaka faszerowaną czerwoną soczewicą z czosnkiem. Do tego bataty.Młodsza będzie jeść na ciepło lub zimno, jak zechce, bo przyjedzie ok 20 tej.
Mnie radość przesłania zabieg Krystiana,oby tylko wszystko było dobrze! Pewnie i tak pobiorą wycinek i trzeba będzie czekać na wynik.
Trzymam kciuki, Doro, będzie dobrze! Musi być! Dobre fluidy posyłam :)
OdpowiedzUsuńDziękuję!
OdpowiedzUsuń