10 godzin w pracy. Jak rozkosznie roztrzepany jest Boss... Z kwiatka
na kwiatek, z biurka na biurko, z telefonu na telefon. Nie mam nic do
niego, bardzo go lubię, ale... czasami jestem tym cholernie zmęczona,
Dziś
się wszystko sypało i straszyli mnie, że będziemy siedzieć do pólnocy, a
i tak jest w rozpisce. No to poszłam po raz setny na dywanik i pytam,
czy jak coś, to mogę wziąć taryfę na koszt firmy. Nie, bo nie zamykamy
dziś... No to time to say goodbye i... pojechałam do domu, bo aż tak nie
zwariowałam, żeby po nocy szukać czegoś, co pojedzie do mojego zaułka, a
nie zarabiam aż tyle, żeby płacić za taksówkę na trzeźwo.
Komkart, oczywiście, dalej nie ładują.
Zaparło mi dech w piersiach, ale to było do przewidzenia, bo pogoda znów zapierająca... :)
I
tak siedzę i czekam na pracę, tym razem w towarzystwie Miśków już, ale
zaraz wszystko pierdalnę i pójdę spać, na oczy nie widzę.
I znów będzie mi się śniło ssanie eksportowe...
A wolałabym to...
Czyżby światełko w tunelu?? A może to nadjeżdżający pociąg?? :)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz