piątek, 1 lutego 2013

Koszmary XXI wieku

Nad ranem, ale to już dobrze nad ranem, bo koło 7, stwierdziłam, że przewrócę się na drugą szyneczkę i jeszcze sobie pośpię, bo mnie dziś nigdzie nie goni.
I zaczęło się: wylądowałam na jakimś bazarku w stylu Bema, z wózeczkiem z Pierworodnym i z wypchaną paryską torbą... Pierworodny, wózeczek i paryska torba (pt) to już był hardcore, ale to dopiero początek horroru. Pierworodny wstał i nagle zniknął na bazarze, a ja zostałam z wózeczkiem i pt.
Po dłuższej chwili wyłonił się spośród straganów i zaciągnął mnie w kąt, błagając, żebym "tylko obejrzała, bo wie, że to drogie". Jak na niemowlaka, gadał całkiem nieźle, a wyglądał jak dziś - jak młody bóg (oczywiście w dniu, kiedy przypomni sobie sam, że ma głowę umyć). To coś to było jak lalka uszyta z prześcieradła, nieco przypominająca to białe w Star Wars, co latało z automatami i strzelało. Miało też gdzieniegdzie niebieskie paski. Kosztowało 80 zł, więc analizując stan konta i kalendarz, rzekłam, że dostanie a konto urodzin (zazwyczaj kupuję z półrocznym wyprzedzeniem prezenty), ale tatuś będzie wiedział, że kosztowało 30 zł (w życiu nie okłamałam o finansach Eksa, co sie zresztą mściło, ale zawsze byłam szczera do bólu). Zaczynam płacić kartą i tu się zaczyna horror... Karta się rozkłada na czynnki pierwsze, wypadają z niej jakieś wstążki, tasiemki, paski magnetyczne. Z pt zaczynają się wyłaniać z ciemnych czeluści jakieś cuda wianki, laptop, aparat, telefon (no... mój Ajfonik) i to wszystko wiruje, znika, spada, jakieś ręce się po to wyciągają, a spzredawca coś o karcie nawija, wyciągam kolejną kartę, znów tasiemki, paski, znów sprzęt i chciwe ręce. Stanęło na tym, że muszę do banku wymienić kartę, bo przecież kasę mam, zwijam majdan do pt, ładuję ją na wózek i jadę, bez Pierworodnego, do banku, wózek się rozpada, pt rozsypuje, zbieram, nie mieści się, ręce, ręce, ktoś coś porywa, krzyczę, on się śmieje, ucieka, ja za nim gonię, ściskam w ręce Ajfonika,  Ajfonika nie ma, pojawia się Pierworodny, ma Ajfonika, otwieram futerał, a tam irlandzki paszport, zdjęcie złodzieja i cudzy Ajfonik... Postanawiam go oddać, bo przecież nie mój... I budzę się, z paznokciami wbitymi w dłoń, dobrze, że mam obcięte, aż sińce miałam.
Pierwsze co zrobiłam: sprawdzam, czy jest Ajfonik.
Jest na swoim miejscu.
Ulga.
Zwlekam tłusty tyłek, idę do małego pokoju.
Jest mini.
Ulga (chociaż dlaczego miałoby go nie być, jak tylko na wyjazdy zabieram???)...
I tragedia.
Nie ma Internetu.
Włączam kompika, Internet się pojawia,
To się nazywa porąbany sen kobiety uzależnionej od technicznych gadżetów.
Pierworodnego nie sprawdzam, bo... nie odpisze na SMS i będę się denerwować. Dorosły jest, a brak wiadomości to dobre wiadomości.
Inżynier rano emilka wysłał i nic nie plumkał o bracie, znaczy się - cisza w eterze.
A kiedyś to się fajnie seks śnił, a teraz znikające telefony i inne elektroniczne cuda wianki.
Idę jeszcze konto sprawdzić, bo wczoraj sporo płaciłam karta ;)


Update
Na koncie wszystko leży jak leżało. A poszłam sprawdzić, bo we śnie na pytanie sprzedawcy, czy w ogóle coś mam na koncie wstąpiła we mnie wieśniara i mówię: mam więcej, niż na to wyglądam :)
Bo faktycznie wyglądam, jakbym złotówki nie miała... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz