czwartek, 14 lutego 2013

To był zwyczajny szary dzień

rano. Z trudem wykopałam się z łóżka, bo w sumie przez tę pracującą niedzielę czuję się już piątkowo, a  uświadomiwszy sobie, że to dopiero czwartek, miałam ochotę skoczyć z balkonu, ale za nisko mieszkam. Znam takich, co przeżyli i na wózku jeżdżą, więc nie, dziękuję, postoję...
W pracy znów ziąb, aż mnie skręcało, owinięta w szal i w polar ręce miałam jak dwa lody, ogrzewanie na full, w innych pomieszczeniach (bo grzeję na całym piętrze, choć jestem tam sama jak palec) palmiarnia, a kto do mnie wchodzi, to pyta, czy wietrzyłam, bo taki ziąb. Już zaczęłam pisać scenariusz, jaką aferę zrobię Bossowi, jak go dorwę (przezornie go nie ma, poczuł pismo nosem) i nagle... Za moimi pleckami zjawia się dwóch Wicebossów i... walentynkują, zastrzegając, że to platoniczne  walentynki, bo oni mnie bardzo kochają (cała redakcja, jak zaznaczyli), a ja na to z szatańskim uśmieszkiem: oczywiście, że rozumiem (myśląc sobie, że fajni ludzie, ale żadnej dupy z własnej grupy, żelazna zasada Starej Jędzy, której nigdy w życiu nie złamała, a zna masę ludzi, którzy tę zasadę złamali i żałują). Dostałam Rafaello, ale zeżarłam, więc nici z fotki :) Głodna byłam i dawno nie jadłam. Skarżę się na zimno i co ja paczę?? Jeden Wice, chucherko takie machnął rączką przy oknie i... po 5 minutach też miałam palmiarnię!!! I okazało się (bo to jest ten nowy, co na niego marudziłam), że ratuje mi życie nie tylko broniąc przed zimnem, ale i goniąc wszystkich do roboty... Bo... ze 160 stron doszliśmy do ponad 300, a tego nawet ja nie przeczytam w  trzy dni, tym bardziej, że 300 równa się 600, jako że czytam 2 razy... Nic dziwnego, że na mordę padam, ale nic to, poradzę sobie, gorzej bywało ;) I nic dziwnego, że w tygodniku w tytułach nawet kiksy chodzą, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia.
I znów siedziałam dłużej, bo... no oczywiście, ktoś się "roztworzył". Ale nic to, w końcu wyrwałam się do domu i kombinując, co jutro zabrać do jedzenia, bo Rafaello nikt nie da wpadłam po drodze do Biedronki, bo jaj mam od cholery, więc dodam sałatę, sery i mam wypasiony obiad, taki a la mój Paryż kochany.
I z sałatą w dłoni zapieprzam (ponad 8 tys. kroków dziś, nieźle, nieźle), słuchając coraz to nowego wycia w słuchaweczkach, wpadam do domu i co ja paczę??? Nie słuchały, wredne Skubańce, że żadnych walętynek i... chcę tak, jak ten....



(a już myślałam, żeby whisky kupić, ale nie po drodze mi do monopolu, a Inżynierową wypiłam już, znaczy się, wykończyłam Jasia w lodówce)

a tu...







kwiatki, ptasie mleczko, serduszko i masa picia... Kochane są, nieprawdaż :)

I jak tu nie wierzyć, że Misie to najlepsi przyjaciele dziewczyny??


Kocham je, miłością ostatnią, głupią i szaloną...
Dobrze, że są, że można w ich futerka płakać, jak już nie ma się siły na nic...


I dzień już nie jest taki szary... ;) 

2 komentarze:

  1. Sa jeszcze dobrzy ludzie na swiecie co poratuja zmarznieta kobiete i od zewnatrz i od srodka. Nic tylko plawic sie w luksusie. Moze kapiel w pianie na zakonczenie tak udanego dnia?

    OdpowiedzUsuń
  2. :))))) fajnie,fajnie,miałaś całkiem przyjemny dzionek,no i dobrze,ze dalo sie zrobić palmiarnię;)

    OdpowiedzUsuń